Reklama

BETEL - Zakupy z sercem - Rahel Kebebe Tshay

Odkrycia na zamkach w Krzepicach i Dankowie

2014-11-13 10:41

Julia A. Lewandowska
Edycja częstochowska 46/2014, str. 5

Julia A. Lewandowska
Prace wykopaliskowe pod kierunkiem Radosława Hermana

Zakończył się pierwszy etap prac badawczych na zamkach w Krzepicach i Dankowie, prowadzony przez archeologów i historyków z Niezależnego Interdyscyplinarnego Zespołu Badań Historycznych Miast i Zamków. Odkryto m.in. ciekawą ceramikę, srebrne monety, a nawet XVII-wieczną fajkę

Celem naszych badań jest próba zlokalizowania w Dankowie zamku średniowiecznego czy potwierdzenia hipotezy o jego istnieniu, a także rozpoznanie zamku Warszyckiego czy pałacu w obrębie twierdzy dankowskiej – mówi Wojciech Dudak, archeolog z Łodzi, wiceprezes ARCH-TECH Sp. z o.o. – Szukamy tego zamku, gdyż zachował się układ fortyfikacji bastionowych oraz wspaniały kościół parafialny pw. św. Stanisława, biskupa i męczennika, natomiast nic nie wiadomo o rezydencji Stanisława Warszyckiego, który gościł tutaj m.in. króla Jana Kazimierza przez pół roku – dodaje Radosław Herman, archeolog z Łodzi, prezes ARCH-TECH Sp. z o.o.

W projekt badawczy na zamkach zaangażowana jest gmina Lipie z wójt Bożeną Wieloch, gmina Krzepice z burmistrzem Krystianem Kotynią oraz Stowarzyszenie Lokalna Grupa Działania „Zielony Wierzchołek Śląska”. W ekspedycji brali udział członkowie Stowarzyszenia Eksploracyjno-Historycznego „Grupa Łódź”, udostępniając m.in. potrzebne urządzenia georadarowe i koparki; pasjonaci historii, wolontariusze, nawet z okolic Lublina i z Podlasia. Tegoroczne wykopaliska to początek kilkuletniego projektu, który pozwoli odpowiedzieć na wiele pytań związanych z tym regionem.

Pierwszy sezon

– Tegoroczne prace archeologiczne to pierwszy sezon badań archeologicznych na zamkach Krzepice i Danków – wyjaśnia dr Andrzej Kobus, historyk z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach. Naukowcy dodają, że wykopaliska w Krzepicach były możliwe dzięki przychylności właścicielki obiektu Anny Stratmann-Gnandiger, która wyraziła zgodę na prace archeologiczne w swoim ogrodzie i podziela ich fascynację tym zabytkiem.

Reklama

Podczas sierpniowego III Jarmarku nad Liswartą „Dobre, bo swojskie” w Dankowie, imprezy łączącej w sobie elementy historyczne, etnograficzne i rozrywkowe, a także gminne dożynki zorganizowane przez parafię św. Stanisława BM oraz proboszcza i zarazem kustosza sanktuarium Matki Bożej Dankowskiej ks. kan. Henryka Duszę, naukowcy zaprezentowali mały wycinek zabytków ruchomych odnalezionych w Krzepicach i w Dankowie. Jak mówią, wszystkie eksponaty zostaną gruntownie zbadane i opisane, a następnie zaprezentowane w publikacji pokonferencyjnej.

– Ważnym elementem naszego dankowskiego muzeum polowego była wystawa kartografii, która została zgromadzona podczas badań historycznych prowadzonych przez dr. Andrzeja Kobusa – mówi archeolog Radosław Herman. – Ta wystawa miała już swoją premierę na III Krzepickich Dniach Jakubowych. Są to mapy, które prezentują okoliczne miejscowości, m.in. Krzepice, Zajączki, Starokrzepice czy Kuźniczkę.

Eksponaty

Wybrane eksponaty umieszczono w dwóch gablotach. Na wystawie ukazującej wykopaliska z Krzepic zaprezentowano zbiór wspaniałych kafli renesansowych z zamku Mikołaja Wolskiego, starosty krzepickiego, jednego z największych magnatów ówczesnej Polski, przyjaciela króla Zygmunta III Wazy; monety z różnych okresów, m.in. półgrosz srebrny Kazimierza Wielkiego, który był budowniczym zamku w Krzepicach. Zbiór uzupełniała ceramiczna XVII-wieczna fajka, grot bełtu i kule muszkietowe i pistoletowe.

Wystawa zabytków w Dankowie była bogatsza. Składała się z monet, militariów i kafli. Zaprezentowano ostrogę rycerską z XV wieku i doskonale zachowane krzesiwo kabłąkowe, czyli przyrząd do rozniecania ognia, a także kule do pistoletów i pół żeliwnej kuli od hakownicy. – Kula prawie na pewno była wykonana tutaj, gdyż, jak wiadomo, starostwo krzepickie było centrum hutniczym, które zaopatrywało niemal całą Polskę w broń, czyli w armaty i kule – podkreśla Radosław Herman.

Archeologia dla wszystkich

28 października w Zespole Szkół w Krzepicach odbyło się pierwsze „Spotkanie z archeologią” – sesja naukowa podsumowująca badania archeologiczno-historyczne prowadzone w Dankowie i Krzepicach. Sesja składała się z dwóch części, w pierwszej – dr Andrzej Kobus, historyk, i Radosław Herman, archeolog – przedstawili historię tych dwóch miejscowości; druga część, warsztatowa, była adresowana do uczniów klas licealnych. Mottem spotkania były słowa św. Jana Pawła II: „Pamięć o przeszłości oznacza zaangażowanie w przyszłość”. W spotkaniu wzięli udział: burmistrz Krzepic Krystian Kotynia, wójt gminy Lipie Bożena Wieloch, dyrektor Gimnazjum im. Kazimierza Wielkiego w Krzepicach Gabriela Kluba, dyrektor Zespołu Szkół w Krzepicach Grzegorz Mastalerz i nauczyciele historii z tejże szkoły. Koordynatorką spotkania była Jolanta Drab, polonistka.

Kolejne badania już za rok. Przed miłośnikami archeologii sesja naukowa w gminie Lipie. W planie jest również wydanie monografii.

Tagi:
archeologia

Dla nich to trzeba

2018-03-21 09:42

Anna Skopińska
Edycja łódzka 12/2018, str. VI

Z prof. Marianem Głoskiem, łódzkim archeologiem, kierownikiem ekipy, która wytyczyła kształt polskiego cmentarza wojennego w Katyniu, prowadzącym prace poszukiwawczo-ekshumacyjne na Brusie, rozmawia Anna Skopińska

Anna Skopińska
Nagroda „Świadek Historii” dla prof. Głoska – czerwiec 2015

Anna Skopińska: – Jakiś czas temu głośno było o Brusie przy okazji konfliktu o to miejsce. Mają rację ci, którzy bronią i bronili Brusa przed zrobieniem z tego terenu miejsca pod osiedle?

Prof. Marian Głosek: – Budownictwo w tym miejscu byłoby bardzo kosztowne, bo na Brusie jest jeszcze dużo niewybuchów. Poza tym Łódź ma z jednej strony Łagiewniki, z drugiej strony Tuszyn, więc nie zaszkodzi, by z trzeciej strony było miejsce, gdzie łodzianie mogliby spokojnie wypoczywać.

– Pan, Panie Profesorze, prowadził na Brusie prace poszukiwawcze, więc to jest też miejsce szczególne...


– Obszar, na którym znaleźliśmy mogiły, jest dosyć zwarty. To kilkadziesiąt na kilkadziesiąt metrów, które można by wydzielić i postawić tam jakiś monument upamiętniający – zarówno ofiary Intelligenzaktion – niemieckich mordów, jak również rozstrzelania z 1947 r. Do naszych badań w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, na dobrą sprawę, nie było wiadomo nic na ten temat. W 1965 r. co prawda odkryto (i ekshumowano) jedną mogiłę, a szkielety pochowano na terenie Muzeum na Radogoszczu, pod murem od ulicy Zgierskiej. Nie ma żadnego opracowania, poza niewielką i zrobioną na siłę wzmianką w „Głosie Robotniczym”. Wszystko wskazuje na to, że to było jeszcze jedno miejsce egzekucji niemieckiej.
Obok odnalazłem następną mogiłę z tej akcji, ale 10 metrów dalej mogiłę pomordowanych przez Urząd Bezpieczeństwa w 1947 r. Nie mam wątpliwości, że tych czterech, których tam znaleźliśmy, to byli ludzie Stanisława Sojczyńskiego „Warszyca”.

– A on sam? Myśli Pan, że on też tam jest? Czy ten teren dla badań jest już wyczerpany?

– Prokurator Henryk Szwed, który w lutym 1947 roku między 3 a 4 rano został wyrwany ze snu i przywieziony na Brus, by stwierdzić zgon, wskazał miejsce, gdzie jakoby zamordowano i zakopano „Warszyca” i jego ludzi.

– Przeszukaliście to miejsce?

– Bardzo skrupulatnie. Zepchnęliśmy spychaczem warstwę orną próchnicy na głębokość 20-30 cm, a potem każde zaciemnienie – archeolog jest na to wyczulony – sprawdziliśmy. W jednym miejscu znaleźliśmy jakiś ogromny lej, w którym widać ingerencję człowieka na głębokość ponad 2 metry. Może było to spowodowane powtórną ekshumacją? To się zdarzało. Oprawcy, by nie stwarzać precedensu i nie robić miejsca kultu, czasem po cichu potrafili swoje ofiary ekshumować. A w lesie na Aleksandrowskiej, gdzie też rozstrzelano AK-owców, pozwolono nawet ich ciała wyekshumować rodzinom. Niewykluczone, że tutaj też tak z Sojczyńskim zrobiono. Mówi się, i tak wynika z archiwalnych dokumentów, że było ich tam na Brusie rozstrzelanych sześciu, ale w aktach IPN są protokoły, z których wynika, że nie jednocześnie ich rozstrzelano. Najpierw rozstrzelano czterech, a potem dwóch.

– I tych dwóch szukamy nadal...

– Tych dwóch to „Warszyc” i jego zastępca, myślę, że dowódca wywiadu. Czy oni tam są? Nie potrafię powiedzieć. Bo przecież czterech znaleźliśmy wcale nie w tym miejscu, które wskazał prokurator Henryk Szwed. Negatywne wyniki badań obszaru wskazanego przez H. Szweda spowodowały, że zaczęliśmy szukać w innych miejscach. Zwrócił naszą uwagę teren za tzw. kulochwytem, gdzie znaleźliśmy najpierw mogiłę rozstrzelanej inteligencji łódzkiej, a potem czterech żołnierzy „Warszyca”. O tym, że byli to żołnierze „Warszyca”, wskazuje łuska pistoletu od tetetki, wyprodukowana w 1943 r. pod Moskwą, a także łuski od pepeszy. Znam takie sytuacje, bo na Wschodzie, w Miednoje, gdzie też pracowałem, znajdowaliśmy łuski w grobie. Oprawcy zbierali je w czapki i wrzucali do mogił. Tylko że na Brusie ich było czterech, a łusek kilkanaście. I tego nie potrafię zrozumieć. Na Brusie sytuacja terenowa jest bardzo skomplikowana, bo 5 metrów od tamtych miejsc znajdują się ogromne doły, gdzie eksplodowały pociski. To były miejsca, gdzie palono ogniska, by unicestwić naboje. Tak robiono po 1945 r. Jak więc pani widzi – teren jest bardzo ciężki, silnie zniszczony, odkształcony. Jeśli w 1947 r. pochowali gdzieś tam Stanisława Sojczyńskiego, to może on tam jest, ale może po prostu wyleciał w powietrze. Bo doły po wybuchach mają po 2 metry średnicy.

– Ale jest sens takich poszukiwań?

– Ja bym jeszcze nie składał broni i próbował szukać. Prokuratorowi Szwedowi do końca nie wierzę. Z tej prostej przyczyny – stary prawnik działał na zasadzie: nie ma ciała, nie ma odpowiedzialności. I nie znaleźliście, to wasza sprawa, ja pokazałem. To nie było nasze pierwsze podejście do szukania Sojczyńskiego. W 1992 r. Andrzej Przewoźnik, gdy został sekretarzem Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, podjął badania na Brusie i zaprosił mnie na nie. Drugi raz poszukiwania odbyły się w 1996 r. W badania te już bezpośrednio byłem zaangażowany, tyle że wtedy kierowaliśmy się całkowicie wskazówkami dostarczonymi nam przez prokuratora H. Dynowskiego i badaliśmy ten teren, który on uważał za stosowny – nic wtedy nie znaleźliśmy. Dopiero prezydent Kropiwnicki jako pierwszy zwrócił się do Uniwersytetu z prośbą o poszukiwania, a potem drugi raz prezydent Zdanowska. W efekcie trafiliśmy na mogiłę ze wspomnianymi czterema żołnierzami. Aż żal było patrzeć, jakie oni mieli buty. To były buty wojskowe, ale zelowane na wszystkie strony, by wytrzymały, jak najdłużej. Więc nie mieliśmy wątpliwości, że to są żołnierze rozstrzelani po 1945 r.

– Ówczesny prokurator wprowadził w błąd, szukaliście na logikę...

– Henryk Szwed wskazał miejsce u nasady strzelnicy, a my znaleźliśmy ich po drugiej stronie i – jak się okazało – w miejscu straceń z czasów II wojny. Gdybym chciał ukryć zwłoki na poligonie, to gdzie bym je ukrył? W pierwszej połowie lat sześćdziesiątych, jako student przeszedłem studium wojskowe. Wtedy pędzano nas po poligonie Brus, dlatego ten teren był mi nieobcy. Za kulochwytem nie można było ćwiczyć ani przebywać. Dobre miejsce. Poza tym ten wielki kulochwyt był kilkakrotnie nadsypywany. Więc pytanie: czy na tej części dosypanej nie ma jeszcze jakiejś mogiły? I nie mówię tu o Sojczyńskim, ale też o straconych w ramach akcji likwidacji inteligencji polskiej.

– Pan by to sprawdził?

– Tym ludziom się to należy. Nie o to chodzi, że to ma być dla nas, że my sobie poszukamy. Zarówno Sojczyńskiemu, jak i tej inteligencji łódzkiej jesteśmy to winni. Przecież do dziś nie wiadomo, gdzie ich chowano. Sądzi się, że także w lesie łagiewnickim. Ale do tej pory nie zrobiono żadnych porządnych badań.

– Takich miejsc, gdzie mogą znajdować się mogiły pomordowanych, jest trochę w okolicach Łodzi?

– Jest. Właśnie m.in. chociażby ten mityczny las łagiewnicki.

– Powiedział Pan, że zwrócił uwagę na ich buty. Tam, w Katyniu, w Miednoje pewnie dużo było takich wzruszeń, ściskających za gardło chwil?

– W 1991 r. brałem udział w rosyjskim terenowym dochodzeniu prokuratorskim, jako jedyny archeolog, więc Andrzej Przewoźnik poprosił mnie o organizację trzech ekip badawczych na Wschód. Ale powiedziałem mu, że jeśli chodzi o Miednoje, to ekipy archeologów nie wyślę. Tam ciała były kompletnie zachowane – kolor oczu, tęczówki, żyłki z zaschniętą krwią, wszystko było widać. W Miednoje jest taka ciężka ziemia, jak koparka wykopała dół i wrzucono tam 300 polskich policjantów, potem popadał deszcz, to wydzielił się tzw. tłuszczowosk, który zabalsamował zwłoki. Nie mogliśmy munduru od munduru odkleić, ale ciała były całe... To była, proszę mi wierzyć, gehenna.

– Nie da się tego zapomnieć...

– Nie da się, dlatego nie chciałem dać tam archeologów. Nie byłem w stanie. W końcu wysłałem dwóch archeologów, ale jeden z nich został odesłany z powrotem do kraju. Bo nie wytrzymał, jak zobaczył... Ja też, jak wychodziłem z dołu, to trzęsąc się, czułem się jak pijany. Był tam ks. Zdzisław Peszkowski, i jak widział to, podchodził zawsze ze stułą, i mówił: Synu, to trzeba, dla nich trzeba.

– Prace tam – zmieniają człowieka?

– Myślę, że na zawsze mi to pozostało. Szczególnie Miednoje. Ale jak rozmawiam z moimi ludźmi – a było nas tam ponad 15 osób – to wszyscy oni są skażeni tamtą sytuacją. Niewątpliwie to jest skaza na całe życie. Ja tylko tym się pocieszam, że zrobiłem dobrą robotę. Dlatego nie żałuję wyjazdu tam, bo to trzeba było zrobić. A nie wiadomo, na kogo by trafiło. Różni ludzie, różne metody stosują, nie zawsze adekwatne do sytuacji. A prace należy wykonać z szacunkiem dla nich, w tak bestialski sposób zamordowanych i bezładnie wrzuconych do dołu.

– Przerażające były te zbrodnie?

– Byłem w Twerze, gdzie w podziemiach rozstrzeliwano, byłem w klasztorach w Ostaszkowie, w Starobielsku, Kozielsku. Byłem w okresie, gdy było to jeszcze surowe. Człowiek czuł tę zgrozę ziejącą z tych murów. To było okropne... Zresztą cały Wschód jest taki. Przerażający.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Para prezydencka dołączyła do akcji modlitewnej CZYŚCIMY CZYŚCIEC

2018-09-24 18:58

Źródło: Biuro Prasowe Zakonu Braci Mniejszych Kapucynów – Prowincji Krakowskiej

Pod tym hasłem przebiegała akcja duszpasterska, która rozpoczęła się w sobotę 22 września 2018 roku o godz. 21.37 w kaplicy Cudownego Obrazu na Jasnej Górze i trwała cały kolejny dzień.

Archiwum

Jeśli się modlimy za dusze czyśćcowe i za nas będzie się ktoś modlił. Tak Święty Ojciec Pio zachęcał swoich duchowych synów i córki do nieustannej modlitwy za tych, którzy w czyśćcu oczekują na spotkanie z Panem Bogiem. Dzisiaj my, czciciele Świętego Ojca Pio i ludzie dobrej woli, włączamy się do wielkiej modlitwy Kościoła – w tych słowach br. Roman Rusek, krajowy koordynator Grup Modlitwy Ojca Pio, zwrócił się do osób zgromadzonych na Jasnej Górze oraz śledzących na żywo transmisję z czuwania.

Czciciele Świętego Ojca Pio jak również wszyscy łączący się z jasnogórskim sanktuarium polecali miłosierdziu Bożemu bliskich zmarłych oraz tych, którzy zginęli w obronie naszej Ojczyzny.

Do wspólnej modlitwy, prowadzonej w Pałacu Prezydenckim przez ks. kan. Zbigniewa Krasa, włączyli się również prezydent Andrzej Duda wraz z małżonką Agatą Kornhauser-Dudą.

Niech nasze wspólne wołanie nie ustaje - nadal CZYŚĆMY CZYŚCIEC ofiarując uczestnictwo w Eucharystii, modlitwy, cierpienia i wyrzeczenia w intencji dusz oczekujących pełnego zjednoczenia z Panem Bogiem.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Dni Majdanka

2018-09-25 07:23

Anna Artymiak

Katarzyna Artymiak
Modlitwa na Majdanku

Piękna, słoneczna niedziela. Mała garstka ludzi, głównie osoby, które przeżyły obóz wraz z najbliższymi oraz osoby związane z wydarzeniem i parafianie. Oprócz kilku pocztów sztandarowych byłych więźniów oraz harcerzy z chorągwiami, żadnych innych. A jeszcze kilka lat temu była obecna młodzież ze szkół, która przy tej okazji uczyła się historii, słuchając świadków, których pozostało już tak niewielu. Tak obchodzony był Dzień Modlitwy za Ofiary i byłych Więźniów, który kultywuje niestrudzenie parafia św. Maksymiliana Kolbe w Lublinie wraz z dyrekcją i uczniami Szkoły Podstawowej nr 32 z Oddziałami Integracyjnymi im. Pamięci Majdanka pod patronatem Wydziału Duszpasterstwa Kurii Metropolitalnej oraz Państwowego Muzeum na Majdanku. Ta symboliczna obecność powinna być wyrzutem sumienia, że tak łatwo zapomina się o ludziach i trudnych kartach naszej historii. Lublin był pierwszym miastem w Europie, gdzie powstało muzeum upamiętniające ofiary II wojny światowej; właśnie na Majdanku.

Obchody 16 września rozpoczęła Msza św., której przewodniczył i homilię wygłosił oddany sprawie ks. prof. Edward Walewander. W uroczystej Eucharystii wzięli udział uczniowie, którzy wraz z panią dyrektor Ewą Joanną Gęcą zaangażowali się w Liturgię Słowa oraz przygotowali dary ołtarza. Swoją obecnością zaznaczyli również harcerze oraz dyrektor muzeum Tomasz Kranz. Następnie zainteresowani w sali konferencyjnej Domu św. Jana Pawła II mogli wysłuchać wykładu dr Ewy Kurek nt. „Majdanek – niemieckie zbrodnie wobec polskich dzieciˮ; temat o tyle wymowny, że spośród byłych więźniów, którzy pozostali, są już jedynie ci, którzy byli wtedy dziećmi. Część z nich, choć przeżyło tę tragedię, zna ją jedynie z opowiadań rodziców, gdyż miało wtedy zaledwie 2 lata. Na zakończenie goście i zebrani udali się na teren byłego obozu koncentracyjnego, dziś Państwowego Muzeum na Majdanku, by złożyć wieńce i odmówić modlitwę „Anioł Pańskiˮ pod Mauzoleum ofiar. - Tutaj bardziej niż gdzie indziej uświadamiamy sobie na nowo ogrom zła, jakie człowiekowi zgotował człowiek. Do tak strasznych nieszczęść, wielkiej tragedii doszło dlatego, że wcześniej człowiek odrzucił Boga i siebie postawił na Jego miejscu - słowa pouczenia i przestrogi wypowiedziane przez Księdza Profesora wracały w wykładzie i w krótkiej refleksji po modlitwie pod Mauzoleum.

Katarzyna Artymiak
Ks. prof. Edward Walewander

Odwołując się do słów pierwszego czytania z Księgi Izajasza i Ewangelii wg św. Jana, ks. prof. Edward Walewander wskazał, jak bardzo odnoszą się one do przeżywanej uroczystości. Podobnie jak św. o. Maksymilian Kolbe, który się „nie cofnął i nie zasłonił twarzy przed zniewagami i opluciem”, także wiele innych osób więzionych na Majdanku godnie przeżyło czas upodlenia. „Wystąpmy razem!” - te słowa z proroka Izajasza są wezwaniem, by mówić o tym doświadczeniu i upomnieć się o sprawiedliwość i pamięć historyczną. „Ci, co tyle zrabowali i przez to między innymi wzbogacili się, mogą również nam zadośćuczynić zadane straszne krzywdy i wyrządzone okrucieństwa”.

Nawiązując do Ewangelii, gdzie Jezus pyta Apostołów za kogo uważają Go ludzie, Ksiądz Profesor podkreślił, że warto, by człowiek stawiał sobie te pytania, także w kontekście pracy nad sobą i rozrachunku nad przeszłością narodową. „Szczera odpowiedź może być pomocna w naszej pracy nad sobą. Również poszczególne narody nie powinny uciekać od własnej oceny. Mają obowiązek dopuszczać słowa prawdy dotyczące swojej przeszłości. Nie powinny się jej wypierać, a zwłaszcza kierować się kłamstwem, fałszowaniem historii. Winą za swe zbrodnie nie powinny obarczać innych, zwłaszcza naród, który w czasie wojny ucierpiał najwięcej. O tym trzeba wyraźnie mówić, bo to należy także do programu Dni Majdanka”. Odniósł się tu do powracającego nadużycia w mediach, zwłaszcza niemieckich, fałszywego określania niemieckich obozów koncentracyjnych na terytorium Polski jako „polskich obozówˮ oraz niewrażliwości Niemców na krzywdę wyrządzoną w przeszłości Polakom i innym narodom. „Z bólem przyjmujemy do wiadomości, że na przykład niemiecka telewizja ZDF nie chce przeprosić więźnia obozu koncentracyjnego Auschwitz za takie bolesne dla niego i dla nas wszystkich określenia”.

Ks. Edward Walewander podzielił się osobistymi wspomnieniami. Choć należy do jednego z pierwszych powojennych pokoleń, to w jego domu rodzinnym i sąsiedztwie ciągle powracano do tragicznych, niedawnych zdarzeń, uczono także szacunku i wrażliwości dla tych, którzy wycierpieli. Ksiądz Profesor wspomniał swoją sąsiadkę, która przeżyła dramat obozu i w jej obecności nigdy nie śpiewano kolędy „Cicha noc”, gdyż to przypominałoby wspomnienia z wielogodzinnych apeli na mrozie w okresie Bożego Narodzenia, kiedy przez megafon puszczano tę kolędę. „Zapadało mi to głęboko w pamięci. Wszystkim, którzy bronili wtedy Ojczyzny i cierpieli dla niej, należy się pamięć i wielka wdzięczność. Nawet ofiarą własnego życia, swoimi czynami kreślili historię epoki”.

Po Mszy św. podczas 45-minutowego wykładu dr Ewa Kurek nie tylko wspomniała dramat Dzieci Zamojszczyzny, o którym niestety tak niewiele się przypomina i nawet część historyków nie zna, ale również wskazała na historyczne i kulturowe podwaliny okrutnych działań Niemców wobec polskich dzieci. Osiedlenie Lubelszczyzny przez Niemców, a co z tym się wiązało okrutne wysiedlenie polskich rodzin z tych terenów, wiązało się z próbą realizacji powstałego już 1000 lat wcześniej zamierzenia zdobycia wschodu, tzw. Drang nach Osten. Dzieci, które spełniały cechy tzw. rasy aryjskiej, były wywożone na germanizację do Niemczech, a najsłabszych poddawano eksterminacji w obozach koncentracyjnych. Część z żyjących jeszcze tych osób, które jako dzieci znalazły się w obozie na Majdanku, była obecna na sali. Historyk przy tym przypomniała bohaterstwo polskich kolejarzy, którzy informowali ludzi o transporcie dzieci, co pozwoliło wykupić po drodze część dzieci, oraz wzruszającą postawę warszawskich kobiet, które na dworcu odbiły Niemcom pozostałe dzieci z transportu. Pozwoliło to uchronić część dzieci od germanizacji. U podstaw tych okrutnych zachowań Niemców leżało m.in. przyjęcie filozofii Nietzschego, w tym jego odrzucenia Boga, a co z tym się wiązało odrazę do religii i jej przejawów.

Na zakończenie zgromadzeni udali się na teren Państwowego Muzeum na Majdanku, by pod Mauzoleum złożyć kwiaty i odmówić modlitwę „Anioł Pańskiˮ w intencji zmarłych. Ks. Walewander jeszcze raz przypomniał, iż los pomordowanych w obozie na Majdanku jest przestrogą, do czego prowadzi odrzucenie Boga i postawienie w Jego miejsce człowieka.

Historia jest nauczycielką życia, czasem trudną i bolesną, ale na pewno inaczej ją się odbiera, gdy przed nami staje świadek historii. Warto, by szkoły wróciły do tradycji obecności na uroczystościach Dni Majdanka, by uczyć się historii i spotkać ostatnich żyjących jeszcze świadków. Pięknym komentarzem są słowa papieża Franciszka, które wypowiedział do młodzieży w Wilnie: „Chciałbym wam powiedzieć, byście nie zapominali o korzeniach swojego narodu. Zastanówcie się nad przeszłością, porozmawiajcie o tym ze starszymi: rozmowa z osobami starszymi nie jest nudna. Idźcie poszukajcie starszych i poproście, by wam opowiedzieli o korzeniach waszego narodu, o radościach, o cierpieniu, o wartościach. W ten sposób, poznając korzenie, poprowadzicie do przodu wasz naród, historię waszego narodu, by wydała jeszcze większy owoc. Drodzy młodzi, jeśli pragniecie narodu wielkiego, wolnego, wyciągnijcie z korzeni pamięć i poprowadźcie go do przodu”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem