Reklama

Prof. Kłoczowski: Powstanie Warszawskie to jedność, obywatelskość i duch służby

2014-08-07 10:35

Tomasz Wiścicki / Warszawa / KAI

MARIAN GRABSKI „WYRWA“/ MPW

Powstanie Warszawskie było lekcją demokracji, obywatelskości i jedności społeczeństwa – mówi historyk i powstaniec, prof. Jerzy Kłoczowski. Wskazało też drogę Europie, że odrzucić należy nie tylko Hitlera, ale i Stalina. W siedemdziesiątą rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego wybitny historyk, w Powstaniu żołnierz pułku „Baszta”, mówi o etosie powstańców, o tym, dlaczego dziś jest kwestionowany, a także o tym, jaki był ostatni akt sojuszu Hitlera i Stalina. Publikujemy tekst rozmowy.

KAI: Rozmawiamy na warszawskim Mokotowie. Pan Profesor walczył tu niedaleko...

Prof. Jerzy Kłoczowski: Tak. Byłem w konspiracji w jednostce, którą później nazwano „Basztą”, od 1941 roku, bardzo wcześnie. Maturę zrobiłem na kompletach w 1944 roku. Ta jednostka rozwijała się od kompanii do całego pułku przy Komendzie Głównej Armii Krajowej. Pochodziliśmy przeważnie ze środowisk inteligenckich i wychowywano nas z założenia tak, abyśmy mogli stać się kadrą wojskową. Dlatego wielu z nas przechodziło kolejno szkołę podoficerską i szkołę podchorążych. W naszym wychowaniu był element patriotyczny, ale i obywatelski, mądry, w duchu odpowiedzialności za kraj i społeczeństwo. Cała ta edukacja miała dla nas istotne znaczenie. Stąd też była to jednostka zgrana, o charakterze ideowym – mocno bym to podkreślił.
W Powstaniu wyznaczono nam rolę na Mokotowie. Mieliśmy ją pełnić między innymi razem z „Zośką” i „Parasolem”, które jednak w ostatniej chwili przeniesiono wraz z dowództwem Armii Krajowej. Ono pierwotnie miało być na Mokotowie. Nasza „Baszta” na Mokotowie została i swoimi trzema batalionami właściwie zadecydowała, że Powstanie w tej dzielnicy się utrzymało. Inne oddziały mokotowskie zostały w większości rozbite.

- W jakim duchu byli wychowywani żołnierze „Baszty”?

- W żadnym partyjnym – broń Boże. W duchu obywatelskości, czyli odpowiedzialności za kraj, obowiązku wobec niego. Nawiązywano do tradycji, ale właśnie w sensie służby dla kraju. Naturalnie, że wobec zagrożenia ze strony dwóch totalitaryzmów całkiem jasne było ich odrzucenie – zarówno komunizmu we wszystkich formach, jak i oczywiście totalitaryzmu niemieckiego.

- Czy w czasie okupacji młodzi ludzie toczyli między sobą poważne dyskusje, jak to ma w zwyczaju młodzież, zwłaszcza inteligencka?

- Oczywiście, toczyły się wśród nas rozmaite dyskusje. Moi rodzice zostali wysiedleni z północnego Mazowsza. Straciliśmy, cośmy tam mieli, ale szczęśliwie ich tam nie zamordowano. Zamieszkali pod Warszawą, a ja się tu gdzieś o rodzinę oparłem. Tak się złożyło, że przez rok czy dwa mieszkałem w bursie na rogu Sienkiewicza i Marszałkowskiej. Było tam mniej więcej stu młodych ludzi takich jak ja – z całej Polski. Tutaj w Warszawie gromadziło się wtedy dużo ludzi, z zachodu i wschodu. Tak się złożyło, że później wielu z nich odnalazło się w „Baszcie”.
To było niesłychanie ciekawe środowisko. Bardzo żywo dyskutowaliśmy na wszystkie tematy, między innymi religijne – katolicyzmu, jego przyszłości. Jeździliśmy do jezuitów. Zaprosiłem kiedyś młodego wówczas Włodka Okońskiego – cała ich grupa potem, w 1943 roku wstąpiła do marianów – i toczyliśmy wielkie debaty, w duchu katolicyzmu. Element chrześcijański grał w tym bardzo ważną rolę, bardzo otwarty, bo nie oznaczający wykluczania innych.

- Kim byli Pańscy wychowawcy? Kto przekazywał te wartości?

- Nasz pierwszy dowódca kompanii, który zginął w 1943 roku, przez lata był harcerzem. Był nawet harcmistrzem na Żoliborzu, ale w 1940 roku zdecydował wraz z innymi, że w tej chwili ważniejsze jest przygotowanie kadr wojskowych. Jako wojsko byliśmy więc wychowywani w tradycji harcerskiej. To się łączyło z wychowaniem obywatelskim.
Kapelanem „Baszty” był ks. Jan Zieja. Naprzeciwko miejsca naszej rozmowy jest gmach „Społem”. W jednym z ostatnich dni Powstania na Mokotowie mieliśmy tu rano mszę polową. Dowodziłem już wtedy jednym z plutonów „Baszty”, byliśmy w rezerwie, czekaliśmy na dalsze zadania. Ks. Zieja udzielił nam wszystkim absolucji, przystąpiliśmy do Komunii. Pod koniec mszy zaczął się niemiecki atak na Mokotów i przyszedł rozkaz, że musimy natychmiast opuścić to miejsce. Ks. Zieja potem o tym pisał, że pod koniec mszy patrzy, a sala jest pusta. On już wiedział, co się stało.

- Co było dalej?

- Potem mój pluton poniósł ogromne straty. Ja tylko straciłem rękę, została mi taka pamiątka, ale bardzo wielu poległo.

- W walkach o Królikarnię?

- Zostałem ranny podczas pierwszej nieudanej próby ataku na Królikarnię. Potem, kiedy już byłem ciężko ranny, pluton walczył jeszcze na południowym Mokotowie i poniósł bardzo ciężkie straty. Dwóch moich następców zginęło.

- Przejdźmy do pamięci Powstania. Pan Profesor jest w specyficznej sytuacji jako z jednej strony świadek i uczestnikiem tych wydarzeń, z drugiej – historyk, czyli ktoś, kto ma nie tylko narzędzia, ale i naturalną skłonność do patrzenia z dystansem...

- Rzeczą dobrze znaną historykom są debaty, które się toczą nad każdym kolejnym polskim powstaniem – od kościuszkowskiego począwszy, poprzez listopadowe, styczniowe, aż do warszawskiego. We wszystkich tych debatach mamy dwa bardzo wyraźne nurty w historiografii – pozytywny i krytyczny.
Dla mnie dużo znaczyła tradycja rodzinna – pamięć o stryjecznym dziadku, który walczył w powstaniu styczniowym. Jego brat, mój rodzony dziadek, zawsze go nosił w pamięci, od dzieciństwa słyszałem opowiadania na ten temat. U mnie w domu wisiały obrazy Grottgera. To jest charakterystyczne dla mojego pokolenia. Ja jeszcze widziałem powstańców 1863 roku w mundurach. Moje pokolenie – jestem urodzony w 1924 roku – to pokolenie pierwszych lat niepodległości. To ono przede wszystkim walczyło w Powstaniu Warszawskim – mieliśmy około dwudziestu lat. Dla pokolenia moich rodziców, którzy przeżyli odzyskanie niepodległość, pamięć powstania styczniowego była pozytywna, bo powstańcy też walczyli o niepodległość. Tak było dla Piłsudskiego – to jest typowe dla ludzi tego pokolenia: pamięć powstania miała dla nich dalszy ciąg.
To się odnosi szerzej do wszystkich powstań, jest ważnym czynnikiem historii Polski, mimo wszystkich zmian. W 1920 roku armia polska złożona z ludzi pochodzących ze wszystkich warstw społecznych wygrała wojnę z bolszewikami dzięki temu, że właściwie całe społeczeństwo za nią stanęło. To była niezwykła historia. Ci, którzy przychodzili tu z Dzierżyńskim, byli pewni, że wszyscy robotnicy, wszyscy socjaliści i chłopi za nimi pójdą. Nikt nie poszedł!
Dla mnie pamięć 1939 roku to pamięć ogromnej jedności – kłótnie zeszły na bok. Także w podziemnym państwie polskim kłótnie były na marginesie, a dla całego pokolenia ważna była sprawa wspólna, bardzo zresztą chrześcijańska. Mnie się zdaje, że czynnik dobra wspólnego i służby temu dobru w tamtym pokoleniu grał istotną rolę: działało się nie dla kariery, nie dla pieniędzy, tylko dla naszego dobra wspólnego.
Powstania miały też znaczenie dla demokracji. Jeżeli chłopi polscy dostali w końcu ziemię, to właśnie dlatego, że powstanie styczniowe zaczęło się od deklaracji, żeby dać chłopom ziemię. Car, który nawet swoim chłopom jej nie dał, musiał to zrobić, żeby zwalczyć powstanie. Pozyskanie chłopów dla polskości było głównym celem w XIX wieku i wiadomo, że powstanie styczniowe odegrało w tym istotną rolę. To nie przypadkiem w 1920 roku chłopi walczyli o Polskę. Podobnie było w czasie drugiej wojny światowej. Zbudowano świadomość narodową w sensie szerszym – nie nacjonalistycznym, tylko walki o swoje prawa, o swoje miejsce. Dla umocnienia demokracji miała też znaczenie wojna. Ludzie tracili majątki, byli wysiedlani. Od 1939 roku, kiedy Niemcy zaczęli tu ustanawiać swoje porządki, naród się jednoczył.
Te elementy widać również w Powstaniu Warszawskim – niesłychaną jedność społeczeństwa, zupełnie niebywałą. Mimo wszystkich tragedii, powstanie miało oparcie w ludności cywilnej – bez tego nie byłoby możliwe. A przecież to ci, którzy nie walczyli, cierpieli najbardziej – siedzenie w piwnicach było straszne. Do końca życia pozostanie mi w pamięci obraz, kiedy spotkaliśmy w nocy matkę z dziećmi, zagubioną zupełnie, ale jak zobaczyła powstańców, pierwsze jej słowa brzmiały, żebyśmy się trzymali, że musimy się wszyscy trzymać. Potem jej oczywiście pomogliśmy.
Kiedy komuniści objęli władzę w Polsce z nadania Stalina, mieli wielki kłopot z Powstaniem. Usiłowali je przedstawiać jako zdradę. W PRL próbowano tworzyć nowe pojęcie polskości, niby demokratyczne i ludowe, ale dla nas było oczywiste, że całe państwo podziemne było ruchem ogólnonarodowym – była w nim i wieś, i robotnicy, i inteligencja.
W czasie „Solidarności” miałem wiele spotkań z robotnikami. Bardzo często mnie pytali, gdzie straciłem rękę. Kiedy im mówiłem, że w Powstaniu Warszawskim, z reguły ich reakcja była taka: my walczymy dokładnie o to samo, o co wy walczyliście w Powstaniu, tylko my pokojowo, a wy musieliście zbrojnie. To samo było w środowiskach wiejskich. Uderzająca była dla mnie ta świadomość ciągłości. „Solidarność” to też był rodzaj powstania, na szczęście pokojowego w samym założeniu, ale z pełną świadomością, że jest to kolejne wielkie polskie powstanie.

- Wydaje się, że powstańcy warszawscy przenieśli przez czas komunizmu ten zespół wartości, o którym wspominał Pan Profesor, zwłaszcza etos służby.

- Etos służby wydaje mi się bardzo istotny. To się łączy z tradycją dobrze pojętej obywatelskości. Komuniści próbowali używać słowa „obywatel”, ale dla nas był to rodzaj obrazy, bo oni nadawali temu pojęciu sens bardzo lewicowy, a przede wszystkim ich władza pochodziła z cudzej ręki. Było w tym fałszerstwo. Ludzie to widzieli, młodsze pokolenie też zrozumiało to fałszerstwo. To jest ważne dla szerszego pojęcia Polski jako ojczyzny – z punktu widzenia szerszej i autentycznej tradycji obywatelskiej.
Bardzo mnie uderza, jak te pojęcia są dzisiaj zapominane. Zanikło zwłaszcza pojęcie służby. Razi mnie też ogromnie zbyt wielka partyjność. Każda partia przecież też powinna służyć dobru wspólnemu, a ta służba wymaga dialogu, rozmowy, wspólnego szukania rozwiązań. Zresztą jest to też bardzo chrześcijańskie.

- Uderzające jest dla mnie, jak rzadko to, co się stało po 1989 roku, opisujemy jako odzyskanie niepodległości.

- Dla mego pokolenia było jasne, że o to przede wszystkim chodziło. Trzeba oczywiście pamiętać o złożoności PRL, która sprawiała, że niektórzy młodsi ludzie przyjmowali potem tę „tradycję” peerelowską, bo w tym otoczeniu się urodzili i innej tradycji nie bardzo znali. W okresie późniejszym nawet komuniści byli zmuszeni nawrócić do autentycznej tradycji demokratycznej, żeby się ratować – mieli na tyle inteligencji. Komunizm zaczął się rozpadać od wewnątrz w wyniku istnienia silnej tradycji demokratycznej – rzeczywistej służby Polsce, krajowi, społeczeństwu. W tej tradycji pamięć Powstania odgrywała istotną rolę, obok pamięci o Monte Cassino, roku 1939, oczywiście o Katyniu. U podstaw ruchu „Solidarności” – poza wszystkimi innymi czynnikami, także społecznymi – był również ten element niepodległości.

- Co Pańskim zdaniem mogą nam dziś powiedzieć Powstańcy, których niestety jest coraz mniej?

- My się już kończymy, ale możemy powiedzieć, że można dyskutować na temat sytuacji politycznej, bo wciąż wychodzą na jaw nowe fakty. Kiedy wyjdziemy poza perspektywę polską i zauważymy, że w latach 1939-1989 trwała pięćdziesięcioletnia wojna z totalitaryzmami, Powstanie również inaczej wypada. Dyskutujmy więc, ale w szerszym kontekście. Pamiętajmy, że te dwa totalitaryzmy zaczęły od ataku na Polskę w 1939 r. Mało który naród w Europie ma takie doświadczenie pięćdziesięcioletniej walki, aż do „Solidarności” i 4 czerwca 1989. Nawet u nas wielu nie zdaje sobie z tego sprawy.
Powstanie Warszawskie – jak to dobrze określili francuscy historycy – było pierwszą gorącą bitwą zimnej wojny. Powiedziałem kiedyś w Paryżu, że zniszczenie Warszawy jest ostatnim przykładem bliskiego sojuszu Stalina i Hitlera. Niemiecki historyk dziękował mi, że mu to uświadomiłem. Bardzo wybitny francuski historyk powiedział, że Powstanie Warszawskie wyznaczyło przyszłą drogę Europy, bo dzięki niemu zrozumiała, że odrzucić należy nie tylko Hitlera, ale Stalina i komunizm, a przecież Stalin już miał prawie całą Europę w ręku.
Nawet w Polsce o tym ludzie nie myślą i przekreślają to wszystko. Nie potrafimy o tym mówić, tylko mówimy: „Jacy byliśmy głupi!”. Trzeba badać historię Powstania wielostronnie – może po naszej śmierci będzie to łatwiejsze. Może znajdziemy błędy w dowodzeniu albo w przygotowaniu, ale całościowa ocena moim zdaniem nie ulegnie zmianie. Trzeba o tym mówić w Europie.

Tagi:
Powstanie Warszawskie

Reduta walki o pamięć i prawdę

2017-10-04 10:21

Wojciech Bobrowski
Niedziela Ogólnopolska 41/2017, str. 36-37

Polska przegrała militarnie II wojnę światową w 1939 r., politycznie – w 1945 r., i wtedy rozpoczęła się trzecia klęska Polski – wizerunkowa, która trwa nieomal do dziś

Artur Stelmasiak
Redakcja „Niedzieli” w Muzeum Powstania Warszawskiego. Grupę oprowadza Wojciech Bobrowski, autor tekstu

Skutki wizerunkowe mogą być najbardziej dotkliwe dla naszej przyszłości, nawet w perspektywie następnych pokoleń. Określenie „polskie obozy śmierci”, przypisywanie nam współodpowiedzialności za zagładę większości europejskich Żydów – to wynik tej klęski.

Nareszcie jest

Muzeum Powstania Warszawskiego budowano długo i z wielkimi problemami. Pierwsze pomysły datują się na lata 50. ubiegłego stulecia. Niestety, popaździernikowa odwilż trwała krótko i dopiero w okresie Solidarności sprawa powołania tej instytucji powróciła, lecz stan wojenny znowu zamroził tę inicjatywę. Mogłoby się wydawać, że przełom lat 1989 i 1990 natychmiast ją odblokuje. Jednak kolejne władze Warszawy nie spieszyły się, nie wykazywały żadnej woli działania.

Przełom nastąpił dopiero w 2003 r., kiedy prezydentem Warszawy był Lech Kaczyński – syn powstańca, znający historię powstania, ale też wychowany w jego legendzie, rozumianej jako „pamięć karmiona sercem”. Po niepełnym roku prac, 1 sierpnia 2004 r., na 60-lecie Powstania Warszawskiego, muzeum zostało oficjalnie otwarte – tzn. że istnieje już 13 lat. W ciągu tego czasu zwiedziło je ponad 6 mln osób, ok. 30 proc. grup stanowią goście zagraniczni. Liczba zwiedzających jest stabilna i wynosi ponad 600 tys. rocznie – w obecnej przestrzeni jest to pułap możliwości tej placówki.

Uczy i inspiruje

Muzeum Powstania Warszawskiego dokonało przełomu w polskim muzealnictwie. Pociągnęło za sobą pojawienie się dziesiątków nowych muzeów, także prywatnych, a na wielu uniwersytetach powstały kierunki muzealnictwa. Prawdopodobnie twórcy tego muzeum nie spodziewali się takiego sukcesu. Zaistniała w Polsce pewna „moda na historię”, realizuje się coraz więcej rekonstrukcji historycznych wydarzeń i prawda znowu zaczyna wygrywać z fantastyką pseudohistoryczną, bo przecież „tylko prawda jest ciekawa”. Film opowiadający o naszej walce o wolność, zrealizowany przez IPN – „Niezwyciężeni” miał na portalach społecznościowych prawie 2 mln wyświetleń w 3 dni po opublikowaniu.

Do roku 2004 muzeum kojarzyło się głównie z kapciami i senną atmosferą, przerywaną niekiedy tylko gwarem szkolnych wycieczek. Tutaj też muzeum dokonało zasadniczej zmiany: wykorzystano współczesne środki techniczne, ekrany i projektory komputerowe, nagłośnienie pomieszczeń imitujące pole walki, jest nawet film trójwymiarowy o zniszczonej Warszawie. Jednak środki te ożywają dopiero za sprawą słowa wypowiedzianego przez muzealnych przewodników.

Przewodnicy pasjonaci

– Od przewodników oczekujemy, aby byli pasjonatami historii, a Warszawę nosili w swoim sercu – powiedział dr Szymon Niedziela, szef Działu Ekspozycji. Joanna Król, przewodnik wolontariusz, tak opowiada o swoim powołaniu: – Urodziłam się w Warszawie 10 tygodni przed powstaniem. Moi rodzice mieszkali na Woli, tam też zginęła cała moja rodzina – my ocaleliśmy tylko dlatego, że ojciec na czas zdążył nas przenieść do kuzynów na Żoliborz. Po kapitulacji tej dzielnicy w dniu 30 września przez Obóz Przejściowy w Pruszkowie opuściliśmy Warszawę i tak ocaleliśmy. Mojej rodziny już nie ma, a dla mnie kontakt z muzeum ma wymiar symboliczny, gdyż pozwala mi być bliżej nich...

Przewodników, którzy znają powstanie i okupacyjną Warszawę z własnych wspomnień, też już prawie nie ma. Jednak jeszcze do niedawna powstańcy niemal codziennie gościli w muzeum. Szkoda, że nie powstało ono co najmniej 10 lat wcześniej, wówczas żyło znacznie więcej powstańców, byli młodsi, wnieśliby jeszcze więcej wspomnień jako uczestnicy powstania, jego naoczni świadkowie.

– Opowiadałem grupie młodzieży szkolnej o walkach na Czerniakowie i wtedy na schodach pojawił się Andrzej Pląskowski – uczestnik tych wydarzeń. Trudno opisać wzruszenie i radość młodych ludzi, kiedy mogli z nim porozmawiać. Była to scena jak z filmu – zauważył Andrzej Komuda, przewodnik. Młodzież jest jednak bardzo słabo zorientowana w historii Polski z okresu II wojny światowej i lat następnych. Programy szkolne są – a właściwie i na szczęście już były – tak dziwnie zbudowane, aby wiedzy tej nie przekazywać wcale lub przekazać ją w minimalnym stopniu. Często najlepiej przygotowane do zwiedzania muzeum okazują się dzieci z VI klasy szkoły podstawowej, kiedy pani od polskiego lub historii, a nawet od muzyki przy okazji śpiewania powstańczych piosenek robiła im solidne wprowadzenie historyczne. Zdarzają się pozytywne wyjątki znakomicie zorientowanych 14-latków.

Na pytanie: Czy ty się bardzo interesujesz historią? usłyszałem od jednego z nich odpowiedź: „Proszę pana, ja się nie interesuję historią, ja się interesuję polityką”. Pomyślałem: Dobrze, że mamy i takich nastolatków.

Punkt obserwacyjny

Przewodnik Jacek Kałużny: – Praca w muzeum nie powoduje wypalenia zawodowego. Mamy kontakt z młodymi ludźmi, z ich emocjami, często z prawdziwym wzruszeniem i zainteresowaniem. Z dorosłymi gośćmi zdarzają się niekiedy różne niespodziewane sytuacje. Powiedziałem kiedyś o tym, jak Hitler wprowadził na okupowanym obszarze Polski całkowitą dostępność aborcji, bez żadnych ograniczeń. Wówczas jeden ze zwiedzających zaczął mnie nagrywać i filmować. Kiedy zapytałem go, dlaczego to robi, odparł, że wypowiadam się na tematy polityczne, a nie wolno mi tego robić, ponieważ to on finansuje moją pracę w muzeum ze swoich podatków, i mogę za to odpowiadać.

Inny przewodnik wspominał epizod, gdy został zapytany przez grupę anglojęzycznych gości, czy w muzealnej księgarni są książki napisane przez autorów ze środowisk LGBT. Nic innego ich nie interesowało – ani walki, ani ofiary, o historii nie wspominając. Muzeum jest więc ciekawym punktem obserwacji dzisiejszego świata.

Misja muzeum

W upowszechnianiu polskiego doświadczenia związanego z okresem II wojny światowej muzeum przy ul. Grzybowskiej w Warszawie odgrywa wielką rolę.

Szkoda, że utworzone kosztem prawie jednej czwartej miliarda złotych Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku zadania tego nie posuwa nawet o milimetr, a polskie doświadczenie II wojny światowej było czymś zupełnie unikalnym na tle ówczesnej Europy.

Dobrze różnicę tę obrazują dwa zdania z autobiografii Stephena Hawkinga, angielskiego fizyka i popularyzatora najnowszych osiągnięć tej dyscypliny, znanego powszechnie także z powodu niepełnosprawności. W swojej autobiografii „Moja krótka historia” napisał tak: „Urodziłem się w Oksfordzie, chociaż rodzice mieszkali w Londynie. Podczas wojny obowiązywała umowa, że Niemcy nie będą bombardować Oksfordu i Cambridge, a w zamian za to Brytyjczycy nie będą zrzucać bomb na Heidelberg i Getyngę. Szkoda, że taką cywilizowaną umową nie można było objąć także innych miast”. Zestawmy to choćby z losem profesorów krakowskich czy lwowskich, rozstrzeliwanych i prześladowanych ze szczególną zajadłością. Popatrzmy w dane statystyczne. Przed rokiem 1939 w Polsce żyło ok. 120 tys. ludzi z wyższym wykształceniem, według spisu powszechnego z roku 1946 pozostało ich 30 tys. – to jest czwarta część. Skutki tego odczuwamy do dziś. Rozszerzając znaczenie pojęć, można powiedzieć, że po latach okupacji niemieckiej i bolszewickiej polski naród był w stanie traumy. Czy potrafiliśmy opowiedzieć o tym całemu światu, przepracować traumę, aby szybciej z niej wychodzić? Czy powstały przekłady dzieł literackich, filmy o zagładzie i bohaterstwie naszych matek i ojców? Nie istnieje nawet angielska wersja „Kamieni na szaniec” Aleksandra Kamińskiego. W obszarze relacji polsko-żydowskich nie ma filmu o Janie Karskim, rodzinie Ulmów, a najodważniejsza z bohaterów – Zofia Kossak-Szczucka jest dziś zupełnie zapomniana. W tę pustkę wciska się kabotyńska narracja Jana Tomasza Grossa, a także scenariusza „Pokłosia” oraz „Idy”. Ostatnie dwadzieścia kilka lat to czas szczególnie aktywnej „pedagogiki wstydu”, kiedy to polskojęzyczne media produkowały sensacje historyczne uderzające w „pamięć i tożsamość”, tak umiłowane przez Papieża Polaka. Oczernianie nie ominęło także żołnierzy Powstania Warszawskiego. W 1993 r. opublikowano w „Gazecie Wyborczej” artykuł, w którym zarzucano powstańcom mordowanie Żydów podczas trwającego powstania. Kłamstwo zdemaskował i ostatecznie wyjaśnił Leszek Żebrowski w książce „Paszkwil Wyborczej”, z przedmową prof. Marka Chodakiewicza.

Początek drogi

Zdarza się jednak, że otrzymujemy zupełnie niespodziewane wsparcie. Prezydent USA Donald Trump podczas wizyty w Warszawie 6 lipca 2017 r. przez kilka minut opowiadał o walkach w obronie wąskiego przejścia przez Aleje Jerozolimskie. To wydarzenie było szeroko komentowane w światowych mediach, a teraz często jest wspominane przez nas, przewodników, w rozmowach z gośćmi, szczególnie pochodzącymi ze Stanów Zjednoczonych. Podobnie wizyta brytyjskiej pary książęcej w muzeum stała się przykładem roli, jaką odgrywa ono w polityce historycznej dzisiejszej Polski.

Ciągle toczy się walka o pamięć i prawdę, a na Muzeum Powstania Warszawskiego należy spojrzeć jako na redutę tej walki. W jakimś sensie jego utworzenie stało się też zalążkiem obecnych przemian, w których uczestniczymy w naszym państwie od dwóch lat, początkiem podróży, której celem jest osiągnięcie Polski naszych marzeń – może także było to celem Lecha Kaczyńskiego przy jego powołaniu.

Autor tekstu jest inżynierem elektronikiem, który został przewodnikiem wolontariuszem w Muzeum Powstania Warszawskiego po ponad 40 latach pracy przy komputerach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

W czym tkwi siła Różańca?

2018-07-19 07:23

Salve TV

- Kilka lat temu rozpocząłem moją przygodę z modlitwą różańcową i zaprosiła mnie do tego Maryja, jak do wszystkich dobrych rzeczy - mówił Piotr Chomicki z Fundacji Holy Mary Team.

Bożena Sztajner/Niedziela

- Różańca też trzeba się nauczyć. Do kontemplacji trzeba dojrzeć - dodaje.

- Koncepcja "Siły różańca" była taka, żeby z innej strony pokazać Różaniec, nie jako modlitwę, która jest tylko bronią. To modlitwa, która jest kontemplacją, poznawaniem Pana Boga, która jest przybliżaniem się do Pana Boga, łączenie się z Panem Jezusem przez Maryję - podkreśla.

- Pan Bóg nie potrzebuje spektakularnych materiałów, bo sam jest spektakularny i zaprasza nas do tego, żebyśmy w tym przypadku zrobili materiał o prostym przekazie, w dobrej jakości - dodaje.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Kamerun: zabito katolickiego kapłana

2018-07-21 12:50

vaticannews / Jaunde (KAI)

W Kamerunie zginął ks. Alexander Sob Nougi. Dosięgła go przypadkowa kula w czasie zamieszek wywołanych przez separatystów. Był on proboszczem i sekretarzem komisji ds. wychowania katolickiego w diecezji Buéa.

archidiecezja.warszawa.pl

Do wypadku doszło w południowo-zachodniej części kraju, w mieście Buéa, w czasie walk między rządowymi siłami bezpieczeństwa a anglofońskimi separatystami. Dążą oni do podzielenia Kamerunu na dwie części: francusko- i angielskojęzyczną.

Od początku tego roku na świecie zginęło już 21 kapłanów, z tego 9 w Afryce.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem