Reklama

„Głos” Jana Pawła II

2014-04-22 14:51


Niedziela Ogólnopolska 17/2014, str. 22-27

GRZEGORZ GAŁĄZKA

Z Joaquínem Navarro-Vallsem – byłym dyrektorem Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej, długoletnim współpracownikiem Jana Pawła II – rozmawia Włodzimierz Rędzioch

Być może nie wszyscy wiedzą, że znany dziennikarz Joaquín Navarro-Valls (urodzony 16 listopada 1936 r. w Kartagenie w Hiszpanii), rzecznik prasowy Papieża, jedna z najbardziej znanych i szanowanych postaci związanych z pontyfikatem Jana Pawła II, jest z zawodu lekarzem – ukończył z wyróżnieniem studia medyczne w 1961 r., uzyskując dyplom i specjalizację na uniwersytetach w Granadzie i w Barcelonie, a następnie kontynuował studia doktoranckie z zakresu psychiatrii.

Te doświadczenia sprawiły, że Navarro-Valls – nie ukrywając bólu, który mu towarzyszył – był osobą szczególnie dobrze przygotowaną do tego, aby dziennikarzom i całemu światu przekazywać informacje na temat zdrowia Jana Pawła II w dniach jego odchodzenia. Jako student na wydziale dziennikarstwa na Uniwersytecie Nawarry w Pampelunie Navarro – bo tak jest powszechnie nazywany – uzyskał stypendium na Uniwersytecie Harvarda. Dziennikarstwo ukończył w 1968 r., a w 1980 r. zdobył dyplom z zakresu komunikacji społecznej.

Już w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku nawiązał kontakt z Opus Dei i jako numerariusz stał się jego członkiem. W początkach lat siedemdziesiątych przeniósł się do Rzymu i zamieszkał w siedzibie „Dzieła”, gdzie przebywał także jego założyciel – ks. Josemaría Escrivá de Balaguer.

Reklama

Jako korespondent zagraniczny miesięcznika „Nuestro Tiempo”, a następnie korespondent w Rzymie madryckiego dziennika „ABC”, poznał osobiście Jana Pawła II i towarzyszył mu w jego podróżach apostolskich. Dla Papieża była to okazja, by poznać i docenić tego młodego dziennikarza, którego nieoczekiwanie w 1984 r. postanowił powołać na stanowisko dyrektora Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej – Navarro pozostał na tym stanowisku jeszcze przez dwa lata po śmierci Karola Wojtyły, na wyraźną prośbę Benedykta XVI.

Przez ponad dwadzieścia lat Joaquín Navarro-Valls był w centrum komunikacji watykańskiej, uczestnicząc w imieniu Stolicy Apostolskiej również w licznych konferencjach międzynarodowych ONZ, na których poznał osobiście najwyższych przedstawicieli największych religii i głowy państw. Jest on więc wyjątkowym świadkiem naszych czasów, pozostając jednocześnie jedną z osób najbliżej związanych z Janem Pawłem II.

WŁODZIMIERZ RĘDZIOCH: – Dwadzieścia siedem lat pontyfikatu Jana Pawła II – od 16 października 1978 r. do 2 kwietnia 2005 r. – naznaczyło życie każdego katolika naszego pokolenia. Chciałbym rozpocząć naszą rozmowę od pytania: Co Pan robił tego historycznego, jesiennego popołudnia 1978 r.?

JOAQUÍN NAVARRO-VALLS: – Śledziłem w Rzymie konklawe i wybór Karola Wojtyły na papieża. Starałem się zrozumieć znaczenie tego wyboru w roku, w którym w ciągu kilku miesięcy mieliśmy trzech papieży. To wszystko wydawało się trochę surrealne. Miałem jednak za zadanie informować czytelników gazety, dla której pracowałem, o faktach. Starałem się więc koncentrować na wydarzeniach, zachowując chłodny realizm, co było jednak niełatwym zadaniem.

– Czy spodziewał się Pan, że ten nieznany polski arcybiskup pchnie papiestwo, Kościół i cały świat na nowe tory?

– Był nieznany powszechnemu odbiorcy, czego nie można powiedzieć o środowiskach kościelnych, a już na pewno nie o kolegium kardynalskim.
Młody biskup Karol Wojtyła uczestniczył we wszystkich sesjach Soboru Watykańskiego II jako jedyny delegat z Polski. Wiele podróżował. Niektóre jego książki zostały przetłumaczone i cieszyły się popularnością. Jego pierwsze słowa po konklawe, ale też język ciała jednoznacznie dawały do zrozumienia, że rozpoczyna się nowy rozdział w historii papiestwa.

– Kiedy spotkał Pan Papieża po raz pierwszy?

– Pierwszy raz zobaczyłem Jana Pawła II z bliska nazajutrz po ukazaniu się białego dymu nad Kaplicą Sykstyńską. Otrzymałem informację, że nowy Papież wybiera się do szpitala Gemelli, by odwiedzić swojego przyjaciela – bp. Andrzeja Deskura. Ja też się tam udałem. Jako lekarz bez większych trudności dostałem się do pokoju chorego, który w tym czasie był nieprzytomny. Chwilę później do szpitala przybył Karol Wojtyła i wprowadzono go bezpośrednio do pokoju przyjaciela. Znalazłem się tam razem z nim. Nie mówił wiele w takich chwilach, ale jego gesty mówiły same za siebie. Rzucała się w oczy jego młodzieńczość, spontaniczność i naturalność. Żadnych rytualnych gestów, dostosowanych do okoliczności. Wszystko w nim było autentyczne, normalne. Intuicyjnie pojąłem, że z tym Papieżem wszystko jest możliwe. Coś radykalnie nowego pojawiło się na szczytach hierarchii Kościoła. Przyszłość wydawała się otwarta.

– Kiedy odbyło się Pana pierwsze osobiste spotkanie z Papieżem?

– Towarzyszyłem Papieżowi jako dziennikarz w jego pierwszych podróżach zagranicznych. Ale pierwsze osobiste spotkanie miało miejsce w apartamentach papieskich, na obiedzie.
Jan Paweł II polecił skontaktować się ze mną, wiedząc, że dwa lata wcześniej zostałem wybrany na przewodniczącego korespondentów zagranicznych we Włoszech. Papież od razu zaproponował temat rozmowy, tj. oczekiwał sugestii na temat metod zarządzania komunikacją społeczną Stolicy Apostolskiej, aby uczynić jasnym i wyrazistym przesłanie ludzkie i chrześcijańskie w przesyconej informacjami przestrzeni publicznej. Powiedziałem wtedy coś, co wydawało mi się oczywiste. Po pewnym czasie z ogromnym zaskoczeniem przyjąłem wiadomość, że Ojciec Święty mianował mnie dyrektorem Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej.
Miałem, oczywiście, pewne wątpliwości, które nie były ani małe, ani pozbawione znaczenia. Zadanie to – tak przynajmniej je wtedy pojmowałem – wydawało mi się wyzwaniem gigantycznych rozmiarów. Ale zaufałem Papieżowi, był to jego wybór, nie mój. Wydawało mi się, że słuszne będzie go przyjąć, z całym ryzykiem z nim związanym oraz ze świadomością, że moje życie zawodowe miało ulec zmianie. A może nie tylko zawodowe, ale i osobiste.

– Przez ponad dwadzieścia lat pracował Pan dla Papieża jako dyrektor Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej, ale wszyscy widzieli w Panu „rzecznika Papieża”, czyli kogoś znacznie ważniejszego. Jakie były Wasze relacje?

– Były to relacje, które wydawały się niezbędne przy tego typu pracy: z tym właśnie Papieżem i w tych wyjątkowych czasach. Bez częstego osobistego kontaktu nie można było pełnić tej funkcji. Już na początku powiedziałem o tym Papieżowi, a on dał mi do zrozumienia, że właśnie tego oczekiwał. Towarzysząc mu w jego podróżach, na wakacjach w górach, w czasie pobytu w szpitalu, prowadząc z nim wielogodzinne rozmowy, miałem możliwość dogłębnie poznać jego sposób myślenia, jego sposób rozumienia swojej posługi oraz interpretowania czasów, w których przyszło mu żyć. Miałem także możliwość zbliżenia się trochę do jego osobistej relacji z Bogiem. Niosło to ze sobą niezwykłe bogactwo, które wraz z upływem lat i wspólnie spędzonych godzin otwierało się nie tylko na zachwyt, ale z czasem także na przyjaźń.

– Dlaczego Papieżowi tak bardzo zależało na kontaktach z mediami?

– Pańskie pytanie można byłoby odwrócić: dlaczego mediom tak bardzo zależało na Janie Pawle II? W istocie bowiem to zafascynowani dziennikarze towarzyszyli Papieżowi od początku jego pontyfikatu. Przyczyn tego zainteresowania niewątpliwie należy szukać w fakcie, że Papież był nieprzeciętnie ekspresyjny. Ale również – a może nawet przede wszystkim – ze względu na to, co mówił, na jego idee i myśli, które dzięki tej niezwykłej ekspresyjności wyrażał tak dobrze.
Nienowe przecież przesłanie ewangeliczne głoszone było w sposób, który budził zainteresowanie wśród ludzi. Papież dobrze znał współczesne prądy intelektualne, kulturowe i te z zakresu moralności, dlatego nie sprawiało mu trudności prezentowanie prawd ludzkich i chrześcijańskich, których społeczeństwa i narody potrzebowały. Jak nigdy wcześniej, także wielu niechrześcijan pociągało to przesłanie.
Nowoczesność pogrążona w niepewności, plasująca się gdzieś pomiędzy arogancją a zagubieniem, postawiona została wobec wizji głęboko ludzkiej, ale jednocześnie – całkowicie duchowej. Współczesny człowiek, tzn. każdy z nas, mógł znaleźć w końcu twardy grunt pod nogami, aby zacząć rozumieć samego siebie i własną relację z Bogiem.

– Kim stał się dla Pana Karol Wojtyła?

– Papieżem, oczywiście. Ale również osobą, którą darzyłem miłością czysto ludzką. Kimś, d kogo wiele się nauczyłem. Tak wiele, że może sam do końca nie jestem tego świadomy. Człowiekiem niezwykłym, który hojnie darzył mnie swym zaufaniem, bliskością i szczerym uczuciem. Papież, ojciec i przyjaciel jednocześnie. Ale też już wtedy widziałem w nim świętego, tzn. człowieka, który na wszystko, o co Bóg go prosił, potrafił odpowiedzieć: „tak”. A było tego niemało…

– Stwierdził Pan ostatnio, że w wielu opracowaniach na temat Jana Pawła II brakuje nie tyle faktów, ile prawdziwego obrazu Karola Wojtyły jako człowieka.

– Potrzebowałbym wiele czasu, aby rozwinąć tę myśl. Ale pozwolę sobie powiedzieć coś konkretnego, co może nie jest powszechnie znane. Papież był człowiekiem wesołym. Miał świetne poczucie humoru. Sprawiał wrażenie człowieka, który łatwo i chętnie się uśmiecha. Z upływem lat, ze względu na zesztywnienie mięśni wywołane chorobą Parkinsona, uśmiech zniknął z jego twarzy, jednak w jego sercu nieustannie panowała radość.
Papież nie był jedynie człowiekiem o nastawieniu optymistycznym, ale był naprawdę człowiekiem pełnym radości. A radość była w nim nie tylko stanem emocjonalnym, ale też głęboko zakorzenionym przekonaniem. Moim zdaniem, ta charakterystyka jest kluczowa dla zrozumienia Karola Wojtyły – człowieka.

– Czym była dla Pana śmierć Jana Pawła II?

– Końcem jego cierpienia. Powrotem do Boga, w którym był szaleńczo zakochany. Dla niego – chwilą na drodze ku niekończącej się szczęśliwości. Pamiętam, jak na którejś z konferencji prasowych jedna z niemieckich dziennikarek zapytała mnie: „Czy będzie Panu teraz brakowało Jana Pawła II?”. Odpowiedziałem, że nie. I starałem się to lepiej wytłumaczyć: „Wcześniej rozmawiałem z nim jedną lub dwie godziny dziennie, w zależności od okoliczności. Teraz mogę z nim rozmawiać dwadzieścia cztery godziny na dobę”. Jego śmierć otworzyła nowy wymiar w mojej osobistej relacji z nim. Od tej chwili relacja ta mogła stać się jeszcze bliższa.

– Jaki Kościół zostawił Jan Paweł II?

– Kościół większej nadziei. Kościół, w którym więcej ludzi widzi w Bogu bardziej Ojca – kogoś bliższego, mniej enigmatycznego. Kościół odważniejszy, ponieważ ufający Bogu. Kościół, w którym młodzi ludzie nie tylko słuchają, ale są wysłuchiwani i mogą nauczyć czegoś dorosłych. Kościół pokorniejszy, ale jednocześnie bardziej śmiały. Kościół, w którym nie brakuje problemów, ale który problemy te potrafi dostrzec, nazwać, a więc może znaleźć sposób ich rozwiązania.

– Czy widział Pan w Janie Pawle II niezwykłe zdolności dyplomatyczne, które pozwoliły mu, wraz z Reaganem i Gorbaczowem, zmienić świat, który zaistniał po II wojny światowej? Czy mógłby Pan powiedzieć coś na ten temat?

– Historycy nie mają już wątpliwości, że zmiany historyczne, które wpłynęły na życie milionów ludzi, miały swój początek w 1979 r., wraz z pierwszą wizytą Jana Pawła II w Polsce. Trzeba było dziesięciu lat, aby zmiany dojrzały, ale proces ten rozpoczął się właśnie wtedy.
Przy okazji ostatniego spotkania z prezydentem Michaiłem Gorbaczowem wspominaliśmy, jak to w 1988 r. wraz z kard. Agostino Casarolim zawieźliśmy na Kreml długi list od Jana Pawła II. „Od tego się wszystko zaczęło” – powiedział Gorbaczow. Miał rację, ponieważ dla niego to był moment podejmowania decyzji, a jego decyzje uwzględniały wydarzenia, które miały miejsce po 1979 r.; brał pod uwagę błędy swoich poprzedników – od Breżniewa do Czernienki – oraz doświadczenia Polski i innych krajów Układu Warszawskiego. Kiedy inwazja na Polskę wydawała się nieuchronna, Jan Paweł II napisał do Breżniewa list, w którym przypominał o zobowiązaniach, jakie Związek Radziecki przyjął na siebie, podpisując Akt końcowy konferencji w Helsinkach. Na ten list nigdy nie nadeszła odpowiedź, ale inwazja, wbrew przewidywaniom amerykańskiego prezydenta Ronalda Reagana, nie nastąpiła.
W tych latach Papież odwiedzał Polskę, nawet w czasie stanu wojennego. Wystarczyłoby jedno jego słowo źle zinterpretowane przez ludzi, a mogłoby dojść do rewolty, która z kolei stałaby się „usprawiedliwieniem” represji zbrojnych. Te lata, od roku 1979 do 1989, były arcydziełem roztropności i odwagi, które jego mądrość, a przede wszystkim modlitwa potrafiły utrzymać połączone w skutecznej równowadze.

– Po czym można było poznać, że Jan Paweł II – człowiek, który kierował Kościołem katolickim i wywierał wpływ na politykę światową – był także wielkim mistykiem?

– Czasem wchodziłem do kaplicy w jego apartamencie, a on nie zdawał sobie sprawy z tego, że nie był sam. Widziałem go przed tabernakulum, jak rozmawiał z Bogiem. A czasem zaczynał śpiewać. Nie były to śpiewy liturgiczne… Jego dialog z Bogiem trwał nieustannie, on potrzebował modlitwy bez przerwy. Również w miejscach publicznych, w obecności tłumów. Działanie i kontemplacja w nim wydawały się jednym i tym samym. Ostatni raz, kiedy go widziałem poza łóżkiem, na którym zakończył swoje ziemskie życie, siedział na wózku popychanym przez siostrę zakonną. Trasa była krótka, dziesięć metrów pomiędzy jego pokojem i kaplicą. Chciał wręcz fizycznie być blisko tabernakulum. Przebywał tam całymi godzinami. Były to jego ostatnie godziny na tej ziemi.

– Zaraz po śmierci Jana Pawła II rozpoczął się jego proces beatyfikacyjny w celu potwierdzenia heroicznego charakteru jego cnót chrześcijańskich. Które z tych cnót szczególnie zwróciły Pańską uwagę?

– To, że nie marnował ani chwili, ale nigdy się nie śpieszył. Modlił się dużo, ale jego modlitwa żyła potrzebami innych. Był zakochany w swoim kapłaństwie. Od Boga przyjmował wszystko, nawet to, co najtrudniejsze i najboleśniejsze, również fizycznie. Jego niezwykła odwaga była konsekwencją zaufania Bogu, nie sobie samemu.
Niczego nie potrzebował. Jego ubóstwo było całkowite. Kochał książki, ale jego lektury nie zabierały mu nawet jednej chwili czasu, który poświęcał swojej posłudze. Kochał sakrament pokuty i spowiadał się raz w tygodniu w jednym ustalonym dniu. Pościł przez cały dzień poprzedzający święcenia biskupie lub kapłańskie, których udzielał.

– Jakie uczucia będą towarzyszyły Panu w trakcie kanonizacji Jana Pawła II?

– Nie będę zaskoczony, to pewne. Ale w trakcie ceremonii może powiem mu to, co już kilka razy mu powiedziałem: „Dziękuję, Janie Pawle II, za to arcydzieło, którym uczyniłeś swoje życie, dzięki łasce Bożej i swojej wielkoduszności”.

– Czym zajmuje się obecnie były dyrektor Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej?

– Powróciłem do życia akademickiego. Jestem przewodniczącym komitetu doradczego Uniwersytetu Campus Bio-Medico w Rzymie oraz członkiem zarządu Fundacji Enrica Mattei. Piszę i, niestety, często muszę podróżować.

– Czy opublikuje Pan kiedyś wspomnienia z tych pamiętnych lat?

– Może powinienem był to już dawno zrobić…

Tagi:
wywiad Jan Paweł II wspomnienia

Reklama

O co modlą się mężczyźni?

2019-03-20 09:26

Katarzyna Krawcewicz
Edycja zielonogórsko-gorzowska 12/2019, str. VII

Przy okazji trwającej peregrynacji obrazu św. Józefa Kaliskiego otwieramy cykl rozmów z mężczyznami. Będzie to miejsce na przemyślenia, świadectwa i ciekawe historie. Poznajcie męską stronę wiary. Z Piotrem Wiśniewskim rozmawia Katarzyna Krawcewicz

Archiwum
W Męskim Plutonie Różańcowym często modlimy się do św. Józefa m.in. za nasze rodziny

Katarzyna Krawcewicz: – Jesteś w Męskim Plutonie Różańcowym. Powiedz, o co modlą się mężczyźni?

Piotr Wiśniewski: – Chyba we wszystkich możliwych intencjach, na każdy dzień tygodnia jest wyznaczona inna. Modlimy się za papieża Franciszka i Kościół, za męskie wspólnoty, za ojczyznę, za rodziny, za księży, za chorych, cierpiących i samotnych, a także za kobiety. Często ktoś po prostu przysyła prośbę o modlitwę. Każdy z nas nosi też w sercu swoje intencje. I w Plutonie Różańcowym jest też zasada, że co miesiąc dobieramy się w dwójki braterskie i przez ten czas modlimy się jeden za drugiego, to taka nasza modlitwa wstawiennicza.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Papież w Loreto: trzeba odkryć na nowo plan Boga dla rodziny

2019-03-25 15:21

Vatican Media

Vatican Media
Papież na modlitwie w Świętym Domku Maryi

Oby Loreto stało się uprzywilejowanym miejscem, gdzie młodzi mogliby przyjść, aby w szkole Maryi odkrywać swoje powołanie. To pragnienie, które wyraził Papież w rozważaniu poprzedzającym modlitwę „Anioł Pański”, jaką odmówił z wiernymi zgromadzonymi na placu przed sanktuarium Świętego Domku.

Franciszek odniósł się do sceny Zwiastowania jako przykładu powołaniowej dynamiki. Jest w niej bowiem najpierw słuchanie Bożego słowa, bo to przecież Bóg podejmuje inicjatywę powołania ingerując w życie człowieka, aby ofiarować mu dar Swojej miłości. Trzeba się wsłuchać w to, co mówi schodząc w głąb swojego „ja”, gdzie działają siły moralne i duchowe. Nie da się bowiem rozeznać powołania pozostając na powierzchi.

Za słuchaniem idzie rozeznanie, aby pojąć wszystkie wymagania Bożego planu współpracując z bezinteresowaną inicjatywą Boga. I wreszcie podjęcie decyji, która niesie ze sobą całkowite powierzenie własnego życia Panu Bogu. Papież wskazał na Maryję, jako wzór wszelkiego powołania oraz oredowniczkę pomagającą rozeznać Boży plan i dająca siłę, aby się na niego zgodzić.

Święty Domek w Loreto to nie tylko miejsce rozeznawania Bożego powołania, ale także dom rodziny. W dzisiejszym niełatwym świecie – stwierdził Franciszek – małżeństwo oparte na mężczyźnie i kobiecie nabiera fundamenalnego znaczenia i podstwowej misji.

Wspaniała i niezastępowalna rola rodziny w służbie życiu

Trzeba odkryć na nowo plan Boga dla rodziny, będącej podstawową komórką społeczeństwa, aby podkreślić jej wspaniałość i niezastępowalną rolę w służbie życiu. W nazaretańskim domu Maryja przeżywała wiele relacji rodzinnych jako córka, narzeczona, oblubienica i matka. Z tego względu każda rodzina w jej różnych elementach znajduje tutaj gościnę, inspirację aby przeżywać swoją tożsamość – mówił Ojciec Święty. - Doświadczenie domowe Najświętszej Dziewicy wskazuje, że rodzina i młodzi nie mogą być dwoma równoległymi sektorami duszpasterstwa naszych wspólnot, ale muszą podążać ściśle ze sobą złączone, ponieważ bardzo często ludzie młodzi są tym, co rodzina im dała w okresie dorastania. Taka perspektywa przekształca w jedność duszpasterstwo powołaniowe, które stara się wyrazić oblicze Jezusa w jego wielu aspektach, jako kapłana, oblubieńca, jako pasterza. ”

Franciszek zaznaczył, że Domek Maryi jest także domem chorych. To w domu i rodzinie winni oni znaleźć podstawową opiekę i być otoczeni szczególną miłością. Papież zwrócił się do chorych całego świata zapewniając ich, ze są w centrum zbawczego dzieła Jezusa, bo w bardzo konkretny sposób niosą krzyż każdego dnia postępując za Nim.

Franciszek zwrócił się także do wszystkich związanych z sanktuarium, aby stawali się apostołami współczesnych czasów.

Zanieść Ewangelię pokoju i życia współczesnym

" Wam i osobom związanym z tym sanktuarium, Bóg przez Maryję powierza misję w naszych czasach: by zanieść Ewangelię pokoju i życia naszym współczesnym, często nieuważnym w obliczu znaków Boga, pochłoniętym interesami doczesnymi lub zanurzonym w klimacie obojętności duchowej – zachęcał Franciszek. - Trzeba osób prostych, ale mądrych, pokornych, ale odważnych, ubogich, ale hojnych. Krótko mówiąc, ludzi, którzy w szkole Maryi przyjmują bez zastrzeżeń Ewangelię w swoim życiu. W ten sposób, poprzez świętość ludu Bożego, nadal z tego miejsca w całym narodzie będą szerzyć się świadectwa świętości w każdym stanie życia, aby odnowić Kościół i ożywić społeczeństwo zaczynem królestwa Bożego. ”

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kraków: otwarcie procesu beatyfikacyjnego węgierskiego męczennika

2019-03-25 17:53

Joanna Folfasińska | Archidiecezja Krakowska

Joanna Adamik/archidiecezja krakowska
Trybunał procesu beatyfikacyjnego

25 marca 2019 roku, arcybiskup Marek Jędraszewski, po uzyskaniu zgody Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, powołał Trybunał do przeprowadzenia procesu beatyfikacyjnego Sługi Bożego Jánosa Esterházyego, świeckiego i ojca rodziny w następującym składzie: ks. dr Andrzej Scąber – delegat biskupa, o. dr hab. Szczepan Tadeusz Praśkiewicz OCD – promotor sprawiedliwości, o. Piotr Lamprecht OSA – notariusz. Postulator sprawy, o. Paweł Cebula OFM Conv., zwrócił się do metropolity i członków Trybunału z prośbą o rozpoczęcie i przeprowadzenie procesu oraz przedstawił zgromadzonym postać Sługi Bożego. W uroczystości wzięła udział między innymi rodzina

Janos Esterházy był działaczem węgierskich organizacji, funkcjonujących na terenie Słowacji, która po rozpadzie Austro-Węgier, w listopadzie 1918 roku, weszła w skład Czechosłowacji, podczas gdy przez setki lat stanowiła część Korony św. Stefana jako Górne Węgry. W związku z tym, jej terytorium zamieszkiwała ludność węgierska. Esterházy aktywnie działał na rzecz praw ludności węgierskiej, został przewodniczącym konserwatywnej Węgierskiej Partii i posłem do parlamentu Czechosłowacji. Korzystając ze swoich znajomości i koligacji rodzinnych – był synem węgierskiego arystokraty i Elżbiety, córki hrabiego Stanisława Tarnowskiego – pomagał Polakom, którzy przedzierali się przez Słowację, by przez Węgry i Rumunię, udać się na zachód, gdzie tworzyło się Wojsko Polskie. Za czyn pomocy polskim uchodźcom w czasie II wojny światowej został pośmiertnie odznaczony przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego orderem Polonia Restituta. Przez cały okres trwania wojny, udzielał również pomocy Słowakom i Żydom, a w 1942 roku głosował w słowackim parlamencie przeciwko ich deportacji do obozów koncentracyjnych. Esterházy został aresztowany przez NKWD i zesłany do łagrów. Po trzech latach katorgi, odesłano go do Czechosłowacji, ponieważ tamtejszy rząd skazał go na karę śmierci za współpracę z Niemcami. Na skutek nacisków opinii publicznej, wyrok zamieniono na dożywotnie więzienie o zaostrzonym rygorze w Mírovie, gdzie na skutek wycieńczenia i chorób zmarł w 1957 roku. Jego ciało wrzucono do zbiorowej mogiły.

– Kluczem do męki, śmierci i cierpienia Jánosa Esterházyego są jego własne słowa: „Naszym znakiem jest krzyż”. Krzyż Chrystusa zwycięskiego i zmartwychwstałego jest kluczem, który pomaga zrozumieć całe życie, a szczególnie ostatni etap: uwięzienie w łagrze i cierpienie spowodowanych chorobą w więzieniach. – powiedział o. Cebula

Postulator zwrócił uwagę na cztery aspekty duchowości Esterházyego: pragnienie poddania się woli Bożej, umiłowanie obecnego w Eucharystii Chrystusa, obcowanie duchowe ze świętymi, a także kult Najświętszej Maryi Panny.

– Niech one pomogą nam odczytywać to, co Bóg chce powiedzieć przez swojego sługę i pomogą również wszystkim, którzy zamykają się przed poznaniem prawdy o Jánosu. – mówił na zakończenie.

Po wypowiedzi postulatora, nastąpił moment zaprzysiężenia. Pierwszy przysięgę złożył arcybiskup, następnie jego delegat, promotor sprawiedliwości, notariusz i postulator sprawy.

Po podpisaniu dokumentów, głos zabrał arcybiskup. Zacytował słowa utworu Zbigniewa Herberta „Przesłanie Pana Cogito”, podkreślając, że jest on świeckim wezwaniem do heroizmu i pochwałą tej postawy:

Idź dokąd poszli tamci do ciemnego kresu
po złote runo nicości twoją ostatnią nagrodę
idź wyprostowany wśród tych co na kolanach
wśród odwróconych plecami i obalonych w proch
ocalałeś nie po to aby żyć

masz mało czasu trzeba dać świadectwo
bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny
w ostatecznym rachunku jedynie to się liczy
(…)

czuwaj – kiedy światło na górach daje znak – wstań i idź

dopóki krew obraca w piersi twoją ciemną gwiazdę

(…)

Bądź wierny Idź

Metropolita zaznaczył, że 20 lat później ukazał się list pasterski Jana Pawła II „Tertio Millennio Adveniente”, który miał przygotować wiernych do świętowania Roku Jubileuszowego.

“U kresu drugiego tysiąclecia Kościół znowu stał się Kościołem męczenników. Prześladowania ludzi wierzących — kapłanów, zakonników i świeckich — zaowocowały wielkim posiewem męczenników w różnych częściach świata. Świadectwo dawane Chrystusowi aż do przelania krwi, stało się wspólnym dziedzictwem zarówno katolików, jak prawosławnych, anglikanów i protestantów (…)To świadectwo nie może zostać zapomniane (…) W naszym stuleciu wrócili męczennicy. A są to często męczennicy nieznani, jak gdyby „nieznani żołnierze” wielkiej sprawy Bożej. Jeśli to możliwe ich świadectwa nie powinny zostać zapomniane w Kościele. Zgodnie z sugestią Konsystorza trzeba, ażeby Kościoły lokalne, zbierając konieczną dokumentację, uczyniły wszystko dla zachowania pamięci tych, którzy ponieśli męczeństwo (…)Największym hołdem dla Chrystusa ze strony wszystkich Kościołów na progu trzeciego tysiąclecia będzie ukazanie przemożnej obecności Odkupiciela w owocach wiary, nadziei i miłości złożonych poprzez ludzi tylu języków i ras, którzy poszli za Chrystusem różnymi drogami chrześcijańskiego powołania.” – pisał papież.

Arcybiskup zwrócił uwagę, że koncepcje Herberta i Jana Pawła II znacząco różnią się od siebie. Poeta powiedziałby, że choć Janos Esterházy był heroicznym człowiekiem, to ostatecznie przegrał, ginąc w Mírovie. Papież, pisząc o świętych męczennikach naszych czasów, wskazywał na zwycięstwo Chrystusa.

– Dokładnie 25 lat po opublikowaniu tego listu apostolskiego, pragniemy, powołując ten Trybunał, pokazać Jánosa Esterházyego jako wielkiego, nieznanego jeszcze, żołnierza wielkiej sprawy Bożej. Przez jego życie, w trudnych i dramatycznych czasach I połowy XX, chcemy pokazać żywotność Kościołów w Polsce, na Węgrzech, na Słowacji i w Czechach. Przez owoce wiary nadziei i miłości jego życia, pragniemy ukazać obecność Chrystusa Odkupiciela w naszych czasach (…) To dzisiejsze wydarzenie wpisuje się w życzenie Jana Pawła II, aby świętość dzieci Kościoła była przez sam Kościół stwierdzana i stawiana za wzór dla innych. Tak nam dopomóż Bóg! – mówił metropolita.

W uroczystości brała udział córka Jánosa Esterházego Alice Esterhazy-Malfatti, która w liście skierowanym do zebranych podkreśliła, że życie jej ojca zbudowane było na miłości. Dodała, że Sługa Boży ogromną miłością darzył cztery narody: polski, słowacki, czeski i węgierski.

– Tak bardzo kochał powierzonych sobie ludzi, że poświęcił za nich życie. Był przekonany, że społeczność i poczucie przynależności do niej muszą być budowane na przykładzie miłości i wspólnoty rodzinnej. Jego wiara i głęboka miłość do Boga utwierdziły go w tych przekonaniach. Ewangelia św. Jana mówi: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”. Mój ojciec w duchu tego ewangelicznego zadania zrealizował swoją służbę polityczną i znosił cierpienie (…) Niestety, w naszych społeczeństwach, wciąż musimy stawić czoła duchowemu dziedzictwu Wielkiej Rewolucji Francuskiej, która chce wytępić wiarę i moralność (…) Tak jak mówił Jan Paweł II, ładne słowa: wolność, równość, braterstwo, staną się parodią, jeśli wykluczymy z nich Boga.

Na zakończenie listu, wyraziła nadzieję, że Chrystus obecny był w życiu i męczeństwie jej ojca. Podziękowała arcybiskupowi za podjęcie trudu procesu beatyfikacyjnego, który pokazuje, że konsolidację między narodami: polskim, węgierskim, słowackim i czeskim trzeba budować na Chrystusowym fundamencie.

List przesłał również kardynał Dominik Duka, metropolita praski i prymas Czech. Zapewniał w nim o duchowej łączności i podkreślił, że postawa, jaką János Esterházy prezentował w więzieniu to wzór chrześcijańskiego życia i postępowania.

Spotkanie zakończyła wspólna modlitwa i błogosławieństwo. Do 30 kwietnia 2019 roku można przekazać Kurii Arcybiskupiej w Krakowie wszystkie dokumenty, pisma i wiadomości dotyczące Sługi Bożego Jánosa Esterházyego.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem