Reklama

Pieczęć na sercu

2012-11-30 12:14

Władysław Burzawa
Edycja kielecka 49/2012, str. 4-5

TER
Jadwiga Stano

Jadwiga Stano przez całe życie szukała swojego miejsca w Kościele. Ukończywszy studia teologiczne na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, pracowała jako katechetka, pomagała, ile mogła, w parafii. W jej sercu zawsze żywe było pragnienie Boga. Dziś po latach może powiedzieć, że prawdziwymi są słowa św. Augustyna, iż „niespokojne jest serce człowieka, dopóki nie spocznie w Panu”. Jezus wyciągnął do niej rękę, a ona się mocno jej uchwyciła

Do piętnastego roku życia mieszkała w Pstroszycach, małej miejscowości niedaleko Miechowa. Mama uczyła w szkole geografii, a tato w technikum był nauczycielem zawodu. Pochodzi z bardzo religijnej rodziny. Dziadek ze strony taty był muzycznym samoukiem, grał na klarnecie. Cała rodzina zbierała się, dziadek grał, a wszyscy śpiewali pieśni religijne, tak budowały się więzi rodzinne i świadomość, że drugi człowiek jest kimś ważnym, ale Pan Bóg jest najważniejszy. Dziadek był „dobrą duszą” rodziny. Emanowało z niego ciepło i miłość. Był bardzo wierzącym człowiekiem, który swoją żywą wiarę potrafił przekazywać dzieciom i wnukom. Miał wielki autorytet. Wystarczyło, że spojrzał na dziecko, nie musiał dwa razy powtarzać. Babcia zajmowała się domem, ale zawsze znajdowała czas na pomoc potrzebującym. Znała się na leczeniu ludzi. Tato miał ośmioro rodzeństwa, dziadkowie musieli dużo pracować, aby utrzymać liczną rodzinę. O swoich rodzicach tato nigdy nie mówił inaczej niż „mamusia” i „tatuś”. Szacunek do rodziców zaszczepił dzieciom.

Pokonać strach

Jadzia długo wychowywała się sama, nie miała rodzeństwa. Brat urodził się, gdy miała siedem lat. Jako mała dziewczynka często przebywała u babci, zwłaszcza wtedy gdy mama się dokształcała i musiała wyjeżdżać. Z tamtego czasu pamięta pewne wydarzenie. Szła łąką do babci, nagle podbiegło do niej stado gęsi z głośnym sykiem. Znieruchomiała. Bała się zrobić krok. W końcu przełamała strach i pobiegła do babci. To chyba wtedy zrozumiała, że musi być dzielna, że życie wymaga odwagi, stanowczości, a może i bohaterstwa.

Rozgwieżdżone niebo

Z czasów dzieciństwa pamięta wiele obrazów, ale najsilniej wrył się w jej pamięć pewien wieczór. Szła z tatą, trzymając go za rękę. Rozmawiali, a ona patrzyła na rozgwieżdżone niebo. Przez główkę pięcioletniej Jadzi przelatywało tysiące myśli. Nawet nie wie gdzie, kiedy i od kogo usłyszała, że dusza ludzka jest nieśmiertelna i że życie się nie kończy, że życie jest wieczne, że jest Niebo. Nie mogła tego pojąć, patrzyła w migotające gwiazdy, szukając odpowiedzi. Na odpowiedź musiała trochę poczekać.

Reklama

Andrzej

Chciała zostać stewardesą, aktorką, takie były jej dziewczęce marzenia, ale życie pisze inne scenariusze. Poszła do Technikum Mechanicznego, w którym pracował jej tato. Miała smykałkę do majstrowania, więc chyba stąd ten wybór. Pod koniec czwartej klasy poznała Andrzeja. Wśród innych kolegów z klasy wyróżniał się szczególną szlachetnością. Pamięta ten dzień, ich szkoła obchodziła swoje święto - 9 maja. Andrzej umówił się z nią na pierwszą randkę. Później były kolejne spotkania, wiedzieli, że są dla siebie przeznaczeni. Ślub odbył się w Miechowie.

Poszerzała horyzonty

Decyzję, żeby kształcić się w Studium Teologicznym dla Świeckich podjęła, gdy tylko dowiedziała się, że jest taka możliwość. Dyrektorem filii w Olkuszu, w parafii św. Andrzeja był wtedy ks. dr Stanisław Bielecki, miechowianin. Pracowała, studiowała, zajmowała się domem. W tym czasie na świat przyszła kolejna córka. Ciężko było wszystko pogodzić, ale religia, wiara zawsze ją interesowały, chciała poznać istotę wiary, więcej wiedzieć i więcej rozumieć. Nigdy nie planowała zostać katechetką, chciała być po prostu świadomą katoliczką. W tym czasie zmieniła pracę i pracowała w Rejonie Dróg Publicznych w Miechowie wraz ze swoim kochanym mężem Andrzejem. To był szczególnie dobry czas w ich małżeństwie. Mieli trójkę ładnych i zdrowych dzieci. Można powiedzieć, że ich miłość nabrała nowego blasku. Gdy tylko czas pozwolił, uczestniczyli w Eucharystii, mieli za co dziękować Panu Bogu. Dopiero co przekroczyli oboje trzydziesty rok życia i ono stało przed nimi otworem.

Na drugi brzeg

Lekarze nie pozostawili złudzeń, te bóle to sygnał zaawansowanej choroby. Andrzej miał nowotwór. Cicho mówili o nikłych szansach na wyleczenie. Jadwiga się nie poddawała. Bóg może uczynić wszystko, wszystko odwrócić, zatrzymać. Gorliwiej się modliła i prosiła o jedno, aby Andrzej znów był zdrowy, żeby wszystko było jak dawniej. Na początku nawet nie wiedział, na co jest chory. Brał zastrzyki przeciwbólowe i dzielnie walczył z chorobą. Pewnego dnia znalazł dokumentację medyczną. Przeczytał, że jest chory na raka. Nie załamał się, nawet żonie nie powiedział, że wie, na co jest chory i wie, że odchodzi. Nie chciał powiększać jej bólu. Starał się nie być ciężarem dla bliskich. Brał coraz więcej zastrzyków, choroba się rozwijała. Jadwiga wciąż jednak wierzyła w cud, wierzyła, że przyjdzie taki czas, że Bóg zareaguje, że wróci zdrowie jej Andrzejowi. Była pewna. Przy mężu była uśmiechnięta, choć serce miała rozdarte. Dzień przed jego śmiercią wiedziała, że cudu nie będzie, że Andrzej nie wyzdrowieje. Poprosiła kapłana, żeby przygotował go do odejścia na drugą stronę życia. W czwartek późnym wieczorem podczas jasnogórskiego apelu modliła się z córką Marysią modlitwą wieczorną. Siedziały przy łóżku chorego, który powoli tracił przytomność. Była rozżalona, że odchodzi, a ona zostaje z trójką dzieci i nawet nic jej nie powie na pożegnanie. Gdy modliła się z córką dziesiątkiem Różańca, Andrzej odzyskał pełną świadomość. To była odpowiedź Pana Boga na jej ból. To On sprawił, że mąż i ojciec świadomie się z nimi pożegnał. - Ale to nie było pożegnanie na zawsze. To było takie serdeczne pożegnanie kogoś, kto odjeżdża daleko i mówi: „Do widzenia, ja jeszcze wrócę do was” - wspomina. Odchodził otoczony modlitwą całej rodziny. Zmarł w piątek rano ok. godz. 9. Na krótko przed śmiercią ustał ból i Andrzej patrzył gdzieś w róg pokoju, jakby kogoś widział i uśmiechał się. Jadwidze ten uśmiech przypomniał uśmiech chłopaka, który patrzy na swoją ukochaną. - Jestem przekonana, że to było jego spotkanie z Panem Bogiem. Zrozumiałam sens jego cierpienia. Zrozumiałam sens mojego wdowieństwa.

Nie sama

Miała trzydzieści trzy lata. Została z trójką dzieci i z cierpiącym Chrystusem. Wiedziała, że nie będzie sama. Bóg przygotowywał ją do wdowieństwa, umacniając wiarę. Podczas choroby męża tak się „umówiła” z Panem Bogiem, że jeżeli chce zabrać Andrzeja i jest to odpowiedni czas, to ona się zgadza, ale pod „warunkiem”, że On będzie jej pomagał. Ale tak naprawdę decyzję, co ma się wydarzyć, zostawiła Bogu. Było jej bardzo ciężko, ale odczuwała Bożą opiekę. Już jako wdowa ukończyła studia teologiczne na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.

Dojrzewanie

O indywidualnych formach życia konsekrowanego dowiedziała się w swojej parafii, kiedy w Dniu Życia Konsekrowanego ks. prof. Tomasz Rusiecki mówił o tym wielkim darze dla Kościoła. To było kilka lat temu. Myślała o byciu osobą konsekrowaną, ale obawiała się, że to wszystko tak bardzo ją pochłonie, że jeszcze bardziej będzie zaniedbywać dzieci i dom. Jako katechetka uczyła dzieci w szkole, angażowała się w parafii, poświęcała się swemu powołaniu pracy na rzecz innych, często ponad miarę, dostosowując się do wymagań przełożonych. Kiedyś przeczytała słowa o. Józefa Augustyna „grzech przeciwko prawdziwej miłości siebie jest równie ciężki jak grzech przeciwko miłości bliźniego”. To było potwierdzeniem jej własnych doświadczeń. O stanie życia konsekrowanego często rozmawiała ze swoją przyjaciółką Danusią, również wdową. Bardzo się zaprzyjaźniły. Treścią ich rozmów były przede wszystkim „sprawy Boże”.

Tęskniły, aby móc z kimś rozmawiać na te tematy. Na przełomie 2009/2010 r. podjęły wspólnie decyzję, że będą przygotowywać się do konsekracji.

Wynagrodzić za stracony czas

Myślała o konsekracji, ale przychodziły myśli, że znowu zostanie zaangażowana w to tak mocno, że zabraknie jej czasu dla dzieci. Przyznaje, że w przeszłości tak było, a dzieci cierpiały. Nie zawsze zdawała sobie z tego sprawę. To wszystko wyszło po latach, gdy rozmawiała z córką o studiach. Córka od razu powiedziała: - Na pewno nie pójdę na teologię, ponieważ chcę mieć normalną rodzinę. Wtedy zrozumiała, że praca katechetyczna „zabierała ją” dzieciom. Jednak gdy przyszła klasa maturalna, córka zdecydowała o podjęciu studiów teologicznych i obecnie, podobnie jak mama, jest katechetką. Nauczona doświadczeniem, stara się mieć czas dla synka i męża, żeby nie oglądali jej tylko na zdjęciu. Jadwiga jako babcia również jest bliżej rodziny, by w ten sposób wynagrodzić dzieciom czas, kiedy jej nie było w domu.

Odczuwa ból na wspomnienie umierających rodziców. Nie było jej przy nich. Tato zmarł po czwartym zawale. Gdy kolejny raz zawozili go do szpitala, nie myślała, że ostatni raz widzi go pośród żywych. Mama cichutko umierała w domu, ale Jadwigi nie było przy jej łóżku. Była „na służbie” w kościele. Nie mogła wziąć zwolnienia. Mama zmarła przy opiekunce. To przepełniło szalę goryczy. Chorą teściową zabrała do siebie. Umierała z gromnicą w ręku, tak jak powinien umierać chrześcijanin. Tak jak uczyła o tym na katechezie. To było wynagrodzenie za rodziców.

Nowa droga

Do ks. Rusieckiego pojechały z Danusią na początku lutego. Przyjął je z otwartymi rękami. Rozpoczęły formację, która trwała 33 miesiące. Przypomniał się jej wtedy wiek męża, gdy umierał, miał 33 lata. Poświęciła Panu Bogu swoje życie, aby mógł dysponować nią jak chce, jak Jemu się podoba. Prawdopodobnie dlatego, że wiele osób w tym czasie modliło się za nią, to przygotowanie do konsekracji i ten czas po sakramencie jest dla niej nieustającym świętowaniem. - To taki „miodowy miesiąc”. Mam bardzo głęboki pokój w moim wnętrzu. Wiem, że takiej bliskości Boga pragnęłam od dawna i wiem, że to początek tego, co nazywamy niebem.

Obowiązkiem wdowy konsekrowanej jest odmawiać Jutrznię, Nieszpory, uczestniczyć codziennie we Mszy św. i kochać całym sercem Boga i bliźniego tak, jak chce tego Bóg. Dzieci jej wybór przyjęły ze zrozumieniem, wiedziały, że mama stara się podobać Panu Bogu i że nie może bez Niego żyć. Uświadomiła im, że nic się nie zmieni, że nikt mamy im „nie zabierze”.

Inny wymiar miłości

- Niby nic się nie zmieniło, bo już od dawna oddałam swoją osobę i swoje życie do dyspozycji Panu Bogu. Konsekracja sprawiła jednak, że On to zatwierdził, kładąc na mym sercu pieczęć z obietnicą, że będzie mnie chronił i pomagał. Łaska konsekracji otwiera mnie bardziej na Boże dary. Teraz będę mogła więcej uczynić dla Kościoła, bo temu, kto oddaje się Bogu na własność bez żadnych zastrzeżeń, nie szukając siebie, temu Bóg daje siebie do dyspozycji. Jestem bardzo szczęśliwa, mam poczucie wielkiego bezpieczeństwa, wiem, że pan Bóg troszczy się o mnie, a ja staram się wypełniać Jego wolę. To poczucie miłości, bliskości i ochrony Pana Boga potrzebne jest każdemu człowiekowi, a zwłaszcza kobietom, które z natury są bojaźliwe. Miałam bardzo dobrego męża, ale miłość Pana Boga jest nieporównywalna z niczym. Jest niewypowiedziana - mówi pani Jadwiga.

W następnym numerze sylwetka Sławomira Sobczyka, szafarza Komunii Świętej i kierowcy bp. Kazimierza Ryczana

Tagi:
konsekracja wdowa

Dom Boży jednoczący ludzi

2019-03-06 10:19

Beata Pieczykura
Edycja częstochowska 10/2019, str. VI

Beata Pieczykura/Niedziela

Został uroczyście poświęcony i przeznaczony wyłącznie i na zawsze do gromadzenia się ludu Bożego i sprawowania liturgii. Obrzędy namaszczenia ścian kościoła i ołtarza, okadzenia ołtarza oraz oświetlenia kościoła dokonane przez Metropolitę Częstochowskiego na wieki będą wskazywać na niewidzialne dzieła dokonane przez Pana za pośrednictwem Kościoła. Przyozdobiony ołtarz, nakryty obrusem pochodzącym z zamkniętego kościoła w Diest otoczyli kapłani i wierni, aby sprawować pamiątkę śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. 2 marca w kościele pw. Maksymiliana Kolbego w Gorzkowie Nowym Mszy św. przewodniczył abp Wacław Depo. Świadkami uroczystości byli m.in. goście z Belgii oraz ks. dr Mariusz Trojanowski, sekretarz Księdza Arcybiskupa. Ks. kan. Bogumił Kowalski, proboszcz parafii pw. św. Jana Berchmansa w Gorzkowie – Trzebniowie, wyznał: – Każdy spośród nas może powiedzieć, że w tym budynku przeznaczonym na świątynię zostawił cząstkę siebie, swą ofiarę, pracę i trud, zabieganie o to, by nasz kościół był godzien mieszkającego w nim Boga.

W roku 10. rocznicy powołania parafii abp Depo wręczył Medal Świętej Rodziny „Zasłużony dla Archidiecezji Częstochowskiej” ks. Felixowi van Meerbergen, proboszczowi parafii pw. św. Sulpicjusza w Diest. W duchu wdzięczności ks. Felix zaproponował, aby parafie w Diest i Gorzkowie – Trzebniowie stały się parafiami bratnimi, na co abp Depo wyraził zgodę i pobłogosławił tę inicjatywę.

W dniu poświęcenia świątyni młodzież przyjęła sakrament bierzmowania, zostały poświęcone: krzyż w Trzebniowie, tablica upamiętniającą staranie śp. ks. Józefa Kordasa o konsekrację, organy i figura św. Alojzego Gonzagi.

Abp Wacław Depo o uroczystości

Ta świątynia, którą dziś namaszczamy, to święta przestrzeń, w której nieustannie rozbrzmiewać będzie wyznanie: Jezus jest Panem i Zbawicielem. Pan zamyślił, aby w tym miejscu i w tym czasie stanął Boży dom. Trzeba, by to dzieło świadczyło o zawierzeniu kapłanów, którzy budują wspólnotę, najpierw żywą wspólnotę i świątynię żywą zjednoczonych ludzi z Bogiem, którą jednocześnie musicie dalej budować przez żywotność serc i sumień.

„Modlitwa zgiętych kolan”, która zaczęła się z tego miejsca, będzie przedłużona przez modlitwę stacji wielkopostnych w Częstochowie. Przez 40 dni kościół za kościołem będzie miał taką modlitwę przed Najświętszym Sakramentem, następnie będzie okazja do spowiedzi i Eucharystia. Chcemy wyprosić ufnie dar dobrych i wiernych powołań kapłańskich i zakonnych.

Radość parafian

To wielka radość. To wielkie dziękczynienie dla ludzi, którzy przez tyle lat tu pracowali, dali serce, wspierali modlitwą i na różne inne sposoby, aby nastąpił ten dzień. Mamy kościół. To nasz dom Boży. Bóg jest z nami (Ewa). Do tego wydarzenia przygotowały nas rekolekcje głoszone przez o. Longina Płachtę, misjonarza, jezuitę z Gliwic, oraz miesięczna modlitwa. Teraz idziemy dalej, tworzymy historię, chcemy być aktywni (Andrzej).

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Fotografia Zmartwychwstałego

2019-04-21 22:17

Agnieszka Bugała

Manoppello, 2014 r. Stoję przed kryształową szybą osłaniającą chustę z wizerunkiem męskiej Twarzy. Srebrny relikwiarz obudowuje tkaninę o wymiarach 17 na 24 cm. Mężczyzna ma brodę, wąski nos ze śladem złamania, spuchnięte policzki, wąskie usta i otwarte oczy. Na szybę pada światło z okna, które mam za plecami a Oblicze przepuszcza światło na wylot. Patrzę na nie i widzę drzwi na końcu kościoła i ludzi w ławkach. Jest widoczny i przeźroczysty jednocześnie, widoczny i znikający, jest i nie jest… Patrzę.

Krzysztof Dudek

„Kiedy się dokładniej przyjrzeć, widać, że skóra wokół ust na policzkach i czole ma intensywnie różowy odcień świeżo zadanych ran. Z szeroko otwartych oczu emanuje niewytłumaczalny spokój. W czarnych punkcikach źrenic włókna wydają się osmolone, jakby wysoka temperatura przypaliła nici” – czytałam u autora „Boskiego Oblicza”. W 1963 r. św. o. Pio powiedział, że „Volto Santo w Manoppello to największy cud, jaki posiadamy”. Wg niemieckich badaczy, s. Blandiny Schlömer oraz o. Heinricha Pfeiffera, Wizerunek z Manoppello i Całun Turyński zapisują oblicze tego samego Człowieka, tyle, że w całunowe płótno owinięto całe ciało Zmarłego, a chusta z Manoppello miała leżeć na głowie Pana, gdy złożono Go w grobie.

A więc stojąc przed szybą mam przed oczami fotografię twarzy Zmartwychwstałego… Nie ma śladu farb, pędzla czy ołówka. Materiał, na której jest odbita Twarz to najdroższa tkanina starożytnego świata, bisior, zwany „złotem morza”. Jego delikatne włókna pochodzą z wnętrza małży, pozwala się farbować, ale nie da się na nim niczego namalować. Jeśli wierzyć badaczom powstał w chwili…powstawania z martwych! Obraz zatrzymał chwilę otwartych już oczu. Kogo widzą?

Wtedy, w Manoppello nie miałam odwagi wyjąć aparatu fotograficznego. Stałam przed Nim zalana łzami. Prześwietlił mnie na wylot i zostawił ślad niepojętej czułości… Od tamtej pory nie rozstaję się Jego Wizerunkiem. Staję przed Nim każdego poranka i każdego wieczoru, przytulam, gdy wali mi się świat, albo nie mam siły na niesienie codziennych krzyży. Jestem pewna, że te Oczy spojrzą na mnie w ostatniej chwili życia po tej stronie. I że rozpoznam Oblicze Wielkanocnego Pana.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Fotografia Zmartwychwstałego

2019-04-21 22:17

Agnieszka Bugała

Manoppello, 2014 r. Stoję przed kryształową szybą osłaniającą chustę z wizerunkiem męskiej Twarzy. Srebrny relikwiarz obudowuje tkaninę o wymiarach 17 na 24 cm. Mężczyzna ma brodę, wąski nos ze śladem złamania, spuchnięte policzki, wąskie usta i otwarte oczy. Na szybę pada światło z okna, które mam za plecami a Oblicze przepuszcza światło na wylot. Patrzę na nie i widzę drzwi na końcu kościoła i ludzi w ławkach. Jest widoczny i przeźroczysty jednocześnie, widoczny i znikający, jest i nie jest… Patrzę.

Krzysztof Dudek

„Kiedy się dokładniej przyjrzeć, widać, że skóra wokół ust na policzkach i czole ma intensywnie różowy odcień świeżo zadanych ran. Z szeroko otwartych oczu emanuje niewytłumaczalny spokój. W czarnych punkcikach źrenic włókna wydają się osmolone, jakby wysoka temperatura przypaliła nici” – czytałam u autora „Boskiego Oblicza”. W 1963 r. św. o. Pio powiedział, że „Volto Santo w Manoppello to największy cud, jaki posiadamy”. Wg niemieckich badaczy, s. Blandiny Schlömer oraz o. Heinricha Pfeiffera, Wizerunek z Manoppello i Całun Turyński zapisują oblicze tego samego Człowieka, tyle, że w całunowe płótno owinięto całe ciało Zmarłego, a chusta z Manoppello miała leżeć na głowie Pana, gdy złożono Go w grobie.

A więc stojąc przed szybą mam przed oczami fotografię twarzy Zmartwychwstałego… Nie ma śladu farb, pędzla czy ołówka. Materiał, na której jest odbita Twarz to najdroższa tkanina starożytnego świata, bisior, zwany „złotem morza”. Jego delikatne włókna pochodzą z wnętrza małży, pozwala się farbować, ale nie da się na nim niczego namalować. Jeśli wierzyć badaczom powstał w chwili…powstawania z martwych! Obraz zatrzymał chwilę otwartych już oczu. Kogo widzą?

Wtedy, w Manoppello nie miałam odwagi wyjąć aparatu fotograficznego. Stałam przed Nim zalana łzami. Prześwietlił mnie na wylot i zostawił ślad niepojętej czułości… Od tamtej pory nie rozstaję się Jego Wizerunkiem. Staję przed Nim każdego poranka i każdego wieczoru, przytulam, gdy wali mi się świat, albo nie mam siły na niesienie codziennych krzyży. Jestem pewna, że te Oczy spojrzą na mnie w ostatniej chwili życia po tej stronie. I że rozpoznam Oblicze Wielkanocnego Pana.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem