Reklama

Oni są jak światła na mojej drodze

2013-08-12 14:15

Anna Wyszyńska
Niedziela Ogólnopolska 33/2013, str. 18-19

Archiwum prywatne

ANNA WYSZYŃSKA: - Co spowodowało, że zdecydowała się Pani nakręcić film o Stanisławie Sojczyńskim „Warszycu”?

ALINA CZERNIAKOWSKA: - Staram się robić filmy o Polakach, z których czynów i zachowań mogę być dumna. Pierwszy był film o gen. Fieldorfie „Nilu”, potem dokumentowałam losy innych żołnierzy podziemia antykomunistycznego, zrealizowałam także filmy o Ignacym Janie Paderewskim, Józefie Piłsudskim, Stefanie Starzyńskim, Zofii i Stefanie Korbońskich… Kpt. Stanisław Sojczyński „Warszyc” jest postacią wyjątkową wśród tysięcy żołnierzy antykomunistycznego podziemia, zwanych także Żołnierzami Wyklętymi. Potrafił przeciwstawić się swoim zwierzchnikom, którzy porozumiewali się z władzami komunistycznymi i zadecydowali o ujawnieniu się żołnierzy niepodległościowych. Świadczy o tym jego list do płk. Mazurkiewicza „Radosława”, pokazujący istotę zniewolenia Polski przez całe dziesięciolecia, czego konsekwencje mamy dzisiaj. Ten list skromnego żołnierza z dalekich Rzejowic - powinien znać każdy w Polsce, by lepiej zrozumieć, co naprawdę stało się z Polską przez lata PRL-u. Żołnierze przedwojenni nie nawykli do zdrady, nie złożyli broni, bo rok 1945 nie był dla nich wyzwoleniem, ale nową okupacją, tym razem sowiecką. Walczyli do końca, chociaż mieli świadomość tragizmu Polski. Ja nazywam ich żołnierzami polskiej sprawy. Są to ludzie, którzy nie ugięli się w diametralnie trudnych okolicznościach, jakich moja wyobraźnia właściwie nie sięga. Bo spróbujmy postawić siebie w sytuacji torturowania, bicia, katowania do granic wyobrażenia, przy świadomości, że to się skończy śmiercią. A jeżeli jednocześnie wiemy, że jeden podpis, jedna zgoda może nas uwolnić…

- UB chwytało się różnych sposobów, by upokorzyć ofiary, wydobyć zeznania…

- Dużo czytałam o tym, jak wymyślne męki oprawcy zadawali żołnierzom podziemia. Robiłam kiedyś film o kobietach, dziewczynach z AK - „Dziewczyny z tamtych lat”. Czytałam wtedy o więzionych w Fordonie, Wronkach, na Zamku Lubelskim - były piękne, młode, z dobrych domów i nie mogłam wyobrazić sobie, jak wytrzymywały tak barbarzyńskie tortury. Jest książka Barbary Otwinowskiej „Zawołać po imieniu” - o kobietach więźniach politycznych 1944-58 - która zawiera tylko suche relacje z przesłuchań, a czytelnik nieustannie zadaje sobie to pytanie: Ile można znieść, ile można przetrzymać? Stanisław Sojczyński także był torturowany i jemu też przedstawiono propozycję - papier do podpisania. Miał 36 lat, skończyła się wojna, długa okupacja, chciał żyć.
Jakie to musiało być kuszące i jakie trudne, z jednej strony świadomość, że te tortury zakończą się wyrokiem śmierci, z drugiej - że ceną życia jest jeden podpis. Przez lata byliśmy - i nadal jesteśmy! - świadkami, że dla kariery, pieniędzy, stanowiska ludzie dopuszczali się różnych zdrad, nawet w sytuacjach, kiedy nie było zagrożenia życia, dla chwilowego zysku składali podpis pod dokumentem pieczętującym tę zdradę. Świadomość tego, że byli Polacy, którzy dla zachowania honoru oddali życie, daje mi ogromną siłę, ci ludzi są dla mnie jak światła na drodze. Stąd decyzja, by robić o nich filmy.

- Czy łatwo jest zgromadzić materiał do tego rodzaju filmów?

- Gdy w 1991 r. realizowałam film o gen. Fieldorfie „Nilu”, niewiele osób wiedziało, kto to był, poszukiwania w przepastnych archiwach prowadziłam po omacku. Materiały są, ale ich odszukanie to trochę kwestia szczęścia, trochę intuicji. Dużo materiałów archiwalnych można odnaleźć w IPN, w Wytwórni Filmów Dokumentalnych i archiwach TVP. Proces Warszyca, który odbył się w Łodzi, był filmowany, oczywiście, dla celów propagandowych - taka pokazówka, co grozi bandycie, który zamierza się na władzę ludową - i ja do tego materiału dotarłam. Znalazłam też nagrania źródłowe na temat wcześniejszego procesu, który odbył się w Radomsku, gdzie zapadło 8 wyroków śmierci na ludzi Warszyca. Film „Czy warto było tak żyć?” powstał w 2007 r., materiały zbierałam dużo wcześniej, kiedy było trudniej. Teraz można powiedzieć, że ta tematyka ma zielone światło, jest podejmowana coraz częściej, są już książki, filmy, powstają pomniki, tablice. To bardzo dobrze, bo jest to niezwykle ważny rozdział naszej historii, który chciano kiedyś wymazać tak dokładnie, że rodziny skazanych do dziś nie wiedzą, co się stało z ciałami zamordowanych ojców i braci.

- W tytule filmu jest zawarte istotne pytanie: Czy warto było tak żyć? Warszyc odpowiedział na nie swoim wyborem. A jakiej odpowiedzi udzieliłyby rodziny zamordowanych - ich żony, dzieci?

- Nie miałam okazji rozmawiać z dziećmi Stanisława Sojczyńskiego. Znam natomiast córkę gen. Fieldorfa „Nila”, która zawsze była dumna ze swojego ojca, głośno mówiła o jego życiu, walce, o tym, jakim był człowiekiem na co dzień. Przypuszczam, że odpowiedzi na to pytanie byłyby różne. To jest kwestia tego, na ile następne pokolenie jest silne wewnętrznie. Pamiętajmy, że rodziny zamordowanych były napiętnowane, zastraszane, inwigilowane. W wielu przypadkach zmieniły miejsca zamieszkania, nawet nazwiska. Mając ojca czy matkę z takim wyrokiem, w tamtych warunkach trzeba było być bardzo silnym wewnętrznie, żeby to unieść. Z pewnością niektórzy czuli strach, bo nie wiedzieli, jak utrzymają rodzinę, mieli trudności z uzyskaniem pracy, i może nawet czasem był żal, że ojciec zostawił rodzinę na pastwę tamtych czasów. Rodziny żołnierzy podziemia antykomunistycznego zapłaciły ogromną cenę.

- Nad jakim filmem pracuje Pani obecnie, jakie pomysły dojrzewają?

- Zbieram materiał do filmu o historii władzy komunistycznej w Polsce, jej kolejnych etapach i przeobrażeniach, aż do dzisiaj. W filmie będzie m.in. wątek, dlaczego w Polsce nie udała się lustracja. Wypowiedzą się na ten temat historycy, a także rzecznik interesu publicznego. Mam nadzieję, że ten film dużo widzom wyjaśni. Chciałabym zrealizować jeszcze wiele innych filmów - o ludziach, których, jak wspomniałam, nazywam światłami na mojej drodze. To nie tylko postacie historyczne, ale i współczesne. Na przykład kobieta, którą znam z targu w Józefowie, całe życie ciężko pracowała. „Zawsze uczciwie i zawsze z Bogiem trzeba dźwigać swój krzyż, jak Chrystus” - mówi prosto swoje motto życiowe. 63 razy uczestniczyła w pielgrzymce na Jasną Górę, ma 90 lat, wiele czyta i słucha, pisze wiersze i ma niezwykle mądry osąd rzeczywistości. O takich ludziach powinno się opowiadać w Telewizji Publicznej, robić filmy dokumentalne - spieszyć się, bo odchodzą ostatni świadkowie wojny, okupacji i trudnych lat powojennych. Ale obecnie to nie są atrakcyjne tematy dla panów dyrektorów i prezesów TVP. Żałuję, że nie udało mi się zrobić filmu o polskich lotnikach walczących w dywizjonach RAF-u, składałam wielokrotnie scenariusz w TVP, uzasadniałam konieczność realizacji, ale rzekomo nie było funduszy na ten cel. Teraz lotnicy już odeszli, więc film o nich już chyba nie powstanie. Jeśli ktoś jest zdolny, potrafi zrobić dobry film dokumentalny, to powinien mieć zielone światło do działania, w imię polskiej racji stanu. Niestety, pewne tematy uciekają bezpowrotnie, ale nikt o tym nie myśli, nikogo to nie obchodzi. Ważne są kariery, układy, stanowiska, a jakieś tam ideały, patriotyzmy, miłość do Polski, duma narodowa - to dobre hasła na kombatanckie sztandary, a nie dla wyzwolonych Europejczyków. Nikt nie rozumie, że takie myślenie ośmiesza nas i niszczy pamięć o tych, którzy powinni być naszą dumą na forum międzynarodowym.

- Można powiedzieć, że ulubionymi bohaterami Pani filmów są mężczyźni: silni, walczący, zdeterminowani.

- Robiłam, kiedyś film o Janie Leonowiczu ps. Burta, który działał na Lubelszczyźnie i Zamojszczyźnie, był ścigany z ziemi, powietrza i wody, NKWD organizowało za nim nieprawdopodobne pościgi. To właśnie jeden z takich mężczyzn, u których wewnętrzna siła szła w parze z zewnętrzną klasą. Ktoś kiedyś zażartował: „Bo Alinie tacy faceci po prostu się podobają”. Przyznałam rację, bo uważam, że tacy powinni być mężczyźni: silni wewnętrznie, z poczuciem honoru, wierni wartościom. Taki był mój ojciec, 15 lat starszy od mamy, kawalerzysta, przedwojenny Polak. Służył w 4. Pułku Strzelców Konnych w Płocku, potem w 11. Pułku Ułanów, we wrześniu 1939 r. doszli pod Hrubieszów, tam starli się z armią sowiecką, został wzięty do niewoli, wyskoczył z transportu. Jako żołnierz AK szedł ze swoim oddziałem na pomoc powstańcom warszawskim. Ich droga skończyła się w Modlinie, dalej już nie mogli się przedostać, bezradnie patrzyli, jak Warszawa płonie. Gdy o tym mówił, nigdy nie krył łez. Moja babcia Maria Czerniakowska przechowywała ludzi z lasu, pomagała ubogim, cała rodzina pracowała i żyła dla Polski.
Wśród takich opowieści się wychowałam i czasem myślę, że zrobienie ponad 50 filmów o narodowej, polskiej tematyce nie jest z mojej strony specjalnym wyczynem, bo ja w takich klimatach wyrosłam. To jest po prostu moje zobowiązanie wobec poprzednich pokoleń i, mam nadzieję, z pożytkiem dla przyszłych.

* * *

„Niedziela” z kinem
Poniedziałek godz. 18.00

W lipcu i sierpniu na stronie www.tv.niedziela.pl w cyklu „«Niedziela» z kinem” prezentujemy filmy dokumentalne Aliny Czerniakowskiej. Do tej pory w kinie „Niedzieli” można było zobaczyć filmy: „Czy warto było tak żyć”, „Pani Hrabina”, „Moje Wilno”, „Semper Fidelis”, „Moje serce zostało we Lwowie”, „Czy musieli zginąć?”, „Widzę ciebie, Warszawo, sprzed laty...”. W wakacyjnym cyklu „«Niedzieli» z kinem” będą jeszcze filmy: „Przechodzień” i „Klisze pamięci”. 17 filmów dokumentalnych Aliny Czerniakowskiej zostało wybranych przez komisję ekspertów historyków do przetłumaczenia na język angielski i wydania na płytach DVD w wersji polsko-angielskiej.

Tagi:
wywiad film

Silni mocą Ducha

2019-04-16 18:56

Ks. Zbigniew Suchy
Edycja przemyska 16/2019, str. VI

Tego człowieczeństwa się od nich uczę i myślę, że coraz bardziej go nabieram, dlatego to doświadczenie uważam za bardzo istotne

Archiwum ks. M. Koperskiego
Ks. Marcin Koperski na Pustyni Judzkiej

Ks. Zbigniew Suchy: – Na początek proszę o kilka słów, które przybliżą Księdza postać naszym Czytelnikom.

Ks. Marcin Koperski: – Urodziłem się w 1980 r., w Przemyślu i po skończeniu III Liceum Ogólnokształcącego wstąpiłem do seminarium. Po święceniach kapłańskich i rocznej posłudze w Sanoku zostałem skierowany na studia specjalistyczne do Rzymu, na kierunek literatury starożytnej chrześcijańskiej i klasycznej. Po zakończonych studiach i po rocznym wikariacie w Przeworsku zacząłem pełnić posługę moderatora diecezjalnego Ruchu Światło-Życie Archidiecezji Przemyskiej. Zarazem mam przyjemność wykładać łacinę w Wyższym Seminarium Duchownym w Przemyślu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Bp A. Bałabuch: Wigilię Paschalną zaczynamy nie po zachodzie słońca, ale po zmroku

2019-04-18 16:38

Dawid Gospodarek / Warszawa (KAI)

Trzeba zwracać uwagę nie na to, kiedy jest zachód słońca, ale kiedy zapada zmrok - tak o rozpoczęciu Wigilii Paschalnej mówi bp Adam Bałabuch. Czy podczas obrzędu mandatum można obmywać nogi kobietom, czy Groby Pańskie mogą zawierać aluzje polityczne, czy w święconce może być czekolada albo czy świecki może ją błogosławić? Czy w drugi dzień świąt powinno się odczytywać list rektora KUL? Na te i inne zagadnienia odpowiada w rozmowie z KAI przewodniczący Komisji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów Konferencji Episkopatu Polski.

Agnieszka Bugała
Zewnętrzne gesty i postawy ciała przyjęte przez świeckich podczas liturgii nie są bez znaczenia – podkreśla bp Adam Bałabuch

Bp Adam Bałabuch: Myślę, że każdy powinien robić to w ramach obwiązujących przepisów. Papież pokazuje jakiś kierunek i każdy ksiądz musi rozeznać, czy to, co będzie czynił, nie będzie budziło zdziwienia wśród parafian. Chodzi też o to, żeby ludzie przeżywali liturgię w sposób pełen spokoju wewnętrznego, a nie emocjonalnie zastanawiali się potem, co ksiądz nowego wprowadza. Dla nas istotne jest też to, jakie normy obecnie nas obowiązujące są zapisane w księgach liturgicznych. Wiemy, że ten obrzęd może być, ale też można go pominąć. A jeśli otworzymy Mszał rzymski, gdzie czytamy też o mandatum, to jest tam taki zapis, że ministranci prowadzą wybranych mężczyzn do ław przygotowanych w stosownym miejscu. Nie ma tam nic o kobietach. Taki jest zapis w polskim Mszale.

KAI: Jak powinien wyglądać Grób Pański? W Polsce w wielu miejscach praktykuje się instalacje ze społecznym czy katechetycznym przekazem…

- Ozdoby Grobów Pańskich powinny nawiązywać do Tradycji, do tego, co znamy z Pisma Świętego, wyrażać prawdy i idee z Objawienia. Rzeczywiście, w Polsce mamy zwyczaj nawiązywania do bieżącej sytuacji. Pamiętamy czasy choćby Solidarności, kiedy te groby nawiązywały do wydarzeń bieżących, np. po śmierci księdza Popiełuszki przypominały o tej tragedii. Myślę, że takie elementy, które są wyrazem przywiązania do tradycji narodowej, mogą znaleźć odzwierciedlenie w wystroju, ale nie mogą one mieć znamion politycznego zaangażowania, to by było bardzo niestosowne. Ale mamy prawo wyrażać swoje przekonania, np. w kwestii ważnych dla nas prawd, jak rodzina czy ochrona życia.

- Jednocześnie mocno zaznacza się, żeby cała oprawa grobu, czy to będą nawiązania do sztuki, nauki społecznej czy motywy ewangelizacyjne, nie przesłaniały i nie odwracały uwagi od monstrancji.

- Oczywiście. Trzeba sobie uświadomić, że zasadniczą sprawą jest adoracja Najświętszego Sakramentu. Tak trzeba przygotować wystrój Grobu Pańskiego, żeby wszystko wskazywało na monstrancję, na Jezusa, którego adorujemy. Należy tak ułożyć grób, żeby monstrancja była wyeksponowana - przez oświetlenie, wystrój. Żeby wszystko to prowadziło wzrok nie na te elementy poboczne wystroju ale na Eucharystię. W Mszale znajdujemy taki zapis: wszystkie elementy dekoracyjne i światła powinny kierować uwagę wiernych na Najświętszy Sakrament, który jest Pamiątką Śmierci i Zmartwychwstania Chrystusa, a nie na figurę Chrystusa leżącego w grobie.

- Sobota kojarzy się ze święconką. Towarzyszy jej trochę kontrowersji, np. samemu terminowi. Przed reformami liturgicznymi w połowie XX wieku święciło się pokarmy w sobotę, ale po Wigilii Paschalnej, która odbywała się rano. Potem przesunięto ją słusznie na wieczór, ale święcenia pokarmów już nie. Przez to np. trzeba specjalnie błogosławić wodę, której zapasów się pozbyliśmy ze względu na nową z Wigilii Paschalnej. Może warto dla spójności znaków wrócić do błogosławienia pokarmów po Wigilii Paschalnej lub niedzielnej porannej Mszy?

- Nie sądzę. Jeśli tak się tradycja ukształtowała, to znaczy, że to ma znaczenie i sens dla wiernych. Błogosławienie pokarmów dopiero po Wigilii Paschalnej, jeśli miałoby miejsce dopiero w godzinach nocnych czy po rezurekcji, mogłoby skutkować tym, że wielu ludzi nie miałoby praktycznej możliwości wzięcia udziału w tym obrzędzie. Byłoby to trudne zwłaszcza dla starszych czy chorych. W ciągu dnia w sobotę bardzo licznie przychodzą rodziny z dziećmi, więc pozbawilibyśmy szansy włączenia dzieci w obrzęd pobłogosławienia pokarmów, bo trudno wymagać od rodziców, żeby przychodzili z dziećmi późno w nocy albo wczesnym rankiem. Dlatego myślę, że z takich właśnie względów duszpasterskich tradycja tak się ukształtowała i warto ją utrzymać, szczególnie że jest też okazją do krótkiej katechezy dla tych dzieci i rodziców, którzy z nimi przychodzą na pobłogosławienie pokarmów.

- Kto może błogosławić pokarmy? Wiadomo, że księża mogą, ale widać też czasem kleryków.

- Tak, bo przepisy pozwalają, by akolici i lektorzy, będący alumnami seminarium duchownego, pobłogosławili pokarmy. Tak może być w razie konieczności, np. w parafiach, gdzie trudno, żeby dotarł osobiście ksiądz czy diakon. Tam, gdzie to jest możliwe, dobrze byłoby, gdyby uczynili to ci, którzy mają święcenia.

- A jeśli świecka osoba ma posługę lektoratu, to czy może pobłogosławić w razie konieczności?

- Obrzędy błogosławieństw mówią o akolitach i lektorach, będących alumnami seminarium duchownego. Natomiast w domu błogosławieństwa pokarmów może dokonać ojciec, matka lub ktoś z członków rodziny przed porannym wspólnym posiłkiem.

- Zwraca się też uwagę, żeby to błogosławienie pokarmów nie odbywało się w tej przestrzeni, gdzie jest wystawienie Najświętszego Sakramentu w Grobie Pańskim...

- To zależy od roztropności duszpasterskiej i możliwości danej świątyni. Jeśli kościół jest mały, a w wielu miejscowościach tak jest, to trudno o inną przestrzeń. Jeśli jest pogodnie, to można błogosławić pokarmy na zewnątrz przed kościołem, by nie zakłócać adoracji. Ale jeśli jest wewnątrz świątyni, to jest okazja, żeby włączyć też pobłogosławienie pokarmów we wspólną adorację, która trwa przy Bożym Grobie.

- Czy są jakieś rzeczy, których nie powinno być w koszyku ze święconką? Rytuały wymieniają konkretne pokarmy, jak chleb, mięso, jajka, sól. A na przykład baranek z czekolady?

- Moim zdaniem, nie możemy wykluczać takich rzeczy, które są dobre z natury i niczemu nie przeszkadzają, a nawiązują też do lokalnych zwyczajów czy tradycji. Może być baranek z czekolady czy z cukru, to nic niewłaściwego. Wyklucza się takie rzeczy, które byłyby tu niestosowne, np. alkohol.

- Czasem pojawia się taki praktyczny problem z utylizacją poświęconych rzeczy. Czy to jest problem, żeby wyrzucić np. skorupki po jajkach do kosza?

- Myślę, że to samo w sobie nie jest jakimś dużym problemem. Jeśli ktoś ma taką wrażliwość, żeby resztki, np. skorupki, potem zebrać i spalić, jest to piękne. I rzeczywiście utarło się, że słuszną formą takiej utylizacji jest właśnie spalenie. Ale nie można popadać w skrupuły, jeśli ktoś nie ma takiej możliwości czy z innych względów po prostu wyrzuci takie resztki. Proszę pamiętać, że modlitwa błogosławiąca pokarmy nie sprawia, że one same z siebie stają się jakoś uświęcone, np. tak jak dewocjonalia. Jest to modlitwa, w której prosimy, żeby przez te rzeczy możliwe było odniesienie do nadprzyrodzoności, do Pana Boga; żeby te pokarmy, które spożyjemy, wyrażały pewne prawdy, które świętujemy. Warto wysłuchać dokładnie treści tych modlitw z rytuału.

- A co robić z palmami po Niedzieli Palmowej?

- Najczęściej się je przechowuje. Po to się palmy święci, żeby je potem przechowywać przez cały rok. A jeśli nie, to należy je spalić. Bo to chyba jedyna rozsądna metoda, trudno takie pobłogosławione rzeczy wprost wyrzucać. Co innego pokarm, co innego skorupki z jajka. Bo pokarmu też nie wyrzucamy, tylko też utylizujemy przez spalenie, ale nie wyrzucamy.

- W liturgii Triduum Paschalnego jest duża wrażliwość na symbole. Np. bardzo się dba o to, żeby Wigilia Paschalna zaczynała się po zmierzchu, żeby paschał był rzeczywiście owocem pszczelego roju, etc. Czy do Księdza Biskupa dochodzą sygnały, że jest problem z zachowywaniem takich przepisów?

- Na pewno jest problem z rozpoczynaniem liturgii paschalnej w odpowiednim momencie, dlatego że czasami księża mają kilka kościołów i starają się jakoś liturgię w kilku miejscach w parafii celebrować. Stąd czasami niestety rozpoczynają zbyt wcześnie, co jest niezgodne z przepisami Kościoła. Trudno, kiedy słońce ledwo zajdzie, kończyć liturgię i śpiewać Alleluja. Wigilia Paschalna kończy się ogłoszeniem zmartwychwstania i to powinno być już po zmroku – zarówno rozpoczęcie jak i zakończenie liturgii. Czasami to sformułowanie „po zapadnięciu zmroku” może być źle interpretowane, bo niektórzy to rozumieją przez „po zachodzie słońca”. Ale kiedy w kalendarzu jest wpisany zachód słońca, to jeszcze przez prawie godzinę nie ma zmroku. Tu trzeba zwrócić uwagę nie na to, kiedy jest zachód słońca, ale kiedy zapada zmrok.

- Jeśli chodzi o sztuczny paschał, to może rzeczywiście kiedyś takie były, ale ostatnio raczej nie widzę, żeby paschały były sztuczne, plastikowe. Oczywiście, nie wszystkie są z czystego wosku, ale to czasami nie jest możliwe.

- W drugi dzień Świąt często jest czytany list rektora KUL-u czy innej katolickiej uczelni zamiast homilii.

- Jeśli powinien być odczytany, to na mocy zarządzenia biskupa miejsca, bo rektor uczelni nie ma takiej władzy. Jeśli biskup miejsca wydał takie zarządzenie, to trzeba być temu posłusznym. W polskiej tradycji są listy pasterskie czytane podczas Mszy. Jeśli biskup diecezjalny uważa ten list rektora za swój i każe go odczytać, to należy go odczytać. To zależy od praktyki danej diecezji. Bo biskup może też postanowić, że można przeczytać, ale nie ma zobowiązania i ksiądz może sam podjąć decyzję. Czasami są tzw. „listy do wykorzystania duszpasterskiego”, więc można fragment listu wykorzystać w swojej homilii. To zależy od charakteru listu i przede wszystkim od biskupa miejsca.

- A czy powinien być czytany taki list zamiast homilii?

- Mamy wskazania dotyczące homilii mszalnej wydane przez Konferencję Episkopatu Polski, w których czytamy, że może być czytany list zamiast homilii, jeśli jest taka decyzja biskupa miejsca. List może być odczytany w miejsce homilii dlatego, że co prawda jest wymóg, by w trakcie Mszy św. w uroczystości nakazane czy w niedziele głosić homilię, ale są okoliczności, kiedy w miejsce homilii czytany jest list pasterski. O tym mówią też Wskazania KEP dotyczące homilii mszalnej.

- Dziękuję za rozmowę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Warszawa: zakończyła się Centralna Droga Krzyżowa

2019-04-20 07:33

tk, dg / Warszawa (KAI)

Warszawie zakończyła się nabożeństwo Centralnej Drogi Krzyżowej, która przeszła ulicami stoicy już po raz 25. Na zakończenie modlitwy z udziałem kilkunastu tysięcy osób, kard. Kazimierz Nycz nawiązał do strajku oświacie i podkreślił, że problem ten trzeba rozwiązywać tak, by nie ucierpieli uczniowie.

Artur Stelmasiak

Metropolita warszawski przywołał też myśl z niedawnego artykułu papieża seniora Benedykta XVI, iż główną bolączką współczesnego Kościoła i świata jest brak wiary i wyrugowanie odniesień do Boga z życia publicznego.

Nabożeństwo rozpoczęło się przy kościele akademickim św. Anny. W tym roku jej trasa prowadziła Anny Krakowskim Przedmieściem, ul. Miodową, Senatorską do placu Teatralnego, następnie ul. Wierzbową do pl. Piłsudskiego. Następnie ulicą Tokarzewskiego-Karaszewicza na Krakowskie Przedmieście i z powrotem do kościoła akademickiego św. Anny.

Autorem rozważań do poszczególnych stacji Drogi Krzyżowej był 23-letni aktor Maciej Musiał, który także je odczytywał. W rozważaniach zatytułowanych "Krzyk ciszy" podzielił się refleksjami na temat drogi młodego człowieka przez życie, z powstawaniem z upadków, pytaniami o autorytety, o relacje międzyludzkie.

"Zrozumiałem, że wystarczy spojrzeć na drogę krzyżową przez pryzmat swojego serca, wrażliwości i doświadczeń. To starałem się zrobić" - powiedział KAI przed rozpoczęciem nabożeństwa Maciej Musiał.

Zapytany o treść rozważań, wyznał: "Odczuwam ogromną potrzebę ciszy. Świat cały czas do mnie krzyczy. Jest miliard komunikatów, informacji... Dlatego w wydarzeniach z drogi krzyżowej szukałem właśnie ciszy. I nad gwarem ludzi skazujących Jezusa na śmierć usłyszałem niemy krzyk Boga. Krzyk zwycięstwa i światła".

Kilkumetrowy krzyż do kolejnych stacji nieśli m.in. biskupi i księża, siostry zakonne, studenci i straż miejska, prawnicy, strażacy, przedstawiciele różnych wspólnot, w tym po raz pierwszy skupiająca mężczyzn grupa "Żołnierze Chrystusa".

Przed udzieleniem końcowego błogosławieństwa kard. Kazimierz Nycz nawiązał do pożaru paryskiej katedry Notre Dam zaznaczając, że reakcją wielu Francuzów były wznoszone na ulicach modlitwy i śpiewy. Podkreślił, że jest to tym bardziej znaczące, że także w Polsce mówi się o lacikiej Francji i laickiej Europie.

"Wydawać by się mogło, że sprawa obecności Boga w życiu publicznym została 'załatwiona', tak się przynajmniej wielu wydawało - mówił metropolita warszawski. - Natomiast to głębokie pragnienie obudzone w takim momencie - oby na trwałe - stało się czymś niesłychanie ważnym" - dodał.

Kardynał Nycz nawiązał do napisanego kilka dni wcześniej eseju papieża seniora Benedykta XVI, w którym próbował on wyjaśnić obecne trudności świata i Kościoła. "Odpowiedź papieża jest podwójna: słaba wiara i Bóg, który przestał być obecny w przestrzeni publicznej, niepotrzebny wręcz - mówił duchowny. - To, co napisał papież senior dotyka problemu, który potem został zilustrowany przez to dramatyczne wydarzenie początku Wielkiego Tygodnia - pożar katedry Notre Dame" - stwierdził kard. Nycz.

Metropolita warszawski nawiązał do trwającego obecnie strajku w oświacie. "To jest krzyż młodzieży, krzyż nauczycieli, krzyż odpowiedzialnych za oświatę w wymiarze kraju i w wymiarze samorządu, krzyż, który musimy dźwigać razem a nie przeciw sobie, żeby nie ucierpieli ci, dla których szkoły istnieją, a równocześnie żebyśmy dostrzegli te wszystkie skomplikowane problem i potrzeby" - powiedział kard. Nycz.

Następnie udzieli zgromadzonym błogosławieństwa i złożył zgromadzonym życzenia świąteczne.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem