Reklama

Chrystianizować, a nie walczyć

2013-06-03 14:51


Niedziela Ogólnopolska 23/2013, str. 16-17

Bożena Sztajner

KS. INF. IRENEUSZ SKUBIŚ: - Ekscelencjo, rozmawiamy w wyjątkowym czasie podsumowań. Proszę opowiedzieć naszym Czytelnikom o swoim zakorzenieniu, jak Ksiądz Biskup postrzega dziś swoje dzieciństwo, czasy młodości...

BP ANTONI PACYFIK DYDYCZ OFMCap: - Dziękuję za nawiązanie do czasów młodości. Urodziłem się w Serpelicach nad Bugiem. Wyjechałem z rodzinnego domu, mając lat 14. Choć z Serpelic do Drohiczyna jest tylko 39 km, po raz pierwszy odwiedziłem Drohiczyn, gdy miałem ok. 40 lat. Słyszało się o Drohiczynie, opowiadano legendy o Jadźwingach - Drohiczyn był ich siedzibą główną. Mówiono, że między Mielnikiem a Drohiczynem jest tunel podziemny, który wykopali Jadźwingowie i w czasie wojen tamtędy przechodzili.
Moje czasy dziecięce - jak i Księdza Infułata - to wojna. Gdy miałem niecały rok, ojciec został zmobilizowany do wojska. Kiedy odchodził, pochylił się nade mną w kołysce i pocałował mnie. Ten moment, wspominany często przez moje ciotki, ciągle we mnie jest jako pierwszy punkt odniesienia.
W rodzinach na wsi wszystko działo się wtedy w jednej izbie. U nas nikt nie zamykał mieszkania na klucz. Idąc w pole, wkładało się w drzwi gałązkę na znak, że w środku nie ma nikogo. Żadna kradzież się nie zdarzała. Wpływ społeczny był tak duży, że po prostu nie opłacało się kraść. Owszem, nieraz była ochota na owoce, jabłka, młodzi czasem coś podbierali...

- Czy Ksiądz Biskup pamięta jakieś szczególne wydarzenia z czasów wojny?

- Był rok 1943 lub 44. Niemcy biegali jak wściekli, zabierali wszystko, nie mieli względu na nic. Ojciec ze starszym bratem wzięli krowę i poszli w las. Ale mieliśmy też maciorę - ważyła ok. 2 kwintali - szkoda było ją stracić. Wyciągnęliśmy ją z obórki i zamknęliśmy w spiżarce, przykryliśmy workami i szmatami. Zostałem z mamą. Nagle wpada Niemiec. Matka otworzyła drzwi z zewnątrz, zasłaniając te od spiżarni. Hitlerowiec sprawdził wszystkie kąty, zawrócił i tą samą drogą wyszedł. Mieszkała naprzeciw nas zacna sąsiadka, która o mało nie umarła z wrażenia, kiedy zobaczyła, jak ten Niemiec wychodząc, przyłożył ucho do drewnianej ściany domu. Ale nic nie usłyszał i zwierzę ocalało. Bardzo to wszystko przeżywałem, starałem się bohatersko bronić domu.
Inny obrazek - kiedyś mój ojciec wrócił do domu pobity. Powiedział, że dostał od hitlerowca, bo nie powiedział: „Heil Hitler!”... Mieszkał też w Serpelicach pewien sołtys. Miał zdrowy żołądek i dobrą głowę. Kiedy Niemcy przyjeżdżali do niego w jakichś sprawach, organizował im jajka, samogon - i tak ich gościł. W ten sposób w ciągu paru lat uratował wielu ludzi. Ale pod koniec wojny bał się, że go oskarżą o współpracę z Niemcami, i uciekł na Zachód. Po 10 latach powrócił, nikt o nim jednak złego słowa nie powiedział. Gdy przyszli Sowieci, był już inny sołtys. Chodził od chaty do chaty, od obory do obory, od kurnika do kurnika i wyciągał od ludzi wszystko. Nie mogło się to podobać, mówiono, że był gorszy od poprzedniego okupanta. Dużo zależało zatem od sołtysów...

- Jak wyglądało wówczas życie religijne w Serpelicach?

- Kaplica powstała u nas 3 lata przed wojną. Kiedy z Wielkopolski usunięto wszystkie zakony i wielu księży, przyjechali do nas stamtąd 3 misjonarze Świętej Rodziny: młodziutki o. Tadeusz Dusza, który niedawno zmarł, ks. Stefan Szpręga i alumn. Mieszkali u mojego stryja, który był „społecznym” kościelnym i szukał często księży. Otrzymali 2 małe pokoje, wokół były łąki i lasy. Gdy jechali Niemcy, księża chowali się. Potem zamieszkali gdzie indziej. W maju 1945 r. nastąpiło podpisanie rozejmów. Księża opuścili Serpelice, powrócili na zachód. W czerwcu zostaliśmy bez duchownych. To był luksus, że przez okupację mieliśmy aż dwóch kapłanów.

- Ksiądz Biskup pochodzi z Zakonu Kapucynów. Dlaczego wybór padł na ten właśnie zakon?

- Po misjonarzach Świętej Rodziny mój stryj znalazł dwóch kapucynów, którzy nie mogli dojechać do Warszawy i przebywali w Janowie Podlaskim. Porozmawiali z prowincjałem i biskupem i z powodu wojny zostali na miejscu. O. Anioł, kiedy do nas przybył, miał 65 lat. Zdobył mir u młodzieży. Organizował misteria Męki Pańskiej, z którymi jeździli po całej okolicy. W latach 1945-47 wybudowano w Serpelicach kościół. Wszystko było nowe i pociągało. Powstała bardzo piękna Kalwaria, na wzór tej w Ziemi Świętej.
Od 1952 r. uczyłem się w tzw. Biskupiaku w Lublinie, było tam wtedy pięć klas pierwszych. Po dwóch latach, jeśli ktoś chciał, mógł wstąpić do zakonu, bo wtedy likwidowano zakony. Tych w habicie mieli zostawiać. Nie namyślając się, pojechałem do nowicjatu w Nowym Mieście n. Pilicą. To był rok 1954. Potem w Krakowie zdałem eksternistyczną maturę w Liceum Kochanowskiego, a następnie skończyłem normalne studia seminaryjne w Łomży.

- Jak potem potoczyły się losy Księdza Biskupa?

- Wytypowano mnie na wyjazd do USA, dla wsparcia Polonii, ale Polska Ludowa nie dała mi paszportu. Poszedłem więc na studia na KUL - na socjologię. W 1967 r. bp Wacław Skomorucha przyjechał do Warszawy i bardzo pragnął zdobyć księży dla Białej Podlaskiej. Los padł na mnie. Wtedy jeszcze nie ukończyłem magisterium, napisałem więc do zarządu, żeby mnie nie zabierali, bo jeszcze studiuję... Nic z tego. Znalazłem się w Białej Podlaskiej. Po latach widzę, że było to opatrznościowe, bo zajmowałem się młodzieżą. Stamtąd przeniosłem się do Warszawy, gdzie przez 6 lat byłem prowincjałem. Potem wyjechałem na 12 lat do Rzymu. Nigdy wcześniej nie było w zarządzie generalnym kogoś ze Wschodu, byłem pierwszy. Z Rzymu trafiłem prosto do Drohiczyna. Wszędzie miałem do czynienia z wieloma sprawami organizacyjnymi, administracyjnymi i duszpasterskimi.

- Ksiądz Biskup był definitorem dla Wschodu...

- Definitorzy mieli trzy płaszczyzny pracy: pierwsza - dla całego zakonu. Byłem szefem informacji, wydawaliśmy biuletyn kapucyński w siedmiu językach. Pracowałem w komisji ekonomicznej oraz komisji poszukiwań i ocen. Byłem także delegatem ds. Loreto, które jest pod opieką kapucynów. Bracia pracują tam, spowiadają, jest arcybiskup administrator. Bywałem tam minimum 6 razy w roku. Udało się wiele zdziałać, m.in. odbudować pałac apostolski. Dobrze układała się współpraca z abp. Lorisem F. Capovillą, a potem z abp. Pasquale Macchim. Druga płaszczyzna pracy to pomoc w administracji zakonu. I trzecia - właśnie Europa Środkowo-Wschodnia. Płaszczyzna najważniejsza, gdyż poza Polską i Jugosławią zakon był przez komunistów likwidowany. Należało więc szukać rozproszonych i formować w tajemnicy.

- Ksiądz Biskup przyszedł do Drohiczyna jako ordynariusz nowej diecezji. W dużej mierze więc Ekscelencja budował tę diecezję...

- Terytorium naszej diecezji powstało z diecezji pińskiej i części przydzielonej z diecezji siedleckiej. Zwiększyła się przez to liczba wiernych. 28 proc. stanowili prawosławni, resztę katolicy. To specyficzny układ. W tej chwili mamy dokładnie 97 parafii, 2 filie duszpasterskie (99 jednostek administracyjnych), 270 księży i ok. 120 sióstr zakonnych. Na jedną parafię przypada średnio 2100 osób, a na jednego księdza ok. 800 wiernych. Mamy 11 dekanatów, własne seminarium, 3 kapituły: katedralną, kolegiacką węgrowską i bielsko-podlaską Ta ostatnia została założona niedawno. Kościołów wybudowaliśmy wiele, jest także ok. 20 kaplic dojazdowych. Najmniejsza parafia liczy 123 osoby, największa przekracza 10 tys. wiernych.

- Pracuje Ekscelencja w Drohiczynie jako ordynariusz 19 lat. Co w czasie tej pracy było dla Księdza Biskupa „oczkiem w głowie”?

- Mogłoby się wydawać, że najważniejsze są piękne budowle, ale wiemy doskonale, że jeżeli stać one będą na piasku, nie będą miały znaczenia. Ważne więc są podstawy.
W ciągu trzech miesięcy zaraz na początku przygotowaliśmy synod diecezji - przeprowadziliśmy go w ciągu 1,5 roku. Było sprawnie i współcześnie. Oczywiście, były komisje, otwarte spotkania synodalne. Rozmawialiśmy na temat synodu ze wszystkimi współpracownikami - od gospodyni domowej, poprzez kościelnego, zakrystiana, chóry. Ogłosiliśmy wznowienie działalności Akcji Katolickiej. Na sesje otwarte przyjeżdżali ludzie, odbywały się dyskusje, spotkania panelowe. Moderatorem był obecny arcybiskup metropolita szczecińsko-kamieński Andrzej Dzięga, który wówczas był u nas oficjałem sądu. Dużo mu zawdzięczamy. Czuwała nad nami Opatrzność Boża.
Cały czas staramy się tworzyć dobre tradycje, które łączą, jednoczą, wytwarzają więzy. Mamy wiele wspólnych spotkań kapłańskich - np. w Wielki Czwartek we Mszy Krzyżma bierze udział blisko 100 proc. księży. Bardzo to cenimy. Mamy także dobry kontakt z wiernymi zaangażowanymi w rady parafialne.
Oczywiście, wykorzystujemy w pracy duszpasterskiej media. Współpracujemy z Radiem Podlasie, z Radiem Maryja, Telewizją Trwam, bardzo cenimy sobie współpracę z „Niedzielą”, którą sami rozprowadzamy, a także z krakowskim „WPiS-em”. A wszystko to dzięki wspólnym działaniom.

- Jak wygląda budowanie wspólnoty laikatu katolickiego w diecezji?

- W czasie wakacji mamy ok. 60 różnych turnusów rekolekcyjnych, na które przyjeżdża kilka tysięcy ludzi, głównie młodzież. Na każdym turnusie jest kapłan. Mamy dziś 5 kościelnych domów rekolekcyjnych i własny las nad Bugiem - 3,5 ha. Pan Bóg nam błogosławi.

- A duszpasterstwo młodzieży?

- Mamy w Kurii Wydział ds. Młodzieży i Wydział Katechetyczny. Spośród ruchów bardzo dynamicznie działa KSM. Dość powiedzieć, że z tak małej diecezji wybrano krajowego prezesa KSM. Bardzo się tym cieszę. Jeśli chodzi o katechezę - no cóż, nie każdy duchowny jest charyzmatykiem potrafiącym wspaniale pracować z młodzieżą. Są więc czasem pewne niedoskonałości, ale staramy się je przezwyciężać. Sam przez 13 lat uczyłem młodzież i wiem, co to znaczy. Generalnie, słuchając o tym, że młodzi nie chcą chodzić na religię, dziękuję Panu Bogu, że u nas takich sytuacji nie ma wiele.

- W jaki sposób kształtuje się w diecezji układ prawosławni - katolicy?

- Nie ma z tym większych problemów. Tak jak mogą się pokłócić dwaj księża katoliccy, tak samo i kapłani prawosławny z katolickim. Każdy z nas ma swój styl, ale też swoje jurysdykcje, przepisy i nie nam je oceniać. Traktujemy się przyjaźnie. Nieraz katecheci prawosławni prosili, żeby nasz ksiądz zastąpił ich na lekcji religii, nasi również potrafili zaprosić prawosławnych. Odczuwa się, że pewien lęk u prawosławnych wynika z tego, że są oni mniejszością od strony liczby ludności. Był moment, że na naszym terenie było 5 biskupów prawosławnych: Abel, biskup lubelski, który obsługuje diecezję siedlecką od Bugu na południe, oraz 3 sufraganów, a także metropolita Sawa (bielsko-warszawski). W Hajnówce był bp Miron. Prawosławni w naszej diecezji stanowią 27 proc. ludności. Ale są i takie gminy, gdzie jest tylko 60 katolików - niestety, niektóre gminy są wymierające.
Obecnie wypracowuje się nowy model współistnienia, spowodowany niżem demograficznym i emigracją. Zarówno prawosławni, jak i katolicy wyjeżdżają stąd bowiem za pracą. Nie wygląda na to, żeby przedstawiciele naszych władz administracyjnych mieli jakąś wizję zmiany tej sytuacji. Podlasie jest piękne, ale na przemysł nie można tu liczyć, najwyżej drzewny czy przetwórstwo leśnych zbiorów. Może turystyka miałaby przyszłość, ale wtedy trzeba budować drogi, hotele, zajazdy...

- Jak w tej sytuacji ma się odnawiać Kościół?

- Dopóki są ludzie, Kościół będzie pracował. Tak było od dawna, gdy jechaliśmy za naszą emigracją do Stanów Zjednoczonych, na Sybir czy gdziekolwiek. Jak nie będzie ludzi, to pójdziemy gdzie indziej. Chyba że, tak jak w pierwszych wiekach, i u nas rozwiną się kiedyś instytuty życia pustelniczego - mamy idealne warunki i fantastyczny klimat. Nie przypuszczam jednak, żeby w Europie Środkowej zabrakło chrześcijan. Jeżeli nas nie będzie, to przyjdą inni. Musimy więc robić swoje i - jak podkreślał Leon Wielki - zamiast bojować, ewangelizować.

Tagi:
biskup Drohiczyn

Reklama

W pamięci i sercach

2019-03-13 10:57

Agnieszka Raczyńska
Edycja sosnowiecka 11/2019, str. I

Agnieszka Raczyńska
Na zaproszenie ks. prał. Leszka Kołczyka na obchody 25. rocznicy śmierci bp. Miłosława Kołodziejczyka przybył kard. Stanisław Dziwisz

Kiedy 16 października 1978 r. cała Polska radośnie wołała: „Mamy Papieża!”, niemalże w tym samym czasie mieszkańcy podkrakowskiej Sułoszowej mogli dodatkowo wołać: „Mamy Biskupa!”. Bullą z 5 grudnia 1978 r. Ojciec Święty Jan Paweł II ustanowił bowiem ks. Miłosława Kołodziejczyka, rodem z Sułoszowej, biskupem tytularnym Avissa i biskupem pomocniczym częstochowskim. – To prawdziwy zaszczyt mieć takiego Rodaka, byliśmy z nim za życia, pamiętamy po śmierci – zaznaczył proboszcz parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Sułoszowej, ks. prał. Leszek Kołczyk, którego pragnieniem było zorganizowanie obchodów jubileuszowych upamiętniających śp. biskupa Miłosława. Uroczystości zapoczątkowane zostały w październiku 2018 r., kiedy to przypadała 40. rocznica przyjęcia biskupiej sakry. Teraz przyszedł czas na obchody związane z 25. rocznicą śmierci tego najbardziej znanego duchownego z Sułoszowej, który choć odszedł do domu Ojca ćwierć wieku temu, wciąż żyje w pamięci i sercach sułoszowian.

Kościół parafialny Najświętszego Serca Pana Jezusa od wczesnych godzin rannych w niedzielę, 3 marca, wypełniała modlitwa, muzyka i śpiew, a to za sprawą bp. Antoniego Długosza, następcy biskupa Miłosława, który swoją obecnością, modlitwą i koncertami ubogacał rocznicowe obchody. Ich kulminacyjnym momentem była uroczysta Eucharystia o godz. 11. 30 pod przewodnictwem i z homilią osobistego sekretarza i przyjaciela Papieża Polaka, kard. Stanisława Dziwisza, który zwrócił uwagę m.in. na fakt, że biskup Miłosław był pierwszym hierarchą mianowanym przez św. Jana Pawła II. Wokół Stołu Pańskiego zgromadzili się kapłani, a wśród nich m.in. brat śp. biskupa Miłosława, ks. Eugeniusz Kołodziejczyk, i ks. prał. Stanisław Jasionek, którego korzenie także wywodzą się z Sułoszowej. Na zakończenie uroczystości pod tablicą pamięci biskupa Miłosława przedstawiciele wspólnot parafialnych oraz władz różnych szczebli złożyli wiązanki kwiatów. Na sposób duchowy z uczestnikami obchodów łączyli się minister Andrzej Adamczyk i wicemarszałek województwa małopolskiego Łukasz Smółka.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Abp Depo w Wigilię Paschalną: wpatrujmy się w Chrystusa, który jest życiem i zmartwychwstaniem naszym

2019-04-21 07:30

Ks. Mariusz Frukacz

M.B. Sztajner
Zapalenie Paschału

„Największą pokusą dzisiaj jest sprowadzenie chrześcijaństwa do mądrości tylko czysto ludzkiej, jakby do wiedzy o tym, jak dobrze żyć, jak się urządzić w świecie” - mówił w homilii abp Wacław Depo metropolita częstochowski, który 20 kwietnia przewodniczył liturgii Wigilii Paschalnej w archikatedrze Świętej Rodziny w Częstochowie.

Zobacz zdjęcia: Wigilia Paschalna w częstochowskiej katedrze

W homilii abp Depo przypomniał słowa św. Bazylego Wielkiego, który nauczał: „Przyjście Chrystusa w ciele, Jego ewangeliczne formy obcowania z ludźmi, utrapienia, krzyż, grób i zmartwychwstanie, wszystkie te wydarzenia miały dlatego miejsce, by człowiek, który dostępuje zbawienia przez naśladowanie Chrystusa, otrzymał z powrotem od Boga ów starodawny dar usynowienia”.

- Zostaliśmy przyobleczeni Jego łaską najpierw radosnej nowiny, że ukrzyżowany żyje, zmartwychwstał, uwolnił nas od grzechu i śmierci i dał nam dalekowzroczność wiary – mówił abp Depo i dodał: „Kolejnym darem łaski jest wspólnota w Chrystusie. Wszyscy ochrzczeni jesteśmy w Chrystusie kimś jedynym, jakby niepowtarzalnością w Bogu”.

Metropolita częstochowski zaznaczył, że „świat współczesny skłonny jest nas sprowadzić jedynie do wymiaru horyzontu, ale czym byłby człowiek bez otwarcia na Boga i bez wiary w życie wieczne?” - Odpowiedź na pytanie, czym bylibyśmy bez Boga leży w doświadczeniach wpisanych w dzieje ludzkości i powiedzmy szczerze, krwią rozlaną w imię ideologii i reżimów politycznych, które chciałyby budować nową ludzkość bez Boga – podkreślił arcybiskup.

- Z poszanowaniem dla wszelkich przekonań i wszelkiej wrażliwości winniśmy przede wszystkim potwierdzać naszą wiarę w Chrystusa jako Jedynego Zbawiciela człowieka, że każdy kto w Niego uwierzy nie zginie, ale będzie miał życie wieczne – kontynuował abp Depo.

Arcybiskup zauważył, że „największą pokusą jest sprowadzenie dzisiaj chrześcijaństwa do mądrości tylko czysto ludzkiej, jakby do wiedzy o tym, jak dobrze żyć, jak się urządzić w świecie. W tym naszym silnie zsekularyzowanym świecie nastąpiło również zeświecczenie zbawienia. Owszem walczy się o człowieka, ale sprowadzonego jedynie do wymiaru ziemi”.

- Na pytanie, kim jestem dzisiaj, odpowiedzmy sobie wyższą tajemnicą, podprowadzając pod krzyż i Zmartwychwstałego – zaapelował do wiernych metropolita częstochowski i dodał: „W Chrystusie jestem kimś żyjącym na wieki. Naszym zadaniem, które dzisiaj dopełniamy jest nie tylko skierować wzrok ku Chrystusowi, ale przylgnąć do Niego bardzo osobiście”.

- Bóg proponuje nam samego siebie aż do granic ludzkiej wytrzymałości i zrozumienia – mówił arcybiskup i pytał za św. Janem Pawłem II: „Czy człowiek może odpowiedzieć Bogu „nie”, czy człowiek może odpowiedzieć Chrystusowi „nie”? Tak. Człowiek jest dramatycznie wolny, ale musi sobie postawić pytanie: w imię czego? Jak jest racja umysłu i jaka jest nasza wola, żeby doprowadzić siebie aż do negacji Boga i do sprzeciwu posuniętego aż do ateizmu”.

- Trzeba nam dzisiaj na nowo wpatrzeć się w Chrystusa jako naszego Pana i Zbawiciela, który jest życiem i zmartwychwstaniem naszym – zakończył metropolita częstochowski.

Wigilię Paschalną zakończyła uroczysta procesja rezurekcyjna.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Zmartwychwstały pomaga dawać świadectwo

2019-04-21 22:11

Agnieszka Bugała

Agnieszka Bugała
Abp Józef Kupny metropolita wrocławski

Wigilię Paschalną, wielką i najświętszą noc całego roku, rozpoczęła Liturgia Światła w katedrze wrocławskiej.

http://wroclaw.niedziela.pl/zdjecia/2903/Wigilia-Paschalna-z-abp-Jozefem-Kupnym

Abp Józef Kupny poświęcił ogień i zapalił paschał, która symbolizuje zmartwychwstałego Chrystusa, na którym wcześniej umieścił litery greckiego alfabetu “Alfa” i “Omega”, wyżłobił znak krzyża oraz cyfry roku 2019 wypowiadając słowa: „Chrystus wczoraj i dziś, początek i koniec, Alfa i Omega. Do Niego należy czas i wieczność, Jemu chwała i panowanie przez wszystkie wieki wieków. Amen”. Na paschale umieścił również pięć ozdobnych czerwonych gwoździ, symbolizujących rany Chrystusa.

Abp zapalił paschał, od którego w pogrążonej w mroku katedrze zgromadzeni odpalali świece. Po dłuższej chwili świątynia rozbłysła morzem światła. W ciszy rozległo się trzykrotnie zawołanie: „Światło Chrystusa!”, na które zgromadzeni odpowiadali: „Bogu niech będą dzięki!”. Z przedsionka abp ze świecą, w orszaku, przeszedł główną nawą katedry do prezbiterium.

Podczas Liturgii Słowa odczytano fragmenty Starego i Nowego Testamentu przypominające historię zbawienia, poczynając od stworzenia świata, przez wyjście Izraelitów z niewoli egipskiej, proroctwa zapowiadające Mesjasza aż do Ewangelii o Zmartwychwstaniu Jezusa. Każde z czytań przeplatał śpiew Psalmów. Powróciły też po raz pierwszy po Wielkim Poście pieśni „Chwała na wysokości Bogu” i „Alleluja”.

W homilii abp Kupny odniósł się do bogactwa czytań biblijnych, które w Paschalną Noc mogą wprawić w zakłopotanie.

– Stajemy trochę bezradni, zakłopotani, bo nie wiemy, na czym się skupić, w jaki sposób odnieść ich treść do swojego życia – mówił. - Bogactwo Słowa Bożego zdecydowanie nas przerasta, nie jesteśmy w stanie tego bogactwa pojąć i się nim nasycić. Zachęcił też, aby posłuchać ciszy, która spowiła ziemię po śmierci Jezusa.

- To dobry czas na rozważanie wielkich dzieł w naszym życiu – mówił. Podkreślił też, że Chrystus wypełnił swoją misję do końca. - To ostateczna faza odkupieńczej misji Chrystusa – mówił. Chrystus jest życiem, życiem nieprzemijającym. Sam powiedział, że trzeba nam ponownie się narodzić. Trudno to zrozumieć, ale Jezus w odpowiedzi zaznaczył, że narodzenie z Ducha Św. dokonuje się niezależnie od wieku. To sakrament chrztu, to wody chrztu obmywają nas z grzechu – wyjaśniał. Przypomniał też istotę i głębię sakramentu chrztu i zachęcił do świadomego odnawiania chrzcielnych przyrzeczeń.

- Chrzest jest sakramentem inicjującym życie nadprzyrodzone. Wyzwala nas z grzechu i szatana a jednocześnie wiąże nas z umierającym na krzyżu Zbawcą. Jest też zobowiązaniem – mówił. Dzisiejsza liturgia Wigilii Paschalnej gromadzi nas do odnowienia tych zobowiązań, poświęcona woda chrzcielna, ogień i paschał – znak zmartwychwstałego Chrystusa. Chrystus zrobił wszystko, do czego się zobowiązał. A czy my wypełniamy przyrzeczenia chrztu? Czy świadczymy o Nim? – pytał. - To świadectwo powinniśmy rozciągać na wszystkie wymiary naszego życia i wobec wszystkich, z którymi się spotykamy, ale to wymaga deklaracji: tak, jestem katolikiem. Może to wiązać się z przekraczaniem obaw i lęków, ale wiemy jaką wagę posiada takie wyznanie. Dobry Łotr powiedział tylko kilka słów, ale to proste wyznanie wiry zadecydowało o całym jego życiu – mówił abp Kupny. Zachęcił też do postaw spójnych z Ewangelią. - Dziś też potrzeba takich postaw. Każdego dnia podejmiemy różne decyzje, różnej wagi. Chrześcijańskie świadectwo musi być widoczne w tych decyzjach, nauka Ewangelii musi być widoczna. To nauka wymagająca, ale możliwa do realizacji dla każdego, kto otrzymał Ducha Św. na chrzcicie świętym. Nawiązał też do popularnego powiedzenia, ze wiara jest sprawą prywatną każdego człowieka.

- Być świadkiem, to dawać świadectwo o miłości do Boga, do Kościoła. Kościół to nie jest zwykła instytucja, tu żyje Chrystus – mówił. - Wiara nie jest sprawą prywatną – wciąż o tym słyszymy. Doprowadziło to do tego, że wielu nie widzi potrzeby dawania świadectwa i boją się świadczyć. Radykalne dzielenie rzeczywistości na sacrum i profanum rodzi wątpliwości i one w coraz większym stopniu odbierają nam odwagę do bycia świadkiem. A świat potrzebuje naszego świadectwa. Bez Boga człowiek nie potrafi zrozumieć dokąd idzie i kim jest - to trzeba światu przypominać. Starajmy się wypełniać zobowiązania chrzcielne, a zmartwychwstały Chrystus niech nam w tym dopomoże – życzył na zakończenie homilii.

Liturgia chrzcielna rozpoczęła się Litanią do Wszystkich Świętych, następnie abp Kupny pobłogosławił wodę chrzcielną i odnowiono przyrzeczenia chrztu. Po modlitwie powszechnej rozpoczęła się część czwarta, czyli Liturgia Eucharystyczna. Po Komunii świętej w katedrze uformowała się procesja rezurekcyjna, czyli uroczyste ogłoszenie zmartwychwstania Chrystusa i wezwanie całego stworzenia do udziału w triumfie Zmartwychwstałego. Długi orszak przeszedł z wokół katedry, klerycy nieśli figurę Zmartwychwstałego, abp Józef Kupny niósł monstrancję. Uroczyste Te Deum i błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem zakończyły Wigilię Paschalną.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem