Reklama

Dotykałem tajemnicy

2012-11-30 12:14

Z aktorem Adamem Woronowiczem rozmawia Piotr Słomski
Edycja szczecińsko-kamieńska 49/2012, str. 5-6

Piotr Słomski

W sobotę 10 listopada o godz. 16.30 w siedzibie Katolickiego Stowarzyszenia „Civitas Christiana”, a następnie o godz. 19 w kawiarence Szczecińskiego Duszpasterstwa Akademickiego przy sanktuarium Najświętszego Serca Pana Jezusa u Chrystusowców odbyły się spotkania z Adamem Woronowiczem, odtwórcą głównej roli w filmie „Popiełuszko. Wolność jest w nas”. Urodzony w 1973 r. aktor znany jest również m.in. ze swoich kreacji w filmach „Generał Nil”, „Rewers”, „Uwikłanie” czy „Baby są jakieś inne”. Podczas spotkania dało się zauważyć, że Adam Woronowicz posiada w sobie prawdziwy charyzmat, rozpoznany i ukształtowany na drodze intensywnej formacji duchowej. Jest obdarzony szczególnym talentem oratorskim - słucha się go przyjemnie i z zajęciem. Swojej pracy oddaje się - jak sam stwierdza - cały. O swojej żonie mówi - to naprawdę święta osoba. Otwarty na człowieka. Mimo wielogodzinnych i wyczerpujących spotkań udzielił nam wywiadu.

PIOTR SŁOMSKI: - W trakcie Pańskiej prelekcji zapadł mi w pamięci pewien fragment z Pańskiego życiorysu, gdy jako jedenastoletni chłopiec grał Pan w piłkę z kolegami, a kilkadziesiąt metrów dalej przejeżdżał samochód z ciałem zamordowanego ks. Jerzego Popiełuszki. Główny bohater i przyszły odtwórca jego roli tak blisko siebie. Czy nie wydaje się Panu, że w naszym życiu pojawiają się znaki, które mogą ukazywać nam w jakiś sposób naszą życiową drogę?

ADAM WORONOWICZ: - Oczywiście, że tak jest. Jednakże, gdy ma się 11 lat, to się tego tak nie odczuwa i nie odbiera. Ale wierzę w to absolutnie. Nie my pierwsi ani nie ostatni będziemy mieli takie znaki. Niemniej jednak ufam, że w ten sposób Opatrzność do nas mówi.

- W wywiadzie dla KAI mówił Pan, że w trakcie kręcenia sceny ostatniego Różańca, jaki ks. Jerzy Popiełuszko odmówił z wiernymi w jednym z bydgoskich kościołów, miał Pan na sobie oryginalny ornat, którego używał w tamtych chwilach ks. Jerzy. Znamienne jest to, że nikt potem już go nie założył, zaszczyt ten spotkał dopiero Pana. Powiedział Pan wtedy: „Czułem, że w tym momencie dotykam tajemnicy”…

- …tak, tajemnicy kapłaństwa. Jest to wielka rzecz - kapłaństwo. Jest to ciężar, krzyż, ale jednocześnie zaszczyt i wyróżnienie. Jest to tajemnica spotkania człowieka ze swoimi słabościami, marzeniami, pragnieniami i Bogiem, który powołuje nas do rzeczy, które nas przekraczają.

- Występował Pan w wielu produkcjach opowiadających o historii naszego kraju, m.in. w „Sensacjach XX wieku”, „Generale Nilu”. Można Pana oglądać w serialu na TVP 2 „Czas honoru”. Zdaje się, że tego typu obrazy sprawiają, że aktor podchodzi zupełnie inaczej do granej w nich przez siebie roli, że przynależność do takiego, a nie innego narodu, z konkretną historią, musi mieć na niego wpływ.

- Przede wszystkim występowanie w tego typu filmach jest dla mnie niesamowitą przygodą. Bardzo lubię wcielać się w postaci historyczne. Przygotowując się do tego typu ról, zaczynam zgłębiać biografię mojego bohatera i zbierać wiadomości na temat epoki, w której żył i działał. Czuję, że są to osoby z krwi i kości, bardzo realne, mimo że już dawno ich wśród nas nie ma. Takie postaci, których rys charakterologiczny aktor musi oddać na ekranie, mogą dać ludziom jakiś konkretny, inspirujący impuls. Czasy, w których oni żyli, wcale nie były lepsze od naszych, nawet gorsze, a mimo wszystko potrafili znaleźć jakąś nadzieję, pasję, stworzyć naprawdę dzieła wyjątkowe. Często nie byłoby to możliwe, gdyby nie ich wiara. Byli wyjątkowi, dlatego że pomimo swoich słabości byli przecież takimi ludźmi jak my, mieli jakieś przeświadczenie o tym, że powinni postępować tak, a nie inaczej i zrobić coś dla kraju. Zawsze są to jakieś indywidualne historie, ale te właśnie jednostki, zmagające się same ze sobą, potrafiły dawać wiele innym ludziom. To zdumiewające.

- Czy odczuwa Pan różnicę ciężaru odpowiedzialności między odgrywaniem postaci historycznej, która osadzona jest głęboko w zbiorowej świadomości, a postacią zupełnie fikcyjną, wykreowaną przez autora scenariusza lub książki?

- Oczywiście są różnice. Odgrywanie osoby, która jest autentyczna i znana widzowi, wymaga od aktora zupełnie innego podejścia, przygotowania, no i odpowiedzialność jest inna. Tak rzadko się zdarza zagrać w takich filmach jak o księdzu Jerzym. Byłem naprawdę szczęśliwy, kiedy mogłem to robić. Był naprawdę wspaniałym człowiekiem. To jest niesamowita przygoda, kiedy człowiek może się z czymś takim zmierzyć. Ks. Jose María Escrivá de Balaguer powtarzał: „Panie! Proszę Cię, abym przejrzał!”. To jest niesamowite! Jakie to jest zawołanie! - Abym przejrzał! To jest konieczne także w aktorstwie, aby zrozumieć odgrywaną postać i podołać nałożonej na nas odpowiedzialności wobec widza.

- Na premierę czeka film „Syberiada Polska”, ukazujący los Polaków zesłanych na Syberię podczas II wojny światowej. Czym było dla Pana uczestnictwo w tego typu przedsięwzięciu?

- To jest chyba pierwszy film, który pokazuje historię, jaka miała miejsce na Kresach Wschodnich. Film porusza tragiczny czas deportacji. Wielu ludzi zostało wywiezionych w głąb Syberii, wielu pozostało tam na zawsze, zginęło. Potomkowie zesłańców do dziś żyją np. w Kazachstanie i czekają. Jest to świadectwo jakiejś hekatomby, która miała miejsce właśnie tam, w dalekiej Syberii. Świadectwo ludzi, którzy w jedną noc dostali tylko kilkadziesiąt minut, żeby się spakować. Musieli zostawić wszystko, całe gospodarstwa, majątek i jechać tygodniami w nieznane. W wagonach, w których umierały niemowlęta, kobiety, starcy. To był wielki dramat. To jest cierpienie wielu tysięcy ludzi, tak więc jest to ważny film. Mówi o nas; jest jak epopeja. Zdjęcia do filmu kręciliśmy w Krasnojarsku, więc Syberia jest pokazana naprawdę. Chciałbym, żeby film ten stał się ważnym obrazem dla wszystkich Polaków. Moim zdaniem ma szanse.

- W swojej karierze miał Pan okazję współpracować z wieloma reżyserami, którzy zapisali się już w polskiej kinematografii, jak Koterski, Vega, Zaorski. Przed rozpoczęciem zdjęć w czasie poznawania odgrywanej przez siebie roli, powstaje w Panu zapewne wizja postaci, w którą ma Pan się wcielić, zapewne taką wizję ma również reżyser. W którym momencie dochodzi do konfrontacji tych dwóch wizji - aktorskiej i reżyserskiej?

- Oczywiście, zawsze są rozmowy na temat danej roli. Czasami bywają nawet gorące, twórcze spory. Następnie dogrywa się wszystko na planie. Uważam, że reżyser ma zawsze racje, bo widzi więcej. Aktor czasami nie potrafi siebie ocenić. Reżyser wie, co zrobiliśmy nie tak, gdyż patrzy z punktu widzenia obserwatora. Więc cieszę, że tak jest i z uwagą słucham uwag reżysera. Najgorzej jest wtedy, gdy ich nie ma.

- Sądzę, że należy Pan do takich aktorów, których niełatwo zaszufladkować. Występuje Pan w reklamie, gdzie odgrywana przez Pana postać jest komiczna, wciela się Pan w rolę cynicznego oficera UB w „Czasie honoru”. Widać, że potrafi Pan wpisać się swoją kreacją w konkretne linie charakterologiczne i konstrukcje psychiczne bohaterów. Jak Pan do tego dochodzi?

- Za każdym razem podchodzę do pracy na nowo. Patrzę dokładnie, co jest napisane w scenariuszu. Jak się dobrze wczyta w swoją kwestię, to pojawia się zawsze jakiś pomysł na przedstawienie postaci. Wystarczy pomyśleć, że to jest ktoś zupełnie inny ode mnie, ktoś, w kogo muszę się wczuć. Inaczej trzeba podejść do odegrania pułkownika Wasilewskiego, a inaczej do ks. Jerzego Popiełuszki. To jest taka aktorska trójpolówka, jak ja to nazywam. Pozwala na filtrowanie siebie poprzez przechodzenie od jednego charakteru do drugiego. Tego uczymy się w szkole aktorskiej. Czasami rola jest dokładnie opisana i łatwo wejść w dany charakter, nierzadko pomaga też kostium.

- Można po skończonym spektaklu ściągnąć z siebie stroje i wrócić tak zwyczajnie do domu, czy jednak ogrywana postać gdzieś tam w Panu zostaje?

- Nie. Nigdy czegoś takiego nie odczuwałem. Zawsze wiem, że muszę wrócić do domu, do żony, do dzieci, czy przyjechać np. na takie spotkanie jak to w Szczecinie, gdzie jestem osobą prywatną. Jestem świadomy tego, że to jest zawód, przychodzi jedna rola, kończy się, zaczyna następna. Czasami takie przechodzenie od postaci do postaci sprawia trudność, ale taka jest już specyfika zajęcia, jakim jest aktorstwo. W nim odnajduję największą pasję.

- Jak Pan odpoczywa od życia aktorskiego?

- Bardzo lubię czytać książki; otaczać się nimi. Mam ich sporo i cały czas dużo ich nabywam. Lubię również oglądać zdjęcia, albumy, inspirować się różnymi rzeczami.

- W imieniu Czytelników „Kościoła nad Odrą i Bałtykiem” serdecznie dziękuję Panu za rozmowę.

- Również dziękuję i pozdrawiam wszystkich Czytelników „Kościoła nad Odrą i Bałtykiem”.

Tagi:
film sztuka Woronowicz

Procesja rezurekcyjna - rano czy wieczorem?


Edycja warszawska 16/2006

Paweł Wysoki

W niektórych kościołach Wigilia Paschalna kończy się procesją rezurekcyjną. W innych uroczysta procesja rezurekcyjna jest prowadzona w Niedzielę Zmartwychwstania, przed Mszą św. rezurekcyjną. Skąd wynikają takie rozbieżności? Kiedy najlepiej byłoby, aby ta procesja się odbywała?
Władysław z Łowicza

Odpowiada: ks. prał. Zygmunt Malacki
proboszcz parafii św. Stanisława Kostki na Żoliborzu

- Liturgicznie procesja rezurekcyjna powinna się odbywać po liturgii Wielkiej Soboty. Ale w tradycji polskiego Kościoła uroczysta procesja w większości parafii poprzedza Mszę św. rezurekcyjną w niedzielny poranek Wielkanocny. To wynika wyłącznie z naszej tradycji, która w Kościele ma szczególne znaczenie. Rzeczywiście jest tak, że w niektórych kościołach, na ogół w dużych miastach, Wigilia Paschalna w Wielką Sobotę kończy się uroczystą procesją. Uważam, że to bardzo dobrze, że jest taka różnorodność, niemniej cały czas podkreślam, że należy pamiętać o tradycji. Jestem przekonany, że dużo byśmy stracili, gdybyśmy jednoznacznie podjęli decyzję o tym, że procesja musi odbywać się po liturgii sobotniej. Gdyby takie przepisy się pojawiły, powstałby problem, bo i tak w niedzielny poranek wielu wiernych czekałoby na uroczystą procesję, szczególny znak Wielkanocy. Powstałby wielki dylemat, gdybyśmy zaprosili wiernych na procesję rezurekcyjną w późnych godzinach wieczornych. Doskonale wiemy, że liturgia Wigilii Paschalnej to kilkugodzinne nabożeństwo, które dodatkowo kończyłoby się uroczystą procesją. W tym momencie należy postawić pytanie, czy w Wielką Sobotę wierni przyszliby tak masowo do kościoła, jak na poranną procesję i Mszę rezurekcyjną. Czy w sobotni wieczór wytrzymaliby kilka godzin w kościele?
Procesja organizowana w niedzielny poranek wynika z troski duszpasterskiej. Wyraźnie widać tutaj ogromną mądrość Kościoła i troskę o wiernych. Rzeczywiście jest tak, że procesja sobotnia byłaby bardziej zgodna z przepisami liturgicznymi. Są takie głosy wśród księży, że może należałoby poprowadzić Liturgię Wielkosobotnią wieczorem po zmroku i zakończyć ją procesją, co weszłoby na stałe do tradycji, podobnie jak bożonarodzeniowa Pasterka. Przecież już w sobotę śpiewamy Alleluja! Więc to jest moment, w którym głosimy, że Chrystus Zmartwychwstał, śmierć została pokonana i to w tym momencie zakończeniem uroczystości powinna być radosna procesja. Przecież procesja jest niczym innym, niż głoszeniem tej radości na zewnątrz i wyjściem z dobrą nowiną o tym, że Pan Zmartwychwstał. Kościół, zgadzając się na procesję w niedzielę, przedłuża czas radości, pozwala każdemu wziąć udział w tym najważniejszym w życiu każdego chrześcijanina wydarzeniu.

Wysłuchał Remigiusz Malinowski

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Fotografia Zmartwychwstałego

2019-04-21 22:17

Agnieszka Bugała

Manoppello, 2014 r. Stoję przed kryształową szybą osłaniającą chustę z wizerunkiem męskiej Twarzy. Srebrny relikwiarz obudowuje tkaninę o wymiarach 17 na 24 cm. Mężczyzna ma brodę, wąski nos ze śladem złamania, spuchnięte policzki, wąskie usta i otwarte oczy. Na szybę pada światło z okna, które mam za plecami a Oblicze przepuszcza światło na wylot. Patrzę na nie i widzę drzwi na końcu kościoła i ludzi w ławkach. Jest widoczny i przeźroczysty jednocześnie, widoczny i znikający, jest i nie jest… Patrzę.

Krzysztof Dudek

„Kiedy się dokładniej przyjrzeć, widać, że skóra wokół ust na policzkach i czole ma intensywnie różowy odcień świeżo zadanych ran. Z szeroko otwartych oczu emanuje niewytłumaczalny spokój. W czarnych punkcikach źrenic włókna wydają się osmolone, jakby wysoka temperatura przypaliła nici” – czytałam u autora „Boskiego Oblicza”. W 1963 r. św. o. Pio powiedział, że „Volto Santo w Manoppello to największy cud, jaki posiadamy”. Wg niemieckich badaczy, s. Blandiny Schlömer oraz o. Heinricha Pfeiffera, Wizerunek z Manoppello i Całun Turyński zapisują oblicze tego samego Człowieka, tyle, że w całunowe płótno owinięto całe ciało Zmarłego, a chusta z Manoppello miała leżeć na głowie Pana, gdy złożono Go w grobie.

A więc stojąc przed szybą mam przed oczami fotografię twarzy Zmartwychwstałego… Nie ma śladu farb, pędzla czy ołówka. Materiał, na której jest odbita Twarz to najdroższa tkanina starożytnego świata, bisior, zwany „złotem morza”. Jego delikatne włókna pochodzą z wnętrza małży, pozwala się farbować, ale nie da się na nim niczego namalować. Jeśli wierzyć badaczom powstał w chwili…powstawania z martwych! Obraz zatrzymał chwilę otwartych już oczu. Kogo widzą?

Wtedy, w Manoppello nie miałam odwagi wyjąć aparatu fotograficznego. Stałam przed Nim zalana łzami. Prześwietlił mnie na wylot i zostawił ślad niepojętej czułości… Od tamtej pory nie rozstaję się Jego Wizerunkiem. Staję przed Nim każdego poranka i każdego wieczoru, przytulam, gdy wali mi się świat, albo nie mam siły na niesienie codziennych krzyży. Jestem pewna, że te Oczy spojrzą na mnie w ostatniej chwili życia po tej stronie. I że rozpoznam Oblicze Wielkanocnego Pana.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem