Reklama

Wojciech Kilar – wyznanie wiary

2013-11-26 12:41


Niedziela Ogólnopolska 48/2013, str. 40-41

Zdzisław Sowiński

Część twórczości Zdzisława Sowińskiego, poświęcona Wojciechowi Kilarowi, powstała z fascynacji osobowością i dziełami kompozytora, z szacunku do prawdy, wierności i stanowczości w przestrzeganiu chrześcijańskich zasad. W subtelny, trafny sposób pokazuje nam Kilara takiego, jakiego bez tych zdjęć i tego filmu nigdy byśmy nie poznali. Więcej na ten temat w rozmowie z reżyserem filmu Zdzisławem Sowińskim

JOLA SOWIŃSKA-GOGACZ: – Od początku lat 80. ub. wieku jesteś zawodowo związany z Jasną Górą i jako dokumentalista – poznałeś tam wielu artystów. Dlaczego powstał film akurat o tym jednym?

ZDZISŁAW SOWIŃSKI: – Muzykę Wojciecha Kilara poznałem znacznie wcześniej, już jako student łódzkiej Filmówki. Spotkaliśmy się w wyjątkowym miejscu i czasie: na Jasnej Górze w stanie wojennym. Ponieważ Wojciech jest prawy i wrażliwy, chciał być wówczas jak najbliżej miejsca, do którego gremialnie przybywali różni artyści, traktując je jak dom i ostoję polskości oraz wolności. Dotarł na plener malarski ze swym katowickim znajomym Jerzym Dudą-Graczem. Ja byłem skromnym pomagierem o. dr. Jana Golonki i dokumentalistą całego wydarzenia. Szybko zauważyłem, że Wojciech ma piękną twarz o dobrotliwym spojrzeniu, ale jeszcze wtedy nie wiedziałem, że będę miał szansę i honor do dziś ją fotografować. Z czasem, co uznaję za zaszczyt, nasza znajomość stawała się coraz bardziej zażyła.
Wojciech ma bardzo czyste podejście do wiary, nie kombinuje. Dyskusje nad rolą Maryi w historii zbawienia uważa za stratę czasu, a Bóg jest dlań oczywistością. Nie obnosi się z wiarą, żyje nią spokojnie. Z nieelegancko przyszywanej mu przez niektórych łatki „dewota” nawet się nieco cieszy. Ma w sobie dziecięcą ufność, co daje energię jego twórczej pracy. Poza tym jego żona Barbara bardzo dbała o to, by sprawy duchowe były w ich życiu na właściwym miejscu i pomagały Wojtkowi w życiu i muzyce. Z perspektywy czasu myślę, że jego koledzy z branży filmowej i muzycznej zazdroszczą mu konsekwentnego bycia sobą i nieuczestniczenia w czymś, co nazywa się poprawnością polityczną. Dziś można powiedzieć, że wygrał życie, ma czystą kartę. Dzięki swej niezłomnej postawie jest mi bardzo bliski. Obecnie między nami nie ma tematów tabu – rozmawiamy o wszystkim. Podziwiam również w Wojciechu stałe odtrącanie pychy, o którą bardzo łatwo, gdy ma się tysiące wielbicieli. Kiedy zdarza mi się mówić mu miłe słowa, żartobliwie mnie stopuje.

– Co było impulsem do realizacji filmu – konkretna chwila czy wieloletnie przemyślenia?

– Po kilku latach naszych kontaktów doszedłem do wniosku, że warto o Wojciechu nakręcić film dokumentalny. Rozmawialiśmy o tym często i długo – to nie był impuls. Wojciech należy do osób nietuzinkowych, jego przemyślenia są bardzo głębokie. Jest patriotą i może być autorytetem dla wielu środowisk, zwłaszcza dla młodzieży, dlatego każdy przekaz na temat jego stanowiska wobec spraw fundamentalnych jest bardzo istotny i cenny. Co jeszcze nas zbliżyło? Może to śmieszne, ale – miłość do kotów. Obaj jesteśmy zauroczeni tymi zwierzętami. On zawsze ma w domu całą spiżarnię puszek, którymi dokarmia wszystkie okoliczne bezdomne miauczące czworonogi. Uwielbia je i jest wobec nich bardzo delikatny – to nas różni, bo ja lubię je tarmosić.

– Fotograficzne zapisywanie twarzy Wojciecha Kilara i jego najbliższego milieu Twoim obiektywem trwa już ponad 30 lat i zaowocowało dwiema wielkimi wystawami. Co sprawiło, że ten nadzwyczajny człowiek – dość niechętny mediom i bacznie pilnujący prywatności – wpuścił Cię do wnętrza swego życia i domu?

– Wiele osób zadaje mi to pytanie, a odpowiada na nie sam Wojciech: tych fotografii i tego filmu nie byłoby, gdyby nie przyjaźń. Długo mnie obserwował – jest bardzo ostrożny w zawieraniu przyjaźni. Wie, że wielu chciałoby się ogrzać w cieple jego sławy. Nabrał zaufania, bo nie nadużyłem jego uprzejmości. Najczęściej rozmawiamy o Polsce, sprawach osobistych, muzyce, filmie i różnych przejawach życia.
Wielkie wystawy były dwie: pierwsza, na 70. urodziny Wojciecha Kilara, poświęcona była jego wpisaniu w Jasną Górę. Pokazałem go takim, jakim prawie nikt go nie znał, w otoczeniu duchowo mu najbliższym. Z Jasnej Góry Wojciech wyjeżdża zawsze odnowiony, uśmiechnięty; to miejsce jest dla niego jak tlen. Druga wystawa – 10 lat później – prezentuje coś nowego: wpisanie w dwa miejsca – w Jasną Górę, ale też w jego katowicki dom. Udało się uwiecznić kompozytora, jak dotykał Jasnogórskiego Obrazu, ich wzruszającą bliskość. O dziwo, w domu było trudniej, bo to naprawdę intymne miejsce. Widziałem, jak Wojciech poddawał się mojemu „dyktatowi” i musiałem się spieszyć, bo dla nas obu było to na swój sposób męczące. Kilka godzin w cztery oczy i z okiem mojego obiektywu. Lękałem się nadużycia, ale wszystko udało się znakomicie. Ta wystawa była dużym wydarzeniem, a mobilizacją były jego 80. urodziny, już – niestety – bez Basi. Obecnie zaczynamy pracę nad albumem – będą w nim znane i nowe, niepublikowane, fotografie. Nie mam wątpliwości, że Matka Jasnogórska mnie prowadzi i pomaga mi w osiąganiu tego, co dla innych jest niemożliwe. Najbardziej cieszy mnie, gdy udaje mi się pokazać twórczość Wojciecha tym, którzy jej wcześniej nie znali.

– „Wojciech Kilar. Credo”, a zatem wyznanie. To film bardziej o człowieku niż o artyście?

– Słyszałem taki głos, że „zrobiliśmy spowiedź”. Ludzie zawsze są bardziej ciekawi człowieka niż artysty. Zadają sobie pytanie: jakim trzeba być człowiekiem, żeby być takim artystą, żeby tak głęboko sięgać. W muzyce jest wiele sacrum i dlatego Wojciech nie lubi o niej rozmawiać. To, że jego muzyka potrafi trafić do dusz słuchaczy, to plon jego głębokiej wiary, przemyśleń, dobra. Trudność bycia kompozytorem polega na tym, że trzeba być dla siebie wymagającym sędzią. Wcześniej sekundowała mu Basia, także pianistka, teraz jest sam.

– Na ile kompozytor ingerował w scenariusz? Czy na czymś zależało mu szczególnie?

– Wojciech ma taką cechę, że nie lubi w ogóle ingerować. Nawet jeśli orkiestra coś źle gra, on poprawki wprowadza stopniowo, jest zawstydzony własnymi złymi opiniami. Na początku była pokusa zrobienia „filmu o sławnym człowieku” – dawaj, jedziemy do Wajdy, do Zanussiego, do innych jego znanych kolegów, do których filmów pisał muzykę. Czułem jednak, że to będzie sztampa; z góry wiadomo, co ci sławni powiedzą. Pojechałem do Wojciecha, żeby wysondować, czy podźwignie samodzielnie cały ciężar wypowiedzi. Miałem rację – koncepcja niepodpierania się innymi bardzo mu odpowiadała. Chciał opowiedzieć o sobie bez fałszu i zewnętrznych komplementów. A ponieważ znałem swadę, z jaką potrafi opowiadać, byłem spokojny o koloryt tego filmu. Co ważne, było oczywiste, że prywatność domu zupełnie pomijamy, skupiamy się na Jasnej Górze. Wiedziałem, że tam Wojciech da z siebie wszystko, bez oporów będzie wyrażał myśli. I to się sprawdziło. Najszczersze wypowiedzi uzyskaliśmy w Bibliotece Jasnogórskiej. Największą trudnością były kłopoty zdrowotne Wojciecha, ale udało się wszystko zarejestrować w produkcyjnych terminach. Marzenie o tej realizacji stanęło w pewnej chwili pod wielkim znakiem zapytania, ponieważ już wcześniej – z przyczyn kondycyjnych właśnie – Wojciech postanowił nie brać udziału w żadnych projektach medialnych, chciał już tylko pisać. Gdy mi o tym powiedział, zamarłem, ale na wznowienie mojej propozycji i podanie informacji, że na film znalazły się fundusze, usłyszałem: „No, Zdzisiu, tobie odmówić nie mogę”.

– Film współtworzyła z Tobą dziennikarka katowickiego ośrodka TVP Violetta Rotter-Kozera. Co wyznaczało Wam podział obowiązków? Kto miał decydujące zdanie na etapie montażu?

– Wyznaję taką zasadę: jeżeli wspólnie robimy film, to nie ma podziału obowiązków, dzielimy się uczciwie wszystkimi pomysłami. Gdybym robił ten film sam, byłby inny, gdyby robiła go sama Viola, też byłby inny, zrobiony wspólnie jest wspólny. To była piękna współpraca, bez osłabiającego szarpania, obrony ambicji. Przyświecała nam idea pokazania duchowości Wojciecha Kilara. Jestem operatorem filmowym, choć od wielu lat głównie reżyserem, a Viola jest muzykologiem, zna i ceni twórczość Kilara. Oba spojrzenia wsparły więc tę realizację. Czułem, że potrzebuję kogoś, kto nie zna Wojtka tak dobrze jak ja i podchodzi bardziej krytycznie – to mi dawało poczucie, że niczego nie przegapię. Mamy obopólną radość, bo odbiór filmu jest fantastyczny. Nawiasem mówiąc, Violetta zrealizowała ostatnio świetny dokument o Henryku Mikołaju Góreckim. Bardzo ją cenię.

– Jednej rzeczy nie udało się Wam dokonać – namówić Wojciecha Kilara na podróż do rodzinnego Lwowa. Dlaczego?

– Rozmawiałem z Wojciechem o wyjeździe do Lwowa już od dawna. Nie chciał, bo ma świadomość, jak zdewastowane zostało to miasto przez komunistów. On chce ten swój Lwów zostawić w pamięci takim, jaki zna z dzieciństwa. Obecnie taka podróż jest nierealna. Zdjęcia robiłem z operatorem Sławomirem Chudowskim, a Wojtek o Lwowie nam w filmie opowiada. Chcę w tym miejscu także wspomnieć o autorze montażu – Mariuszu Marszołku. Rzadko zdarza się montażysta, który nie jest tylko sklejaczem, ale także twórcą pełnym pomysłów. Zresztą, wszystkie osoby z zespołu katowickiego ośrodka TVP to profesjonaliści i wspaniali ludzie. Jestem im szalenie wdzięczny.

– Gdzie i kiedy zatem film „Wojciech Kilar. Credo” pokazany będzie szerokiej publiczności?

– Czekamy na termin emisji filmu w Telewizji Polskiej. Niebawem ma się odbyć jego projekcja w Warszawie. A na 6 grudnia zaplanowane jest przez Akademię Muzyczną im. Grażyny i Kiejstuta Bacewiczów w Łodzi duże wydarzenie kulturalne poświęcone twórczości Wojciecha i z jego udziałem, jeżeli zdrowie na to pozwoli. Łódzkie spotkanie odbędzie się w nowoczesnej sali koncertowej AM przy ul. Żubardzkiej. Zostałem zaproszony i ja, z ostatnią wystawą fotografii i z filmem.

Tagi:
wywiad sztuka muzyka

Reklama

Summa Artis Wyspiańskiego

2019-02-06 11:47

Tadeusz Szyma
Niedziela Ogólnopolska 6/2019, str. 40

15 stycznia br. minęła 150. rocznica urodzin Stanisława Wyspiańskiego. W 110. rocznicę śmierci wielkiego artysty – 28 października 2017 r. w Gmachu Głównym Muzeum Narodowego w Krakowie została otwarta imponująca liczbą zgromadzonych na niej dzieł sztuki jubileuszowa wystawa

Maria Fortuna-Sudor

Krakowska wystawa pokazuje wielorakie dokonania artystyczne Stanisława Wyspiańskiego – niezwykle wszechstronnego twórcy. Nie tylko malarza, rysownika i witrażysty oraz – o czym się może na ogół częściej pamięta – dramaturga i poety, ale też scenografa, typografa, ilustratora książek, architekta marzącego o przebudowie Wawelu na wzór Akropolis czy nawet projektanta mebli, jako wyposażenia zarówno wnętrz publicznych, jak i prywatnego mieszkania.

Ta monumentalna ekspozycja, tłumnie odwiedzana już od ponad roku, pozwala przyjrzeć się z bliska prawie pół tysiącu (dokładnie 470) różnorakim dziełom plastycznym Wyspiańskiego, należącym w komplecie do szczególnie bogatych w tym zakresie zbiorów krakowskiego muzeum. I to zarówno pracom jedynie przezeń zaprojektowanym, lecz niestety niezrealizowanym – przynajmniej za jego życia, jak np. witraże do katedry wawelskiej – jak i dziełom w pełni ukończonym. Wśród tych dzieł natomiast są najbardziej chyba znane z licznych reprodukcji pastele rodzinne: portrety żony i dzieci, a także znakomite autoportrety i słynne modernistyczne pejzaże krakowskie z widokami na Planty i kopiec Kościuszki. Poza tym na wystawie można zobaczyć mniej znane jego obrazy olejne, subtelne akwarele, rozmaite szkice, roślinne i geometryczne motywy dekoracyjne, rysunki i ryciny... I wreszcie rzeźby, teatralne kostiumy oraz oryginalne wytwory rzemiosła artystycznego, wykonane według projektów artysty.

Szczególnie interesujące w tym zestawie są kartony z projektami wielkich witraży, m.in. do kościoła Ojców Franciszkanów w Krakowie, oraz tzw. przepróchy, czyli kartonowe patrony służące do przenoszenia plastycznych wzorów polichromii na kościelne ściany lub sufity. Na przepróchach, ułożonych tu płasko za szkłem w szeregu długich drewnianych skrzyń, można wypatrzyć celowe nakłucia i otwory. To przez nie stojący na rusztowaniach pomocnicy witrażysty sypali węglowy proszek i sproszkowane farby, aby w ten sposób zaznaczać na tynku kontury i barwy kolejnych fragmentów kompozycji zaprojektowanych przez artystę.

W ciągu ostatnich dwu i pół miesięcy, dokładnie – do połowy stycznia br., pierwotna wystawa zatytułowana po prostu: „Wyspiański” została poszerzona o bardzo obszerny dział: „Wyspiański. Nieznany”. Prezentowane są w nim nie tylko zakupione w 2018 r. przez Muzeum Narodowe w Krakowie dwa wspaniałe obrazy („Portret dr. Jana Raczyńskiego” z 1904 r. i pastelowy „Autoportret artysty” z 1897 r.), lecz również m.in. pamiątki po Wyspiańskim. A pośród nich przede wszystkim jego księgozbiór liczący blisko 600 pozycji. Pełen autografów i dedykacji różnych autorów książek podarowanych mu przez nich samych oraz ołówkowych szkiców powstałych przy ich lekturze.

Jeśli ktoś dotychczas nie widział całej tej podwójnej, niedawno poszerzonej i, co najważniejsze, arcyciekawej wystawy, przypominającej również w osobnym dziale słynne spektakle teatralne dramatów Wyspiańskiego, niech się zbytnio nie martwi, bo ma jeszcze spore szanse ją obejrzeć. Będzie bowiem czynna przez blisko trzy miesiące – aż do 5 maja br.

Wobec wyjątkowych rozmiarów tej nieszablonowo pomyślanej ekspozycji oraz bogactwa zawartych w niej treści recenzentowi piszącemu do tygodnika niepoświęconego przecież wyłącznie sztuce pozostaje przede wszystkim zachęcić przyszłych jej odbiorców do cierpliwego i uważnego odczytania widniejących tam również informacji historycznych. Mają one bowiem duży potencjał dydaktyczny i są bardzo ciekawe.

Celnym pomysłem kuratorek wystawy: Danuty Godyń i Magdaleny Laskowskiej było umieszczenie na ścianach korytarzy i sal wystawowych fragmentów rozmaitych tekstów Wyspiańskiego. Są wśród nich odpowiednio dobrane do poszczególnych części ekspozycji cytaty z jego utworów dramatycznych, jak również z wierszowanych niejednokrotnie listów pisanych do przyjaciół. Teksty te wchodzą dzięki temu w swoisty dialog z obrazami i innymi przedstawieniami wielowymiarowej, a nie tylko czysto plastycznej wystawy i nadają jej aktywnie kształceniowy charakter. Wprowadzają zwiedzających w problematykę związaną z poszczególnymi eksponatami, dopełniają je informacyjnie i w pewnej mierze komentują.

Osobisty kontakt z zadziwiającą i zachwycającą sztuką Stanisława Wyspiańskiego, który umożliwia niezwykła wystawa w krakowskim muzeum, przypomina i potwierdza zwiedzającym główne tezy wiedzy o jego twórczości. Przede wszystkim – wyrażający się zwłaszcza w witrażach – jej żarliwie religijny i głęboko zakorzeniony w historii narodowy charakter. Wyraźnie też ilustruje znamienne dla tego artystycznego wizjonera zaskakujące łączenie motywów chrześcijańskich z mitologią greckiego antyku, co jednak dla dzisiejszego odbiorcy jest niezbyt zrozumiałe. Biograficzne tło tej wystawy przypomina również trudne doświadczenia życiowe wielkiego artysty i tragizm jego przedwczesnej śmierci.

Jest tu też miejsce na pewne prywatne odkrycia. Dla piszącego te słowa jednym z nich było spojrzenie na wiele oprawionych w ramy i wiszących na wielkiej muzealnej ścianie fragmentów malarskich dekoracji Wyspiańskiego jak na odrębne, niekiedy prawie abstrakcyjne i niby-współczesne obrazy. Innym znów – zadziwiające precyzją każdego detalu rysunki łodyg i kwiatów polnych, przetwarzane później przez Wyspiańskiego w zdobnicze kompozycje malarskie. Warto się przyjrzeć uważnie, jak wnikliwe studium natury przeistaczało się w jego sztuce w podniebne wizje na polichromiach i witrażach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Ojciec dziecka z Zespołem Downa: życie z takim dzieckiem może być piękniejsze

2018-03-21 18:23

Rozmawiał Dawid Gospodarek / Warszawa (KAI)

Dziecko z zespołem Downa to nie tragedia i koniec świata, a przeciwnie, daje ogrom radości i miłości, a życie z takim dzieckiem może być piękniejsze – mówi w rozmowie z KAI Krzysztof Bilinski, ojciec 2,5-rocznego Stasia. Dziś przypada Światowy Dzień Osób z Zespołem Downa.

Joni Hofmann/pl.fotolia.com

Publikujemy treść rozmowy:

Dawid Gospodarek (KAI): Jak przyjął Pan wiadomość o tym, że Pańskie dziecko ma zespół Downa?

Krzysztof Biliński: Dowiedzieliśmy się z żoną o tym, że dziecko będzie niepełnosprawne dopiero tuż po porodzie. W pierwszym momencie był na pewno szok i pewnego rodzaju strach, ponieważ do tej pory w ogóle nie wiedziałem, co to znaczy dziecko z zespołem Downa, jak może wyglądać wychowanie i przyszłość takiego dziecka.

– Otrzymaliście jakąś pomoc?

– Mogę powiedzieć, że na szczęście w szpitalu otrzymaliśmy dobrą pomoc od personelu medycznego, duże wsparcie od lekarzy i szereg konkretnych informacji, jak dalej postępować. Jednak był to zdecydowanie ciężki czas. W szpitalu ze względu na różne problemy dziecka spędziliśmy znacznie więcej czasu niż planowaliśmy. Pojawiła się wada serca i problemy z odpornością, z układem immunologicznym. Ten czas przedłużającego się pobytu w szpitalu był trudny. Szczególnie dla mojej żony, która była cały czas w szpitalu na tym oddziale. Dla niej atmosfera na porodówce, gdzie ciągle rodzą się zdrowe dzieci, a ona swojego dziecka nawet nie mogła za bardzo widzieć, bo cały czas było na oddziale neonatologii w inkubatorze, była raczej depresyjna. Wiadomo, jak to też wygląda w naszych szpitalach. Można się naprawdę nabawić depresji.

– A po tych dwóch tygodniach w szpitalu?

– Było już dużo łatwiej. Jak już byliśmy nakierowani, wiedzieliśmy, co nas czeka, zaczęliśmy z pełnym zapałem i energią szukać pomocy u wielu różnych specjalistów, których musieliśmy odwiedzić, oraz szukać dla dziecka rehabilitacji. Tu znów pojawił się problem, taka ściana niemal nie do przejścia. Dostać się do specjalisty – okazuje się to niemożliwe. Dostać się na rehabilitację – za dwa lata. Jedynym wyjściem jest załatwiać wszystko prywatnie.

– Czy jeśli prywatnie się załatwia takie rzeczy, są możliwości jakichś dofinansowań?

– Niestety nie, jedyną możliwością jest to założenie subkonta 1% i poszukiwanie osób, które zechciałyby nas wesprzeć tym swoim procentem od podatku. Jednak powiem szczerze, że mimo iż odzew mieliśmy ogromny, to pieniądze z 1% wystarczają na jakieś 3 miesiące w roku rehabilitacji naszego dziecka.

– Państwo nie pomaga?

– Ja nie oczekiwałbym żadnej pomocy od państwa, oczekiwałbym tylko tego, żeby państwo nie przeszkadzało. Wspomniałem, że problemem jest dostać się do lekarzy specjalistów, i to jest naprawdę mordęga. Trzeba prywatnie. Kardiolog to wydatek rzędu 300 zł, a my co miesiąc musimy być u kardiologa. Rehabilitacja – godzina to od 80 do 100 zł. Rehabilitacja w ramach NFZ to jedne zajęcia tygodniowo, a tych zajęć musi być codziennie kilka, żeby były dla dziecka rozwojowe, owocujące samodzielnym funkcjonowaniem. A do tego właśnie przecież dążymy, żeby dziecko mogło samodzielnie funkcjonować. I takie problemy są, że na rehabilitację się czeka 2 lata, a jak się już ją dostanie, to tylko raz w tygodniu.

– Z jakimi kosztami się to wiąże?

– W naszym przypadku jest to ok. 2-3 tys. zł miesięcznie na rehabilitację. My z żoną na szczęście mamy ten komfort, że oboje pracujemy i możemy sobie na to pozwolić. Ale z drugiej strony czujemy się źle, kiedy wiemy, że można dostać dofinansowanie np. z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, a okazuje się, że ponieważ oboje pracujemy, dofinansowanie nam się nie należy. To jest frustrujące, że nie promuje się w naszym kraju pracowitości, tego, że ludzie chcą normalnie funkcjonować... Pomocy od państwa nigdy nie otrzymaliśmy, ani grosza. Ale powtórzę – nie oczekuję grosza, oczekuję tego, że będę mógł pójść np. do lekarza w ramach NFZ, za płacone na to podatki. Tymczasem nie mam takiej możliwości, poza podstawową opieką pediatryczną.

– Czy poza kwestiami medycznymi spotkali się Państwo z jakimiś problemami, np. w reakcjach społeczeństwa?

– Nie, odbiór społeczny, jeśli chodzi o moje środowisko, był bardzo pozytywny. Ludzie, wiadomo, czasem nie wiedzą, jak się zachować na wiadomość o tym, że dziecko urodziło się z zespołem Downa. Taką przykrą sytuację mieliśmy już na początku, w szpitalu, kiedy w czasie obchodu przyszedł znajomy kapłan. Mówiąc szczerze, byliśmy bardzo rozczarowani jego postawą, bo kompletnie nie wiedział, jak się zachować i w zasadzie uciekł z oddziału, nie udzielając żadnej pomocy, żadnego wsparcia. A był to dla nas okres bardzo depresyjny, kiedy tego wsparcia potrzebowaliśmy. Natomiast co do reakcji innych ludzi, mam pozytywne odczucia. Raczej chcą wesprzeć, dopytują jak mogą pomóc. Jednak wiem od rodziców starszych dzieci, że problem zaczyna się w szkole. Środowisko dzieci jest bardzo różne, czasem ma miejsce po prostu prześladowanie, dzieci są gnębione. Nad tym wszyscy musimy pracować, żeby dzieci lepiej odbierały inność.

– Czy szkoły integracyjne spełniają dobrze swoją rolę?

– Uważam, że szkoły integracyjne są bardzo dobrym pomysłem. Nasz Staś chodzi do przedszkola integracyjnego. To wszystko oczywiście pod warunkiem, że kadra pedagogiczna potrafi odpowiednio dzieci przygotować. Wiem, że zdarzają się w różnych miejscach w Polsce – nieliczne oczywiście – przykłady, że nauczyciele o takich dzieciach potrafią wypowiadać się z pogardą, więc tym bardziej inni uczniowie. Doświadczamy tego, że kontakt ze zdrowymi dziećmi jest bardzo istotny dla dzieci z zespołem Downa. One dzięki temu mogą się znacznie szybciej rozwijać niż będąc tylko we własnym, zamkniętym środowisku. My widzimy u naszego dziecka, że kiedy trafił do przedszkola i miał kontakt ze zdrowymi dziećmi, wykonał dostrzegalny skok rozwojowy.

– A jak dzieci w przedszkolu? One są przygotowane do kontaktu z rówieśnikami z zespołem Downa?

– Nasze przedszkole, do którego chodzi Staś, jest przedszkolem prywatnym. Są tam różne dzieci, też z różnymi schorzeniami, z autyzmem, zespołem Downa, dzieci zdrowe. Tam dzieci nie są po prostu w żaden sposób rozróżniane, wzajemnie się pozytywnie odbierają.

– Wspomniał Pan o przykrym doświadczeniu z kapelanem szpitalnym. Czy widzi Pan jakieś większe możliwości zaangażowania Kościoła w pomoc rodzinom z niepełnosprawnymi dziećmi?

– Wydaje mi się, że najbardziej potrzebna jest pomoc duchowa. Mam wielu przyjaciół kapłanów i wiem, że często się skarżą na braki w formacji. Brakuje przekazu, jak rozmawiać z takimi ludźmi. Kapłan jest osobą zaufania i często poszukuje się u niego wsparcia. Ja sam u księży takiego wsparcia szukałem i niestety wielu z nich nie wie, co powiedzieć, jak wesprzeć. Wydaje mi się, że zdecydowanie brakuje przygotowania księży.

– A przekaz Kościoła w kazaniach, oddziaływanie na społeczeństwo?

– Wydaje mi się, że pozytywny przekaz jest obecny, zauważam mocny głos i to mi się podoba.

– Jak ocenia Pan aktualne dyskusje wokół problemu aborcji?

– To co mi się nie podoba i co bardzo chciałbym zaznaczyć, a wiem, że wielu kapłanów, nawet hierarchów pod tym się podpisuje, to mianowicie to, że w Polsce w tej dyskusji o aborcji są wykorzystywane przez obydwie strony sporu głównie dzieci z zespołem Downa. Ja oczywiście jestem gorącym przeciwnikiem aborcji i jak najbardziej jednoznacznie opowiadam się za życiem, jednak to, co radykalnie mi się nie podoba, wręcz napawa mnie ohydą, to kiedy niektóre z organizacji pro life wykorzystują zdjęcia martwych płodów. To jest dla mnie paskudne i jak pan słyszy, jestem roztrzęsiony jak o tym mówię. To jest dla mnie skandaliczne i Kościół powinien się całkowicie odciąć od tego typu działań, bardzo bym tego oczekiwał. Naprawdę, te kampanie są dla mnie przykre. Przypomnę katolicką zasadę, że cel nie uświęca środków. Mnie jako rodzica dziecka z zespołem Downa, kiedy widzę martwe dziecko z zespołem Downa, bardzo to boli i jest okropne.

– Jak już po tych ponad dwóch latach ze Stasiem widzi Pan siebie? Czy bycie ojcem dziecka z zespołem Downa zmienia?

– Z pewnością rodzi się inna skala problemów. Człowiek przestaje się martwić pewnymi drobnostkami, które mu zaprzątały głowę do tej pory. Stałem się przed wszystkim człowiekiem bardziej empatycznym, lepiej rozumiem różne ludzkie problemy. Wydaje mi się, że do tej pory byłem bardziej obojętny, ale kiedy sam doświadczyłem w życiu tego, że musiałem się zaopiekować dzieckiem niepełnosprawnym, wzrósł we mnie poziom empatii, zmalał egoizmu. To otwiera na innych ludzi i ludzkie problemy.

– Co by powiedział Pan rodzicom, którzy dowiedzieli się, że spodziewają się dziecka z zespołem Downa, mają dużo lęku...

– Przede wszystkim bym zachęcał, żeby się mimo wszystko nie bali. Paradoksalnie trochę się cieszę, że mieliśmy taki komfort, iż nie wiedzieliśmy, że Stasiu będzie dzieckiem z zespołem Downa. Mam wrażenie, że rodzicom w ciąży się nie pomaga. Jedyny przekaz, z jakim się spotykają, to aborcja. On płynie zewsząd. Rozmawialiśmy o roli Kościoła – można dodać, że poradnie rodzinne przy parafiach mogłyby prowadzić też dla takich osób punkty z pomocą np. psychologa. Bo strach towarzyszący takiemu problemowi rodzi często nie do końca racjonalne decyzje. Takim rodzicom radziłbym poszukania pomocy, porozmawiania z kimś, kto ma dziecko z zespołem Downa, spotkania się z taką rodziną. To pozwoli się przekonać, że to nie tragedia i koniec świata, a przeciwnie – że takie dziecko daje ogrom radości i miłości, a życie z takim dzieckiem może być piękniejsze.

***

Krzysztof Biliński, ojciec 2.5 rocznego Stasia z Zespołem Downa. Tych, którzy chcą lepiej poznać życie dziecka z ZD zapraszamy na facebookowy profil Stasiowy Świat.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Rekolekcje z Full Power Spirit

2019-03-21 15:48

Katarzyna Krawcewicz

W parafii Najświętszego Zbawiciela w Zielonej Górze odbyły się rekolekcje wielkopostne dla uczniów CKZiU „Elektronik”, LO IV i LO VII. Poprowadzili je muzycy z zespołu Full Power Spirit.

Katarzyna Krawcewicz
"Dzielimy się swoimi doświadczeniami poszukiwania szczęścia w życiu"

O tym, co artyści chcieli przekazać młodzieży, opowiada Mirek Kirczuk: - My sami jesteśmy tak zwanymi poszukiwaczami szczęścia. Jeżeli zapyta się ludzi, na czym im w życiu zależy, to jeśli nie będą umieli tego lepiej sprecyzować, powiedzą, że chcą być szczęśliwi. Nas to nie dziwi. Dzielimy się po pierwsze swoimi doświadczeniami poszukiwania szczęścia w życiu. Po drugie stawiamy pytania, od których może nie warto uciekać, z którymi warto się zmierzyć. A wszystko to prowadzi do tego, żeby pokazać, że Pan Bóg jest. Że w świecie, w którym nam się wydaje, że o nas zapomniał, że jesteśmy zdani na samych siebie, że Pan Bóg sobie siedzi w swoim fajnym niebie – to wbrew temu wszystkiemu On jest. I żeby Go dostrzec w naszej codzienności, wcale jakoś mocno wysilać się nie trzeba. O tym rozmawialiśmy w pierwszym dniu rekolekcji.

A dziś próbujemy w kontekście poszukiwania szczęścia w życiu – bazując na ważnych dla młodzieży wartościach: wolności, szacunku i samoakceptacji – skonfrontować to, co daje nam świat i za co każe nam płacić wcale niemałą cenę z tym, co Pan Bóg chce nam dać zupełnie za darmochę. Chcemy więc pokazać, że Pan Bóg jest, następnie pokazać ofertę, jaką ma dla każdego człowieka, a wreszcie zachęcić do podjęcia pewnego rodzaju wyzwania: sprawdzenia, czy to ma szansę zafunkcjonować również w moim życiu.

Pan Bóg składa nam ofertę, a jednocześnie dając nam wolność pozwala tę ofertę odrzucać. Pan Bóg nas nie zmusza do współpracy. Kiedy człowiek w wolności zaczyna z Bożej propozycji korzystać, to często w jego życiu zaczynają się dziać niesamowite rzeczy, które też wydarzyły się w naszych historiach. I tym się chcemy dzielić. Jeśli ktoś wyjdzie stąd bogatszy o jakąś wiedzę, może z jakimś postanowieniem – to super. My stawiamy się tylko i wyłącznie w roli ewangelicznych siewców, którzy sieją, bo w gruncie rzeczy nic więcej zrobić nie możemy. I to jest piękne, że my tylko siejemy, że nie zbieramy owoców tego zasianego Słowa, bo to groziłoby pychą. A tak człowiek tylko wykonuje misję i rusza dalej, wierząc, że Pan Bóg to zasiane ziarno chce podlewać, a później być może będzie zbierał jakiś plon.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem