Reklama

W oczekiwaniu na kanonizację błogosławionego biskupa J. S. Pelczara

Samotność ojcostwa (1)

Ks. Zbigniew Suchy
Edycja przemyska 1/2003

Jest pragnieniem serca, aby ten tytuł pojawiał się w każdym kolejnym numerze Niedzieli Przemyskiej aż do dnia, kiedy z Rzymu (może z Polski), nie wiadomo tego jeszcze dokładnie, rozlegnie się papieski głos obwieszczający kolejną radosną wieść, że bł. bp Józef Sebastian Pelczar zostaje włączony do grona świętych, a Jego kult rozszerzony na cały Kościół powszechny. Zdanie prawie paradoksalne, ale tak się stanie - w życiu jednego pokolenia dokonają się dwa akty zwiastujące, że promieniowanie świętością możliwe jest także w cieniu samotności życia każdego z purpuratów. To dokona się w maju. Ciesz się Kościele przemyski. Ciesz się zobowiązująco. Biskupi to wielcy samotnicy. Są proboszczami szczególnej parafii. Liczebnie niby niewielkiej, osobowościowo mocno skomplikowanej. W ich dłoniach, a zwłaszcza poprzez ich serca, przebiegają na zewnątrz niewidoczne losy ludzkich istnień - więcej, w swoim pasterskim posługiwaniu zostają obciążeni wiecznością powierzonych ich trosce księży. Dziś, dzięki wprowadzonemu wiekowi emerytalnemu, niektórzy otrzymują łaskę dystansu do trudnych spraw, które musieli podejmować. Zacisza emeryckich domów pozwalają, aby wojownicy o chwałę Bożą, korzystając z daru modlitwy różańcowej, tak obficie danego przez Ojca Świętego, nizać na paciorki dwudziestu tajemnic losy i dzieje swoich kapłanów, którzy już odeszli do Pana. Niejako jest to dar modlitwy, której tamci z różnych powodów nie sprostali, nie zdołali uporać się ze swoją słabością i wszechobecnym totalitaryzmem. Przyszłość z pewnością ujawni, jak błogosławiony był to czas pustyni. Przemyski Błogosławiony, a wkrótce święty, takiej szansy nie miał. Do końca swojego życia musiał stawać twarzą w twarz z czasem danym przez historię. Tę ludzką, w której zawierała się zbawcza historia Jezusa, który włączył ich w swoją pełnię. W przypadku bł. bp. Pelczara był to czas niewoli, ale i dylematów ewangelizacji w euforii rodzącej się wolnej Polski. Ojcostwo kojarzy się raczej z wielością ludzi, dzieci, a jednak ten nieco paradoksalny tytuł ma swoje, w moim odczuciu, uzasadnienie. Samotność zewnętrzna rodzi więź duchową. Rodzi duchowe rodzicielstwo, którego daru duchowe dzieci nie są w stanie w pełni zrozumieć. W refleksji o dramacie duchowej prokreacji, zewnętrznie postrzeganej jako samotność, w wymiarach ducha dziejącej się w klimacie wielości problemów duchowych dzieci, chciałbym spotykać się z wdzięcznymi Czytelnikami Niedzieli Przemyskiej do dnia radości kanonizacji, a więc do maja. Te refleksje mają swoich ojców inspiracji, którzy niech do maja pozostaną anonimowi. Staję się narzędziem, które zechce wykorzystać rzekome talenty, by o tej samotności porozmyślać. Udaję się zatem w świat swoich samotnych medytacji nażyciem i drogą świętości wielkiego człowieka. I tylko ta myśl, że nie ja posunąłem się do tej arogancji pozwala mi prosić Błogosławionego o wstawiennictwo. Zacznijmy zatem nasze kilkumiesięczne przygotowanie do świętowania wielkich dzieł Bożych, które dzieją na naszych oczach, a których obdarowania nie potrafimy czasem zrozumieć.

* * *

Było majowe popołudnie. Kolejne egzaminy, wizja pakowania się i przewidywalnego już powrotu do Przemyśla nie napawały do korzystania z uroków majowej piękności świata. Stosy książek do literatury, kolejne, jakie trzeba było przeczytać, by zdać egzamin. Obok sterty skserowanych kazań i listów bp. Pelczara drażniły sumienie niepokojem niespełnionego zadania. Nawet wiadomość, że będzie beatyfikowany nie niosła radości, ale niepokój, jakiś skurcz serca. Jeszcze parę lat temu w zupełnie innych klimatach przeżywaliśmy radość świętowania doktoratu o Eucharystii w nauczaniu Józefa Sebastiana Pelczara obronionego przez ks. Edwarda Białogłowskiego, dziś pomocniczego biskupa diecezji rzeszowskiej. Nie czując się godnym uczestniczenia w uroczystościach beatyfikacyjnych, tłumacząc się ponadto terminami kolejnych egzaminów, na drugim obok homiletyki fakultecie, zdecydowałem, że swoje niespełnienia wobec osoby przyszłego Błogosławionego zamknę w ciszy konwiktorskiego pokoju. Tak, to była ostatnia dekada maja, kiedy w drzwiach pojawił się któryś z księży i bez namiętności wręczył mi list sygnowany pieczęcią przemyskiej Kurii. Ta pieczęć zawsze pobudza adrenalinę. Nie inaczej było tym razem. Mój "listonosz", widząc falowanie barw na mojej wówczas całkiem znośnej karnacji twarzy, zdecydował mi pomóc.
- Zrób kawę - zdecydował.
Skwapliwie podjąłem zaproszenie. To na chwilę zajmie moje myśli - pomyślałem. Usiedliśmy i mówiąc właściwie o niczym sączyliśmy ten czarny napój.
- Nie jesteś ciekawy co jest w tym liście? - drążył sadysta nieustępliwie. Nie chowaj tak tej tajemnicy dla siebie. Może to jakiś awans. Byłbym rad, gdybym to ja pierwszy go rozgłosił, bo tobie nie wypada.
- Daj spokój, jakie mnie mogą w tej sytuacji rozbabranego czasu spotkać awanse.
- Nigdy nic nie wiadomo - był bezlitosny.
- W porządku, skoro ma ci to uświetnić dzień, zaryzykuję.
Krótka wiadomość. Zostaje ksiądz dołączony do ekipy Polskiego Radia transmitującej uroczystości beatyfikacyjne w Rzeszowie.
- I jak, zadowolony? - wycedziłem.
- Kara to nie jest, ale o awansie też mowy nie ma.
Już na spokojnie dopiliśmy kawę, a po odejściu zaczęła się krzątanina myśli. Co to znaczy być dołączonym, do kogo i co mam robić? Spojrzałem na portret przyszłego Błogosławionego, który stał na moim biurku, trochę na zasadzie amuletu, jaki brał kościelny papieskiej kaplicy z powieści Szczuckiej Błogosławiona wina. Nie powiem, czasem wzdychałem do niego czytając mądre listy pasterskie, konferencje. Modliłem się trochę o cud, że może on nocą sam coś dopisze do chudego zasobu przyszłego, daleko przyszłego doktoratu. Ale on już miał czas odpoczynku. Błąkający się arystokratyczny uśmiech na portretowej twarzy zdawał się mówić: - To koleś samemu trzeba napisać. Jak się spotkamy kiedyś to pogwarzymy czy to, coś wymyślił, było prawdą. Już nawet nie śmiałem prosić o natchnienia na to nic mi nie mówiące "dołączenie do ekipy Polskiego Radia". Zacząłem wypisywać podstawowe wiadomości o postaci.
Nie było to łatwe. Media od kilku dni przynosiły wieści z Przemyśla, gdzie trwał spór o świątynię. Miałem w oczach wypiski Przemyskiej Kroniki, której wydawanie zainicjował właśnie Pelczar. W każdym kolejnym numerze wśród ofiarodawców na kościół będący wówczas w ruinie, figurowało nazwisko pasterza i pokaźna suma donacji. Tak umiłował ten kościół, że wbrew zwyczajowi wyraził testamentalnie wolę, aby mógł spocząć właśnie w tym kościele. Ciągle nie było wiadome, gdzie Ojciec Święty spotka się z wiernymi obrządku wschodniego. Zostawiłem to czasowi. Zresztą nie był to mój problem. Miałem być w Rzeszowie.
W przededniu uroczystości nieco się dowartościowałem. Zostałem zaproszony przez redaktorów radia do hotelu na kawę, celem omówienia szczegółów jutrzejszej współpracy. Wrócił spokój. Mam być w zasięgu i przejąć mikrofon, kiedy im skończy się wena i pewnie koncepcja. I tak było. Mały monitor pozwalał w odległym miejscu obserwować uroczystości. Od czasu do czasu trąceniem w łokieć dawali mi znać, że teraz ja. Z początku mówiłem drżącym głosem i równie roztrzęsionymi rękami szukałem wypisków. Pamiętam pierwszą refleksję, którą wypowiedziałem od siebie. Z dali widziałem maleńką postać przemyskiego biskupa, który prosił Ojca Świętego o dar nowego Błogosławionego. Zerwał się letni wiatr, który biskupi ornat układał w finezyjne kształty.
- Cóż tam eter. To wiatr niesie teraz w świat wiadomość o wielkiej radości przemyskiego Kościoła.
Potem nastała cisza. Zdjęliśmy słuchawki. Rozległ się dobitny głos Jana Pawła II.
"Oto człowiek, który spełniał wolę Boga - nie tylko mówił Panie, Panie, ale spełniał wolę Ojca tak, jak tę wolę objawił nam Jezus Chrystus. Jak ukazał ją swoim własnym życiem i swą Ewangelią. Ten człowiek - bł. Józef Sebastian Pelczar - był waszym biskupem. A wcześniej jeszcze był synem tej ziemi. Tu się urodził".
Zadumałem się. Przez moment jakbym nie słyszał papieskiego przesłania. Ale otrząsnąłem się na czas. Jan Paweł II nauczał: "Bądź chrześcijaninem naprawdę, nie tylko z nazwy, nie bądź chrześcijaninem byle jakim...".
Potem jeszcze to morze chorągiewek, które jakby chciały swym powiewem ponieść te słowa.
A potem była ta rzeka ludzi przemierzająca w stronę kolejowej stacji. Wtopiony w nią chciałem dostać się do bloku, w którym czekał obiad i przyjaciele, księża. Było to niemożliwe. Z wysiłkiem, nadrabiając nieco drogi, wyzwoliłem się z tej ludzkiej fali. Kiedy dochodziłem pod podany mi adres, rozległ się warkot helikopterów. Jan Paweł II zmierzał do miejsca, w którym nowy Błogosławiony czynił swoją posługę, której dominantą było posłuszeństwo woli Bożej.
Ta rzeka ludzka porywająca człowieka wbrew jego woli, w miejsca, do których nie chce i nie zamierza iść, to była ważna refleksja. Życie ze swoim nagromadzeniem wydarzeń, opinii staje się dla chrześcijanina taką rzeką, której wartki nurt postępowości może go zdryfować z dróg pełnienia woli Bożej, bycia chrześcijaninem naprawdę. I te samoloty. Trzeba inaczej, modlitewnie wrócić do postaci Błogosławionego i rozczytać Jego życie, które od tego dnia w sposób przez Kościół zatwierdzony winno stać się drogowskazem chrześcijańskiego życia, kapłańskiej posługi.
Helikoptery były już maleńkie, niemal ginęły z pola widzenia. Ale myśl pozostała wyraźna. Zgłębić świętość. Na tyle, na ile to możliwe. Zadzwoniłem do drzwi, gdzie czekano już na mnie z niepokojem, może i bez wiary, że jeszcze dotrę.

Reklama

O powołaniu na dwa głosy

2019-02-18 20:05

Agata Pieszko

Kiedy rodzą się pytania

arch. prywatne i Krzysztof Wowk
S. Maria Czepiel, elżbietanka i o. Marian Michasiów, franciszkanin

Duszpasterz franciszkańskiego DA „Porcjunkula”, o. Marian Michasiów OFM Conv. wychował się w Lwówku Śląskim, gdzie mieści się klasztor franciszkanów. W szkolnych latach podglądał posługę oraz życie braci zakonnych i pod koniec liceum zaczęły w nim pączkować pytania. Czy to dla mnie? Jakie zachowanie będzie słuszne? Czas podjąć decyzję. – Poszedłem na dni otwarte nowicjatu, wtedy nastąpił we mnie moment przełomowy. Odkryłem, że to jest Boże zaproszenie, a nie tylko mój pomysł na życie. Brzmi książkowo, jednak o. Marian studzi entuzjazm. – Powołanie to nie jest coś, co usłyszymy raz. To pewna umiejętność podążania za Bożym głosem. Za tym głosem ojciec podąża już od 16 lat.

Czas decyzji

Przy rozeznawaniu powołania wielu z nas paraliżuje strach. Nie ma nic złego w sprawdzaniu różnych dróg, jednak gdy je ciągle zmieniamy, bardzo prawdopodobne, że zabłądzimy, próbując odnaleźć ten właściwy cel. – Byli tacy bracia, którzy podjęli formację, ale rozeznali, że to nie jest ich droga. Wcale nie uznawali tego czasu za stracony. Przeciwnie, był to czas, w którym Pan Bóg coś w nich poukładał, coś dobrego zdziałał – przekonuje duszpasterz. Decyzja zawsze niesie ze sobą ryzyko niepowodzenia, jednak nie możemy stać w życiowym rozkroku, gotując sobie wieczne wewnętrzne rozdarcie. Jeżeli coś odbija się w twoim sercu echem – nie bój się – po prostu to sprawdź!

Wskazówki

- W powołaniu musi być ktoś, kto woła. Nie da się tego głosu usłyszeć bez relacji z Panem Bogiem. To jest podstawa. Trzeba wsłuchiwać się w ten głos z takim zawierzeniem, że Panu Bogu bardziej zależy na naszym szczęściu niż nam samym – podpowiada o. Marian – Kwitowanie sytuacji słowami wola Boża stało się wyrazem jakiegoś uciemiężenia, a przecież wolą Bożą jest nasze uświęcenie. Tak jak konstruktor urządzenia wie, do czego je przeznaczył, tak i Pan Bóg, jako nasz Autor, zna nas i wie, gdzie to dobro, które włożył, możemy zrealizować w całej pełni. Oprócz naszego przeczucia ważne jest także rozeznanie Kościoła. Tak zwana informacja zwrotna. – Nikt nie zostanie kapłanem, zakonnikiem, czy siostrą zakonną bez wcześniejszego rozeznania i potwierdzenia konkretnych struktur. W powołaniu małżeńskim też byłoby dziwne, gdyby tylko jedna strona rozeznawała, że musi mieć koniecznie tę żonę, czy tego męża. Weryfikacja musi nastąpić na każdej drodze, którą człowiek podejmuje – tłumaczy.

Zanim o. Marian trafił do Wrocławia, był wychowawcą w domu formacyjnym, a dziś ma stały kontakt z młodzieżą akademicką. Wszyscy ludzie stają w końcu przed wyborem swojej drogi życiowej, muszą się nauczyć, jak mówić z Panem Bogiem i jednocześnie dać Mu dojść do słowa. Duszpasterze akademiccy okazują się w tym procesie bardzo pomocni.

Strzał w dziesiątkę!

S. Maria Czepiel ze Zgromadzenia Sióstr Św. Elżbiety we Wrocławiu ma dwie prawe ręce – obie wspomagają dwóch opiekunów DA Wawrzyny. Jedna leży na ramieniu ks. Stanisława „Orzecha” Orzechowskiego, natomiast druga wspiera o. Wojciecha Kobylińskiego CMF. Serce ma jedno, całe dla młodzieży. Siostra jest pomocna nie tylko przy rozeznawaniu powołania, leczeniu ran, czy prowadzeniu do Chrystusa przez Maryję. Z powodzeniem nauczy mężczyzn porządku, a kobiety cerowania, czy gotowania barszczu. Trudno wyobrazić sobie Duszpasterstwo bez s. Marii, bo trudno wyobrazić sobie dom bez mamy.

Strzała Amora

- Moje powołanie było bardzo szybkie. Strzała Amora. Nigdy nie myślałam o tym, żeby być siostrą zakonną. Pewnego razu pojechałam na rekolekcje do Sióstr Elżbietanek. Zaprosiła mnie na nie siostra zakonna, której opowiedział o mnie mój dobry znajomy. Wiedział, że przeżywam trudny czas. Na tych rekolekcjach było spotkanie ze Słowem Bożym. Na spotkaniu Bożenka (to moje imię z Chrztu) wylosowała takie Słowo: Szczęśliwi, którzy mieszkają w domu Twoim, Panie, nieustannie Cię wychwalają (Ps 84,5). To Słowo przebiło moje serce! Trudno wytłumaczyć dlaczego. Tak samo, jak trudno wytłumaczyć, dlaczego tej kobiecie podoba się właśnie ten mężczyzna. Ja po prostu chciałam być tylko Jezusowa. Na początku to miało być tylko dla mnie, bo chciałam być szczęśliwa, nie myślałam wówczas o tym, żeby Pan Jezus był ze mną szczęśliwy, jednak to Słowo tak do mnie trafiło, że w zasadzie w ciągu kilku dni podjęłam decyzję. Oczywiście, nie wstąpiłam do zakonu w kilka dni, ponieważ byłam studentką Politechniki Wrocławskiej – musiałam uporządkować wszystkie sprawy, pozdawać egzaminy, dokończyć semestr. Kilka miesięcy później pojechałam do Sióstr Elżbietanek na rozeznanie, żeby w ciszy pomyśleć dłużej o takim sposobie życia, bo to było dla mnie jakieś science fiction. Pojechałam w lipcu, w październiku byłam już postulantką w Zgromadzeniu Sióstr Św. Elżbiety. Wstąpiłam 4 października, kiedy wspominamy św. Franciszka z Asyżu. To bardzo droga mi postać. Można by zapytać: to dlaczego nie Siostry Franciszkanki? Dlatego, że św. Elżbieta Węgierska była serdeczną duchową przyjaciółką św. Franciszka. Franciszek do dzisiaj, z racji swojego umiłowania odrzuconych i ubogich oraz swojego osobistego ubóstwa, jest mi jednym z droższych świętych – opowiada s. Maria.

Pod ostrzałem

Kiedy trafia nas strzała Amora, Mars nie pozostaje dłużny. Też wyciąga swoje strzały, ale z pewnością nie są to strzały miłości, raczej strzały zniszczenia i nieprzychylnej ludzkiej opinii. Musimy pamiętać o tym, że w każdym prawdziwym powołaniu napotkamy trudności, bo po drugiej stronie barykady stoi ktoś, kto nie chce, aby Bóg czynił dobro naszymi rękami. Wmawia nam, że się do czegoś nie nadajemy, umniejsza naszą wartość, próbuje oszukać… Dlatego s. Maria uczula na rozeznawanie powołania w oparciu o Słowo, czyli o prawdę.

Celny strzał

Czy istnieje jeden, sprawdzony sposób na rozeznania powołania? Taki, który będzie na 100% trafny? – Muszę rozczarować tych, którzy mają na to nadzieję… Jednak mimo braku gotowej recepty, s. Maria zdradza, co jest istotą tego procesu. - Sercem rozeznawania każdego powołania jest jedno słowo: słuchać. Oczywiście, mowa o Słowie Bożym.

– Ludzie traktują Słowo Boże bardzo rzeczowo, jako kolejną opowiastkę, nic znaczącego, co mogłoby coś wnieść w ich życie. Nie zdajemy sobie sprawy, jak wielkie rzeczy może zdziałać żywe Słowo Boga w naszym życiu. Ja jestem tego przykładem. Tym, który powołuje, jest Bóg, a jeżeli my nie znamy Jego języka, to jak możemy rozeznać, co On do nas mówi? To tak, jakby próbować zrozumieć, co mówi mój szef w języku chińskim, kiedy ja kompletnie nie rozumiem chińskiego – dodaje Siostra Elżbietanka.

Pokorna służebnico Pana, łamiąca strzały nieprzyjaciela

Zapytałam s. Marię, jakie jest znaczenie kobiet w powołaniu do życia konsekrowanego. Siostra odpowiedziała mi Ewangelią: „Następnie wędrował przez miasta i wsie, nauczając i głosząc Ewangelię o królestwie Bożym. A było z Nim Dwunastu oraz kilka kobiet, które zostały uwolnione od złych duchów i od chorób: Maria, zwana Magdaleną, którą opuściło siedem złych duchów, Joanna, żona Chuzy, rządcy Heroda, Zuzanna i wiele innych, które im usługiwały, [udzielając] ze swego mienia”. (Łk, 8, 1-3). – Co jest mieniem kobiety? Kobieta uczy relacji. Zdrowa kobieta uczy więzi, troski o człowieka. Jest ze swej natury nastawiona na drugą osobę, na odpowiedzialność za nią. Mężczyzna jest bardziej zadaniowy. W Ewangelii zarówno te kobiety wymienione z imienia, jak i te bezimienne usługiwały Jezusowi i apostołom, czyli pierwszemu Kościołowi. Usługiwać znaczy kochać. Usługuje się tym, których kochamy. Ja, jako osoba konsekrowana, uczę się usługiwać wszystkim, czyli kochać wszystkich. Wszystkim tym, co posiadam, co zostało mi dane – odpowiada „wawrzynowa siostra duszpasterka”. Myślę, że dużą niewiadomą w rozeznawaniu powołania przez kobiety jest obawa przez niespełnionym pragnieniem macierzyństwa. Siostra poszerzyła nieco mój horyzont. – Nie trzeba fizycznie rodzić dzieci, żeby stać się matką. Dzięki spotkaniom z młodymi ludźmi z Duszpasterstwa (to już 7 lat!) doznałam bólu rodzenia i radości z narodzin.

Przemyślenia Siostry Marii nie mogą być chybione. Ich słuszność możemy poznać po owocach jej posługi zarówno w Duszpasterstwie Akademickim, Apostolacie Młodzieżowo-Powołaniowym prowincji wrocławskiej zgromadzenia, jak i w samym Zgromadzeniu Sióstr Św. Elżbiety. Pamiętajmy o nich, kiedy będziemy celować z Panem Bogiem w dziesiątkę naszego powołania!

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Papież spotka się z rzecznikiem ofiar pedofilii księży

2019-02-19 19:53

ts / Rzym (KAI)

Przed rozpoczęciem w Watykanie szczytu na temat ochrony małoletnich papież Franciszek spotka się z rzecznikiem włoskiej sieci ofiar pedofilii „Rete L’Abuso”, Francesco Zanardim. Prywatne spotkanie z papieżem po środowej audiencji generalnej 48-letni Włoch potwierdził w rozmowie z niemiecką agencją katolicką KNA w Rzymie.

Grzegorz Gałązka

Zanardi jest jednym z założycieli międzynarodowej sieci „Ending Clergy Abuse” (ECA - Stop wykorzystywaniu przez duchownych). Będzie to pierwsze spotkanie z papieżem tego mężczyzny, który jako nastolatek był molestowany seksualnie przez księdza.

W rozmowie z włoskim dziennikiem „ Il Fatto quotidiano” Zanardi zapewnił, że otacza wielkim szacunkiem papieża Franciszka. „Jednak papież napotyka też na duże opory”, zauważył. Jego zdaniem, w walce z pedofilią niewiele się zmieniło na przestrzeni ostatnich 20 lat, a „w tym czasie wykorzystano seksualnie znaczną liczbę ofiar”.

Rzecznik „Rete L’Abuso” pragnie przedstawić papieżowi żądania ofiar. Jest wśród nich obowiązek zgłaszania przez biskupów przypadków wykorzystywania seksualnego. Poza procesami kościelnymi muszą też być prowadzone procesy w sądach państwowych. Zapowiedział też, że w czasie trwania szczytu w Watykanie ECA zorganizuje w Rzymie spotkania informacyjne oraz demonstracje.

Zanardi przyznał, że zdaje sobie sprawę, z jakim oporem wewnątrz Kościoła musi się spotykać papież Franciszek. Jak zauważył, w czasie tego pontyfikatu sakrę biskupią otrzymało kilku księży, wobec których istnieje podejrzenie, że przemilczeli czyny pedofilii. Nie wymienił przy tym ani nazwisk, ani liczby tych duchownych. „Ten, kto nas zranił, nie jest w niebie, ale na ziemi. Winni są ludzie: księża, którzy nas wykorzystali i wszyscy ci, którzy to tuszowali”, stwierdził Zanardi.

Na 21-24 lutego papież Franciszek zwołał do Watykanu na międzynarodowe spotkanie w sprawie ochrony małoletnich w Kościele katolickim. W konferencji będą uczestniczyć przewodniczący Konferencji Biskupów katolickich oraz Kościołów obrządku wschodniego, a także przełożeni 22 zgromadzeń zakonnych męskich i żeńskich, szefowie 14 dykasterii watykańskich oraz ofiary wykorzystywania seksualnego z różnych części świata. Wśród 190 uczestników spotkania będzie też wiceprzewodniczący Episkopatu Polski, abp Marek Jędraszewski.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem