Reklama

Jest życie po śmierci i kiedyś się spotkamy...

2012-11-19 12:01

Andrzej Tarwid
Edycja warszawska 43/2009

Agata Błądzińska i Alina Szczepańska pracują w warszawskich hospicjach. Błądzińska jest pielęgniarką w hospicjum domowym w Błoniu. Szczepańska to wolontariuszka w placówce mieszczącej się przy ul. Tykocińskiej na Pradze.
Obie panie poprosiliśmy, aby opowiedziały Czytelnikom „Niedzieli” o swojej pracy, wizytach w mieszkaniach pacjentów terminalnie chorych. A także o tym, czy praca z osobami umierającymi zmieniła ich stosunek do życia i śmierci.

Droga do hispicjum

Agata Błądzińska: O pracy w hospicjum powiedziały mi koleżanki, kiedy postanowiłam wrócić do zawodu pielęgniarki - po urlopie wychowawczym i pracy w pomocy społecznej. Wtedy słowo „hospicjum” kojarzyło mi się stereotypowo, dlatego wahałam się z podjęciem decyzji. Myślałam, że sobie nie poradzę. Spotkałam się z kierownictwem placówki. To od niego dowiedziałam się, na czym ta praca polega, ale także: czego mogę oczekiwać i co będę musiała z siebie dać. Wówczas podjęłam decyzję, że zacznę pracę jako pielęgniarka w hospicjum. I dzisiaj myślę, że to jest praca dla mnie. Mimo że trudna, wymaga pełnego zaangażowania, a przede wszystkim wrażliwości i zrozumienia drugiej, chorej osoby.

Alina Szczepańska: Kilka lat temu umarł mój ojciec, a niedługo potem teściowa. Oboje chorowali na raka, a ja się nimi opiekowałam. Po ich śmierci poczułam, że muszę zaangażować się w pomoc innym chorym. To była wewnętrzna potrzeba, głos sumienia. Jednak nie poszłam od razu do hospicjum, bo wkrótce sama poważnie zachorowałam. Kiedy wyzdrowiałam, poczułam jeszcze większą potrzebę, aby zostać wolontariuszką w hospicjum.

Pierwsza wizyta

Agata Błądzińska: Jest to zwykle wejście lekarsko-pielęgniarskie. Naszym celem jest ulżenie pacjentowi w cierpieniu. Jeśli pacjent jest przytomny, to rozmawiamy z nim i odpowiadamy na wszystkie jego pytania - jego i rodziny. Ale zawsze to chory wyznacza granice tego, co chce wiedzieć. Pielęgniarka czy lekarz muszą zawsze o tym pamiętać, by nie odebrać pacjentowi nadziei.
Są pacjenci, którzy mają świadomość umierania. W takich sytuacjach nie tylko zajmuję się stroną medyczną wizyty, lecz zawsze rozmawiam o wierze. Mówię, że Pan Bóg daje nam czas na przyjemności i przykrości, ale także czas na odchodzenie. I właśnie hospicjum domowe to czas na przygotowanie się do odejścia, które przecież czeka każdego.

Alina Szczepańska: Moja pomoc sprowadza się głównie do rozmowy, do zadbania o higienę osobistą chorego oraz podania mu lekarstw. Przed każdą wizytą modlę się. Proszę Ducha Świętego, aby dał mi spokój wewnętrzny, żebym nie reagowała nerwowo, jak ktoś krzyczy. Proszę o siłę, aby tę nerwową atmosferę przeczekać. A potem staram się wysłuchać chorego, podnieść na duchu i wytłumaczyć, że razem sobie poradzimy.
Od pierwszej wizyty nawiązuje się też specyficzna więź między mną a chorym i jego rodziną. Czasami są to bardzo trudne relacje, które jednak z czasem przeradzają się w przyjaźń.

Czy to jeszcze długo potrwa?

Agata Błądzińska: W tej pracy nie ma łatwych sytuacji, bo zawsze spotykamy się z bólem i cierpieniem konkretnego człowieka. Niemniej zawsze trudno jest, kiedy chory lub jego rodzina pytają: Czy to jeszcze długo potrwa? Odpowiadam wówczas, że nie wiem. Że jestem tak samo bezradna jak oni. A moje zadanie to zrobić wszystko, co w naszej ludzkiej mocy, żeby chory jak najmniej cierpiał.
Jestem wierząca, dlatego zawsze zapewniam chorych o swojej modlitwie w ich intencji.

Alina Szczepańska: Kiedy chory jest z rodziną, to jej członkowie bardzo często są załamani zbliżającą się śmiercią. Czasami między nimi jest wiele napięć. Moja rola polega na tym, aby dać im otuchę, pocieszyć. Ale nie robię tego dlatego, że tak powinnam. Moje postępowanie wynika z przekonania i doświadczenia. Mówię rodzinie, że nic jeszcze nie jest pewne. Że wiele sytuacji trudnych może się odwrócić, czego niejednokrotnie doświadczyłam.
Przypominam im także, że jest życie po śmierci i kiedyś się spotkamy.

Agata Błądzińska: Czasami pacjentom ktoś w szpitalu powie, że będzie żył tyle i tyle. To podwójny błąd. Po pierwsze dlatego, że odbiera nadzieję. Po drugie, nikt nie wie, ile czasu chory będzie żył. Raz jednej chorej powiedziano, że umrze najpóźniej za dwa tygodnie. Tymczasem żyła jeszcze ponad półtora roku.

Eutanazja, czyli zauważcie mnie

Alina Szczepańska: Kiedy dużo się mówiło w mediach o eutanazji, jeden z pacjentów powiedział mi, że on też chciałby odejść. Zapytałam go, czy naprawdę chciałby, żebym teraz zadzwoniła po lekarza i za pół godziny już by go nie było. Wówczas on przerażony odpowiedział: „Nie!”.
Sądzę, że o eutanazję proszą osoby nie do końca świadome konsekwencji tej decyzji, czasami cierpiące na depresję. Najczęściej jednak są to osoby bardzo starające się zwrócić na siebie czyjąś uwagę. Czasami chcą skupić na sobie uwagę najbliższych, by usłyszeć ich sprzeciw wobec eutanazji i dzięki temu poczuć się kochanymi i potrzebnymi.

Agata Błądzińska: Zazwyczaj jest tak, że w rodzinach, w których nie ma dobrych relacji, chory chce umrzeć, ponieważ nie chce być obciążeniem dla rodziny. Niestety, jeśli tak myśli, a rodzina nie potrafi go przekonać, że jest inaczej, to zwykle szybko umiera. Natomiast tam, gdzie relacje rodzinne są dobre, najbliżsi są blisko siebie, otaczają się wzajemną miłością, to odejście chorego odbywa się w zupełnie innej atmosferze.
W innej atmosferze odbywa się też odchodzenie ludzi wierzących niż niewierzących.

Alina Szczepańska: Ludzie wierzący pragną oczyścić się z grzechów. A kiedy się wyspowiadają, to zawierzają swoje dalsze losy Bożej Opatrzności.

Agata Błądzińska: Kiedyś jeden z pacjentów powiedział mi, że już umiera. A ja nie widzieć czemu powiedziałam: skoro tak, to trzeba się wyspowiadać. I zaraz ugryzłam się w język, bo wiedziałam, że nie był w kościele od kilkudziesięciu lat. Wówczas on mnie zaskoczył i zapytał, czy mogę mu to załatwić. Trzeba było stanąć na głowie, żeby sprowadzić księdza, bo była już noc. Ale udało się. Po sakramencie spowiedzi ten zmaltretowany chorobą człowiek wyglądał, jakby był jednym z najszczęśliwszych ludzi na świecie.


Takie chwile dają mi siłę do działania, do walki o człowieka.

Towarzyszenie choremu

Alina Szczepańska: Człowiek umierający boi się nieznanego. Jeśli jest przy nim blisko druga osoba, to czuje się wtedy bezpieczny. Dlatego jak kończę wizytę, to moi podopieczni zawsze pytają, czy przyjdę następnym razem. I wiem, że nie mogę ich zawieść.

Agata Błądzińska: Pracownik hospicjum musi być jak niezawodny towarzysz. Tak więc, jeśli się umawiam na kolejne spotkanie, to na pewno jestem. Nie mówię, o której godzinie będę na pewno, bo każda wizyta może się wydłużyć. Jednak zawsze przychodzę, nawet późno w nocy. Postępuję po prostu tak, jakbym chciała, aby postępowano ze mną, gdybym była chora.

Będę to pamiętać

Alina Szczepańska: Wiara bardzo pomaga w trudnych chwilach choroby. Część osób, którymi się opiekowałam, odrzucała Boga. Mówili, że nie ma Boga, a my, wierzący, jesteśmy dewotami. Z czasem jednak prosili, aby przyszedł do nich kapłan. Pamiętam mężczyznę, który przyznał, że od 30 lat nie chodził do kościoła i nie przyjmował sakramentów. A teraz czuł, że odchodzi, i bardzo się bał. Zaproponowałam, aby się wyspowiadał. On nie chciał, bał się księdza, tego, że zacznie na niego krzyczeć. Mimo wszystko udało mi się go namówić do wizyty kapłana. Po spowiedzi zapytałam, jak się czuje, a on powiedział słowa, które pamiętam do dziś: „Teraz już mogę spokojnie umrzeć. Wierzą, że za jakiś czas zobaczymy się na tamtym świecie”.

Agata Błądzińska: Często doświadczam tego, że ludzie, którzy mają szczególny kult maryjny, odchodzą w święta maryjne lub ich wigilie. Dla mnie osobiście są to małe cuda. Niedawno jedna z moich pacjentek zmarła kilka minut po godz. 24 w pierwszy piątek miesiąca. Kobieta ta przez kilkadziesiąt lat nie opuściła Mszy św. sprawowanej w pierwszy piątek miesiąca.

Siła modlitwy

Alina Szczepańska: Rodziny czasem proszą o modlitwę w intencji chorych, ale jak nawet tego nie robią, to i tak modlę się każdego dnia za pacjentów. W październiku podczas modlitwy różańcowej polecam Maryi tych wszystkich, którzy odeszli. Nasze hospicjum organizuje też Msze św. za zmarłych. Biorą w nich udział pracownicy placówki, ale także rodziny, których najbliżsi odeszli.

Agata Błądzińska: Niektórzy się ze mnie podśmiewają, lecz ja głęboko wierzę w siłę modlitwy. Dlatego kiedy znajduję wolną chwilę, wchodzę do kościoła i modlę się za siebie, rodzinę i pacjentów.

Życie i śmierć

Alina Szczepańska: Boję się własnej śmierci. Wiem, że ona jest nieunikniona, dlatego staram się być na nią przygotowana.

Agata Błądzińska: Ta praca zmienia spojrzenie na życie, na to, co jest ważne, a czym nie warto zaprzątać sobie głowy. Wiem więc, że nie mogę marnować żadnej chwili w moim życiu na rzeczy, które są ulotnym blichtrem.
Oczywiście, że mając małe dzieci, chciałabym je wychować. Doczekać tego, jak dorosną i założą własne rodziny. Wiem jednak, że śmierć może przyjść w każdej chwili. Dlatego często przystępuję do sakramentów, aby być przygotowaną na spotkanie z Panem Bogiem.

Watykan: Polak nuncjuszem w Gwinei i Mali

2019-03-26 12:53

xpb / Watykan (KAI)

Ojciec Święty mianował dotychczasowego radcę nuncjatury, ks. prał. Tymona Tytusa Chmieleckiego nuncjuszem apostolskim w Gwinei i Mali a jednocześnie wyniósł do godności arcybiskupa i przydzielił stolicę tytularną Tre Taverne.


ks. prał. Tymon Chmielecki

Nowy nuncjusz apostolski w Gwinei i Mali urodził się 29 listopada 1965 roku w Toruniu. Po ukończeniu z wyróżnieniem Akademii Muzycznej w Bydgoszczy, w klasie wiolonczeli prof. Romana Sucheckiego (1987), rozpoczął pracę artystyczną i tournée koncertowe m.in. z Filharmonią Pomorską i Państwową Orkiestrą Kameralną w Toruniu. Następnie uzyskał stopień doktora nauk humanistycznych w zakresie Kościelnych Nauk Historycznych i Społecznych na Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie (1992), wydając monografię najstarszego graduału cysterskiego z Pelplina. Po odbyciu studiów prawniczych, zakończonych doktoratem z Obojga Praw na Papieskim Uniwersytecie Laterańskim w Rzymie (1995) i publikacją dotyczącą międzynarodowej ochrony dóbr kultury i wkładu Kościoła katolickiego w tę ochronę, uzyskał stopień doktora habilitowanego w zakresie Historii Powszechnej i Historii Kościoła na Wydziale Historii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu (1999), poświęcając się pracy nad dziejami katolicyzmu w Gruzji w świetle archiwów watykańskich.

Jako alumn Wyższego Seminarium Duchownego w Pelplinie i Papieskiego Wyższego Seminarium Rzymskiego, przyjął święcenia kapłańskie z rąk św. Jana Pawła II w Watykanie 26 maja 1991 r. Jako kapłan Diecezji Toruńskiej, po formacji w Papieskiej Akademii Kościelnej kształcącej dyplomatów watykańskich i odbyciu stażu w Reprezentacji Stolicy Świętej w Federacji Rosyjskiej (1993), pracował w charakterze attaché, sekretarza i radcy w Nuncjaturach Apostolskich na Kaukazie (Gruzja, Armenia, Azerbejdżan), w Afryce zachodniej (Senegal, Mali, Mauretania, Gwinea Bissau i Wyspy Zielonego Przylądka), w Austrii, na Ukrainie, w krajach Azji środkowej (Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan, Turkmenistan i Uzbekistan) oraz w Brazylii. W ostatnich latach był pracownikiem Sekcji do spraw Relacji z Państwami w Sekretariacie Stanu Stolicy Apostolskiej.

Święcenia biskupie ks. Tymona Chmieleckiego odbędą się 13 maja w Bazylice Watykańskiej. Głównym konsekratorem będzie kard. Pietro Parolin, sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej – poinformowało Radio Watykańskie.

Rozmawiając z papieską rozgłośnią swej nominacji, ks. Chmielecki zauważył, że swą posługę będzie pełnił w krajach misyjnych. W takich sytuacjach również i nuncjusz jest po trosze misjonarzem. Zarazem w krajach tych nuncjatura bardzo wyraźnie jest odbierana jako punkt łączności z Ojcem Świętym. On sam doświadczył tego najmocniej, kiedy był na placówce w Brazylii. Mówi ks. Chmielecki.

„Tym, co mnie najbardziej wzruszyło w całej mojej służbie dyplomatycznej, to było konanie i moment śmierci naszego Jana Pawła II Wielkiego. Byłem wtedy w Brazylii. W tych ostatnich chwilach życia cały lud brazylijski, episkopat, garnęli się do nuncjatury, do nuncjusza apostolskiego, do nas wszystkich i chcieli razem przeżywać te wielkie chwile przejścia naszego Papieża do nieba. Wtedy było widać jak cały lud brazylijski jest z Papieżem, jest ze Stolicą Apostolską. To było wspaniałe wyzwanie – wspomina arcybiskup nominat. – Myślę, że również w krajach misyjnych, w Afryce, ludzie mają wielkie poczucie Kościoła. W Europie jest to może już inaczej, jak widzimy, natomiast w krajach misyjnych, ten, kto uwierzy Chrystusowi, kto będzie świadomym członkiem Kościoła, ten po prostu wie, dlaczego wierzy, po co wierzy, i jak ma się zachowywać, żeby osiągnąć życie wieczne”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Prezentacja tomu „Dzieł literackich i teatralnych” Karola Wojtyły

2019-03-26 18:27

md / Kraków (KAI)

W sali Okna Papieskiego Domu Arcybiskupów Krakowskich odbyła się prezentacja 1 tomu „Dzieł literackich i teatralnych” Karola Wojtyły. Zebrano w nim "Juwenilia" - utwory młodzieńcze przyszłego papieża, powstałe w latach 1938-1946.

Biały Kruk/archiwum
Ks. Karol Wojtyła

Publikacja całości „Dzieł literackich i teatralnych” zakończy się w 2020 r., w 100. rocznicę urodzin Karola Wojtyły.

Podstawą edycji są przede wszystkim rękopisy i maszynopisy przechowywane w Archiwum Kurii Metropolitalnej w Krakowie. Przy okazji spotkania zaprezentowano trzy rękopisy: „Psałterza - Księgi Słowiańskiej”, „Ballady wawelskich arkad” i niepublikowanego dotąd utworu „Ciągle jestem na tym samym brzegu”.

Na początku prezentacji Henryk Woźniakowski, prezes wydawnictwa Znak, które wydało publikację, przypomniał związki Karola Wojtyły ze środowiskiem Znaku i Tygodnika Powszechnego. Podkreślił, że przyszły papież, do dnia wyboru na Stolicę św. Piotra, opublikował ok. 100 tekstów w tych mediach. „Jednym z owoców tej przyjaźni i współpracy były książki, które wydaliśmy już po wyborze Jana Pawła II” – mówił Woźniakowski. Dodał, że poza tekstami literackimi Znak publikował również jego dzieła filozoficzne i teologiczne.

„Możemy dzięki lekturze i analizie tych, którzy opracowali te dzieła, prześledzić drogę rozwoju duchowego młodego Karola Wojtyły, zwłaszcza czas poprzedzający jego wstąpienie do seminarium” – mówił podczas spotkania metropolita krakowski abp Marek Jędraszewski.

Przewodniczący Komitetu Naukowego wydania dzieł literackich Karola Wojtyły prof. Jacek Popiel zaznaczył, że pierwsza idea krytycznej edycji pism zrodziła się już w latach 90. ub. wieku w kręgu historyków literatury w Krakowie i Warszawie. „Prace mogły się rozpocząć dopiero w 2015 r., kiedy kard. Dziwisz powołał komitet naukowy i dal prawo pełnego wglądu w archiwa kurii” – dodał.

Prof. Popiel mówił, że teksty zawarte w 1 tomie publikacji mają charakter bardzo osobisty. „Pisał je 18-20 letni człowiek, który próbuje zrozumieć swoje miejsce w świecie i stopniowo dojrzewa do decyzji o kapłaństwie” – tłumaczył.

Owocem pracy naukowców jest kilka odkryć, m.in. zmiana datowania utworu „Pieśń o Bogu ukrytym” z 1944 r. na czas między latami 1942 a 1943. Nowością jest też publikacja nieznanego wcześniej utworu Wojtyły „Ciągle jestem na tym samym brzegu”. Odkryła go Anna Karoń-Ostrowska. „Tekst czekał na odnalezienie 41 lat. Opowiada o szczególnym momencie w życiu Karola Wojtyły, między śmiercią jego ojca w lutym 1941 r. a październikiem 1942 r. Opisuje w nim czas zmagań z ludzką miłością” – mówiła podczas prezentacji.

Sekretarz Jana Pawła II kard. Stanisław Dziwisz podkreślał, że wtorkowa prezentacja publikacji była przeżyciem spotkania z Janem Pawłem II. „On powiedział o swojej twórczości: jakbym nie został papieżem, nikt by się tym nie interesował" – mówił hierarcha. Dodał, że dzięki tej publikacji odkrywamy papieża. „Poprzez odkrycie jego twórczości literackiej możemy poznać jego ducha, kim on był jako człowiek” – stwierdził.

Zauważył również, że nie można wykluczyć odnalezienia kolejnych tekstów Karola Wojtyły. „Sam dostałem niedawno od jednej z rodzin tekst, który miał być zapisem Brata naszego Boga, a okazał się zupełnie innym utworem” – wyjawił.

Oprócz tekstów literackich w publikacji zamieszczone są listy Karola Wojtyły do Mieczysława Kotlarczyka i przyjaciela z Wadowic, artysty Wincentego Bałysa oraz utwory niepotwierdzonego autorstwa, których styl wskazuje na to, że wyszły spod ręki młodego Wojtyły.

Każdy z tekstów znajdujących się w książce opatrzony jest notą, która zawiera informację, czy zachował się on w rękopisie czy w maszynopisach, kiedy doczekał się publikacji i jakie były odmiany tekstu. Podczas prac rozstrzygnięto także, które poprawki zostały dokonane ręką autora.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem