Reklama

A to wszystko sercem

2012-11-19 12:01

Katarzyna Dobrowolska
Edycja kielecka 43/2009

W życiu wykonywała różne zajęcia: uczyła religii, pracowała w księgowości i jako pomoc na plebanii. Tak naprawdę jednak Janina Bąk z Wiśniówki swoje miejsce w życiu odnalazła dopiero po pięćdziesiątce - jako człowiek Caritas. Mówią o niej kobieta orkiestra - kierownik stołówki i świetlicy, kucharka, sprzątaczka, zaopatrzeniowiec, organizator półkolonii. Niepowtarzalny smak jej zup towarzyszył dzieciństwu setek dzieci, wychowanków świetlicy w Wiśniówce, bezrobotnym, ubogim i potrzebującym, którzy od pani Janiny w stołówce charytatywnej otrzymywali ciepły posiłek i dobre słowo.
Niemal nic się nie zmieniło od 17 lat. Janina Bąk wstaje przed szóstą, pół godziny później jest już na miejscu w świetlicy i zaczyna dzień pracy, który czasem trwa ponad osiem godzin. Ukończyła siedemdziesiąt lat, ale wciąż ma dużo werwy i zapału. Wszędzie jej pełno. Najpierw trzeba zająć się przygotowaniem posiłków dla dzieci, potem jeszcze sprzątanie, zmywanie, księgowość, rachunki, faktury - wszystko musi się zgadzać, bo solidność i pracowitość wyniosła z domu rodzinnego.

Osobisty ból

Był rok 1992, w Wiśniówce zamknięto kopalnię kwarcytu - zakład, który był największym pracodawcą na tym terenie od wielu lat. Setki osób wylądowało na bruku. Nie było zajęcia, pieniędzy, przyszły ciężkie czasy dla wielu rodzin. Wtedy zrodził się pomysł uruchomienia stołówki charytatywnej pod opieką Caritas diecezjalnej w starym budynku po przedszkolu. W inicjatywę zaangażowała się parafia. Kierownikiem stołówki została Janina Bąk.
- Początkowo gdy ks. proboszcz Ryszard Zaborek zaproponował mi to odpowiedzialne zadanie i obdarzył mnie dużym zaufaniem, miałam obawy, czy podołam, czy będę miała tyle sił - wyznaje. Ukończyła pięćdziesiąt lat, miała za sobą tragiczne przeżycia. W 1989 r. uległa wypadkowi samochodowemu, w którym zginął jej mąż i bratowa. Ona sama doznała ciężkiego urazu głowy. Ból fizyczny potrzaskanej, złamanej szczęki, bolesna i trudna rekonwalescencja i o wiele większy ból po stracie męża i bratowej i ciągłe pytania: dlaczego oni, a nie ja? - bardzo długo nie dawały jej spokoju. - Teraz wiem, że to zadanie przyszło w odpowiednim momencie, znalazłam wewnętrzną siłę do pracy, do służenia innym. Modliłam się o wytrwanie. Wiedziałam, że muszę żyć dla swoich dzieci i dla tych potrzebujących - mówi.

Dla każdego kromka chleba

- Doskonale znała środowisko, wiedziała, jakie są potrzeby i bolączki rodzin - opowiada ks. Zaborek, który przez pewien czas pomagał Janinie w prowadzeniu stołówki jako kierowca w zaopatrzeniu. Długie lata, do 2001 r. stołówka pracowała pełną parą, wydawano w niej ponad sto posiłków dziennie. Z różnorakiej pomocy, z zasiłków korzystało prawie osiemdziesiąt osób. Z czasem obok stołówki powstała świetlica socjoterapeutyczna. Bezrobocie generuje różne problemy: alkoholizm, biedę. Ktoś musiał pomóc rodzinie wyjść na prostą, by mogła przetrwać najgorszy czas. Świetlica stała się azylem dla dzieci i młodzieży. Tutaj w spokoju odrabiały lekcje przy kubku ciepłej herbaty i słodkim poczęstunku, znajdowały miejsce na rozrywkę, zabawę, naukę. Drzwi były zawsze otwarte. Dziś wielu podopiecznych świetlicy ma już swoje dzieci, one także przychodzą do świetlicy. - To są moje wnusie - żartuje Janina.
- Niedawno spotkałam mojego wychowanka na przystanku. Serdecznie się ze mną przywitał i zaczął od wspomnień. „Pani Janino, najbardziej brakuje mi smaku tych pani zupek” - przyznał się. Rzeczywiście, Janina ma dar gotowania. Kulinarne cudeńka poznali księża pracujący w parafii Wiśniówka i korzystający ze stołówki mieszkańcy.
- To były proste dania. Czasem nie było za bardzo z czego gotować, ale jakoś starałam się, żeby było smaczne, aby wszystkim starczyło, żeby byli zadowoleni. Przydał się jej kurs gospodarstwa domowego dla katechetek, organizowany w Krakowie jeszcze w latach 60. - Dużo się tam nauczyłam - mówi. - Czasem koleżanki mówiły: „no ty jak coś ugotujesz, to takie smaczne”, a ona odpowiadała zawsze z uśmiechem: „bo to wszystko trzeba robić sercem”.
Kiedyś trafiła do stołówki pewna kobieta aż ze Śląska. Biedna, zaniedbana i bez opieki zamieszkała w jakimś opuszczonym domu w Dąbrowie. Przychodziła z samego rana napić się herbaty, po kawałek chleba, tutaj się myła, jadła obiad i kolację. Janina pomagała jej przez kilka miesięcy, dopóki nie stanęła na nogi. - Najbardziej mi zawsze było żal tych chorych przez alkohol, nieporadnych, zaniedbanych czy rozwiedzionych z powichrowanymi życiorysami - przyznaje. Zaradzała ich biedzie jak potrafiła - zupa, herbata, a do tego jeszcze kromka chleba. Dobro powracało. - Kiedy tylko poprosiłam o pomoc, nigdy mi nikt z nich nie odmówił. Nigdy też nie spotkała mnie przykrość ze strony młodzieży czy dzieci, choć przecież różnie się o nich mówiło. Do dziś grzecznie się kłaniają, kiedy idę przez osiedle - tłumaczy. Fakt, zdarzały się także przykre sytuacje - włamania, kradzieże, tych jednak nie chce wspominać.
Kiedy przychodziło lato, dzieci z całej okolicy zbierały się w Wiśniówce na półkolonie. Organizowała z opiekunami wycieczki, krótkie wyjazdy, wymyślała różne atrakcje. - Piekłyśmy pieczonki, robiłyśmy ogniska z gitarą - wszystko, by dzieci mogły posmakować prawdziwych wakacji.

Reklama

Pod szyldem Caritas

Janina z Caritas związała swoje życie na emeryturze. - To ogromne dzieło, które służy wszystkim. Wystarczy tylko spojrzeć na Wiśniówkę. Opuszczone budynki po kopalni i zlikwidowanej w 2008 r. szkole nieużywane niszczałyby dewastowane przez chuliganów. A tak, jest ośrodek zdrowia z gabinetem lekarskim, dentystą. Pielęgniarki pomagają na miejscu, jeżdżą do chorych, starszych, samotnych na zastrzyk, opatrunek, podłączą kroplówkę. Kto pamiętałby o tych ludziach? - pyta. - Działa hostel, który udziela wsparcia rodzinom w trudnościach, przedszkole katolickie dla kilkunastu maluchów, do świetlicy przeniesionej ze starego budynku codziennie przychodzą dzieci pograć w piłkę, w ping-ponga, mają swój kąt - dodaje.
W ubiegłym roku Caritas uruchomiła w Wiśniówce projekt dla dzieci i młodzieży „Wszystko mogę”. Były zajęcia dodatkowe z języka angielskiego, matematyki, polskiego, wycieczki, poczęstunek. Młodzież chętnie przychodziła. Do dziś rodzice pytają, czy jeszcze takie lekcje będą. W ciągu roku, góra dwóch powstaną na dużej działce obok ośrodka mieszkania socjalne dla ubogich rodzin. To wszystko pod szyldem Caritas.
Obecnie Caritas to największa instytucja pomocowa w regionie, która w 2008 r. udzieliła różnorakiego wsparcia blisko 35 tys. osób. Janina wie, jakie były początki przed dwudziestu laty. Po okresie komunistycznej delegalizacji Caritas mogła odrodzić się w 1989 r. - Byliśmy jedną z pierwszych diecezji w Polsce, które reaktywowały działalność. Wtedy spotkała tutaj ludzi pracowitych i oddanych, dyrektora ks. Stanisława Słowika, który zaczynał od podstaw tworzyć zręby instytucji, siostry zakonne, ludzi, którzy garnęli się do pomocy.
- Janina Bąk była jednym z pierwszych pracowników Caritas - mówi ks. Stanisław Słowik. Posiada nietuzinkową umiejętność łączenia rożnych zadań i funkcji, to niezwykle zaradna osoba. W placówce charytatywnej w Wiśniówce zajmowała się wszystkim: była księgową, kierownikiem, zaopatrzeniowcem, kucharką i sprzątaczką. Do dziś kieruje świetlicą, pomaga, na ile pozwala jej zdrowie i siły. Nawet będąc na zwolnieniu lekarskim (miała poważne problemy z kolanami), nie potrafiła usiedzieć w domu. Bywały „chudsze lata” i czasem nie starczało pieniędzy na niektóre działania. Janina niejednokrotnie skutecznie angażowała się w pozyskiwanie środków finansowych od sponsorów lokalnych - opowiada ks. Słowik.

Czuję się potrzebna

Janina przyszła na świat w 1939 r. 18 czerwca. Wychowała się w rodzinie katolickiej z czwórką rodzeństwa (trzema siostrami i bratem) we wsi Wygwizdów w powiecie koneckim. - Mieliśmy siedem kilometrów do kościoła, ale zawsze rodzice starali się być pełną rodziną na Mszy św. w niedzielę. Tato Janiny, Antoni Kwiatkowski, był kowalem. - Był bardzo dobrym człowiekiem. Lubił grywać na akordeonie wieczorami - wspomina. Janina pamięta jeszcze specjalne koncerty tzw. ogrywanie starego roku według dawnych zwyczajów. - Rodzice byli bardzo lubiani w okolicy, dość powiedzieć, że mieli ponad trzydzieścioro chrześniaków. Mama Władysława pracowała jako krawcowa. Należała do Rycerstwa Niepokalanej i prowadziła koło różańcowe. Potem jej obowiązki przejęła najstarsza siostra Janiny.
W 1958 r. Janina ukończyła liceum ogólnokształcące w Przedborzu. Miała zapewnioną w szkole posadę, jednak proboszcz ks. Antoni Nowakowski przekonywał ją, aby została katechetką, choć to praca w czasach komunistycznych mało pewna. - Dobrze pamiętam, co mi powiedział: „Nie samym chlebem żyje człowiek, ale każdym słowem, które pochodzi z ust Boga”. Jego słowa poruszyły mnie, poszłam za głosem sumienia - opowiada. Dostała się na kurs do Ośrodka Katechetycznego w Kielcach. Razem z innymi dziewczynami zamieszkała u sióstr szarytek, które prowadziły dom dziecka przy ul. Kościuszki. - Wtedy po raz pierwszy spotkałam się z ludzką biedą. Patrzyłam na te dzieci i chciałam jakoś pomóc, w pewnym momencie nawet zastanawiałam się nad powołaniem zakonnym - tłumaczy. W katechezie przepracowała dwa lata. Po wyrzuceniu religii ze szkół, podjęła pracę w księgowości w Końskich. Wieloletnie doświadczenie w tym zawodzie przydało się jej potem w prowadzeniu księgowości w placówce Caritas. W Końskich poznała swojego męża Józefa. Pochodził z Bielin, ciągnął w rodzinne strony, do bliskich. Bąkowie przeprowadzili się z Końskich i zamieszkali na osiedlu Bloki, związali swoje życie z Wiśniówką.
- Syn i córka mają już swoje rodziny, a ja mam czas na pomaganie innym. To tylko Opatrzność tak działa. Wstaję wcześnie rano, nogi bolą (czasem nawet długie miesiące musiała opierać się na kulach - przyp. K.D.), ale kiedy przychodzę tutaj, wcale nie czuje upływu czasu i tego zmęczenia. Nie wiem, jak to będzie kiedyś bez pracy. W Caritas, w tym miejscu, w codziennych obowiązkach odnalazłam tak naprawdę siebie. Czuję się potrzebna, to całe moje życie - wyznaje. 9 października, w jubileusz 20- lecia Caritas diecezji Janina Bąk znalazła się wśród dwudziestu czterech wyróżnionych za zaangażowanie i pracę na rzecz potrzebujących. Ze wzruszeniem odbierała dyplom z rąk bp. Kazimierza Ryczana.

Zabawa w Kościół

2019-03-20 09:25

Bp Andrzej Przybylski
Niedziela Ogólnopolska 12/2019, str. 30

Eliza Bartkiewicz/episkopat.pl

Wstyd się przyznać, ale w młodości nie byłem ministrantem. Kiedy wstąpiłem do seminarium, musiałem więc szybko nadrobić tę lukę. Na szczęście wykłady z liturgiki czy asysty seminaryjne bardzo mi w tym pomogły. Jednak nie tylko one nauczyły mnie, czym tak naprawdę jest święta liturgia. Dobrze zapamiętałem jedną z pierwszych posług, w której byłem odpowiedzialny za przygotowanie okadzeń. Niestety, nie zdążyłem rozpalić węgielków na czas i kiedy zbliżała się chwila wyjścia z kadzielnicą, pomyślałem sobie naiwnie i przewrotnie, że wyjdę z nierozpalonymi węgielkami, celebrans zasypie je kadzidłem, a nikt specjalnie nie zauważy, że i tak nie ma z tego dymu. Jak pomyślałem, tak zrobiłem, żeby tylko ratować swoją głowę. Pobożny ksiądz nabierał już na małą łyżeczkę kadzidła, ale nagle zobaczył zupełnie czarne węgle w kadzielnicy. Spojrzał na mnie z uśmiechem i bez złości, życzliwie powiedział: „Idź z tym do zakrystii, nie będziemy oszukiwać Pana Boga, bo Kościół to nie zabawa!”.

Oj, zapamiętałem na całe życie te słowa. Do dziś jestem za nie wdzięczny temu kapłanowi. Zapamiętałem na zawsze, że wszystko, co Kościół czyni w liturgii, podczas Mszy św. i innych nabożeństw to nie jest tylko zabawa w jakieś poruszające znaki, to nie jest ludzki wymysł, żeby ciekawsze były kościelne obrzędy. Każdy znak w liturgii jest urzeczywistnieniem jakichś boskich rzeczywistości. Niedobrze, jeśli my, kapłani, nie podchodzimy do tych znaków i gestów z odpowiednią wiarą i pobożnością, jeśli sumiennie nie wykonujemy wszelkich gestów i czynności danych nam przez Kościół. Podobnie jest z ludźmi świeckimi. To smutne, jeśli nam zobojętniały liturgiczne znaki, postawy i gesty, jeśli bez czci odnosimy się do rzeczy poświęconych i związanych z Panem Bogiem.

Spróbujmy się temu przyjrzeć z uwagą i ożywić na nowo swoją świadomość i wrażliwość wobec rzeczy świętych w Kościele. Brak takiego szacunku nie tylko obraża Pana Boga, ale też sprawia, że coraz częściej obojętnie patrzymy na profanacje świętych znaków naszej wiary, na ich niszczenie i wyśmiewanie. A przecież my, chrześcijanie, nie bawimy się w Kościół i nie udajemy wiary, ale wierzymy głęboko i jesteśmy Kościołem Jezusa Chrystusa.

Bp Andrzej Przybylski
Biskup pomocniczy archidiecezji częstochowskiej

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Prezentacja tomu „Dzieł literackich i teatralnych” Karola Wojtyły

2019-03-26 18:27

md / Kraków (KAI)

W sali Okna Papieskiego Domu Arcybiskupów Krakowskich odbyła się prezentacja 1 tomu „Dzieł literackich i teatralnych” Karola Wojtyły. Zebrano w nim "Juwenilia" - utwory młodzieńcze przyszłego papieża, powstałe w latach 1938-1946.

Biały Kruk/archiwum
Ks. Karol Wojtyła

Publikacja całości „Dzieł literackich i teatralnych” zakończy się w 2020 r., w 100. rocznicę urodzin Karola Wojtyły.

Podstawą edycji są przede wszystkim rękopisy i maszynopisy przechowywane w Archiwum Kurii Metropolitalnej w Krakowie. Przy okazji spotkania zaprezentowano trzy rękopisy: „Psałterza - Księgi Słowiańskiej”, „Ballady wawelskich arkad” i niepublikowanego dotąd utworu „Ciągle jestem na tym samym brzegu”.

Na początku prezentacji Henryk Woźniakowski, prezes wydawnictwa Znak, które wydało publikację, przypomniał związki Karola Wojtyły ze środowiskiem Znaku i Tygodnika Powszechnego. Podkreślił, że przyszły papież, do dnia wyboru na Stolicę św. Piotra, opublikował ok. 100 tekstów w tych mediach. „Jednym z owoców tej przyjaźni i współpracy były książki, które wydaliśmy już po wyborze Jana Pawła II” – mówił Woźniakowski. Dodał, że poza tekstami literackimi Znak publikował również jego dzieła filozoficzne i teologiczne.

„Możemy dzięki lekturze i analizie tych, którzy opracowali te dzieła, prześledzić drogę rozwoju duchowego młodego Karola Wojtyły, zwłaszcza czas poprzedzający jego wstąpienie do seminarium” – mówił podczas spotkania metropolita krakowski abp Marek Jędraszewski.

Przewodniczący Komitetu Naukowego wydania dzieł literackich Karola Wojtyły prof. Jacek Popiel zaznaczył, że pierwsza idea krytycznej edycji pism zrodziła się już w latach 90. ub. wieku w kręgu historyków literatury w Krakowie i Warszawie. „Prace mogły się rozpocząć dopiero w 2015 r., kiedy kard. Dziwisz powołał komitet naukowy i dal prawo pełnego wglądu w archiwa kurii” – dodał.

Prof. Popiel mówił, że teksty zawarte w 1 tomie publikacji mają charakter bardzo osobisty. „Pisał je 18-20 letni człowiek, który próbuje zrozumieć swoje miejsce w świecie i stopniowo dojrzewa do decyzji o kapłaństwie” – tłumaczył.

Owocem pracy naukowców jest kilka odkryć, m.in. zmiana datowania utworu „Pieśń o Bogu ukrytym” z 1944 r. na czas między latami 1942 a 1943. Nowością jest też publikacja nieznanego wcześniej utworu Wojtyły „Ciągle jestem na tym samym brzegu”. Odkryła go Anna Karoń-Ostrowska. „Tekst czekał na odnalezienie 41 lat. Opowiada o szczególnym momencie w życiu Karola Wojtyły, między śmiercią jego ojca w lutym 1941 r. a październikiem 1942 r. Opisuje w nim czas zmagań z ludzką miłością” – mówiła podczas prezentacji.

Sekretarz Jana Pawła II kard. Stanisław Dziwisz podkreślał, że wtorkowa prezentacja publikacji była przeżyciem spotkania z Janem Pawłem II. „On powiedział o swojej twórczości: jakbym nie został papieżem, nikt by się tym nie interesował" – mówił hierarcha. Dodał, że dzięki tej publikacji odkrywamy papieża. „Poprzez odkrycie jego twórczości literackiej możemy poznać jego ducha, kim on był jako człowiek” – stwierdził.

Zauważył również, że nie można wykluczyć odnalezienia kolejnych tekstów Karola Wojtyły. „Sam dostałem niedawno od jednej z rodzin tekst, który miał być zapisem Brata naszego Boga, a okazał się zupełnie innym utworem” – wyjawił.

Oprócz tekstów literackich w publikacji zamieszczone są listy Karola Wojtyły do Mieczysława Kotlarczyka i przyjaciela z Wadowic, artysty Wincentego Bałysa oraz utwory niepotwierdzonego autorstwa, których styl wskazuje na to, że wyszły spod ręki młodego Wojtyły.

Każdy z tekstów znajdujących się w książce opatrzony jest notą, która zawiera informację, czy zachował się on w rękopisie czy w maszynopisach, kiedy doczekał się publikacji i jakie były odmiany tekstu. Podczas prac rozstrzygnięto także, które poprawki zostały dokonane ręką autora.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem