Reklama

Byłam po drugiej stronie

Pragnę podzielić się z czytelnikami „Niedzieli” opowieścią o moim życiu, w którym przez długi czas gościł kult diabła. Nie będę się przedstawiać, bo to nieistotne. Mam 19 lat i ukończyłam szkołę zawodową w Bielsku-Białej. Teraz staram się wychodzić na prostą

Niedziela bielsko-żywiecka 7/2009

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Jeszcze pięć lat temu mogłam o sobie powiedzieć, że byłam osobą wysoce religijną. Jeździłam do Częstochowy na Msze św. o uzdrowienia i czułam się na nich wspaniale. Chłonęłam wszystko. Modlitwę, adorację, słowa Kapłana, a nade wszystko modlitwę wstawienniczą. Przeżywałam uniesienia mistyczne, i tak jak powiedział Pan: „zapierałam się samej siebie, brałam krzyż i naśladowałam Go”. Nierzadko ze względu na moje zaangażowanie religijne byłam wyśmiewana przez koleżanki. Wiele wtedy cierpiałam, ale miałam świadomość, że robię to dla Chrystusa, więc byłam bardzo szczęśliwa. Przy Nim nigdy nie popełniałam błędów, nigdy nie byłam sama. Było mi tak dobrze. Postanowiłam wstąpić do zakonu. Nie obchodził mnie mój młody wiek, lecz pod naciskiem rodziców nie mogłam nic zrobić. Bardzo cierpiałam z tego powodu i byłam przerażona. Bałam się, że będę musiała czekać kolejne cztery lata, aby pójść swoją drogą.

Miłe złego początki

Początki w nowej szkole były bardzo ciężkie. Miałam wrażenie, że źle trafiłam i wszystko jest jedną wielką pomyłką. Po około dwóch miesiącach coś jednak zaczęło zmieniać się na lepsze. Bardzo polubiłam się z pewnym chłopakiem, i nagle szkoła, do której uczęszczałam, przestała być taka straszna. Czasami tylko zastanawiało mnie, jakim to cudem tak dobrze dogaduję się z osobą, która jest istnym wulkanem energii, rozrabiaką i gadułą, a ja przecież jestem jego przeciwieństwem. Wkrótce przyjaźń przeszła w głębsze uczucie. Tym bardziej zaskoczyło mnie i przeszyło bólem jego wyznanie. Oświadczył, że jest satanistą. Z początku sprzeczaliśmy się, bo chciałam mu pomóc, odciągnąć od tego. Tak bardzo mi zależało żeby zerwał ze swoją ideologią. On raz zgadzał się ze mną, a to znów stwierdzał, że nie będzie niczego zmieniał. W końcu poszłam na kompromis. Nie nagabywałam go już by się nawrócił. Cały czas pamiętałam jednak o modlitwie za niego.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Reklama

Oswajanie zła

Nie chciałam rozstania, więc powoli zaczęłam wchodzić w jego świat. Takim pomostem między nami stała się muzyka, którą lubił. Jak łatwo się domyślić, była to muzyka ostra, pełna ciężkiego brzmienia. Z początku nie miałam ochoty jej słuchać. W końcu jednak zaczęłam się do niej przyzwyczajać i ku mojemu zdziwieniu, stała się ona moim „lekarstwem”. Czy lęk, czy zdenerwowanie, czy lenistwo, wystarczyło założyć słuchawki na uszy, by ten cały nieprzyjemny nastrój lub niepokój sumienia gdzieś się ulotnił. Naprawdę wierzyłam, że to mi pomaga.

Krok po kroku

Dla satysfakcji i niby zabawy rysowaliśmy we dwójkę różne symbole i wyrazy. Wtedy też coraz bardziej zaczęłam się interesować innymi religiami, w tym satanizmem. W końcu sięgnęłam po czarną biblię. Bałam się tego, co czytam, brzydziłam się tym, ale lektury nie przerywałam. Wiedziałam, że treści w niej zawarte są sprzeczne z nauką Chrystusa, ale nie mogłam się od nich oderwać. W moim pamiętniku zaczęłam wypisywać demoniczne imiona i aby listę stale uaktualniać, miałam pretekst do ciągłego wracania na jej strony. Wkrótce czarna biblia stała się moją stałą lekturą.
Zaczęłam przerażać samą siebie. W głowie kołatała mi jedna myśl: „jak coś takiego może cię fascynować”. Szybko jednak to ostrzeżenie rzuciłam w niepamięć. Przecież słowa, które znalazłam w czarnej biblii były napisane w tak pociągający sposób, więc w imię czego miałam z nich zrezygnować. Z czasem zamiast wyrzutów sumienia, mój umysł zawładnęły myśli dotyczące tego, co ziemskie i cielesne. Zaczęłam uważać, że „prawo” zawarte w biblii szatana daje o wiele więcej możliwości i przestrzeni osobistej niż prawo Boskie. Nie przeszkadzało mi nawet to, że kompletnie wyklucza ono miłość, której tak mocno potrzebowałam, a bez której nie da się żyć. Koniec końców zanurzyłam się w satanizm bez reszty. Informacje o demonach zaczęłam gromadzić nie tylko dzięki czarnej biblii, ale też za pośrednictwem odpowiedniej bibliografii i Internetu. Nawet rozpad mego związku z chłopakiem, który pchnął mnie w objęcia szatana, niczego w tym temacie nie zmienił.

Reklama

W sidłach złego

W satanizmie pociągało mnie zwłaszcza jedno: zero granic. Konsekwencją mych nowych „inspiracji” było założenie własnej, indywidualnej sekty. Zaczęłam robić straszne rzeczy. Gdyby ktoś stał wtedy z boku i obserwował mnie, pomyślałby, że jestem nienormalna. I miałby rację. Szatan doprowadził mnie na skraj choroby psychicznej.
To, co robiłam, dodawało mi „sił”. Czułam się dzięki temu wielka i akceptowana. Mój były chłopak był zachwycony moją metamorfozą. Teraz temu się nie dziwię. Po prostu osiągnął to, co zamierzał. Miał niesamowitą siłę przyciągania i omamił mnie. Uzależniłam się od niego, a z czasem od czegoś innego. Jestem osobą chorą i wtedy nie mogłam sobie pozwolić na pewne rzeczy. Jednak z premedytacją szkodziłam sobie na wszystkie możliwe sposoby. Nie szanowałam siebie i byłam nie raz o krok od śmierci.

Nowa jakość

Wraz z moją nową sympatią rozpoczął się nowy etap w mym życiu. Stwierdziłam, że sposób, w jaki się prowadzę jest nienormalny i muszę go zmienić. Zebrałam się na odwagę i powiedziałam mu, że jestem satanistką. Nie zrobiło to jednak na nim żadnego wrażenia. Mimo, że określał się jako katolik, był raczej osobą religijnie obojętną. Szybko miało się to jednak zmienić.
Po dłuższej przerwie pojechałam wraz z mym nowym chłopakiem do Częstochowy na Msze św. o uzdrowienie. Byłam strasznie podenerwowana, bo wiedziałam, że jest ze mną strasznie źle. Z sercem jak młot stałam przed samym ołtarzem, pośród ludzi, którzy nie mieścili się w kościele i wtedy poczułam, że to ja potrzebuję uzdrowienia. Żal, cierpienie, pustka w duszy. Tak to się zaczęło: łzy, ból, wstyd, wszystkie uczucia naraz. Po powrocie do domu zaczęła się prawdziwa walka. Chodziłam od jednego księdza do drugiego. Potrzebowałam pomocy. Oprócz mojej silnej potrzeby Chrystusa, przeżywałam straszne ataki demoniczne. Miały one charakter zarówno psychiczny, jak i fizyczny.

Reklama

Objawy

Nie pamiętam po kolei, jak to się zaczęło, bo z czasem dochodziło coś nowego. Takim pierwszym symptomem były na pewno napady histerycznego śmiechu. Nie potrafiłam utrzymać powagi, ani za bardzo tego powstrzymać, choć bardzo się starałam. Gdy z kimś rozmawiałam na jakiś poważny temat, musiałam chować twarz w dłoniach by nie zranić tej osoby niekończącym się, niepohamowanym śmiechem.
Podczas każdego ataku miałam nienaturalnie duże źrenice. Doprowadzały mnie one do uciążliwego bólu głowy. Takie ataki trwały różnie - od kilku minut do kilku godzin. Na końcu, gdy wszystko przechodziło, zawsze towarzyszył mi płacz, osłabienie, wewnętrzne rozdarcie, pustka i przerażające poczucie samotności. Czasem niemożliwe było otwarcie oczu.
To było niestety jedynie preludium do tego, co miało nastąpić. Wygląd i częstotliwość napadów była gorsza i ciągle się zwiększała. Zaczęłam być niepokojona nie tylko w domu, ale też w szkole i w kościele. „Przewracałam” oczami tak, że pokazywałam tylko białka. Byłam na przemian nienaturalnie nadpobudliwa, agresywna, i przesadnie spokojna. Cały mój świat uległ unicestwieniu. Traciłam po kolei przyjaciół. Nikt też nie mógł do mnie dotrzeć. W domu nie wiedzieli co się ze mną dzieje, nie poznawali mnie. W końcu wyjawiłam im powód mej „metamorfozy”. Później bardzo często tego żałowałam, niemniej mam świadomość, że podczas tego, co dzieje się przy „wychodzeniu na prostą”, bardzo ważna jest ich obecność.

Łączność, którą ciężko zerwać

Gdy przestawałam być sobą, robiłam dziwne rzeczy. Ciągle mówiłam słowami, których sensu nie rozumiałam. Wykrzykiwałam przykazania i cytaty z czarnej biblii. Rzucałam rzeczami świętymi i... samą sobą. Mimo, że odbijałam się z niesamowitą siłą o podłogę czy ścianę, nie czułam bólu. Mój chłopak próbował mnie raz obezwładnić podczas takiego ataku. Usiadł więc na moich plecach i przygniótł ręce, które wyciągnęłam przed siebie. Mimo to, bez żadnego kłopotu, uniosłam go w górę - ciągle leżałam na brzuchu - i rzuciłam w kąt pokoju. Podczas każdego ataku mam świadomość tego co robię, ale nie siłę, by to powstrzymać.
Łączność z szatanem spowodowała, że zostałam obdarzona zupełnie innym narządem wzroku. Szczególnie ujawniał się on podczas nocy. Wtedy widziałam część świata duchowego. Niekiedy miałam wrażenie, że dosłownie kroczę w rozpalonym ogniu.
Gdy jeszcze czciłam złego, codziennie z nim rozmawiałam. Niekiedy pokazywał mi się, innym razem towarzyszył zapachem. Mimo swego szkaradztwa i obrzydliwości byłam nim zafascynowana. Na początku on był mi posłuszny i trwało to do czasu, aż mnie zdobył. Dał wiele, ale zabrał wszystko.
Szczególnie pamiętam jeden taki dzień, podczas którego toczyłam z koleżanką rozmowę na temat Boga. Gdy od niej wracałam, zaczęłam na głos kłócić się z diabłem. Wtedy to po raz kolejny namawiał mnie do popełnienia samobójstwa. Próbowałam więc się utopić, lecz gdy zachłysnęłam się wodą, wyszłam na powierzchnię. Zaczął się wówczas do mnie wydzierać i wyzywać mnie. Bardzo zależało mu na mojej śmierci.

Reklama

Bolesny powrót do Kościoła

Na Mszy św. nie mogłam wytrzymać. Podczas uczestnictwa w Eucharystii towarzyszyły mi mdłości, zawroty głowy i poczucie, że nogi mam jak z waty. Nigdy nie mogłam dotrwać do końca liturgii. Raz, pamiętam, stałam przed ołtarzem i usiłowałam się przeżegnać. Kiedy wreszcie zdołałam unieść do góry rękę, wówczas szatan mnie popchnął. Gdyby nie to, że podparłam się parasolem, leżałabym na kościelnej posadzce. Poczułam wtedy, że płonę.
Przed wyjazdami na modlitwy do Częstochowy dostawałam szału. Ataki dopadały mnie nieraz na kilka dni przed terminem wyjazdu. Szczególnie nasilały się podczas nocy. Miałam widzenia, nie spałam, a kiedy już udawało mi się zasnąć, śniły mi się koszmary. Rano wstawałam wyczerpana, blada i zmęczona. Nie potrafiłam normalnie żyć i funkcjonować. Miałam słyszenia i przeczucia, byłam „prorokiem szatana”.
Mimo to, że postanowiłam zerwać z satanizmem, jeszcze kilkakrotnie spotykałam się z moim byłym chłopakiem-satanistą. Nie umiem wytłumaczyć dlaczego. Miałam nawet chwile, gdy chciałam do tej pseudo-wiary wrócić. Nie mam zielonego pojęcia, czemu to zło tak mnie pociąga. Wiem przecież, z jakim bólem i cierpieniem ono się wiąże, a jednak niekiedy wciąż wydaje mi się atrakcyjne.

Odnowa

Od października 2006 r., aż do dziś prowadzone są nade mną modlitwy. Nie wiem ile czasu jest jeszcze potrzebne, by się od tego całkowicie uwolnić. Boję się. Bardzo choruję i nie mogę normalnie funkcjonować. Nie mam apetytu, słabo sypiam. Wciąż dręczą mnie koszmary. Chodzę do lekarza, ale nie wiem za bardzo, w jakim celu. Marnuję swoje zdrowie i tyle pieniędzy na lekarstwa, które mi nie pomagają. Staram się nie tracić wiary, choć jest mi bardzo ciężko. Wiele rzeczy w moim życiu się gmatwa, i wiem, kto za tym stoi. Wiary trzymam się jednak kurczowo i staram się ją rozwijać.
Patrząc z perspektywy czasu, widzę wyraźną poprawę, tak w modlitwie, jak i w sposobie reagowania. Nie wykrzykuję imion demonów, nie przeklinam, nie mówię tyle. Gdy podczas modlitwy o uzdrowienie, szatan rzuci mnie na podłogę, o coś uderzę, to zawsze czuję ból. Wszystko zostawia na mnie swój ślad. To normalne, choć jest mi wstyd, że kogoś uderzyłam, histerycznie płakałam, wrzeszczałam. Niekiedy aż siedmiu ludzi ma problemy by mnie utrzymać, a to chwały nie przynosi.
Nie chcę sobie przypominać, co jeszcze było we mnie nie tak. Chcę teraz myśleć tylko o tym, że już wkrótce to wszystko się skończy, że Chrystus mnie całkowicie uleczy. W tym przekonaniu utwierdzają mnie cudowni ludzie ze wspólnoty „Mamre” i ich modlitwa. Staram się więc zrobić wszystko by jak najszybciej odciąć się od negatywnej przeszłości. Nawet najgorszemu wrogowi nie życzę takich katusz, jakie muszę znosić z własnej winy. Mam zresztą pełną świadomość, że sama się o nie prosiłam. Teraz pracuję jeszcze nad tym, by nie mieć żalu do chłopaka, który mnie wciągnął w satanizm.
Po co o tym wszystkim mówię? Bo kogo się tylko da, pragnę przestrzec przed satanizmem. Chcę oświetlić wizerunek zła, które ukrywa się pod pozorem dobra. Mam świadomość, że nie wszyscy dadzą wiarę mej historii, tak jak nie wszyscy wierzą w istnienie szatana. Wiem jednak, że mówić o tym trzeba. I na koniec prośba. Bardzo proszę tych wszystkich, którzy przejęli się moją historią, o modlitwę. Za tych zaś, co szydzili, zapewniam, pomodlę się osobiście.

2009-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Korea Płd.: 24 proc. wzrost liczby chrztów

2024-04-25 11:02

[ TEMATY ]

Korea Płd.

Adobe Stock

Liczba chrztów w Korei Południowej wzrosła o 24 proc. w ciągu roku, według statystyk opublikowanych 24 kwietnia przez Konferencję Biskupów Katolickich Korei.

W 2023 r. w tym wschodnioazjatyckim kraju ochrzczono łącznie 51 307 osób, w porównaniu do 41 384 osób w 2022 roku. Chociaż w porównaniu z ubiegłym rokiem, wzrost ten jest gwałtowny, to liczba ta jest niższa niż poziomy sprzed pandemii, kiedy było ich ponad 80 tys. rocznie.

CZYTAJ DALEJ

Warszawska Pielgrzymka Piesza na Jasną Górę wpisana na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego

2024-04-25 11:34

[ TEMATY ]

Lista niematerialnego dziedzictwa kulturowego

Karol Porwich/Niedziela

Zabawkarstwo drewniane ośrodka Łączna-Ostojów, oklejanka kurpiowska z Puszczy Białej, tradycja wykonywania palm wielkanocnych Kurpiów Puszczy Zielonej, Warszawska Pielgrzymka Piesza na Jasną Górę oraz pokłony feretronów podczas pielgrzymek na Kalwarię Wejherowską to nowe wpisy na Krajowej liście niematerialnego dziedzictwa kulturowego. Tworzona od 2013 roku lista liczy już 93 pozycje. Kolejnym wpisem do Krajowego rejestru dobrych praktyk w ochronie niematerialnego dziedzictwa kulturowego został natomiast konkurs „Palma Kurpiowska” w Łysych.

Na Krajową listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego zostały wpisane:

CZYTAJ DALEJ

List pasterski z okazji jubileuszu diecezji lubuskiej

2024-04-25 16:00

[ TEMATY ]

jubileusz

Zielona Góra

Gorzów Wielkopolski

List Pasterski

diecezja lubuska

Karolina Krasowska

bp Tadeusz Lityński

bp Tadeusz Lityński

Bp Tadeusz Lityński skierował do diecezjan list pasterski z okazji jubileuszu 900-lecia utworzenia diecezji lubuskiej. Poniżej publikujemy pełną treść słowa Biskupa Diecezjalnego, które w kościołach i kaplicach diecezji zielonogórsko-gorzowskiej zostanie odczytane w niedzielę 28 kwietnia 2024.

Drodzy Diecezjanie, Bracia i Siostry,

CZYTAJ DALEJ

Reklama

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję