Reklama

150. rocznica powstania styczniowego

„Gloria Victis”

2013-01-28 10:21

Z Tomaszem Jaszczołtem rozmawia ks. Mariusz Boguszewski
Edycja podlaska 4/2013, str. 6-8

Internet
Bitwa pod Węgrowem zaliczana jest do jednej z największych w dziejach insurekcji styczniowej

KS. MARIUSZ BOGUSZEWSKI: - Jak wyglądała sytuacja społeczna na Podlasiu przed wybuchem powstania?

DR TOMASZ JASZCZOŁT: - Wybuch powstania styczniowego (22 stycznia 1863 r.) poprzedziły na niemałych obszarach Podlasia zaburzenia chłopskie, które miały związek z uwłaszczeniem chłopów na terenie Cesarstwa Rosyjskiego. W niedzielę 19 lutego 1861 r. na obszarze zaboru rosyjskiego we wszystkich cerkwiach i kościołach odczytano ukaz carski o zniesieniu poddaństwa. Z treści ukazu włościanie dowiedzieli się, że poddaństwo od osoby włościan zostało zniesione na zawsze. Dowiedzieli się również, że w ciągu 2 lat od ogłoszenia ukazu będzie opracowana dla każdej gromady ustawna gramota, tj. inwentarz określający i dokładnie specyfikujący obszar ziemi pozostawiony na zawsze do chłopskiej używalności, a równocześnie ustanawiający wysokość robocizn lub czynszów należnych właścicielowi folwarku do chwili wykupu ziemi przez chłopów. Włościanie nie byli zadowoleni z treści ukazu. Uważali, że należy im się zupełne usamodzielnienie bez wykupu.
Ukaz carski z 19 lutego 1861 r. znosił wprawdzie poddaństwo, jednak nie przyznawał chłopom prawa własności ziemi. Ziemia została ogłoszona własnością dotychczasowych właścicieli, ci zaś byli zobowiązani nadać ją chłopom w wieczyste dzierżawienie na bardzo ciężkich warunkach. Wykup chłop miał spłacać ratami w ciągu 49 lat.
Nie takiej reformy spodziewali się chłopi, nic więc dziwnego, że wieś ogarnęło wrzenie. Teren trzech gmin powiatu Bielsk Podlaski: Rudka, Granne i Pobikry, położonych w bezpośredniej bliskości Starego Miasta Ciechanowca, stał się areną największych zaburzeń chłopskich w całej guberni grodzieńskiej. Obawa władz rosyjskich przed wiązaniem się włościan z ruchem narodowowyzwoleńczym zmusiła cara Aleksandra II do wydania 2 marca 1863 r., a więc już w czasie trwania powstania styczniowego, ukazu znacznie korzystniejszego dla włościan niż ukaz z 19 lutego 1861 r.
Ukaz z 2 marca 1863 r. dotyczył uwłaszczenia tylko chłopów w dobrach prywatnych. Uwłaszczenie włościan w dobrach rządowych odbywało się zgodnie z ukazem z 16 maja 1867 r.
Z chwilą rozpoczęcia się wrzenia chłopskiego, wiosną i latem 1862 r. pojawili się na wsi podlaskiej agitatorzy organizacji Czerwonych, zwani leśnikami lub polskimi groszami, których zadaniem było skierowanie ruchu chłopskiego przeciwko władzom carskim i ukierunkowanie go na działalność narodowowyzwoleńczą. Byli to urlopowi żołnierze (tzw. odstawni sołdaci).

- W jaki sposób powstanie przebiegało na obecnych terenach naszej diecezji?

- W początkach lutego 1863 r. Siemiatycze stały się miejscem koncentracji powstańczej. Pierwszy przybył do miasta Stanisław Songin, który zaczął formować oddziały powstańcze. Dowództwo nad oddziałem objął Bronisław Rylski, ziemianin z rejonu Bielska, zaś Songin zajął się administracją wojskową. Wydarzenia na Podlasiu sprawiły, że w początkach lutego ku Siemiatyczom zaczęły ściągać oddziały powstańcze z różnych stron Białostocczyzny, a nawet z Łomżyńskiego. Jako pierwszy pojawił się w miasteczku Władysław Roman Cichorski „Zameczek”. Przyprowadził on ok. 2 tys. powstańców, którzy już walczyli pod Surażem i Tykocinem. W miarę upływu czasu w Siemiatyczach następowała dalsza koncentracja oddziałów podlaskich. Do Siemiatycz przybył również Roman Rogiński, najaktywniejszy z dowódców podlaskich. Doszło w Siemiatyczach do największej koncentracji oddziałów powstańczych w powstaniu styczniowym. Siły powstańców w mieście liczyły ok. 3400-3500 ludzi. 6-7 lutego 1863 r. doszło do bitwy oddziałów powstańczych z wojskami rosyjskimi. Polacy bitwę przegrali i musieli wycofać się z miasta. Była to największa bitwa powstania styczniowego na Podlasiu.
Również bitwa pod Węgrowem, której punkt kulminacyjny przypadł na 3 lutego 1863 r., zaliczana jest do jednej z największych w dziejach insurekcji styczniowej. Bitwa ta, różnie interpretowana w przeszłości i często pomijana bądź ledwo wzmiankowana przez pierwszych dziejopisów powstania styczniowego, należy obecnie do jednej z bardziej znanych w polskiej historiografii wojskowej. Na taki stan rzeczy złożyło się wiele czynników, wśród których wyróżnić należy m.in. zajęcie się problematyką bitwy przez środowiska artystyczne przełomu XIX i XX wieku. Z tego to okresu pochodzi sławna wiedeńska litografia batalii czy wiersz Marii Konopnickiej „Bój pod Węgrowem”. Do popularyzacji tej bitwy przyczyniły się też organizowane w mieście historyczne rekonstrukcje. Oprócz nich było stoczonych wiele innych potyczek między powstańcami a wojskami rosyjskimi pod Wygonowem, pod Puchłami, Andryjankami.

- Jakie postacie należy pamiętać, wspominając powstanie styczniowe na Podlasiu?

- Na samym Podlasiu z powstaniem w różnoraki sposób związanych było mnóstwo osób: ziemian, szlachty, duchowieństwa, mieszczan, chłopów. Z bardziej znanych postaci należy wymienić Władysława Rawicza, doktora Władysława Czarkowskiego, dowódcę powstańczego Władysława Jabłonowskiego oraz ks. Stanisława Brzóskę.
Historycy ustalili, że najdłużej żyjącym weteranem powstania styczniowego 1863 r. był ppor. Feliks Bartczuk zamieszkały w Kosowie Lackim. Feliks Bartczuk urodził się 22 września 1846 r. w Zawadach k. Kosowa Lackiego. Do szkoły nie chodził, gdyż w najbliższej okolicy jej nie było. Pracował w majątku Ceranów Ludwika Górskiego. Wybucha powstanie 1863 r. W pobliżu dużych lasów majątku Ceranów zwycięską walkę z silniejszymi wojskami rosyjskimi stoczył oddział mjr. Ludwika Lutyńskiego. Wtedy prawdopodobnie 17-letni Feliks, będąc w lesie ceranowskim i słysząc odgłosy walki, dołączył do oddziału partyzanckiego. W maju i czerwcu 1863 r. Bartczuk brał udział w walkach oddziału Lutyńskiego między Sokołowem i Węgrowem. Bił się również pod innymi miejscowościami. Wreszcie wyczerpany trudami walki i osłabiony gorączką, otrzymał urlop zdrowotny i powrócił do rodzinnej miejscowości. Gdy poczuł się zdrowszy i chciał wrócić do oddziału, nastąpiło nieszczęście. Na skutek oskarżenia został aresztowany. W czasie przeprowadzonej w jego domu rewizji znaleziono broń, co spowodowało umieszczenie go od lutego 1864 r. w więzieniu siedleckim. Po usilnych staraniach rodziny i miejscowych osób, podkreślających młody wiek i brak życiowego doświadczenia, odzyskał on wolność i został odesłany do miejsca zamieszkania. Bardzo wówczas przeżywał wiadomości o wygasającym powstaniu. Wkrótce doznał wraz z innymi wstrząsu duchowego, gdy 23 maja 1865 r., będąc w Sokołowie Podlaskim, patrzył na egzekucję ks. Brzóski. Stał wtedy w tłumie i razem z innymi płakał.
Ppor. Bartczuk był bardzo popularny i ceniony w okresie międzywojennym, szczególnie w powiecie sokołowskim. Na co dzień chodził w mundurze powstańca. Korzystał z miesięcznej pensji honorowej. Przyznano mu wiele orderów i odznaczeń państwowych. Mimo zaawansowanego wieku wciąż był sprawny fizycznie, tylko nieco osłabł mu wzrok. Był honorowym oficerem 22. Pułku Piechoty w Siedlcach, jeździł na różne zjazdy, uroczystości, spotkania. Najdłużej żyjący weteran powstania styczniowego i oficer Armii Krajowej swoje długie pracowite życie zakończył 9 marca 1946 r. w Kosowie Lackim, przeżywszy prawie 100 lat. Został pochowany w swoim ulubionym mundurze na cmentarzu rzymskokatolickim w Kosowie Lackim.
Nie sposób nie wspomnieć ks. Stanisława Brzóski, który pochodził ze starej szlacheckiej rodziny wywodzącej się ze wsi Brzóski pod Wysokiem Mazowieckiem. Gdy ukończył szkoły powszechne, wstąpił na Uniwersytet Kijowski, następnie uczył się w seminarium w Janowie Podlaskim. Po święceniach kapłańskich został mianowany wikarym w Sokołowie Podlaskim, gdzie pracował 3 lata. Potem przeniesiony został do Łukowa. 10 marca 1861 r. został aresztowany za wygłoszenie kazania patriotycznego. Konsekwencją tego był wyrok 2 lat twierdzy, karę zmniejszono do roku. W czasie powstania styczniowego pełnił wiele znaczących funkcji, był m.in.: naczelnikiem administracji powstańczej powiatu łukowskiego, naczelnym kapelanem wojsk powstańczych w stopniu generała. Brał udział w bitwach m.in. pod Siemiatyczami i Włodawą.
Ostatnim miejscem pobytu ks. Brzóski była wieś Krasnodęby-Sypytki niedaleko Sokołowa Podlaskiego, gdzie ukrywał się wraz ze swym adiutantem Franciszkiem Wilczyńskim. W kwietniu 1865 r. wieś została otoczona przez wojska rosyjskie. Dostał się do niewoli i wyrokiem sądu polowego skazano go na powieszenie. Egzekucję na ks. Brzósce i Wilczyńskim wykonano 23 maja 1865 r. na rynku w Sokołowie Podlaskim w obecności dziesięciotysięcznego tłumu. Żeby zatrzeć o nim pamięć, zatajono miejsce pochówku. Ostatnim odznaczeniem jest pośmiertne przyznanie mu 23 maja 2008 r. przez prezydenta Polski Lecha Kaczyńskiego Orderu Orła Białego, przekazane na ręce burmistrza Sokołowa Podlaskiego.

- Jakie były konsekwencje udziału w powstaniu dla ówczesnej ludności?

- Obok szlachty najdotkliwiej za udział i sprzyjanie powstaniu był represjonowany Kościół katolicki, który identyfikował się na tych terenach z polskością, stąd był solą w oku dla władz zaborczych. Nie sposób przedstawić tu sylwetek setek kapłanów, karanych nieraz bardzo dotkliwie aż po zsyłkę na Sybir, więzienie, a nawet karę śmierci włącznie. Wielu duchownych było karanych za odmowę przyjęcia tzw. trebnika, czyli rytuału wydrukowanego w języku rosyjskim i obowiązkowo narzuconego duchownym katolickim. Jeden z księży pracujących w parafii Ostrożany - ks. Sidorowicz za to, że witał oddziały powstańcze, zdążające na bitwę pod Siemiatyczami, został aresztowany i następnie zesłany do guberni permskiej. Jego następcy byli w parafii tylko po trzy miesiące. Powody do karania były czasami prozaiczne. W jednej z parafii księdza ukarano za to, że pozwolił odprawić w kościele nabożeństwo księdzu z Petersburga, a także, że nie ogłaszał parafianom o zbliżających się rocznicach rodziny carskiej. Opisy dramatycznych przeżyć wielu duchownych katolickich w czasie powstania i bezpośrednio po nim możemy znaleźć we wspaniałej pracy bp. Pawła Kubickiego wydanej tuż przed II wojną pt. „Bojownicy kapłani za sprawę Kościoła i ojczyzny w l. 1861-1915”. Oparta ona jest na gruntownych badaniach, które bp Kubicki przeprowadził w różnych archiwach i bibliotekach, aby zobrazować ogrom męczeństwa duchowieństwa w Kongresówce i zachodnich guberniach cesarstwa rosyjskiego.
Represje dotknęły bezpośrednio jednak nie tylko księży, ale i zwykłych wiernych. Zaborcom nie wystarczało bowiem usuwanie niewygodnych kapłanów. Posuwali się także do zamykania świątyń katolickich. Preteksty do tego były najróżniejsze. Na terenie samej tylko obecnej diecezji drohiczyńskiej, w jej części należącej niegdyś do guberni grodzieńskiej, po powstaniu styczniowym skasowano 9 kościołów parafialnych oraz 2 kaplice. Powody ku temu były różne: rzekomo mała liczba wiernych, zły stan świątyni itp. Zlikwidowane kościoły i ich majątek oddawano prawosławnym, a gdy nie było ich w pobliżu, zamykano całkowicie, a ziemię konfiskowano na rzecz państwa. Już prawie 30 lat po powstaniu, w 1892 r., zburzono do fundamentów dwa kościoły w Grannem i Śledzianowie, które wcześniej zamknięto za udzielanie posług religijnych dawnej ludności unickiej siłą zmuszonej do przejścia na prawosławie.
Równocześnie z zamykaniem świątyń wydano wiele ukazów, które mocno uderzyły w wiernych, np. zakazy wznoszenia krzyży i kapliczek przydrożnych oraz polecenie niszczenia już istniejących, zakaz remontów podupadających kościołów, zakaz organizowania procesji dookoła kościołów itp.
Następna rzecz to sprawa unitów podlaskich. W guberniach zachodnich Rosji unię zlikwidowano już w 1839 r. Pewna część unitów przeszła wtedy nie na prawosławie, a na obrządek łaciński. W ramach walki z Kościołem katolickim po powstaniu styczniowym władze rosyjskie nakazały wyszukanie takich osób i przymusowe włączenie do Cerkwi prawosławnej. Zakazano także bezwzględnie byłym unitom uczestniczyć w jakichkolwiek obrzędach katolickich. W 1864 r. podczas odpustu w jednej z parafii katolickich aresztowano ok. 200 osób wyznania prawosławnego za to, że przyszły na nabożeństwo katolickie. Bogatsi z nich zostali ukarani karami pieniężnymi, ci natomiast, którzy nie mieli czym zapłacić, zostali wychłostani. Takie sytuacje zdarzały się częściej, gdyż trudno było od razu odgrodzić od siebie siłą obie społeczności związane i współżyjące ze sobą od wielu dziesiątek lat.

- Która bitwa była najbardziej znacząca w powstaniu na naszym terenie?

- Wielce znaczącym epizodem była bitwa pod Łukawicą, która została stoczona w dniach 17-19 września 1863 r. między liczącą blisko 500 ludzi partią powstańczą płk. Ejtminowicza a oddziałem rosyjskim. Łukawicka wieś oskarżona o w współpracę z powstańcami musiała zapłacić największą cenę. W dniach 2-5 października 1863 r. została otoczona przez wojska rosyjskie składające się z czterech rot piechoty, szwadronu ułanów i stu kozaków, na czele z Ignacym Borejszą, naczelnikiem wojennym z Bielska. Żołdacy carscy obstawili każdy dom i kolejno wyganiali na pobliskie pole wszystkich mieszkańców bez względu na wiek czy chorobę. Pierwszym etapem wykonywania kary była całkowita grabież majątku mieszkańców, który przez trzy dni wywożono do dworu w Pietkowie. Ostatniego dnia siedzący na koniu i obserwujący cały spektakl Borejsza odczytał dekret gen. Michała Murawiewa „Wieszatiela”, który ogłosił m.in., że cała szlachta z Łukawicy ma być zesłana na Sybir, cały jej majątek ruchomy i nieruchomy skonfiskowany, a wieś spalona. Na komendę „zażigat” carscy żołnierze jednocześnie podpalili wszystkie zabudowania wiejskie. Ludność zaś pognano etapami na zesłanie na Wschód. Dopiero po upływie 12 lat po ułaskawieniu pozwolono mieszkańcom wrócić do Królestwa, nie wszyscy jednak tego momentu doczekali.

- Jakie są miejsca pamięci powstania w naszej diecezji?

- Z tego, co mi wiadomo, to na pewno jest obelisk na miejscu bitwy pod Węgrowem oraz obelisk na miejscu bitwy pod Wygonowem, pomnik w Łukawicy, w Andryjankach oraz najnowszy w Hajnówce. W Siemiatyczach swoistym pomnikiem są resztki zachowanego parkanu cmentarnego, za którym chronili się powstańcy przed obstrzałem wojsk rosyjskich. Wymownym świadectwem losów powstańców i zwykłych ludzi jest pomnik w Łukawicy. Znajdują się na nim symboliczne napisy: „Chwała zwyciężonym, Gloria victis łukawiczanom, powstańcom, tym, co walczyli, ginęli za ojczyznę w powstaniu styczniowym 1863 r.” oraz: „Wracaliśmy, wracamy i wracać będziemy do ciebie, Polsko, matko nasza, bo wyszliśmy z tej ziemi”. Słowa te odnoszą się do losów mieszkańców Łukawicy zesłanych na Syberię, którzy powrócili po kilku latach tułaczki.
Najbardziej zaś znanym jest pomnik ks. Brzóski w Sokołowie Podlaskim. Odsłonięto go 23 maja 1925 r. Na początku 1940 r. Niemcy zrabowali rzeźby orła i wieńca z liści laurowych. W 1984 r. dzięki inicjatywie mieszkańców Sokołowa przywrócono pomnikowi dawny wygląd i w kolejną rocznicę śmierci ks. Brzóski - 23 maja 1984 r. dokonano ponownego odsłonięcia pomnika.
Pięknym świadectwem jest też kamienny pomnik na miejscu aresztowania w Krasnodębach-Sypytkach z napisem zapewniającym o pamięci wobec tego polskiego bohatera: „Gdy pamięć ludzka gaśnie, mówią kamienie. Tu ukrywali się i zostali aresztowani gen. ks. Stanisław Brzóska, ostatni komendant powstania 1863 r. na Podlasiu, oraz jego adiutant Franciszek Wilczyński. Wielka chwała bohaterom”.

Tagi:
Powstanie Styczniowe

Seminarium kieleckie w powstaniu styczniowym

2019-01-23 11:50


Edycja kielecka 4/2019, str. I

O zaangażowaniu kleryków kieleckiego Seminarium w walki powstania styczniowego z ks. dr. Andrzejem Kwaśniewskim, historykiem Kościoła, rozmawia Agnieszka Dziarmaga

TD
Obraz Praussa, Patrol pod Karczówką

– Czy do kieleckiego Seminarium przenikała atmosfera zbliżającego się wybuchu powstania narodowego, nazwanego później styczniowym?

– Na wieść o wybuchu powstania zorganizowane zostało w seminarium spotkanie, które tak opisał ks. Marcin Smółka: „wtedy śp. bp Maciej Majerczak i profesorowie zgromadzili nas kleryków na sali teologicznej i ostrzegali, abyśmy nie słuchali agitatorów, którzy mogą lada chwila nadejść, żeby nas obietnicami wywieźć w pole. Ostrzeżenie dzięki Bogu pomogło, jednak w nocy dwóch kolegów uciekło, ale zakład został ocalony i lekcje szły dalej”.

Bp Majerczak oficjalnie przestrzegał kleryków przed udziałem w powstaniu, jednak tych duchownych, którzy wzięli udział, wspierał, narażając się władzom rosyjskim. Działanie biskupa było podyktowane sytuacją prawną duchownych, którzy zgodnie z prawem kościelnym nie powinni walczyć z bronią w ręku (i w pewnym sensie mieszać się do polityki). Ponadto chodziło o ocalenie zakładu teologicznego od dezintegracji, która byłaby skutkiem podsycenia i tak silnych nastrojów patriotycznych. Sam w okresie powstania listopadowego jako młody ksiądz, nie będąc jeszcze biskupem, aktywnie angażował się w sprawę walk narodowych.

Zapewne na postawę kleryków i alumnów oddziaływała podniosła atmosfera patriotyczna kieleckiego gimnazjum, którego budynek przylegał do kościoła seminaryjnego.

23 stycznia 1863 r. na wieść o wybuchu powstania jeden z uczniów, Aleksander Głowacki (Bolesław Prus), wygłosił na lekcji łaciny wezwanie: „moi kochani teraz nie czas na Eneidę”. Następnie zebrał wszystkie egzemplarze książki („Eneida” Wergiliusza) i wrzucił je do pieca. To zapoczątkowało czynny udział młodzieży w działaniach powstańczych.

– Czy znamy nazwiska kleryków, którzy poszli do powstania?

– Ks. Józef Zdanowski określił liczbę sześciu alumnów biorących udział w powstaniu. Spośród nich podał jedynie dwa nazwiska: Wincenty Nowakowski i Józef Kwapiński. Ks. Teodor Czerwiński wyliczył siedmiu seminarzystów powstańców: Wincenty Nowakowski, Józef Kwapiński, Antoni Brykczyński, Jan Szymanowicz, Władysław Bieliński, Stanisław Rutkiewicz, Jan Jankowski. Ks. Józef Małota podał, że do powstania przyłączyło się czterech seminarzystów: Józef Kwapiński, Stanisław Rutkiewicz, Jan Szymanowicz i Władysław Bieliński. Ponadto ks. J. Małota ogólnie informował, że z młodszych (nie noszących sutanny) przyłączyło się kilku. Z badań ks. Tomasza Wróbla opartych na analizie akt naczelnika wojennego powiatu kieleckiego wynika, że oskarżono o udział w powstaniu czterech alumnów. Byli to: Ignacy Popiel, Eleuteiusz Król, Józef Hirtz i Piotr Szczepański. Trzeba tu podkreślić, że zróżnicowany był stopień zaangażowania i czas alumnów włączonych w powstańcze walki.

Do grupy kleryków powstańców należy zaliczyć także ks. Jana Szpakiewicza i ks. Wincentego Smoczyńkiego. Ks. J. Szpakiewicz jako alumn wstąpił w szeregi powstańcze. Był więziony przez władze rosyjskie w Kielcach. Bp Maciej Majerczak pismem z 22 marca 1865 r. zwrócił się o możliwość posyłania ks. J. Szpakiewiczowi do więzienia obiadów i kolacji. Ks. W. Smoczyński w 1861 r. został wysłany z seminarium kieleckiego do Akademii Duchownej w Warszawie. Za ruch spiskowy osadzony w 1862 r. w cytadeli warszawskiej, następnie wywieziony w głąb Rosji do Kostromy, stamtąd przewieziony do Nowomoskiewska. Został zwolniony z nakazem opuszczenia imperium rosyjskiego.

Reasumując, ustalona lista seminarzystów obejmuje trzynastu kleryków i alumnów, wygląda następująco: Władysław Bieliński, Antoni Brykczyński, Józef Hirtz, Jan Jankowski, Eleuteiusz Król, Józef Kwapiński, Wincenty Nowakowski, Ignacy Popiel, Stanisław Rudkiewicz, Wincenty Smoczyński, Jan Szpakiewicz, Piotr Szczepański, Jan Szymonowic. W elenchusie diecezji kielecko-krakowskiej na rok 1863 zamieszczony został wykaz duchownych kształconych w Akademii Duchownej Rzymskokatolickiej w Warszawie oraz w seminarium kieleckim. Należy przyjmować, że liczba seminarzystów w Kielcach to co najmniej pięćdziesięciu dwóch. Spośród pięćdziesięciu dwóch kształconych w Kielcach aż jedenastu zaangażowało się w powstanie. Seminarzyści biorący udział pochodzili w większości z kursów niższych. Łącznie z warszawskimi liczba kleryków kieleckich obejmowała około 55 osób, co daje trzynastu powstańców w grupie pięćdziesięciu pięciu. To ponad 20% zaangażowanych w powstanie – bardzo dużo.

Spośród tych trzynastu seminarzystów większość pozostała przy powołaniu kapłańskim; po święceniach pięciu pracowało w diecezji krakowskiej, trzech w innych diecezjach.

Zestawione dane wskazują na patriotyczną atmosferę panującą w seminarium kieleckim. Należy również zwrócić uwagę, że w czasie powstania w seminarium kształciło się trzech alumnów znanych z późniejszej patriotycznej postawy: Michał Sławeta, Paweł Sawicki i Franciszek Gruszczyński. Księża ci w późniejszych latach jako pracownicy seminarium weszli w skład represjonowanej grupy kapłanów wywiezionych w głąb Rosji.

– Autor wspomnień o powstaniu, ks. Teodor Czerwiński, miał do niego jednak negatywny stosunek?

– Na kartach pamiętnika utrwalił swój dystans do toczonych wówczas walk. Wśród alumnów wskazał na ks. J. Jankowskiego i ks. J. Kwapińskiego, z którymi najbardziej się przyjaźnił. Z kapłanów wskazał ks. E. Podolskiego jako swojego bliskiego kolegę. Pomimo przyjaźni z duchownymi powstańcami nie podzielał ich entuzjazmu dla walki narodowej. Pozostawił cierpką uwagę na temat ks. J. Jankowskiego i ks. J. Kwapińskiego, „których zawierucha narodowa 1863 r. poniosła w świat i wykoleiła”. Wakacje po wybuchu powstania ks. T. Czerwiński spędzał w rodzinnym Ćmielowie. Zarówno miejscowy proboszcz ks. Kasper Kotkowski [w latach 1861-1862 organizował manifestacje patriotyczne. Był też inicjatorem zwołania 29 października 1862 r. zebrania we wsi Świętomarz k. Bodzentyna, na którym spotkali się księża z powiatu kieleckiego, opatowskiego i in. Podjęto wówczas decyzję o zerwaniu ze stronnictwem „Białych” i przystąpieniu do Komitetu Centralnego Stronnictwa „ Czerwonych”. Po wybuchu powstania Styczniowego został naczelnikiem cywilnym, a następnie komisarzem pełnomocnym Rządu Narodowego na województwo sandomierskie. Przyp. red.] , jak i wikariusz ks. J. Tuszewski byli silnie zaangażowani w powstanie. Ks. K. Kotkowski nakłaniał kleryka T. Czerwińskiego, aby został jego sekretarzem do spraw bieżących. T. Czerwiński skutecznie jednak unikał zaangażowania w politykę. Po latach negatywnie oceniał swoich duszpasterzy: „ks. J. Tuszewski, gorący, niedoświadczony i bez należytego kierunku zmarnował się, długie lata spędził na Syberii”; „proboszcz zaś Kotkowski […] udał się za granicę i zwichnął się okropnie”1.

– Jest też grupa osób, którym powstanie skierowało życie w stronę diecezji, kieleckiego Seminarium i w ogóle kapłaństwa?

– Ks. Jan Gęca jako alumn seminarium sandomierskiego brał udział w manifestacji patriotycznej na Świętym Krzyżu (14.09.1862). Potem był m. in. przez 8 lat wikariuszem w Szańcu (współpracował wówczas z ks. Kazimierzem Wnorowskim), następnie był proboszczem parafii Złotniki. Ks. Wincenty Ingielewicz jako alumn seminarium wileńskiego brał udział w powstaniu. Aby uniknąć represji, przeniósł się do seminarium kieleckiego i udało mu się po przyjęciu święceń podjąć posługę kapłańską dla miejscowej diecezji.

Z kolei Romuald Wiadrowski jako gimnazjalista kielecki wstąpił do oddziału powstańczego Kazimierza Konrada Błaszczyńskiego (ps. „Bogdan Bończa”) i walczył w bitwie pod Górami Pińczowskimi (18.06.1863 r.). Ranny w bitwie znalazł schronienie w klasztorze jędrzejowskim, następnie zbiegł do Galicji. Po powrocie wstąpił do seminarium kieleckiego. W roku 1869 został wyświęcony na księdza.

Natomiast Paweł Oraczewski to przykład polskiego szlachcica negatywnie nastawionego do działań powstańczych. Był właścicielem wsi Boleścice na terenie parafii Sędziszów. Jan Newlin Mazaraki w swoich wspomnieniach podkreślił, że P. Oraczewski był siostrzeńcem margrabiego Aleksandra Wielopolskiego. Do powstania odnosił się z pogardą, oświadczając, że „z powstaniem szewców i błaznów nic wspólnego mieć nie może”. Ok. pierwszej połowy czerwca 1863 r. Oraczewski odmówił powstańcom dowodzonym przez Kazimierza Konrada Błaszczyńskiego ps. „Bończa” uiszczenia podatku narodowego. Został skazany na śmierć w miejscu stacjonowania oddziału – w Gniewnięcinie. Przed wykonaniem wyroku spowiadał go kapłan z parafii Mstyczów. Nieznany z nazwiska ksiądz po wyspowiadaniu P. Oraczewskiego wyprosił u Bończy jego ułaskawienie. Drugi podobny przypadek, także związany z osobą Pawła Oraczewskiego zdarzył się jesienią 1863 r. Po bitwie pod Mełchowem (30.09.1863) powstańcy pod wodzą Zygmunta Chmieleńskiego obozowali w Gniewięcinie. Oraczewski odmówił powstańcom prowiantu, za co został aresztowany, a następnie przesłuchany przez Z. Chmieleńskiego. P. Oraczewski był wówczas o krok od wyroku śmierci, jednak w wyniku próśb miejscowej szlachty zaprzestano działań sądowych i zwrócono mu wolność. W okresie popowstaniowym P. Oraczewski wstąpił do seminarium w Kielcach.Wyświęcony na kapłana (1872), był m. in. kanonikiem kieleckim.

Źródło: wspomnienia księży; akta personalne księży wytworzone przez konsystorze kielecki i krakowski

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Czy naród żydowski współpracował z nazistami?

2019-02-15 18:37

Artur Stelmasiak

Przykład Hotelu Polskiego bardzo dobitnie ukazuje niezwykłą historię, jak polska Armia Krajowa wkracza do akcji, aby bronić Żydów przed Żydami. W tym miejscu kolaborujący z Gestapo Żydzi sprzedawali za grube pieniądze swoich rodaków.

Archiwum

Tak się składa, że warszawska redakcja tygodnika "Niedziela", w której pracuje, mieści się w dawnym budynku Hotelu Polskiego. Podczas II wojny światowej wydarzyła sie tu straszna i bolesna historia dla narodu Żydowskiego, bo w aferę Hotelu Polskiego zamieszani byli dwaj żydowscy kolaboranci Gestapo – Leon „Lolek” Skosowski i Adam Żurawin.

Zgodnie z zabiegami dyplomatów ze Szwajcarii i USA, części Żydów z getta warszawskiego zezwolono wydać paszporty, żeby mogli wyemigrować do Ameryki Południowej. Przesłane na przełomie 1942 i 1943 roku dokumenty nie trafiły jednak do ich właścicieli, a do rąk Skosowskiego i Żurawina. Sprzedawali ukrywającym się Żydom paszporty, których cena dochodziła nawet kilkuset tysięcy złotych za sztukę. Chętnych nie brakowało. Żydzi, którym udało się zakupić paszport, zostali internowani w Hotelu Polskim przy ulicy Długiej 29 w Warszawie. Oczywiście wszystko odbywało się pod bacznym okiem Niemców, którzy pewnie także czerpali profity z tego zyskownego procederu. Wiosną 1943 r. urządzili nalot na Hotel Polski i prawie wszystkich rozstrzelano. Później to miejsce traktowano jako pułapkę warszawskiego gestapo, które w ten sposób wywabiało Żydów z kryjówek po aryjskiej stronie, by ich zamordować w obozach zagłady.

Według Żydowskiego Instytutu Historycznego spośród ponad 2500 Żydów, którzy zgłosili się na Długą, przeżyło zaledwie 260 osób. "Lolkiem" i jego zbrodniczą działalnością zajęła się Armia Krajowa. Leon Skosowski został zabity 1 listopada 1943 roku przez żołnierzy kontrwywiadu Okręgu Warszawskiego AK. Tego dnia do Gospody Warszawskiej przy Nowogrodzkiej o godzinie 17-tej wkroczyło czterech żołnierzy polskiego podziemia uzbrojonych w pistolety i granaty. Zebranym kazano podnieść ręce do góry, a Lolka Skosowskiego zastrzelił podchorąży „Janusz”. Strzelał z bliska – AK chciało mieć pewność, że zlikwidowano tego groźnego agenta Gestapo.

Takich historii, gdy Żydzi współpracowali ze swoimi oprawcami można znaleźć więcej. Parafrazując skandaliczne słowa premiera Izraela Benjamina Netanjahu wypadałoby zapytać: Czy naród żydowski współpracował z nazistami? Odpowiedź jest oczywista. Naród Żydowski był ofiarą, a nie oprawcą, choć tak jak w każdym narodzie zdarzały się czarne charaktery. To nie Polacy, ani nie Żydzi byli oprawcami i zbrodniarzami w czasie II wojny świtowej. Oba narody były ofiarami zbrodniczego niemieckiego nazizmu. Oczywiście Żydzi byli brutalniej traktowani przez Niemców, ale nie jest to w żadnym wypadku wina narodu polskiego.

Przykład Hotelu Polskiego bardzo dobitnie ukazuje sytuację, jak polska Armia Krajowa wkracza do akcji, aby bronić Żydów przed Żydami. "W związku z ustaleniem tego ohydnego zbrodniczego procederu [afera hotelu Polskiego], szef kontrwywiadu AK Okręgu Warszawa, kpt. Bolesław Kozubowski, uzyskał od płk. Chruściela, późniejszego dowódcy Powstania Warszawskiego, zgodę na natychmiastowe zlikwidowanie całej szajki bez oczekiwania na wyrok sądowy, aby ratować jak największą liczbę kandydatów na tak organizowany przez Skosowskiego wyjazd do obozów zagłady" - czytamy we wspomnieniach podporucznika AK Janusza Cywińskiego ps. "Janusz", który wykonał wyrok na Skosowskim.

Kilkadziesiąt metrów od Hotelu Polskiego jest maleńka uliczka im. Bohaterów Getta. Często widzę tam kręcące się wycieczki z Izraela. Dlaczego nie widzę takich wycieczek stojących przed Hotelem Polskim? Przecież to miejsce mogłoby być ważną dla narodu Żydowskiego lekcją historii. Pewne jest także, że taka lekcja bardzo przydałby się premierowi Izraela.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Wyrzucony z Norwegii za obronę polskich dzieci

2019-02-18 07:58

Artur Stelmasiak

W poniedziałek o godz. 17 odbędzie się demonstracja przed ambasadą Norwegii przeciwko antyrodzinnej polityce Oslo, gdzie odbiera się dzieci m. in. polskim rodzinom. Powodem pikiety jest wyrzucenie polskiego dyplomaty konsula dr Sławomira Kowalskiego wbrew stanowisku rządu RP.

Twitter

Norweski MSZ tłumaczy, że konsul podczas swoich interwencji w obronie dzieci nie podporządkował się policji i urzędnikom Barnevernet. Jednak z opinii świadków i nagrań udostępnionych przez Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris jednoznacznie wynika, że to norwescy policjanci i urzędnicy złamali międzynarodowe prawo, a zwłaszcza zapisy Konwencji Wiedeńskiej o prawie konsularnym.

Na filmie ujawnionym na youtube dokładnie widać i słychać, że policjanci zmusili polskiego konsula do opuszczenia budynku, gdzie znajdowały się polskie dzieci. Co więcej, osobie posiadającej immunitet dyplomatyczny policjanci grozili użyciem siły i mówili: "Masz ostatnią szansę żeby stąd wyjść, albo cię wyniesiemy". "Masz wyjść, bo ja tak mówię!". Natomiast rzeczniczka norweskiego MSZ nadal powiela kłamstwa i oskarżenia wobec konsula, że zachowywał się gwałtownie, utrudniał wykonywanie obowiązków i odmówił stosowania się do poleceń policji. - Konsul miał pełne prawo do interwencji, a policja powinna mu w tym pomoc. Nagranie czarno na białym pokazuje, że konsul działał zgodnie z prawem, a prawo łamali norwescy policjanci. To jawne pogwałcenie prawa konsularnego z Konwencji Wiedeńskiej. Mam nadzieję, że te sprawy zostaną postawione na arenie międzynarodowej - mówi mec. Jerzy Kwaśniewski, prezes Ordo Iuris, który jest zaangażowany w obronę polskich rodzin w Norwegii.

Konsul Sławomir Kowalski został bardzo brutalnie potraktowany przez norweską dyplomację. W szybkiej odpowiedzi na to polski MSZ w tym samym czasie odwołał norweską panią konsul z Warszawy. W tej sprawie chodzi o ochronę Polaków w Norwegii, których jest tam ok. 200 tys. i są największą mniejszością narodową w tym kraju. - Mam tezę, że w kontekście relatywnie niskiego przyrostu naturalnego w Norwegii, możliwość asymilacji polskich dzieci jest bardzo atrakcyjna dla rządu norweskiego. I dlatego szuka się pretekstu, by polskie dzieci zabrać polskim rodzinom, odciąć je od polskiej kultury i tradycji, by zrobić z nich Norwegów, których dziś tak bardzo brakuje w Norwegii - mówił poseł Jan Dziedziczak i były wiceminister MSZ.

Pikieta rozpocznie się w poniedziałek 18 lutego 2019 roku przed ambasadą Norwegii, al. Armii Ludowej 26 o godz. 17.00

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem