Reklama

Ten film stał się moją drogą

2013-08-12 14:15


Niedziela Ogólnopolska 33/2013, str. 12-14

Spotkanie matki z bezdomnym synem alkoholikiem. Córka płacząca nad grobem matki i walcząca o prawo do opieki nad swym rodzeństwem. Więzień wspominający zmarłą matkę, która była dla niego największą świętością. Wiele scen, wiele ludzkich historii i ktoś, kto łączy te wszystkie historie - postać matki. Matki ziemskiej, ale też Tej, która jest z nami zawsze, w każdej chwili i w każdej potrzebie, peregrynującej w swym Obrazie po całej Polsce. Wraz z Nią i twórcą filmu wędrujemy od miasta do miasta, od domu do domu, pozostając w każdym z nich dobę i poznając troski, problemy i wiarę ich mieszkańców. A Ona, Matka 24 h, wysłuchuje próśb, osusza łzy, dzieli radości i wsłuchuje się w problemy bohaterów filmu. Wizyta Obrazu jest pretekstem do wnikliwej i głębszej obserwacji zachowań bohaterów nie tylko w kontekście wiary lub jej braku, ale także często pokazanych w najprostszej relacji życiowej: matka-dziecko. W dokumencie Marcina Janosa Krawczyka matka jest fundamentem, na którym budowana jest rodzina i wiara.
Reżyser zadaje w filmie trudne pytania, ale nie daje prostych odpowiedzi. Te pozostawia widzowi, skłaniając go do refleksji i zadania sobie pytania o stan własnej wiary.

MARGITA KOTAS: - Pana najnowszy film dokumentalny „Matka 24h” rozpoczął swe oficjalne życie nie tak dawno, bo podczas majowego Krakowskiego Festiwalu Filmowego, a już zdążył zachwycić dużą liczbę widzów i zdobyć wiele laurów...

MARCIN JANOS KRAWCZYK: - To prawda. Mój film zdobył nagrodę w kategorii dokument na I Festiwalu Sztuki Faktu w Toruniu 2013; wziął udział w polskiej i międzynarodowej selekcji podczas KFF Krakowskiego Festiwalu Filmowego 2013; prezentowany był na Huesca-Film Festival Hiszpania 2013; zdobył też I nagrodę w kategorii dokument krótkometrażowy na MFF T-Mobile Nowe Horyzonty. Konkurs 2013 oraz wyróżnienie na Młodzi i Film Koszalin. Konkurs 2013. Jak na krótkie życie filmu to już rzeczywiście sporo, i bardzo mnie to jako twórcę cieszy.

- Śledząc losy Pana poprzednich dokumentów, „Rendez-vous” czy „Sześć tygodni”, można przyjąć, że mógł się Pan już przyzwyczaić do nagród. Z drugiej strony, tematyka tego dokumentu wydaje się być na tyle specyficzna, że tym razem mogło być różnie...

- Fakt, życie mnie już do nagród przyzwyczaiło, bo moje poprzednie filmy miały szczęście zdobywać laury, ale przy każdym filmie jest pewne napięcie, niepewność, czy zostanie on dostrzeżony, doceniony. Ja ze swej strony starałem się ze wszystkich sił, by ten film zrealizować jak najlepiej, ale była też druga strona medalu. Ktoś powiedział mi, że to piękny film, ale że nie dostanę za niego żadnej nagrody właśnie ze względu na jego tematykę. Jest dokładnie odwrotnie - film jest nagradzany. Na ostatnim festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty we Wrocławiu międzynarodowe jury w uzasadnieniu przyznania nagrody napisało m.in., iż doceniono w nim świeży, inny punkt spojrzenia na wiarę. Cieszę się, że ten temat jest dostrzegany, co mnie zaskakuje, choć z drugiej strony taka była moja intencja przy tworzeniu dokumentu, że film ten trafia zarówno do wierzących, jak i niewierzących. To cudowne, że ludzie, którzy są ateistami, przychodzą do mnie po obejrzeniu i mówią, że wywarł na nich ogromne wrażenie, że zaczęli zastanawiać się nad wiarą. Ukazywany w tym dokumencie szeroki obraz matki sprawia, że każdy odnajduje tu coś dla siebie.

- Społeczeństwo polskie, którego wiarę określało się zawsze jako wiarę maryjną, zmienia się, zdaje się odwracać od Kościoła, podważa wartość macierzyństwa. Na tym tle nagrody dla Pana filmu zdają się być jednak fenomenem...

- Może sprawia to fakt, że w moim filmie nie ma nachalnej emanacji wiary, problem wiary i jej przeżywania starałem się pokazać jak najsubtelniej. Nie chciałem ani narzucać wiary, ani jej wyśmiewać. Mam nadzieję, że udało mi się zachować złoty środek.

- Czy dziś, po kilku miesiącach życia filmu, nie ma Pan pokusy, by coś w nim zmienić, coś do niego dodać?

- Zawsze istnieje taka pokusa, ale tak naprawdę realizując ten film, dałem z siebie wszystko. Powstały dwie jego wersje - dłuższa, 50-minutowa, pokazująca też kondycję wiary w naszym społeczeństwie, tradycję, i krótsza, 30-minutowa, która jest bardziej zawężona do ukazania roli matki. Konstrukcja obu wersji jest podobna, ale w odbiorze jest inna. Można by się zapytać, po co dwie wersje. Jednak osoby, które pokuszą się obejrzeć obie wersje, zrozumieją sens tej różnicy. Zrealizowałem je bowiem nie po to, by mieć dwa filmy, ale dlatego, że przesłanie każdego z nich jest nieco inne.

- Prace dokumentacyjne nad filmem rozpoczęły się na Jasnej Górze. W naszej rozmowie przed kilkoma miesiącami pan Marcin opowiadał o spotkaniu z Ojcem Sebastianem, które miało znaczenie nie tylko dla realizacji jego dokumentu, ale także rozpoczęło cenną dla niego przyjaźń. Co sprawiło, że ujrzał Ojciec potencjał w panu Marcinie, stał się jego przewodnikiem po Jasnej Górze, ale także przyjacielem?

O. SEBASTIAN MATECKI OSPPE: - Przyczyną naszego spotkania była Matka Boża, która przyprowadziła Marcina na Jasną Górę w poszukiwaniu myśli przewodnich do filmu. Muszę przyznać, że nigdy wcześniej nie widziałem tego sympatycznego człowieka, bo nigdy wcześniej nie oglądałem „Plebanii” (Marcin Janos Krawczyk grał tam wikarego, ks. Antoniego Króla - przyp. M.K.). Po Mszy św. sprawowanej przed Obrazem Matki Bożej dowiedziałem się, że na furcie czeka jakiś pan reżyser, który chce się ze mną zobaczyć. Rozpoznałem w nim jednego z uczestników Mszy św., bo trudno byłoby nie zauważyć i nie zapamiętać człowieka jego wzrostu, który modli się, idzie do Komunii św. Trochę żartobliwie przedstawił się jako ks. Antek z „Plebanii”, co wówczas nic mi nie mówiło. Opowiedział mi o swoim projekcie. Przyznaję, na początku podszedłem do tego z ostrożnością. Dostrzegłem jednak wielką determinację Marcina. Podkreśliłem wówczas, że film o takiej tematyce musi być realizowany na kolanach. Nie wyobrażałem sobie również, by w pewnym momencie akcja filmu nie weszła na Jasną Górę i by nie nawiązać w nim do głównego nurtu peregrynacji po diecezjach Polski. Z czasem nabierałem zaufania do twórcy, nasza więź się umacniała i w końcu mogłem z czystym sumieniem dać Marcinowi rekomendację z Jasnej Góry, która była mu pomocna w kontaktach z księżmi w diecezjach, w których odbywała się peregrynacja. Później przez rozmowy, spotkania na Jasnej Górze, wspólną modlitwę rodziła się nasza przyjaźń. Przez cały ten czas starałem się też modlitewnie i duchowo wspierać Marcina i jego powstające dzieło. Dziś jestem dumny z przyjaciela i szczęśliwy z powodu nagród, jakie jego film otrzymuje. W pełni na nie zasługuje, bo jest to film, który potrafi widza poruszyć.

- Będąc tak blisko twórcy dokumentu, miał Ojciec zapewne przywilej poznawania fragmentów filmu, zanim powstał pełny obraz...

- Oczywiście, Marcin pokazywał mi niektóre sceny, dzielił się uwagami, razem snuliśmy pewne refleksje. Znacznie dłużej czekałem, by zobaczyć pełny dokument, bo montaż trwał długo. Udało mi się zobaczyć go w ostatniej chwili, przed oficjalną premierą. Mam nadzieję, że film znajdzie dobry odbiór, że trafi do polskich domów. Tak jak towarzyszyłem filmowi na etapie jego powstawania, chcę mu towarzyszyć w dotarciu do widza. To jest także nasza sprawa, bo kto ma głosić jak nie my - paulini, chwałę Pani Jasnogórskiej...

- Czy praca nad filmem zmieniła Pana religijność?

MARCIN JANOS KRAWCZYK: - O wierze trudno się wypowiadać. Jeszcze trudniej zrobić film. Tak jak mówił Ojciec Sebastian, „tego filmu nie dało się nie zrobić na kolanach”, z wielką pokorą wobec tematu. Jestem wierzący. Moja wiara jest w moim odczuciu poprawna, ale mam świadomość, że może ciągle zbyt mała. Sama obecność na Jasnej Górze, możliwość modlitwy tutaj i przyjaźń z Ojcem Sebastianem jest dla mnie wielką łaską. Ona sprawiła, że film jest nie tylko wypowiedzeniem się na ten temat, ale stał się moją drogą. Stał się drogowskazem na przyszłość. W tym sensie moja religijność, ale także religijność bliskich mi osób, które towarzyszyły mi przy jego realizacji, zmieniła się.

O. SEBASTIAN MATECKI OSPPE: - Ten film nikogo nie zostawi bez oddźwięku.

* * *

Marcin Janos Krawczyk
Polski aktor telewizyjny, teatralny i filmowy, scenarzysta i reżyser. Absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej we Wrocławiu (2001). Po ukończeniu studiów związał się z Teatrem Dramatycznym w Warszawie (2001-2003). Występował także w Teatrze Powszechnym im. Jana Kochanowskiego w Radomiu (2004), w Teatrze na Woli i w Centrum Artystycznym M25 w Warszawie. Ukończył także kurs reżyserii dokumentalnej i warszawską Mistrzowską Szkołę Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy. Debiut reżyserski jego 9-minutowego filmu „Rendez-vous” (2006), prezentowany w ponad 40 krajach świata, spotkał się z uznaniem na festiwalu filmowym w Berlinie i zdobył nominację do nagrody Złotego Niedźwiedzia. Powstały w 2009 r. dokument „Sześć tygodni” otrzymał nominację do nagrody na Konkursie Polskich Filmów Krótkometrażowych. Był w selekcji ponad 40 międzynarodowych festiwali, zdobywając nagrody, w tym najważniejszą na IDFA w Amsterdamie.

„MATKA 24 h” - 2012
Reżyseria i scenariusz: Marcin Janos Krawczyk
Zdjęcia: Marcin Sauter.
Muzyka: Michał Lorenc
Produkcja: Janos Film Production
Koprodukcja: Telewizja Polska
Współfinansowanie: Polski Instytut Sztuki Filmowej
Możliwość zakupu filmu na: www.matka24h.pl;
fanpage: www.facebook.com/pages/Matka24h
Kontakt z twórcą filmu: janosfilm.pro@gmail.com

Tagi:
film Matka Boża Częstochowska Matka Boża

Film prezentujący rozmiar strat osobowych poniesionych przez Polskę w czasie II wojny światowej

2018-10-08 11:16

Już wkrótce wraz z Tygodnikiem Katolickim „Niedziela” numer 42 z datą 21.10.2018 r.

Poruszający film: „Wojna totalna. Zabić jak najwięcej”

Film prezentujący rozmiar strat osobowych poniesionych przez Polskę w czasie II wojny światowej.

„Zniszczenie Polski jest naszym głównym zadaniem” – to słowa Adolfa Hitlera na odprawie dla wojska tuż przed napaścią na Polskę we wrześniu 1939 roku.

„Niedziela” z datą 21 października wraz z filmem w cenie 5 zł.

To ludzie tworzą naród. Zobaczmy, ile szlachetnych serc i umysłów zostaliśmy pozbawieni, aby Polska nigdy się nie podniosła.

Insert do „Niedzieli” sfinansowany ze środków darowanych przez Polską Fundację Narodową.

Reżyseria Jędrzej Lipski

Piotr Mielech

Scenariusz Jędrzej Lipski

Piotr Mielech

Lektor Krystyna Czubówna

Zdjęcia Andrzej Warchoł

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jak za 10 dolarów uratować życie?

2018-10-16 11:31

Z s. Marią Żywiec – misjonarką w Zambii – rozmawia Grzegorz Polak
Niedziela Ogólnopolska 42/2018, str. 40-42

S. Maria Żywiec ze Zgromadzenia Służebniczek Najświętszej Maryi Panny (starowiejskich), która od 1994 r. pracuje w Zambii, wyjaśnia, jak można za 10 dolarów uratować ludzkie życie, opowiada, jak doszło do tego, że siostry Afrykanki skutecznie zastępują Polki, i tłumaczy, dlaczego chciałaby zostać do końca życia w Zambii.

Maciej Syka
Sympatyczni podopieczni z ochronki sióstr służebniczek

Grzegorz Polak: – Czy można powiedzieć, że pracujecie w ekstremalnych warunkach? Przecież w Waszych szpitalach nieraz brakuje prądu czy nawet wody...

S. Maria Żywiec: – Kiedy pierwsze służebniczki 90 lat temu pojechały do Zambii, zastały tam rzeczywiście ekstremalne warunki. W jakiejś mierze tak jest do dziś. Mamy placówki w buszu, w miejscach bardzo odległych od miasta, czyli od cywilizacji. W porze letniej temperatury dochodzą do 50oC, a my nie mamy klimatyzacji, czasem nawet trudno o zwykły wiatraczek, żeby schłodził powietrze. Mamy placówki, gdzie siostry służą jako pielęgniarki, felczerki, lekarki. Prowadzimy także szpitale misyjne i przychodnie zdrowia. Nie jest to łatwe, ponieważ często brakuje nam podstawowych leków, środków opatrunkowych, przyrządów. Ekstremalne warunki są wtedy, kiedy nie ma prądu, a przywożą kogoś z wypadku. Trzeba uruchomić generator, żeby oświetlić salę operacyjną i laboratorium, aby przeprowadzić niezbędne badania. Na porządku dziennym są transfuzje krwi. Malaria nieustannie atakuje dzieci – aby ratować im życie, konieczna jest krew. Trzeba przywieźć ją z miasta odległego o 280 km, a drogi są niebezpieczne i niewygodne.

– Jak zdobywacie leki i sprzęt medyczny?

– Wszystko to, co jest potrzebne w szpitalu, przywozimy z miasta. W dużej mierze zakupów sprzętu i leków dokonujemy z własnych środków, ponieważ dofinansowanie ze strony zambijskiego rządu jest niewielkie. Dlatego jesteśmy niezmiernie wdzięczne tym, którzy wspierają nasze dzieła. Zachęcam do dalszej pomocy, bo ona – choć nieraz skromna – może uratować komuś życie. Nieraz wystarczy do tego zaledwie 10 dolarów.

– Tyle kosztuje zastrzyk przeciw malarii?

– Zastrzyk oraz wenflon, kroplówka i aparat potrzebny do przetaczania krwi. Więc to nie jest aż tak drogie, ale są jeszcze inne koszty, przede wszystkim transport. Żeby krew była zdatna do użytku, trzeba ją przewieźć z miasta w lodówce i potem przechowywać ją w bezpiecznym, chłodnym miejscu.

– Czy siostry przyjmują też porody?

– Oczywiście, bo w Zambii brakuje specjalistów. Dlatego my jako pielęgniarki często musimy wykonywać prace lekarskie, np. zastępować anestezjologa, radiologa, wykonywać małe zabiegi chirurgiczne. Wiąże się z tym spore ryzyko, jednak w takich sytuacjach ja i moje współsiostry zawsze bardzo czujemy Bożą opiekę. Często wzdychamy do naszego założyciela – bł. Edmunda Bojanowskiego, a także do naszych poprzedniczek sióstr, które są już „po tamtej stronie”. To jest nasze świętych obcowanie.

– Można chyba mówić o cudach bł. Edmunda Bojanowskiego, bo słyszałem, że nie było żadnego śmiertelnego przypadku podczas porodu czy w czasie operacji prowadzonej przez siostry.

– Tak. Wizerunek naszego ojca Edmunda wisi w każdej sali operacyjnej. W jego stronę kierowane są nasze westchnienia. Wiele cudów można przypisać jemu, zwłaszcza kiedy udało się wyprowadzić pacjenta z krytycznej sytuacji. Także na co dzień odczuwamy opiekę i pomoc nadprzyrodzoną, bo jako osoby słabe nie dałybyśmy rady stawić czoła temu wszystkiemu.

– Czy trudno zrobić zastrzyk afrykańskiemu dziecku?

– Ogromnie trudno, szczególnie ten dożylny, dlatego że ma ono ciemną skórę, jest bardzo często odwodnione i zanemizowane przez malarię. Bardzo trudno znaleźć maleńką żyłkę, cienką jak niteczka, w którą trzeba jeszcze wkłuć igłę i podłączyć kroplówkę czy zrobić zastrzyk. To bardzo często graniczy z cudem. To są chyba najbardziej stresujące sytuacje, kiedy ma się świadomość, że koniecznie trzeba wkłuć się do żyły, żeby uratować życie.

– Siostry muszą być w stanie gotowości przez całą dobę?

– Tak jak w każdym szpitalu są nocne dyżury. Gdy jednak dzieje się coś szczególnego, kiedy przyjęty jest pacjent w krytycznym stanie, to wszystkie siostry idą do szpitala, aby pomóc. Mogą to być skomplikowany poród czy operacja kogoś pogryzionego przez krokodyla. Często takiego nieszczęśnika niosą przez cały dzień i dopiero w nocy dostarczają do szpitala. Są też przypadki ukąszenia przez węża czy poranienia przez hipopotamy, a nawet słonie. Ogromnym problemem są choroby tropikalne, w tym szczególnie niebezpieczna malaria.

– Czy da się przed nią ustrzec?

– To szalenie trudne zarówno dla nas, jak i dla mieszkańców wiosek. Nosicielami malarii są moskity, ale nawet zakładana na noc moskitiera nie zabezpiecza przed nimi w 100 proc. Pojawiają się one najczęściej wieczorem, a ludzie tak wcześnie nie chodzą spać, więc są narażeni na ukąszenie. Gdy pracuje się w szpitalu przez całą noc, szczególnie w porze deszczowej, bardzo trudno się uchronić od ukąszenia moskita.

– A dlaczego jest tak dużo porodów niepełnoletnich dziewcząt?

– Bardzo często kończą one edukację na szkole podstawowej. Ich rodzice nie mają pieniędzy na opłacenie im nauki w szkole średniej albo jest ona położona bardzo daleko. W konsekwencji dziewczęta przedwcześnie wychodzą za mąż albo mają dzieci w bardzo młodym wieku. Takie porody są bardzo skomplikowane i ryzykowne, szczególnie przy pierwszym dziecku. W takich wypadkach mobilizujemy się maksymalnie, aby uratować i dziecko, i matkę. Bardzo często taki poród kończy się cesarskim cięciem, które jest jedynym wyjściem, choć nie najlepszym.

– Czy plaga AIDS została w Zambii zatrzymana?

– Nie, mimo dostępności leczenia. Najważniejsza jest profilaktyka, jednak skoro dziewczęta już w młodym wieku mają dzieci, to nie rokuje to dobrze. Będzie tych zachorowań więcej i we wcześniejszym wieku. To pociąga za sobą poważne problemy społeczne, ponieważ jest ogromna liczba osieroconych dzieci. Bardzo często obraz wioski jest następujący: starsi i małe dzieci. Średniego pokolenia za bardzo nie widać.

– A gdzie jest?

– To ci, którzy umarli na AIDS. Jest ogromna liczba sierot, którymi też się opiekujemy, bo jako służebniczki nie tylko zajmujemy się lecznictwem, ale też prowadzimy dużo szkół. Edukację zaczynamy od przedszkoli. Niemal każda nasza misja, a mamy ich ponad 30 w naszej afrykańskiej prowincji, prowadzi ochronkę, żeby użyć terminologii Edmunda Bojanowskiego. Pracują w nich także siostry Afrykanki. Prowadzimy też szkoły podstawowe i średnie. Zajmujemy się nie tylko sierotami, ale także dziećmi z rodzin ubogich i zaniedbanymi. Zależy nam, aby dać im wykształcenie. Zawsze jest lepiej dać komuś wędkę aniżeli rybę. Innymi słowy: ważne jest, żeby kształcić dzieci i młodzież. Doraźna pomoc nie da takich efektów, tak nie wychowuje się ludzi.
Rozpoczęłyśmy budowę szkoły średniej z internatem dla dziewcząt w Chamuce, gdyż sam przywódca plemienia ofiarował nam 45 ha ziemi na ten cel i bardzo o to prosił. Niestety, brak nam funduszy na kontynuowanie budowy. Jest to duży projekt, tak jak duże są potrzeby. Docelowo będzie się tam uczyło 500 dziewcząt. Ma to być ośrodek oświatowy na całą okolicę. Będą z niego mogły korzystać także młode kobiety, które chciałyby się nauczyć szycia, gotowania, uprawy ziemi czy hodowli zwierząt. Dla nas to także bardzo dobra możliwość ewangelizacji. Dlatego bardzo gorąco zachęcam czytelników „Niedzieli” do wsparcia tego projektu, przez datki.

– Wspomniała Siostra o służebniczkach afrykańskich. Ile ich jest w stosunku do Polek?

– To powód do ogromnej radości, że jest ich znacznie więcej niż nas, Polek. W Zambii i Republice Południowej Afryki pracuje ok. 170 sióstr tubylczych, a nas zostało 12. Ziarno zasiane 90 lat temu wydało plon. Siostry tubylcze są naszą radością, ponieważ pracują wśród swoich ludzi. One bardzo dobrze znają ich kulturę i obyczaje, znają ich słabe i mocne strony, wiedzą, jak do nich podejść, w jaki sposób ich do czegoś zachęcić, czego od nich wymagać. W samej Zambii jest ponad 70 różnych narzeczy, więc one mogą się z miejscową ludnością lepiej niż my porozumieć. Siostry Afrykanki bardzo pięknie ewangelizują. Wcale się nie martwimy, że nas jest tam coraz mniej, ponieważ mamy tę świadomość, że oddajemy dzieło w dobre ręce. Obecnie prowincja przeżywa rozkwit: otwieramy nowe domy, nowe placówki, gdzie siostry zajmują się dziećmi i młodzieżą. Wychowane przez nas dziecko będzie dobrym obywatelem, pracującym dla swego kraju, nie wyjedzie w poszukiwaniu lepszego bytu do Europy. Tak wychowujemy nasze dzieci.

– Czy Siostra wyobraża sobie sytuację, że polskich sióstr służebniczek nie będzie w Zambii?

– Oczywiście, że tak. Uważam, że taka jest kolej rzeczy. My po to tam pojechałyśmy – myślę tutaj o pierwszych siostrach służebniczkach – żeby przygotować siostry Afrykanki do przejęcia misji. To najlepsza pomoc w dziele ewangelizacji. Bardzo się cieszymy, że siostry przejmą po nas tę pracę, którą my zaczęłyśmy. Zresztą już przejmują, bo przecież znaczna większość domów jest prowadzona przez siostry Afrykanki. Robią to w sposób bardzo piękny i z wielką gorliwością. To już widać po owocach, ponieważ szkoły prowadzone przez nasze siostry Afrykanki znajdują się w czołówce wszystkich zambijskich szkół. Nasze uczennice, ponieważ prowadzimy szkoły przede wszystkim dla dziewcząt, zdają egzaminy maturalne w 100 proc. A przecież są to dzieci pochodzące w dużej mierze z ubogich rodzin. Jest to dla nas ogromna satysfakcja, że potrafimy przygotować do odpowiedzialnego, dorosłego życia dziewczęta ubogie, z buszu, dziewczęta, które – wydawać by się mogło – nie miały żadnych perspektyw w życiu.

– Czy Siostra mogłaby żyć bez Zambii?

– Pracuję w tym kraju 24 lata. Szczerze powiem: czuję, że należę do Zambii. Oczywiście, w sercu jestem Polką, ale moja druga ojczyzna to właśnie Zambia. Trudno byłoby mi sobie wyobrazić życie bez Zambii. Bardzo bym chciała zostać tam do końca mojego życia i tam być pochowana. Tam są moi ludzie, tam są moje dzieci, tam jest moja druga ojczyzna.

– Spotykam doświadczonych polskich misjonarzy, którzy przyjeżdżają do Polski na urlop, ale nie mogą się doczekać powrotu na misje. Jak to się dzieje, że oni, choć nie zapominają o swojej pierwszej ojczyźnie, myślami są przy tej drugiej – przybranej?

– To trudno wytłumaczyć. Jest to na pewno tajemnica, która wiąże się z powołaniem. Źródło radości z tej służby tkwi właśnie w powołaniu. Jest to dar Boży, który ciągle się na nowo odkrywa. Jeśli się go w całości przyjęło, to są tego takie właśnie skutki: znajdujesz miejsce, do którego posyła cię Bóg. W Zambii jest mój dom, oczywiście ten doczesny. Tam się czuję u siebie, wśród ludzi, których znam, którym służę i którzy okazują mi wdzięczność i serdeczność. Każdy człowiek powinien mieć gdzieś swój dom, miejsce, do którego należy, gdzie chce pracować, za którym tęskni. Mój dom jest w Zambii. Jak przyjeżdżam do Polski, tęsknię za jak najszybszym powrotem na misje. W Polsce życie jest zupełnie inne, czuję się zagubiona, zwłaszcza przez pierwszy miesiąc pobytu; nie umiem załatwić wielu prostych spraw. Tam mam do czynienia z ludźmi prostymi, skromnymi, dobrze się czuję w ich obecności. Uczę się od nich prostoty, pokory i otwartości serca. Określam ich jako ludzi, którzy wyzwalają z egoizmu, z patrzenia na siebie i myślenia o sobie. Oni zawsze są zainteresowani kimś drugim. Zawsze znajdą czas na to, żeby pozdrowić, zapytać, co słychać, ofiarować się drugiemu człowiekowi. Zastanawiam się, który świat jest bardziej ludzki: ten zautomatyzowany, ucywilizowany, czy ich, gdzie żyje się biedniej, ale gdzie znajduję więcej człowieczeństwa.
Tam czuję ciepło, naturalność w kontaktach. Dla ludzi w Zambii każdy człowiek jest ważny. Zambijczycy mają ogromne pokłady cierpliwości, bardzo dużo czasu poświęcają jedni drugim. To ludzie niezwykle spokojni, żyjący bezstresowo. Ten inny styl życia powoduje, że nie ma tam chorób związanych w dużej mierze ze stresem, a więc zawałów serca, a wylewy należą do rzadkości.

– Czym się Siostra zajmuje?

– Po wielu latach pracy w szpitalu jestem w zarządzie prowincjalnym. Jestem jedyną Polką wśród sióstr Zambijek. Zajmuję się sprawami administracyjnymi, w tym zaopatrzeniem. Wiąże się to z częstymi wyjazdami do miasta, gdzie stoi się w ogromnych korkach, trzeba jeździć między ludźmi, bo wszędzie są przechodnie, i pilnować swego dobytku. Miasto jest męczące: pełne spalin, a w porze deszczowej zalane wodą. Gdybym mogła, uciekłabym do buszu.
Do tego dochodzi troska o siostry starsze i chore. Mamy już przecież siostry seniorki Afrykanki i ja się nimi zajmuję. We wspólnocie są także nowicjuszki i postulantki ze swoimi mistrzyniami. W sumie to duża, 23-osobowa wspólnota. Żeby to wszystko utrzymać, zaczęłam hodować przepiórki. Nasza ferma liczy blisko 4 tys. sztuk.

– Na jajeczka czy na mięsko?

– Na jedno i drugie. Odstawiamy przepiórki do zakładów mięsnych, także do różnych parafii, domów zakonnych. Zdrowe mięso przepiórek staje się popularną potrawą wśród miejscowego duchowieństwa.

– Jak się Siostrze współpracuje z afrykańskimi służebniczkami?

– Doznaję od nich wiele szacunku i miłości, szczególnie teraz, gdy jestem wśród nich jedyną Polką. Kiedy wracam z miasta z zakupami, zawsze się o mnie zatroszczą, przygotują kolację, usiądą ze mną przy stole. Z zawstydzeniem przyznam, że tego musiałam się uczyć od nich, bo zdawało mi się, że właśnie praca, obowiązki są na pierwszym miejscu. Natomiast one nauczyły mnie takiego podejścia, aby być do dyspozycji drugiej osoby. Cały czas dają mi lekcję siostrzanej miłości.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Dziś 70. rocznica śmierci kard. Augusta Hlonda, Prymasa Polski

2018-10-22 08:57

tk, ksas / Warszawa (KAI)

Dziś, 22 października przypada 70. rocznica śmierci kard. Augusta Hlonda, Prymasa Polski. W maju br. papież Franciszek podpisał dekret o heroiczności jego cnót. Do beatyfikacji potrzebny jest uznany przez Kościół cud dokonany za wstawiennictwem Augusta Hlonda.

Archiwum

August Hlond urodził się 5 lipca 1881 r. na pograniczu Brzęczkowic i Mysłowic. Od szóstego roku życia uczęszczał do szkoły ludowej w Brzezince. Jako chłopiec wraz ze starszym bratem Ignacym udali się do Turynu. W 1897 r. August złożył śluby zakonne w zgromadzeniu księży salezjanów. Podjął studia na Uniwersytecie Gregoriańskim, które ukończył doktoratem z filozofii w 1900 r. Po powrocie do Polski, do święceń kapłańskich pełnił obowiązki wychowawcy i nauczyciela, dyrygenta chóru i sekretarza dyrektora zakładu salezjańskiego w Oświęcimiu.

W 1905 r. otrzymał z rąk bp. Anatola Nowaka święcenia kapłańskie, a następnie objął stanowisko kapelana w zakładzie Lubomirskiego w Krakowie. Przeniesiony do Przemyśla, przez dwa lata pełnił funkcję dyrektora placówki salezjańskiej. Następnie w 1909 r. został przeniesiony do Wiednia, gdzie przez ponad dziesięć lat był prowincjałem nowo utworzonej prowincji, obejmującej Austrię, Węgry i cześć Niemiec. 7 listopada 1922 r. otrzymał nominację na administratora apostolskiego dla Górnego Śląska - górnośląskiej części diecezji wrocławskiej, która przypadła Polsce po plebiscycie.

28 października 1925 r. papież zatwierdził nową organizację terytorialną Kościoła w Polsce. Jedną z nowych diecezji była katowicka. Ks. Hlond został jej pierwszym biskupem. Kierował Kościołem na Śląsku tylko cztery lata (listopad 1922 - czerwiec 1926). 24 czerwca 1926 r. został mianowany przez Piusa XI arcybiskupem gnieźnieńskim i poznańskim – prymasem Polski. W trakcie krótkich rządów w śląskim Kościele położył podwaliny pod sprawnie funkcjonujący zarząd diecezją: kurię, kapitułę, sąd biskupi. Zadecydował o miejscu utworzeniu seminarium duchownego z siedzibą w Krakowie. Założył "Gościa Niedzielnego". W dziedzinie duszpasterstwa przyczynił się do stopniowej polonizacji duszpasterstwa przez utworzenie własnych central dla bractw i stowarzyszeń katolickich.

Po utworzeniu w końcu 1925 r. diecezji katowickiej został mianowany, a 3 stycznia 1926 r. konsekrowany na biskupa. 24 czerwca 1926 r. mianowany arcybiskupem gnieźnieńskim i poznańskim, prymasem Polski przez papieża Piusa XI, a 20 czerwca 1927 r. kreowany kardynałem.

Jako prymas wiele wysiłku włożył w organizację Akcji Katolickiej, z centralą w Poznaniu, powstałej w 1930 r. Brał również udział w licznych międzynarodowych kongresach eucharystycznych oraz zorganizował w 1927 r. międzynarodowy kongres misyjny w Poznaniu. W 1932 r. wraz z ks. Ignacym Posadzym założył Towarzystwo Chrystusowe dla Polonii Zagranicznej.

W 1939 r. opuścił wraz z rządem Polskę, udając się początkowo do Rumunii. 19 września 1939 r. przybył do Watykanu. Działał tu na rzecz sprawy polskiej poprzez przemówienia w watykańskim radiu, udzielając wywiadów prasie oraz wykorzystując swoje wpływy osobiste. W związku z przygotowaniami Włoch do wojny z Francją musiał opuścić Rzym.

Od 9 czerwca 1940 do 6 kwietnia 1943 r. przebywał w Lourdes, gdzie informował przywódców Zachodu o sytuacji w okupowanej Polsce. Zmuszony przez rząd Vichy, przeniósł się do opactwa w Hautecombe koło Aix-les-Bains. 3 lutego 1944 r. został aresztowany przez gestapo i internowany w Paryżu, a potem kolejno w klasztorach w Bar-le-Duc i Wiedenbrück (w Westfalii).

Po wyzwoleniu przez wojska amerykańskie udał się do Rzymu, skąd 20 lipca 1945 r. wrócił do Poznania. Pierwszymi decyzjami, jakie podjął po powrocie do kraju, była reorganizacja Kościoła na Ziemiach Północnych i Zachodnich, włączonych do Polski. 4 marca 1946 r. z jego inspiracji Papież Pius XII rozwiązał istniejącą od 1821 r. unię personalną metropolii poznańsko-gnieźnieńskiej i utworzył nową warszawsko-gnieźnieńską, stawiając kard. Hlonda na jej czele.

Kardynał zmarł 22 października 1948 r. w Warszawie. Został pochowany w podziemiach archikatedry św. Jana w Warszawie.

Proces beatyfikacyjny kard. Hlonda toczy się od 9 stycznia 1992 roku. Jego postulatorem jest z urzędu postulator generalny salezjanów, ks. Pierluigi Cameroni, zaś wicepostulatorem chrystusowiec ks. Bogusław Kozioł.

15 maja 2018 r. pozytywną opinię na temat heroiczności cnót i życia Sługi Bożego kard. Augusta Hlonda wyraziła w Watykanie Komisja Kardynałów i Biskupów z Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. Kilka dni później, 21 maja, papież ogłosił dekret o heroiczności cnót kard. Hlonda.

Tym samym formalny etap procesu beatyfikacyjnego został zakończony. Słudze Bożemu przysługuje odtąd tytuł „Czcigodny Sługa Boży”. Obecnie do beatyfikacji niezbędny jest już tylko uznany przez Kościół cud dokonany za wstawiennictwem Augusta Hlonda.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem