Reklama

Wołamy o wołyńskie krzyże

2013-02-18 13:30

Z dr. Leonem Popkiem rozmawia Anna Cichobłazińska
Niedziela Ogólnopolska 8/2013, str. 34-35

ANNA CICHOBŁAZIŃSKA: - Oddajemy hołd ofiarom wojny zamordowanym przez Niemców, naszym braciom Żydom stawiamy muzeum, a Polacy zamordowani na Kresach nie mają nawet krzyży na grobach, a na miejscach ich męczeństwa i bezimiennych mogiłach rosną ziemniaki i buraki. Czym to jest spowodowane?

DR LEON POPEK: - To bardzo przykre, że w czasie dwudziestu lat wolnej Polski i wolnej Ukrainy tak mało zrobiono, by upamiętnić ofiary Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) na Kresach. W okresie PRL nie można było o tym mówić, gdyż Ukraina była częścią Sowietów. Po odzyskaniu wolności powstawało wprawdzie wiele opracowań naukowych, opublikowano wiele dokumentów, książek, wspomnień, pamiętników, relacji, ale problem upamiętnień jest nadal bolesnym tematem. Dotyczy nie tylko Wołynia, ale także województwa lwowskiego, stanisławowskiego, tarnopolskiego oraz części Polesia. Dla samego Wołynia ludobójstwo na Polakach dotyczy ok. 2 tys. miejscowości, gdzie żyło i zostało zamordowanych 60 tys. Polaków. Z tych ok. 2 tys. miejscowości do dziś jest upamiętnionych ok.130-150. Wymordowani Polacy w większości miejscowości nie mieli katolickiego pochówku, a na ich grobach nie ma nawet krzyża. Odchodzi ostatnie pokolenie, które pamięta ludobójstwo na Kresach. Umierają z żalem, że chcemy poprawić stosunki sąsiedzkie z Ukrainą, a nie zostały dopełnione podstawowe powinności wobec zmarłych: pochówku, nabożeństwa żałobnego i postawienia krzyża - symbolu wiary w życie wieczne.

- Czy są prowadzone statystyki ludobójstwa na Polakach na Kresach?

- Od wielu już lat prace dokumentacyjne prowadzi Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa (ROPWiM) w Warszawie i „Karta”. Śledztwo „wołyńskie” prowadzi też Lubelska Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN. Jeżeli chodzi o całą Ukrainę, to zlokalizowane jest ok. 4 tys. miejscowości, które należałoby upamiętnić. Tam mieszkali Polacy, tam zostali zamordowani, tam są pojedyncze i masowe groby ponad 130 tys. osób. To wsie, ale i kolonie, chutory, przysiółki, gdzie mieszkało kilka rodzin polskich albo tylko jedna czy dwie. Wiemy, że Polacy tam zostali zamordowani w latach 1939-45, ale gdzie są ich groby, nie wiemy. Takich miejsc mogą być jeszcze setki, trzeba je odnaleźć, zaznaczyć i jakoś upamiętnić.
Czy może tym zadaniom podołać ROPWiM, której co rusz „ktoś” rzuca pod nogi przysłowiowe kłody? Pamiętam doskonale, jakie problemy z upamiętnianiem ofiar UPA na Wołyniu miał tragicznie zmarły Andrzej Przewoźnik. Ileż różnego rodzaju przeszkód mieliśmy do pokonania podczas prowadzonej rok temu ekshumacji ofiar UPA w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej, na którą rodziny czekały 20 lat. Niemal wszyscy dziennikarze ukraińscy podczas pogrzebu 320 ekshumowanych ofiar UPA 30 sierpnia 2012 r. na cmentarzu w Ostrówkach przekonywali mnie, że grzebane szczątki to ofiary NKWD!

- To była przede wszystkim ludność wiejska...

- Nie tylko, to także działacze społeczni, nauczyciele, leśnicy, chociaż tych w znacznej liczbie wywieźli Sowieci w 1940 r. Ale pozostali to - ma Pani rację - ludność wiejska.

- Jaki los czekał duchowieństwo polskie wcześniej zdziesiątkowane przez sowieckich i niemieckich okupantów?

- Po czterech wywózkach sowieckich, po działalności NKWD, po aresztowaniach niemieckich, wywózkach do obozów koncentracyjnych i na roboty przymusowe, po rozstrzeliwaniach zakładników, na Wołyniu zostało ok. 10-12 proc. Polaków. Wołyń został oczyszczony z kadry przywódczej, inteligencji, wojskowych, administracji, leśniczych, gajowych, nauczycieli, także księży. Jedynymi osobami w terenie, do których ludność wiejska miała całkowite zaufanie, byli księża. Od wiosny 1943 r., z chwilą przejścia ok. 5 tys. uzbrojonych policjantów ukraińskich do UPA, wsie wołyńskie zaczęły płonąć. Księża, chociaż nie byli wojskowymi, nieraz nie mając wyjścia, organizowali w swoich parafiach samoobronę, np. ks. Józef Kuczyński w Dederkałach, ks. Gabriel Banaś w Witoldówce, ks. Stanisław Kobyłecki we Włodzimierzu Wołyńskim, ks. Stanisław Szczypta w Przebrażu czy ks. Leon Śpiewak w Hucie Stepańskiej.
W uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła UPA zorganizowała napady na ponad sto miejscowości w trzech powiatach: włodzimierskim, horochowskim, kowelskim. W ciągu trzech dni zamordowano ok. 8 tys. Polaków, m.in. w kilku kościołach, gdzie były odprawiane Msze św. W Porycku 11 lipca podczas Sumy zamordowano ok. 200 Polaków. Odprawiający kapłan - ks. kan. Bolesław Szawłowski został wówczas ciężko ranny. Ukrywał się u miejscowego duchownego prawosławnego, jednak nazajutrz został odnaleziony przez banderowców i dobity. Ks. Konstanty Turżański, proboszcz parafii Wyszogródek, poniósł w lipcu męczeńską śmierć razem z wiernymi, którzy byli zgromadzeni na Mszy św. Ks. Jan Kotwicki, proboszcz parafii Chrynów, został zamordowany 11 lipca w czasie odprawiania Mszy św. razem z grupą ok. 200 parafian. Byłem na tym miejscu, jest tam teraz pole buraków. Żadnego krzyża, żadnego sposobu upamiętnienia. Ks. kan. Józef Aleksandrowicz, proboszcz parafii Zabłotce, został zamordowany 11 lipca razem z grupą parafian podczas Mszy św. w kościele w Zabłotcach. Dzisiaj w tym miejscu rosną jabłonie, wypasa się bydło, konie, krowy. Do ks. Stanisława Dobrzańskiego w Ostrówkach 29 sierpnia 1943 r. przyjechał oddział AK z poleceniem od dziekana ks. Stefana Jastrzębskiego, by wywieźć księdza w bezpieczne miejsce. Ks. Dobrzański powiedział: „Jaki byłby ze mnie pasterz, gdybym pozostawił w niebezpieczeństwie na pastwę wilków bezbronne owce”. Zarządził, by kobiety z dziećmi wyjechały na teren garnizonu niemiecko-węgierskiego w Jagodzinie, mężczyźni mieli zabezpieczyć dobytek przed spaleniem. Niestety, zostali zaskoczeni o świcie. W ciągu kilku godzin 80 proc. parafii została wymordowana. Zwołana na zebranie społeczność została otoczona. Kobiety z dziećmi zgromadzono w kościele. Wszystkich zamordowano. W Ostrówkach zginęło 470 osób, w Woli Ostrowieckiej 570 osób. Zginął też ks. Stanisław Dobrzański. Według relacji, banderowcy kłócili się, co zrobić z duchownym. Jeden zaproponował, by odrąbać mu głowę siekierą. Pochowany został wraz z parafianami. W 1992 r. ekshumowaliśmy ciała z tej mogiły - 81 osób. Dzisiaj stoi na niej krzyż. Wraz z ks. Dobrzańskim zamordowano brata zakonnego z zakonu chrystusowców Józefa Harmatę, który był na wakacjach u swoich rodziców.
W czasie wykładów czy przy okazji krążącej po Polsce wystawy „Niedokończone Msze wołyńskie” słyszę pytanie: Dlaczego żaden z tych 18 księży, a są jeszcze bracia zakonni i siostry zakonne, duchowni obrządku bizantyjsko-słowiańskiego (neounii), dlaczego żadna z tych osób nie została wyniesiona na ołtarze, a nawet nie jest prowadzony proces beatyfikacyjny? Czy są lepsi święci i gorsi święci? Ci, którzy zginęli z rąk Niemców i Sowietów, mogą być wynoszeni na ołtarze, a ci, którzy zginęli z rąk UPA w czasie odprawiania Mszy św., ranni przy ołtarzu podczas rozgrzeszania palonych żywcem uczestników Mszy św., jak ks. Bolesław Szawłowski, nie mogą dostąpić chwały ołtarzy? Jakiego aktu męczeństwa jeszcze trzeba, by być uznanym za świętego? - pytają. Najbardziej boli mnie to, że z tych 18 duchownych tylko czterech ma mogiły upamiętnione krzyżem. Ja sam od kilku lat namawiam karmelitów bosych do upamiętnienia dwóch współbraci zakonnych, którzy zginęli męczeńską śmiercią razem z parafianami w klasztorze w Wiśniowcu. O. Józef Gleczman, br. Jan Lisoń, zamordowani na wiosnę 1944 r. przez UPA, pochowani są na cmentarzu w mogile zbiorowej razem z wiernymi. Mogiła jest porośnięta pokrzywami, na cmentarzu widziałem wypasane kozy. Na tej mogile nie ma krzyża, nikt nie odprawił Mszy św. Są i inni księża, którzy nie doczekali się upamiętnienia.
Piękną akcję prowadzi rokrocznie ordynariusz diecezji łuckiej bp Marcjan Trofimiak. W okolicach 11 lipca w łuckiej katedrze odprawiana jest niedokończona Msza św. I będzie ona niedokończona, bo według prawa kanonicznego Mszę św. może dokończyć tylko ten kapłan, który ją zaczął. Na 18 krzyżach zawieszone są stuły kapłańskie, palą się znicze, czytana jest litania do kapłanów męczenników, sióstr zakonnych, braci zakonnych, którzy zginęli z rąk UPA. I to jest to, co żywi mogą zrobić dla zamordowanych: modlić się i upamiętnić ich groby znakiem krzyża.

- Wśród zamordowanych były też siostry zakonne, czy wiadomo z jakich zgromadzeń?

- Niewiele wiemy na ten temat. Brak jest dokumentów. Można wymienić s. Jadwigę Gano i s. Marię Andrzeję Ossakowską ze Zgromadzenia Sióstr Córek Najczystszego Serca NMP (sercanki niehabitowe). 9 listopada 1943 r. w Lubieszowie banderowcy spędzili blisko 200 Polaków do drewnianego budynku, razem z nimi były też siostry sercanki. Mamy niepotwierdzoną relację, że banderowcy zażądali od sióstr wyrzeczenia się wiary katolickiej w zamian za ocalenie życia. Odmówiły. Banderowcy podpalili dom i siostry zginęły wraz z mieszkańcami Lubieszowa. Ocalało tylko kilka osób, które przyznały się do narodowości ukraińskiej. Kilka lat temu w nawie bocznej kościoła wierni umieścili krzyż wykonany z nadpalonej belki budynku, gdzie spłonęli mieszkańcy Lubieszowa. W kościele znajduje się tablica upamiętniająca ten mord. Na cmentarzu jest zbiorowa mogiła męczenników lubieszowskich z krzyżem postawionym na początku lat 90. Poprzedni krzyż wraz z opisem grobu został zniszczony już w czasie wolnej Ukrainy. Niestety, ktoś nieznający historii tej mogiły nie wie, kto tam jest pochowany i w jakich okolicznościach zmarł.

- Ginęli nie tylko duchowni katoliccy...

- Ks. Serafin Jarosiewicz obrządku bizantyjsko-słowiańskiego zginął w Żabczu niedaleko Horochowa. Ukrył się wraz z kilkoma wiernymi w cerkwi. UPA postawiła mu ultimatum: ocaleje, jeśli przejdzie na prawosławie. Nie zgodził się. Został spalony żywcem. Do dziś grekokatolicy nie wierzą, że śmierć poniósł duchowny greckokatolicki. Mówią, że UPA nie mordowała grekokatolików. UPA mordowała wszystkich, którzy negowali jej działania. Tylko na Wołyniu zginęło ponad 20 duchownych prawosławnych i 2 biskupów prawosławnych. UPA mordowała duchownych greckokatolickich choćby za to, że z ambony potępiali jej działalność. Ginęli też Ukraińcy za pomoc Polakom: informowanie o drogach ucieczki, oddawanie żywności czy przechowywanie polskich dzieci.
Wspomnę o heroicznym czynie o. Kasjana Józefa Czechowicza, kapucyna obrządku wschodniego. W czasie największego terroru postanowił nawrócić banderowców. Poszedł on do sztabu UPA, by zaprzestali mordu na ludności polskiej. Nie mógł już dłużej patrzeć na barbarzyństwo, które działo się na jego oczach, na porąbane zwłoki, spalone wsie. W słowniku kapucynów znajduje się informacja, że został przewieziony do Kowla i utopiony w rzece.

- Ekshumacja ciał daje obraz okrucieństwa banderowców. To nie chodziło tylko o śmierć, ale bezlitosne pastwienie się i tortury...

- Ludzie, którzy widzieli śmierć swoich najbliższych, dzieci, które ocalały nieraz ciężko ranne, z tą traumą borykają się do końca życia. A widzieli rzeczy straszne. Dzisiaj na Ukrainie mówi się, że Ukraińcy mieli mało amunicji, dlatego mordowali tym, co mieli pod ręką. Nie sądzę, by to była prawda, mordom towarzyszyły niewyobrażalne tortury lub znęcanie się nad trupami. W Woli Ostrowieckiej 243 osoby (ekshumowane w 1992 r.) ze zbiorowej mogiły zamordowane były siekierami, maczugami, kołkami, młotami do uboju bydła. Przez dłuższy czas nie mogliśmy zidentyfikować narzędzia, które pozostawiło w czaszkach trójkątny otwór. Dopiero Ukrainiec, który przyszedł nad mogiłę i płakał nad ciałami, powiedział nam, że zabijano ich tak, jak zabija się bydło. Aby mieć wyobrażenie okrucieństwa tych mordów, wystarczy powiedzieć, że Polacy w chwili zagrożenia modlili się o śmierć od kuli.
Rok temu braliśmy udział w pochówku ekshumowanych w Ostrówkach. Wzięli w nim udział miejscowi Ukraińcy. Przyszli na pogrzeb opłakiwać Polaków sąsiadów - jak mówią - dobrych ludzi. Widziałem radość byłych mieszkańców Ostrówek, że po tylu latach mogą dopełnić obowiązku wobec zmarłych, chrześcijańskiego pochówku na cmentarzu katolickim przy grobach przodków. Widziałem, jak sąsiedzi ukraińscy witali się z nimi, rozmawiali, wspominali sąsiadów. Na Ukrainie banderowcy są bohaterami, którym stawia się pomniki, nazywa ulice i place. Nad mogiłami zamordowanych pochylają się prości Ukraińcy i modlą się razem z nami. Gdy ktoś mnie pyta o pojednanie, to mówię, że to jest właściwy kierunek. Trzeba stanąć nad grobem i wspólnie zapłakać, wspólnie się pomodlić i dopiero potem mówić o przyszłości.



S. MARIA OSSAKOWSKA
9 listopada 1943 r. UPA spędziła do drewnianego budynku w Lubieszowie ok. 150-200 osób (głownie Polaków), w tym dwie siostry zakonne i zażądali publicznego wyrzeczenia się wiary katolickiej. Niewiele osób tego dokonało. Upowcy podpalili budynek. Razem ze współrodakami zginęła w ogniu s. Alojza i s. Andrzeja

Maria Ossakowska urodziła się 14 października 1901 r. w Kowlu, córka Joachima i Rozalii. Po śmierci ojca jako 13 letnia dziewczyna została oddana przez matkę do Zakładu prowadzonego przez Siostry Sercanki w Kijowie. Tam ukończyła Szkołę Podstawową i czteroklasowe gimnazjum. W 1920 r. wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Córek Najczystszego Serca NMP (sercanek bezhabitowych). Tam odbyła postulat. Nowicjat rozpoczęła w Nowym Mieście nad Pilicą 8 września 1922 r., przyjmując imię zakonne Andrzeja. Tu 9 września 1923 r. złożyła profesję zakonną, a 3 czerwca 1928 r. śluby wieczyste.

Po ślubach pracowała w Warszawie, Skórcu, Swisłoczy, Siedlcach przy obowiązku wychowawczyni czy westiarki zakładowej. Na placówkach spotkała s. Jadwigę Gano i za jej przykładem zgłosiła się do pracy misyjnej. Przyjęła wschodni obrządek i w 1933 r. razem z s. Jadwigą Gano wyjechała do Lubieszowa.

Reklama

Tam pracowała jako wychowawczyni w sierocińcu dla dziewcząt unickich oraz prowadziła 6 hektarowe gospodarstwo. Prowadziła też działalność misyjną po domach, opiekowała się zaniedbanymi rodzinami. Już na początku września 1939 r. razem z innymi siostrami została wysiedlona z domu zakonnego przez władze sowieckie. Przez pewien czas pracowała jako kucharka, praczka i szwaczka a po wkroczeniu wojsk niemieckich (1941r.) podjęła pracę w szpitalu w Lubieszowie.

9 listopada 1943 r. banderowcy spędzili do drewnianego budynku ok. 150-200 osób w tym obie siostry zakonne i zażądali publicznego wyrzeczenia się wiary katolickiej. Gdy niewiele osób opuściło budynek , upowcy podpalili go. Razem ze współrodakami i braćmi w wierze zginęła s. Andrzeja i s. Jadwiga Gano. Zbiorowa mogiła męczenników lubieszowskich znajduje sie na cmentarzu rzymskokatolickim w Lubieszowie.


Ks. LUDWIK WRODARCZYK OMI
UPA uprowadziła ks. Wrodarczyka w nocy z 6 na 7 grudnia z kościoła w Okopach.
Okrutnie torturowany, został zamordowany.
Przygotowywany jest jego proces beatyfikacyjny

Urodził się 25 sierpnia 1907 r. w Radzionkowie na Górnym Śląsku w wielodzietnej rodzinie górniczej. W sierpniu 1926 r. rozpoczął nowicjat w Zgromadzeniu Misjonarzy Oblatów Najświętszej i Niepokalanej Panny Maryi. Pierwsze śluby zakonne złożył w Markowicach w 1927 r. Studiował w seminarium duchownym oblatów w Obrze. Święcenia kapłańskie przyjął 10 czerwca 1933 r. Pierwszą placówką był Kodeń nad Bugiem, gdzie był wikariuszem i ekonomem. Od 1936 r. pracował jako ekonom w Markowicach. Rada Prowincjalna oblatów wyznaczyła mu objęcie zarządu domu w Okopach i jednocześnie stanowisko administratora nowo utworzonej parafii. Do wyznaczonej placówki ks. Wrodarczyk przybył wraz z br. Karolem Dziembą 29 sierpnia 1939 r. Pomimo trudnych lat wojny, pełnił posługę duszpasterską i - znając właściwości lecznicze ziół – niósł ulgę w chorobach nie tylko swoim parafianom, ale i mieszkańcom wiosek ukraińskich. W czasie okupacji niemieckiej udzielał się w duszpasterstwie katolików zza kordonu granicznego, zniesionego po uderzeniu Niemiec na Związek Sowiecki. Nie bał się spieszyć z pomocą Żydom. Instytut Yad Vashem nadał mu pośmiertnie medal „Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata”.

Napady UPA, które w drugiej połowie 1943 r. zagrażały północno-wschodniej części diecezji łuckiej, dotknęły także parafię okopską. Ludność polska zwykle chroniła się w lasach. Tak samo było w nocy z 6 na 7 grudnia, kiedy to uprowadzono ks. Wrodarczyka. Ludność Okopów (także br. Karol Dziemba) uciekła do lasu. Ks. Wrodarczyk pozostał w kościele. Tam znaleźli go oprawcy i doprowadzili do ukraińskiej wsi Karpiłówka. Istnieją rozbieżne przekazy o rodzaju tortur, jakie stosowano wobec ks. Wrodarczyka i sposobu, w jaki zginął. Jednak wszystkie mówią o wielkim okrucieństwie ukraińskich oprawców. Za najbardziej wiarygodne uchodzi ustalenie, że po okrutnych torturach, „nagiego wyrzucili oprawcy przed dom na śnieg i z rozrąbanej piersi kat wyrwał mu serce”.

Przygotowywany jest proces beatyfikacyjny ks. Ludwika Wrodarczyka.


S. JADWIGA GANO
9 listopada 1943 r. UPA spędziła do drewnianego budynku w Lubieszowie ok. 150-200 osób (głownie Polaków), w tym dwie siostry zakonne i zażądali publicznego wyrzeczenia się wiary katolickiej. Niewiele osób tego dokonało. Upowcy podpalili budynek. Razem ze współrodakami zginęła w ogniu s. Alojza i s. Andrzeja.

Jadwiga Gano urodziła się 10 października 1901 r. w Moskwie. Do Zgromadzenia Sióstr Córek Najczystszego Serca NMP (sercanek bezhabitowych) wstąpiła w 1921 r., przyjmując imię zakonne s. Maria Alojza. W 1932 r. zgłosiła się do pracy wśród unitów na Polesiu. Przeszła na obrządek bizantyjsko-słowiański i rok później rozpoczęła pracę w Lubieszowie (diecezja pińska, obecnie łucka) w ochronce dla dzieci unickich. Opiekowała się też kaplicą i udzielała pomocy pielęgniarskiej w Lubieszowie i pobliskich Uhryniczach. W czasie II wojny światowej siostry zostały wypędzone ze swojego domu, młodsze zaś wyjechały do innych placówek zgromadzenia. Na miejscu w Lubieszowie pozostały tylko dwie: przełożona s. Alojza (Jadwiga Gano) i s. Andrzeja (Maria Ossakowska). W okresie nasilania się mordów dokonywanych przez UPA na Wołyniu i Polesiu, 9 listopada 1943 r. banderowcy spędzili do drewnianego budynku ok. 150-200 osób (głownie Polaków) w tym obie siostry zakonne i zażądali publicznego wyrzeczenia się wiary katolickiej. Gdy niewiele osób opuściło budynek, upowcy podpalili go. Razem ze współrodakami i braćmi w wierze zginęła w ogniu s. Alojza i s. Andrzeja. W chwili śmierci siostry uspokajały wszystkich, wzywając, by swoje życie oddali Bogu przez Maryję.

Zbiorowa mogiła męczenników lubieszowskich znajduje się na cmentarzu katolickim w Lubieszowie.


KS. STANISŁAW FIJAŁKOWSKI
zamordowany przez UPA 12 marca 1944 r. na terenie klasztoru Dominikanów
w Podkamieniu wraz z kilkuset osobami.
Został pochowany na cmentarzu w Podkamieniu.

Urodził się w 1893 r. Do kapłaństwa przygotowywał się w seminarium duchownym diecezji łucko-żytomierskiej w Żytomierzu. Święcenia kapłańskie otrzymał w 1916 r.

W diecezji łucko-żytomierskiej i łuckiej od 1925 r. pełnił funkcje: w 1920 r. – administratora parafii Hołoby i tymczasowego administratora parafii Nabrzuska (dek. Kowel), w 1921 r. – administratora parafii Koziatyn (dek. Berdyczów), wikariusza w Równem do 1923 r., od 1923 r. – proboszcza parafii w Targowicy. Wiosną 1924 r. otrzymał w tymczasowy zarząd parafię Jałowicze. 18 września 1924 r. został proboszczem parafii w Tomaszgrodzie w dekanacie sarneńskim (z rezydencją w Rokitnie), w 1927 r. proboszczem parafii w Rokitnie, w 1931 r. proboszczem parafii w Wiśniowcu i administratorem parafii Oleksiniec, i wreszcie od 1936 r. proboszczem parafii Poczajów (dek. Krzemieniec).

W lipcu 1943 r. z obawy przed napadami UPA przeniósł się wraz ze swoimi parafianami do pobliskiego Podkamienia na terenie archidiecezji lwowskiej, gdzie znaleźli schronienie w klasztorze Dominikanów. Do klasztoru przybyło wielu uchodźców z Wołynia i ludność Podkamienia. 12 marca 1944 r. upowcy dokonali szturmu na klasztor. Wśród kilkuset osób zamordowanych w tym dniu był także proboszcz z Poczajowa. Został pochowany na cmentarzu w Podkamieniu w osobnym grobie.


KS. JAN KOTWICKI
zamordowany 11 lipca 1943 r. w Chrynowie
w czasie napadu UPA na kościół,
gdzie było zgromadzonych około 200 osób

Urodził się w 1898 r. w Szedskiej Budzie w powiecie żytomierskim w rodzinie rolników (zubożała szlachta) Jana i Petroneli z Mościckich. Gimnazjum ukończył w Żytomierzu. W 1917 r. wstąpił do łucko-żytomierskiego seminarium duchownego w Żytomierzu. W roku szkolnym 1921/1922 przyjął w Gnieźnie wszystkie święcenia wyższe: subdiakonat, diakonat i prezbiterat (w 1922 r.). Po wyrażeniu zgody na udanie się na terytorium Rosji sowieckiej otrzymał nominację na wikariusza parafii katedralnej w Żytomierzu. W sierpniu 1922 r. udał się przez zieloną granicę na miejsce przeznaczenia. 4 listopada 1923 r. został aresztowany razem z proboszczem ks. Andrzejem Fedukowiczem. Po kilku tygodniach został zwolniony. Ponownie został uwięziony 9 maja 1924 r. Przebywał w więzieniu w Żytomierzu. W grudniu 1924 r. przewieziono go do więzienia w Charkowie. 22 września 1925 r. otrzymał wyrok skazujący na trzyletni pobyt w łagrze na Wyspach Sołowieckich. W maju 1927 r. przewieziono go do więzienia na Butyrkach w Moskwie. 27 lipca tego roku został zwolniony z zakazem przebywania w Moskwie, Leningradzie, Kijowie, Charkowie, Odessie, Rostowie i tym samym w guberniach, których stolicami były wymienione miasta. 3 stycznia 1928 r. - w ramach wymiany więźniów między RP i ZSRR- razem z księżmi Zygmuntem Chmielnickim i Kazimierzem Sokołowskim został odesłany do Polski. W latach 1929-1930 był wikariuszem w parafii Równe i Kowel, powierzono mu jednocześnie administrację parafii Zasmyki. W latach 1931-1934 był proboszczem parafii Zofiówka (dek. łucki), od sierpnia 1934 r. – proboszczem parafii Białozórka (dek. Krzemieniec). W czerwcu 1935 r. został proboszczem parafii w Wyszogródku (dek. Krzemieniec). Na początku 1938 r. został przeniesiony na stanowisko proboszcza parafii Sokul (dek. Kołki). Od dnia 2 października 1941 r. mieszkał w Kowlu i obsługiwał parafie: Ratno, Buceń, Zabłocie i Niesuchojeże w dekanacie Kamień Koszyrski. 5 maja 1942 r. został mianowany proboszczem parafii Chrynów (dek. Włodzimierz Wołyński).

W niedzielę 11 lipca 1943 r. UPA zorganizowała napad na kościół w Chrynowie, gdzie było zgromadzonych około 200 osób. Banderowcy strzelali z karabinu maszynowego ustawionego przed wejściem do kościoła. Ks. Kotwicki został zastrzelony podczas próby ucieczki przez zakrystię. 13 lipca (wtorek) 1943 r. przewieziono jego ciało do Włodzimierza Wołyńskiego i pochowano na tamtejszym cmentarzu rzymskokatolickim.


KS. JÓZEF ALEKSANDROWICZ
zamordowany wraz z parafianami przez UPA
podczas porannej Mszy św. w kościele w Zabłotcach 11 lipca 1943 r.

Urodził się w 1869 r. w Kochanowicach k. Witebska. Ukończył seminarium duchowne w Żytomierzu. Święcenia kapłańskie otrzymał w 1893 r. W pierwszych latach po święceniach był wikariuszem w parafii katedralnej w Żytomierzu. W latach 1902-1910 pełnił funkcje administratora parafii Chabne (dek. Radomyśl, gubernia kijowska), następnie proboszcza parafii Sławuta, od 1914 r. – administratora parafii pw. św. Józefa w Zasławiu. W 1919 r. został aresztowany przez GPU. Więziony był w Moskwie (w klasztorze prawosławnym zamienionym na więzienie). W 1923 r. przebywał w więzieniu na Butyrkach w Moskwie. W ramach wymiany więźniów politycznych między RP i ZSRS w 1924 r, znalazł się w Polsce. Pracował w diecezji łucko-żytomierskiej (od 1925 r. – łuckiej). W maju 1924 r. został mianowany administratorem parafii w Jałowiczach i kapelanem Sióstr Apostołek Miłości Eucharystycznego Serca Jezusowego mających tam swój dom zakonny. W czerwcu tego roku powierzono mu funkcję wikarego w Kowlu. W 1927 r. pełnił funkcję proboszcza parafii Potasznia (dek. Kostopol). W latach 1928-1935 był proboszczem parafii Niewirków (dek. Korzec). W czerwcu 1935 r. został mianowany proboszczem parafii Zabłotce w dekanacie włodzimierskim. W 1938 r. był także administratorem parafii Litowiż (dek. włodzimierski).

Ks. Józef Aleksandrowicz został zamordowany wraz z parafianami przez UPA podczas porannej Mszy św. w kościele w Zabłotcach 11 lipca 1943 r. Miał wówczas 74 lata. Miejsce spoczynku ks. Aleksandrowicza nie jest znane i nie zostało upamiętnione.

KS. BOLESŁAW SZAWŁOWSKI
W niedzielę 11 lipca 1943 r. UPA dokonało masakry wiernych zgromadzonych w kościele w Porycku. Ranny ks. Bolesław Szawłowski ukrył się u znajomego popa. Odnaleziony tam, został bestialsko zamordowany

Urodził się 18 stycznia 1900 r. w Hajsynie (miasto powiatowe w guberni podolskiej nad rzeką Sob, dopływem Bohu) w rodzinie Stanisława i Bronisławy ze Żmigrodzkich. W 1918 r. ukończył ósmą klasę gimnazjum klasycznego w Hajsynie. W 1918 r. został przyjęty do seminarium duchownego w Żytomierzu. 10 kwietnia 1921 r. w katedrze gnieźnieńskiej ordynariusz łucko-żytomierski udzielił mu święceń subdiakonatu. Po przeniesieniu seminarium duchownego do Łucka, pracował na stanowisku notariusza w Kurii Diecezjalnej w Łucku. 4 lutego 1923 r. w kaplicy seminaryjnej otrzymał święcenia kapłańskie z rąk bp. Ignacego Dub-Dubowskiego.W roku akademickim 1923/1924 rozpoczął studia na Wydziale Teologii Katolickiej Uniwersytetu Warszawskiego. 27 czerwca 1927 r. uzyskał dyplom magistra teologii w zakresie teologii moralnej. W czasie studiów pełnił funkcję wikariusza we Włodzimierzu Wołyńskim. Po ukończeniu studiów aż do wybuchu wojny był notariuszem w Kurii Diecezjalnej i katechetą w Łucku. Od jesieni 1939 r. pełnił obowiązki proboszcza parafii Poryck (dek. Horochów).

W niedzielę 11 lipca 1943 r. UPA zorganizowało napad na ludzi zgromadzonych w kościele w Porycku. Istnieje kilka wersji śmierci ks. Szawłowskiego. Wydaje się, że najbliższa prawdy jest relacja Bolesława Dorocińskiego, według którego ks. Bolesław Szawłowski nie zginął tej niedzieli podczas masakry swoich parafian w kościele. Został ranny w nogę i rękę i spadł z ambony. Udając trupa, doczekał do wieczora, a następnie dowlókł się do domu popa, który się nim zaopiekował. Następnie ukraiński duchowny na prośbę ks. Bolesława Szawłowskiego zabrał naczynia i szaty liturgiczne z kościoła do siebie. Kiedy bandyci z UPA dowiedzieli się, że ks. Szawłowski nie zginął (co zauważono podczas grzebania zwłoki pomordowanych), wówczas odnaleźli go i dokonali bestialskiego mordu na księdzu. Przed śmiercią pop miał udzielić ks. Bolesławowi Szawłowskiemu ostatniej posługi kapłańskiej. Ciało zamordowanego księdza miał pochować pop Szelest.

Tagi:
historia

Czy naród żydowski współpracował z nazistami?

2019-02-15 18:37

Artur Stelmasiak

Przykład Hotelu Polskiego bardzo dobitnie ukazuje niezwykłą historię, jak polska Armia Krajowa wkracza do akcji, aby bronić Żydów przed Żydami. W tym miejscu kolaborujący z Gestapo Żydzi sprzedawali za grube pieniądze swoich rodaków.

Archiwum

Tak się składa, że warszawska redakcja tygodnika "Niedziela", w której pracuje, mieści się w dawnym budynku Hotelu Polskiego. Podczas II wojny światowej wydarzyła sie tu straszna i bolesna historia dla narodu Żydowskiego, bo w aferę Hotelu Polskiego zamieszani byli dwaj żydowscy kolaboranci Gestapo – Leon „Lolek” Skosowski i Adam Żurawin.

Zgodnie z zabiegami dyplomatów ze Szwajcarii i USA, części Żydów z getta warszawskiego zezwolono wydać paszporty, żeby mogli wyemigrować do Ameryki Południowej. Przesłane na przełomie 1942 i 1943 roku dokumenty nie trafiły jednak do ich właścicieli, a do rąk Skosowskiego i Żurawina. Sprzedawali ukrywającym się Żydom paszporty, których cena dochodziła nawet kilkuset tysięcy złotych za sztukę. Chętnych nie brakowało. Żydzi, którym udało się zakupić paszport, zostali internowani w Hotelu Polskim przy ulicy Długiej 29 w Warszawie. Oczywiście wszystko odbywało się pod bacznym okiem Niemców, którzy pewnie także czerpali profity z tego zyskownego procederu. Wiosną 1943 r. urządzili nalot na Hotel Polski i prawie wszystkich rozstrzelano. Później to miejsce traktowano jako pułapkę warszawskiego gestapo, które w ten sposób wywabiało Żydów z kryjówek po aryjskiej stronie, by ich zamordować w obozach zagłady.

Według Żydowskiego Instytutu Historycznego spośród ponad 2500 Żydów, którzy zgłosili się na Długą, przeżyło zaledwie 260 osób. "Lolkiem" i jego zbrodniczą działalnością zajęła się Armia Krajowa. Leon Skosowski został zabity 1 listopada 1943 roku przez żołnierzy kontrwywiadu Okręgu Warszawskiego AK. Tego dnia do Gospody Warszawskiej przy Nowogrodzkiej o godzinie 17-tej wkroczyło czterech żołnierzy polskiego podziemia uzbrojonych w pistolety i granaty. Zebranym kazano podnieść ręce do góry, a Lolka Skosowskiego zastrzelił podchorąży „Janusz”. Strzelał z bliska – AK chciało mieć pewność, że zlikwidowano tego groźnego agenta Gestapo.

Takich historii, gdy Żydzi współpracowali ze swoimi oprawcami można znaleźć więcej. Parafrazując skandaliczne słowa premiera Izraela Benjamina Netanjahu wypadałoby zapytać: Czy naród żydowski współpracował z nazistami? Odpowiedź jest oczywista. Naród Żydowski był ofiarą, a nie oprawcą, choć tak jak w każdym narodzie zdarzały się czarne charaktery. To nie Polacy, ani nie Żydzi byli oprawcami i zbrodniarzami w czasie II wojny świtowej. Oba narody były ofiarami zbrodniczego niemieckiego nazizmu. Oczywiście Żydzi byli brutalniej traktowani przez Niemców, ale nie jest to w żadnym wypadku wina narodu polskiego.

Przykład Hotelu Polskiego bardzo dobitnie ukazuje sytuację, jak polska Armia Krajowa wkracza do akcji, aby bronić Żydów przed Żydami. "W związku z ustaleniem tego ohydnego zbrodniczego procederu [afera hotelu Polskiego], szef kontrwywiadu AK Okręgu Warszawa, kpt. Bolesław Kozubowski, uzyskał od płk. Chruściela, późniejszego dowódcy Powstania Warszawskiego, zgodę na natychmiastowe zlikwidowanie całej szajki bez oczekiwania na wyrok sądowy, aby ratować jak największą liczbę kandydatów na tak organizowany przez Skosowskiego wyjazd do obozów zagłady" - czytamy we wspomnieniach podporucznika AK Janusza Cywińskiego ps. "Janusz", który wykonał wyrok na Skosowskim.

Kilkadziesiąt metrów od Hotelu Polskiego jest maleńka uliczka im. Bohaterów Getta. Często widzę tam kręcące się wycieczki z Izraela. Dlaczego nie widzę takich wycieczek stojących przed Hotelem Polskim? Przecież to miejsce mogłoby być ważną dla narodu Żydowskiego lekcją historii. Pewne jest także, że taka lekcja bardzo przydałby się premierowi Izraela.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kościół na Pomorzu Zachodnim pomaga Kenii

2019-02-17 16:38

pk / Szczecin (KAI)

Już około 350 dzieci jest objętych programem adopcji na odległość w Kenii. To projekt, w którym każdy po wpłacie m.in. 100 dolarów zapewnia roczną edukację, wyżywienie i nocleg w internacie dla jednego dziecka. Na pomoc w edukacji liczy także starsza młodzież.

Klaudia Zielińska

Grupa katechetów z archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej wróciła z trzeciej misji do Kenii. Nauczyciele wzięli udział w odsłonięciu pamiątkowej tablicy na budynku szkoły w Kipsing. Przekazali też pieniądze zebrane w archidiecezji przeznaczone m.in. na stypendia dla uczniów.

W Kenii w placówkach, w których uczą się ubogie dzieci, posługują siostry felicjanki.

S. Agnieszka Piątkowska ze Zgromadzenia Sióstr Felicjanek otrzymała 10 próśb od młodych mężczyzn, którzy chcą kontynuować naukę w Niższym Seminarium Duchownym w Isiolo. Koszt kształcenia na rok to 684 dolary. - To inna rzeczywistość niż w Polsce - przyznaje s. Agnieszka.

- U nas młodych ludzi trzeba niejednokrotnie zachęcać do tego, żeby się uczyli. Natomiast w Kenii to jest ich szansa na normalny rozwój i także potem na wsparcie całego kraju - powiedziała s. Piątkowska.

Paulina Fryszka uczestniczyła w wyjeździe do Kipsing. - Spotkałam się z kilkuletnią dziewczynką, która otrzymując kredki nie wiedziała, jak je trzymać. To znaczy, że ona nigdy ich nie widziała, nie trzymała nigdy ich w rękach i nie wie o istnieniu takiego przedmiotu - mówi Paulina.

Ks. Paweł Płaczek, dyrektor Papieskich Dzieł Misyjnych w Archidiecezji Szczecińsko-Kamieńskiej podkreśla, że wspólna pomoc organizowana przez Kurię Metropolitalną i szkoły z województwa zachodniopomorskiego pozwoliła m.in. na zakup ławek do szkoły w Kipsing, utrzymanie przedszkola i sfinansowanie pompy wodnej dla Kipsing. Przekazano też 6 tys. piórników dla dzieci w Afryce.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Czy widziałeś, jak On na Ciebie patrzy?

2019-02-18 02:07

Agnieszka Bugała

Arch. Niedzieli
Kaplica w Niepokalanowie

Dla kogoś, kto nie wierzy w Boga, adorowanie Jezusa w Najświętszym Sakramencie może wydawać się bez sensu. Cisza, bezruch, nic się nie dzieje. Ludzie z pochylonymi głowami, schowani, smutni, skuleni w sobie. Tkwią przed pozłoconą monstrancją z kawałkiem białego chleba w środku. O co tu chodzi?

Adoracja nie jest wymysłem proboszcza

Adoracja Chrystusa eucharystycznego praktykowana jest w Kościele już od wielu wieków. Jej korzenie sięgają wczesnochrześcijańskiej praktyki przechowywania Ciała Chrystusa z myślą o chorych. Kolejnym etapem było przedłużone wznoszenie hostii podczas sprawowania Mszy św., skąd już niedaleka droga do pojawienia się monstrancji. Do szczególnego rozwoju kultu eucharystycznego przyczynił się Sobór Trydencki, który w dokumencie z 1551 r. zalecił adorację publiczną, z wyjściem poza mury kościoła.

Ja patrzę na Niego, a On patrzy na mnie

Św. Jan Paweł II mówił, że całe zło na świecie mogłoby zostać przezwyciężone poprzez ogromną moc nieustającej adoracji eucharystycznej. Jedną z jego pierwszych inicjatyw po zamachu w 1981 r. było ustanowienie codziennej adoracji w Bazylice św. Piotra.

O. Raniero Cantalamessa, wieloletni kaznodzieja domu papieskiego, pisząc o kontemplacji eucharystycznej przywołuje wielu mistrzów duchowych i ich próby zdefiniowania, czym kontemplacja Eucharystii jest. I tak Hugo od św. Wiktora mówi, że to „Spojrzenie wolne, przenikające i nieruchome”. Św. Bonawentura nazywa kontemplację „uczuciowym spojrzeniem na Boga”. Św. Jan Maria Vianney opowiada o kontemplacji wieśniaka z Ars, który całe godziny spędzał nieruchomy w kościele ze wzrokiem utkwionym w tabernakulum, a pytany przez Świętego Proboszcza, co robi przez cały dzień, odpowiedział: „Nic, ja patrzę na Niego, a On patrzy na mnie”.

Stracone chwile

O 15.00 w kościele św. Maksymiliana na wrocławskim Gądowie ławki w kaplicy adoracji są już zajęte. Czasem trudno znaleźć kawałek miejsca. Codziennie grupa ludzi przychodzi tutaj, przed Najświętszy Sakrament i w Godzinie Miłosierdzia patrzą na Niego, a On patrzy na nich. O innych porach dnia zawsze ktoś jest. Wiem, że panie i panowie czuwają, aby Jezus nie zostawał sam. Wychodzą dopiero wtedy, gdy w kaplicy pojawi się ktoś inny.

Wiele osób praktykuje systematyczną adorację eucharystyczną. Przechodząc przez pl. Dominikański we Wrocławiu, obok kościoła Paulinów na św. Antoniego, przez ul. Sudecką, Kruczą wstępują do kaplicy adoracji, siadają w ławce i nic nie robią. Patrząc na nich z boku, można pomyśleć, że tracą czas. Mogliby wrócić wcześniej do domu. Mogliby wyjść później do pracy. Mogliby przez kwadrans przeczytać kilka stron pobożnej lektury, a jednak wybierają spotkanie z ukrytym i niewidzialnym Bogiem w Eucharystii. Czy to coś daje? Hans Urs von Balthasar, jeden z największych teologów naszych czasów i zarazem człowiek kontemplacji tłumaczy, że „sekret adoracji należy do Boga, a nie do nas”.

- Jak często przychodzi pani do tej kaplicy? - pytam ubraną w granatowy płaszcz starszą panią pod gądowskim kościołem. - Codziennie - mówi. - Ale dlaczego? – pytam. - Bo mam Mu tyle do powiedzenia...

Dlaczego warto?

Wielu kapłanów zaświadcza, że od kiedy tylko ustanowili w swych parafiach nieustanną adorację, to wszystko zaczęło się zmieniać. Szatan wyrzucany jest z każdego miejsca, gdzie adoruje się nieustannie Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Trzeba wreszcie uwierzyć w to, że Jezus w hostii jest Panem, który wyrzuca demony i działa z mocą oraz skutecznością nieskończenie większą niż wszystkie siły bezpieczeństwa na ziemi.

Słodkie owoce krótkich spotkań

Pierwszym owocem adoracji jest najpierw wzrost nadprzyrodzonej wiary. Aby adorować, trzeba czynić akty wiary. Nie czujemy Jego obecności, nie widzimy Go. Aby adorować biały, okrągły kawałek chleba, trzeba naprawdę oprzeć się na słowie Chrystusa, które jest prawdą i nie oszukuje nas mówiąc: To jest Ciało Moje. Potem dzieją się cuda, słodkie owoce tych cichych spotkań. Matka Teresa wielokrotnie świadczyła o przedziwnej mocy adoracji: „Jeśli pragniecie mieć nowe powołania do waszych wspólnot - mówiła - to ustanówcie codzienną adorację. Od kiedy uczyniły to Misjonarki Miłości, ilość powołań podwoiła się”. Ale nie zawsze jest na to zgoda i chęci. Tłumaczymy się trudnościami lokalowymi: kościół zbyt mały, brak dodatkowych zabezpieczeń dla Najświętszego Sakramentu, ludzi to nie interesuje, nie mają potrzeby, itd.

Chrystus, choć zostawił się nam w chlebie, jest tak bardzo od nas zależny, że nie może sam wyjść w Eucharystii do ludzi, jeśli Go nie wyniesie kapłan. Mówimy o trudnościach duszpasterskich, narzekamy na rozwody, rozbite rodziny, brak powołań, kłopoty z młodzieżą, na brak zaangażowania parafian. A może ratunek jest w zasięgu ręki? Może częstsza, stała adoracja Najświętszego Sakramentu w parafiach to sposób na panoszące się jak u siebie zło i słabość ducha?

On nie ma telefonu

Te spotkania adoracyjne mogą nam się wydawać zupełnie bez sensu. Jednak dzwonimy do przyjaciół, daleko mieszkających rodziców. Opowiadamy im o naszej pracy, problemach ze zdrowiem, o sukcesach, dzieciach, złym szefie i nowych meblach. Wykupujemy specjalne pakiety, aby taniej, więcej, dłużej mówić. O czym opowiadamy Bogu? Czy w czasie jednej niedzielnej Mszy, rozproszeni i czasem znudzeni, jesteśmy w stanie o czymś Mu powiedzieć? Omówić z Nim ważne sprawy? Bóg nie ma telefonu, a Jego tęsknota za nami jest większa niż każdego z ludzkich przyjaciół. Czy adoracja, to krótkie zatrzymanie przed Nim, oczekującym, nie jest dobrym i przystępnym sposobem, aby Go naprawdę spotkać?

Na czym to polega, skoro On milczy?

- Kontemplować, to intuicyjnie skupiać się na rzeczywistości Bożej - mówi o. Cantalamessa - i radować się jej obecnością. Są tutaj zawsze dwa spojrzenia, które się spotykają: nasze spojrzenie na Boga i Boże spojrzenie na nas. Jeśli czasem nasze spojrzenie obniża się i słabnie, to jednak nigdy nie słabnie Boże spojrzenie. Kontemplacja eucharystyczna sprowadza się niekiedy po prostu do towarzyszenia Jezusowi, do pozostawania w zasięgu Jego spojrzenia, dając także Jemu radość kontemplowania nas, bo chociaż stworzenia nic nie znaczące i grzeszne, to jednak jesteśmy owocem Jego Męki, tymi, za których On oddał życie - tłumaczy.

Jest w adoracji tajemnica spotkania z Bogiem. I dla każdego człowieka to spotkanie jest inne. W każdym sercu Bóg objawia się inaczej.

Oczy zakochanych

Zakochani siedzą na sofie, na podłodze w kącie pokoju, na ławce w parku i często nic nie robią, tylko patrzą w swoje oczy. Znamy zresztą takie powiedzenie: Czy widziałeś, jak on na nią patrzy? I wiemy, że to znaczy, że pokochał.

Adoracja jest takim patrzeniem dwojga zakochanych. Jednego - do szaleństwa, aż po krzyż. I drugiego, który nawet jeśli jeszcze nie umie kochać, to przynajmniej pozwala na siebie patrzeć.

Adoracja jest nie tylko wystawieniem Najświętszego Sakramentu. Ona jest też wystawieniem całego człowieka na spojrzenie Boga. Czy spojrzenie Kogoś, kto tak kocha, nie koi wszystkich bolączek? Nie leczy wszystkich zranień?

Szczere rozmowy

Mały chłopiec, ciągnąc za rękaw próbującą modlić się kobietę, pytał: Mamusiu, a czy temu Panu Bogu to nie jest zimno w tym złotym domku?

A czy temu Panu Bogu, który tak kocha, że dał się za nas zabić, to nie jest smutno czekać na człowieka w pustych kościołach, w tylu tabernakulach świata? - moglibyśmy spytać.

Jeśli jeszcze nigdy nie próbowałeś spotykać się z Panem Bogiem w adoracji, jeśli monstrancja i hostia kojarzą ci się tylko z procesjami Bożego Ciała, to ta propozycja jest dla ciebie: Przyjdź, niekoniecznie od razu codziennie, niekoniecznie na godzinę, niekoniecznie z dobrym humorem. Przyjdź taki, jakim jesteś. Jutro po pracy. Albo rano, zatrzymując się przed mijanym po drodze kościołem. Wejdź do środka. Uklęknij przed tabernakulum i patrząc we własne serce powiedz: On patrzy na mnie teraz… A ja znów pokłóciłem się z żoną, brakło mi pieniędzy, aby zapłacić rachunki, nie dam rady z terminami w pracy, dzieci mnie złoszczą, nie mam dla nich cierpliwości, wypiłem z kumplami kilka piw za dużo… Źle mi, trudno, ale On patrzy na mnie. I takiego mnie chce. Teraz.


Miejsca Adoracji Najświętszego Sakramentu we Wrocławiu:

- Kościół Opatrzności Bożej

ul. Nowodworska 64

Dni powszednie: 7.30 - 1800

Niedziele: 14.00 – 18.00

- Kościół św. Antoniego (oo. Paulini)

ul. św. Antoniego 30

Dni powszednie: 9.00 – 12.00 i 15.00 – 18.00 (podczas wakacji tylko 15.00 – 18.00)

- Kościół św. Wojciecha (oo. Dominikanie)

Plac Dominikański 2

Dni powszednie: 7.00 – 19.00 w kaplicy św. Józefa

- Kościół św. Maksymiliana Marii Kolbego

ul. Horbaczewskiego

Dni powszednie: 7.00 – 18.00

Niedziele: 13.30 – 16.00

- Kościół Ducha Świętego

ul. Bardzka

Dni powszednie (pn-pt): 8.00 – 18.00

Adoracja całonocna: w każdą I sobotę miesiąca

Adoracja w I-niedzielę miesiąca: po każdej Mszy Św. i od godz. 15.00 (po Mszy Św.) do godz. 17.00

- Kościół św. Augustyna (oo. kapucyni)

ul. Sudecka

Dni powszednie: 6.00 – 21.30 w kaplicy Adoracji

- Kościół św. Karola Boromeusza (oo. franciszkanie)

ul. Krucza

Dni powszednie (poniedziałek - piątek) 7.30 – 17.50 w Kaplicy Matki Bożej Łaskawej

- Katedra św. Jana Chrzciciela

Pl. Katedralny

Dni powszednie (poniedziałek-sobota) 8.30-13.00 i 15.00-18.00 w kaplicy Chirurgów

- Kościół św. Ignacego Loyoli (oo. Jezuici)

ul. W. Stysia

Czwartki: 18.30 – 21.00

- Kościół św. Elżbiety

ul. Grabiszyńska

Piątki: 17.00 – 18.30

- Kościół Opieki św. Józefa

ul. Ołbińska

Piątki: 15.00 – 18.00

- Kościół MB Bolesnej

ul. Tatarakowa

Środy: 9.30 – 21.30

Piątki: 18.30 – 20.00

- Kościół św. Jerzego Męczennika i Podwyższenia Krzyża Świętego

ul. Biegła

codziennie 1. etap - 7.30 - 9.00, 2. etap - 15.00 - 17.30

Adoracja dla mam z małymi dziećmi:

Fundacja Evangelium Vitae

ul. Rydygiera

Kaplica – bud B, p. I

W piątki po Mszy św. o godz. 9.00 do godz. 10.15

Jeśli chcesz uzupełnić lub poprawić listę, prosimy o kontakt.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem