Reklama

Szlakiem historii

2014-11-20 13:32

Anna Skopińska
Edycja łódzka 47/2014, str. 6-7

Maria Niedziela
Uczestnicy i organizatorzy marszu po Brusie

Marsz po poligonie to niezwykła lekcja historii – najpierw szlakiem śmierci, potem nad grobami tych, których tam rozstrzeliwano, aż po schron na Brusie. Cmentarzysko, które nie wiadomo, co jeszcze kryje

Milczenie, cisza, niekiedy przejmująca. Pochodnie, wystrzały, rekonstrukcje. Opowieść o kpt. Sojczyńskim „Warszycu”, którego grobu nadal tu szukają archeolodzy. Warto było tak spędzić ten wieczór. I razem z kilkudziesięcioma osobami, głównie młodymi, cofnąć się do tamtych strasznych czasów. I uświadomić sobie, ale tak namacalnie, że jest w Łodzi takie miejsce – zapomniane, ale też odkrywane. Że jest to cmentarzysko, które nie wiadomo, co jeszcze kryje.

Ich ostatnia droga

Ogłoszenie na Facebooku – nocny marsz szlakiem historii na Brusie. Zapisuję się, podobnie jak 30 innych osób, i idę. Naszą wędrówkę rozpoczynamy na Zdrowiu, przy postawionym niedawno drogowskazie – Poligon Brus 1500 m. Idziemy zwartą grupą. Prowadzi nas szef Kompanji Brus – Piotr. Zatrzymujemy się przy głazie upamiętniającym pomordowanych, tych odnalezionych – do tej pory to szczątki 115 osób – i tych, których grobów nadal nie odkryto. Kamień stoi w miejscu, gdzie zaczyna się tzw. droga śmierci. Jedyna droga dojazdowa do poligonu. To tędy wwożono Polaków, by zamordować a potem oddać ich ciała ziemi – wrzucić w doły i przysypać piachem. Dla nich była to ostatnia droga. Są zeznania świadków, którzy opowiadają, jak pod osłoną nocy wjeżdżały tu ciężarówki, a świtem słychać było strzały.

Milczące cmentarzysko

Organizatorzy marszu zapalają pochodnie. Idziemy w milczeniu. Zatrzymuje nas zbliżający się odgłos ujadających psów i Niemiec – sprawdza listę, co chwila wywołując kogoś z grupy. W końcu po negocjacjach puszcza wszystkich. Dochodzimy do starej strzelnicy. W budynku, słuchając historii tego miejsca, przeżywamy nalot. Jest huk wystrzałów, race, błyski. Trochę strach, ale idziemy dalej. Leśnymi ścieżkami, których prawie nie widać, wchodzimy na wielką polanę. Tu jesteśmy świadkami rozstrzelania trójki Polaków – padali ze słowami modlitwy na ustach, z okrzykami „Niech żyje wolna Polska”, mordowani. Wymowna, ściskająca za gardło scena.

Reklama

Potem czekała nas opowieść dr. Piotra A. Nowakowskiego z UŁ, który od 6 lat prowadzi na tym terenie badania archeologiczno-ekshumacyjne. Brus to jedno wielkie cmentarzysko, o którym przez lata milczano. Tu swoje zbrodnie popełniali Niemcy w ramach akcji likwidacji polskiej inteligencji jesienią 1939 r., a po wojnie w tym samym miejscu grzebała swoje ofiary Służba Bezpieczeństwa. Jedyne – poza więzieniem w Białymstoku – takie miejsce w Polsce. Na grobach ofiar systemu hitlerowskiego, ofiary komunistów. Sprawcy chcieli ukryć zbrodnie. Rodziny ofiar, świadkowie, gwoździami znaczyli drzewa, pod którymi znajdowały się mogiły. Do dzisiaj tkwią powbijane żelazne, już pordzewiałe – niemi świadkowie okrucieństwa i zbrodni. Dla nas przejmujące znaki, że tu ziemia kryje kogoś, kto nie ma grobu, kogo pewnie szukali bliscy i kto zginął tak bezwzględnie i okrutnie. Tu nadal nie odnaleziono grobu Stanisława Sojczyńskiego „Warszyca” – twórcy Konspiracyjnego Wojska Polskiego. Niezłomnego. Wyklętego. Zamordowanego 19 lutego 1947 r.

Nieliczni zidentyfikowani

Następnie przechodzimy na polanę, na której archeolodzy odkryli siedem zbiorowych mogił. Wzruszenie odbiera mowę, przy drzewach palą się znicze. Nikt się nie odzywa. Zdajemy sobie sprawę, że stoimy w tym samym miejscu, gdzie oni. W miejscu, gdzie ich ciała przysypane ziemią leżały tyle lat. Przed oczami stają nam nieliczni zidentyfikowani, m.in.: Władysław Krzemiński – urzędnik magistratu łódzkiego, Stanisław Sapociński – dziennikarz, Henryk Szulc – radny miejski oraz Tomasz Wilkoński – dyrektor Zjednoczonych Zakładów Włókienniczych K. Scheiblera i L. Grohmana. Ale przecież wiemy, że w grobach byli nie tylko mężczyźni, były także kobiety. Po policzkach płyną łzy, gdy myślimy o tym, jak zginęli – ich winą było to, że byli Polakami.

W całkowitymi milczeniu opuszczamy to miejsce. Swoje kroki kierujemy do schronu na Brusie. Tam przed wojskową kawą i sucharami czeka nas jeszcze prezentacja o Warszycu. I jego słowa: „Na kolana padam tylko przed Bogiem”. Oglądamy w całkowitym milczeniu. Po zakończeniu prezentacji cisza dalej trwa.

Musimy pamiętać

To był pierwszy marsz nocny. Te dzienne, dla uczniów, odbywają się dwa, trzy razy w roku. Ten był lekcją dla wszystkich. Dla tych, co historię Brusa już poznali, i dla tych, którzy tu przyszli pierwszy raz. Marsz będący wędrówką pamięci i chwilą zadumy nad tymi, którzy tu ginęli. I refleksji – nad okrucieństwem systemów i ludzi, którzy w nich tkwili i je tworzyli. Przed oczami mam ciągle polanę ze światełkami, ukryte w lesie groby. I pewnie nie tylko ja o tym myślę.

Dzięki prowadzonym badaniom archeologów coraz więcej słyszy się w Łodzi o Brusie. Dzięki Kompanji niewielu przejdzie obojętnie obok schronu. To nasza historia, nie tak odległa, którą musimy pamiętać. Historia, którą trzeba przekazywać młodym ludziom. I prowadzić ich w takie miejsca.

Tagi:
historia patriotyzm

Kolejna najdłuższa wojna współczesnej Europy

2018-02-14 10:25

Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 7/2018, str. 38-39

W czasach słusznie minionych Polacy byli pewni jednego – że to, co zagraniczne (czyli zachodnie), zawsze jest lepsze od polskiego. Lepsze samochody, lepsza czekolada, smaczniejsza margaryna, szykowniejsze ubrania, ciekawsze zabawki, gazety, czasopisma, piosenki, dosłownie niemal wszystko. Może z wyjątkiem polskiego chleba, wędlin, masła i kilku jeszcze innych produktów rodzimego rolnictwa. Wyrobami krajowymi, których nigdy nie było pod dostatkiem, co najwyżej tylko się zadowalano. Na zagraniczne odbywały się polowania

Posiadanie dóbr zagranicznego pochodzenia w PRL i potem długo jeszcze w III RP było wyznacznikiem wysokiego statusu społecznego. Szczęśliwcy przywozili z zagranicznych podróży, co tylko mogli, warszawskie elegantki ubierały się „na ciuchach” w Rembertowie. Tamtejszy bazar nie był bynajmniej odpowiednikiem dzisiejszych licznych ciucholandów, lecz miał renomę zachodniego butiku.

Dopiero w dekadzie Gierka Polskę wprost i całkiem już oficjalnie zalały rozmaite zachodnie towary. W przemyśle pojawiły się zachodnie linie technologiczne, z których naród miał być dumny i się cieszyć; polscy menadżerowie kupowali je na wyprzedażach – za te niezbyt korzystne dla Polski transakcje dostawali rozmaite zachodnie gadżety, z których cieszyli się jak dzieci – mimo że były przestarzałe, z brakami i licznymi defektami. U samego schyłku gospodarki komunistycznej, a także później, w okresie transformacji gospodarczej, obowiązywał wręcz propagandowy nakaz cieszenia się ze wszystkiego, co zagraniczne. Miało to świadczyć o otwieraniu się Polski na świat i o awansie gospodarczym.

Przez kilkadziesiąt powojennych lat – niemal do dziś – nikt nie apelował do Polaków o patriotyzm, nie zachęcał do kupowania polskich produktów, bo po prostu nie było ich wiele. Patriotyzm gospodarczy – jako cnota obywatelska tak bardzo rozwijana w II Rzeczypospolitej – na bez mała osiemdziesiąt lat został odłożony do lamusa.

Teraz Polska i co dalej

Z kurzu został otrzepany dopiero niedawno, ale wciąż chowa się gdzieś po kątach, bo współcześni Polacy, wychowywani w III RP w duchu tzw. pedagogiki wstydu, nawet mimo patriotycznych deklaracji raczej nie kwapili się do codziennego praktykowania patriotyzmu. Wprawdzie już w 1992 r. pojawił się wielce obiecujący znak promocyjny „Teraz Polska”, a wraz z nim doroczne konkursy dla polskich przedsiębiorców, jednakże do propagowania szeroko rozumianego patriotyzmu gospodarczego miała się ta akcja tak jak kwiatek do kożucha.

Celami programu „Teraz Polska” były przede wszystkim wspieranie polskich przedsiębiorców na coraz bardziej konkurencyjnym rynku oraz odrodzenie prestiżu polskiej marki. Na rynku wewnętrznym pojawiały się wprawdzie produkty opatrzone logo „Teraz Polska”, ale tak naprawdę nie wiadomo, czy cieszyły się większym powodzeniem niż inne. Z pewnością biało-czerwony znaczek i dumnie brzmiące hasło przynajmniej co nieco dawały do myślenia potencjalnym konsumentom tego, co na przekór okolicznościom było jednak polskie, bo – jak uzasadniali twórcy tej odgórnej akcji – „otwarcie granic na towary importowane pozwoliło społeczeństwu poznać nowe możliwości konsumpcji”.

A społeczeństwo w latach 90. ubiegłego wieku naprawdę zachłysnęło się obfitością dóbr wszelakich napływających z Zachodu na polski rynek. Rzecz jasna – ku ogromnej uciesze zachodnich producentów i ku utrapieniu ledwie co raczkujących rodzimych wytwórców. Jakiekolwiek – choćby najcichsze i zdroworozsądkowe – nawoływanie do patriotyzmu gospodarczego, czyli do popierania „swoich i swego”, w żadnym razie nie płynęło z góry, od władz państwowych III RP, bo kłóciło się z przyświecającą większości z jej rządów ideologią prowadzącą do zatraty suwerenności gospodarczej zgodnie z obowiązującym hasłem, że „kapitał nie ma narodowości” (mimo że uważało tak zaledwie ok. 20 proc.

Polaków). Następowały procesy wręcz zaprzeczające patriotyzmowi gospodarczemu rozumianemu jako odzyskiwanie, poszerzanie i utrwalanie polskiej własności. Za nic miano też zapis w konstytucji, że w Polsce obowiązuje model społecznej gospodarki rynkowej, który z natury rzeczy w dużej mierze musi się żywić właśnie patriotyzmem gospodarczym.

Teraz dobra zmiana

Fakt, że kapitalizm jednak ma narodowość, do społeczności świata dotarł wraz z falą kryzysu ekonomicznego pod koniec pierwszej dekady XXI wieku, natomiast do Polski – jak to zawsze bywało – z opóźnieniem. Rząd PO-PSL z niezmiennym zapałem kontynuował swoją niepatriotyczną politykę gospodarczą, polegającą na wyprzedaży wszystkiego, co jeszcze miało jakąś wartość. Tak więc chcąc dziś przywrócić polskiej gospodarce pojęcie patriotyzmu, musimy się sporo nabiedzić, jako że niewiele w niej materialnej polskości.

Pojęcie patriotyzmu gospodarczego – przez całe lata funkcjonujące z rzadka, tylko prywatnie, nieformalnie, niemal w opozycyjnym podziemiu – do obiegu oficjalnego, też w niejakiej cichości, przedostało się dopiero wraz z Planem na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju Mateusza Morawieckiego i polityczną deklaracją powrotu do społecznego i solidarnego wymiaru gospodarki rynkowej.

Prof. Eryk Łon z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu w niedawno wydanej przez wydawnictwo Zysk i S-ka książce pt. „Patriotyzm gospodarczy” stara się uporządkować pojęcia związane z ujawniającym się od niedawna także w Polsce – bo w wielu innych krajach jest to zjawisko znane i praktykowane od dawna – tym najbardziej chyba praktycznym wymiarem przywiązania do własnej ojczyzny. Pojawia się rozróżnienie na patriotyzm gospodarczy odgórny (inspirowany, a przede wszystkim wspierany na różne sposoby przez państwo i jego instytucje) i oddolny (obywatelsko-konsumencki). O ile ten pierwszy wydaje się łatwy do urzeczywistnienia przez świadomie przyjętą politykę gospodarczą, o tyle ten drugi wciąż pozostaje wielką niewiadomą. Prowadzi się co prawda przeróżne pomiary konsumenckich nastawień, jednak trudno powiedzieć, czy Polacy są dziś naprawdę gotowi wybierać to, co polskie – w imię patriotycznej solidarności – a nie to, co tańsze. Bardzo daleko nam jeszcze do wyraźnie obecnego w wielu dobrze rozwiniętych krajach tzw. etnocentryzmu konsumenckiego.

Praca organiczna i edukacja

Zarówno publikacja prof. Łona, jak i przeprowadzony przez niego na poznańskim Uniwersytecie Ekonomicznym cykl wykładów na temat patriotyzmu gospodarczego są przykładem solidnej pracy organicznej. Profesor nie boi się patosu, podkreśla na każdym kroku, że w dzisiejszym świecie właśnie patriotyzm gospodarczy jest warunkiem przetrwania narodów. Polska ma tu wiele do nadrobienia, dlatego także w tej dziedzinie – jak zresztą dosłownie w każdej innej, co pokazują choćby ostatnie wydarzenia związane z ułomnością polityki historycznej III RP – niezbędna jest szeroko zakrojona praca edukacyjna w celu objaśnienia obecnego zagmatwanego stanu rzeczy oraz zasad funkcjonowania gospodarki, wspólnoty państwowej, społeczeństwa prawdziwie obywatelskiego, warunków dobrobytu itp.

Zazdrościmy innym krajom dobrobytu, a nie wiemy, że został on osiągnięty właśnie dzięki patriotyzmowi gospodarczemu. Tak było np. w Niemczech, Szwecji, Norwegii, Danii, Szwajcarii i wielu innych krajach (poza anglosaskimi). W niektórych krajach w przeszłości – a zdarza się to także w dzisiejszych czasach – w imię patriotyzmu i suwerenności gospodarczej prowadzono nawet bojkoty ekonomiczne „nie swoich” towarów. Warunkami wspierania „swoich” zawsze były natomiast zgoda społeczna, wzajemne zaufanie i lojalność. Te cnoty są szczególnie charakterystyczne dla narodów Azji Południowo-Wschodniej; rzeczą dla nas do dziś niepojętą jest np. to, że w latach 70. i 80. ubiegłego wieku odwoływano się tam – bardzo skutecznie! – do przedsiębiorców, by rezygnowali z maksymalizacji zysku na rzecz maksymalizacji eksportu dla dobra całego kraju. W Polsce właśnie tego typu postaw wciąż brakuje, aczkolwiek – jak mówią badacze opinii – sytuacja się poprawia: przybywa patriotycznie zorientowanych przedsiębiorców, a także konsumentów skłonnych do pewnego poświęcenia się na rzecz wyboru polskich produktów. Jednakże daleko nam do giganta – Korei Południowej, która od zarania swego ekonomicznego sukcesu nie stroni od apeli moralnych do narodu o działanie dla dobra wspólnego.

Dzisiejszy kłopot Polski i Polaków polega na olbrzymiej dezorientacji konsumentów; aby móc wybierać to, co polskie, trzeba wiedzieć, co jest polskie. Tymczasem struktura własnościowa działających na polskim rynku wytwórców nie jest dostatecznie jasna, trudne jest zwłaszcza zdefiniowanie tego – od zwykłych towarów po wielkie instytucje finansowe – co rzeczywiście można zakwalifikować jako polskie. Tak więc ci wszyscy, którzy zastanawiają się nad patriotyzmem gospodarczym i chcieliby go praktykować, stoją przed licznymi dylematami. Czy patriotycznie jest kupować w zagranicznej sieci handlowej, ponieważ reklamuje się ona kilkoma polskimi produktami? Czy raczej kupować w małym polskim sklepiku, który oferuje prawie wyłącznie zagraniczne produkty? A może bojkotować tych zagranicznych pracodawców, którzy źle traktują polskich pracowników? Może korzystać z usług polskich banków, których jest już nieco więcej? Te i podobne pytania pozostają jak dotąd bez klarownej odpowiedzi.

Najwyższy czas na przebudzenie

Mieliśmy w Polsce wspaniałe przykłady stosowania patriotyzmu gospodarczego z elementami bojkotu, zwłaszcza w okresie zaborów, co stworzyło żyzne podglebie dla niepodległości. Dziś o tym chętnie zapominamy. Z euforią, niczym stado baranów, przyjmujemy za swoje kolejne supermarkety, kolejne superpromocje, nawet gdy w małych miejscowościach – co każdy może zauważyć gołym okiem – prowadzi to do zamierania rodzimych sklepów i miejscowej produkcji.

Trudno dziś w Polsce marzyć o takiej konkretnej solidarności obywatelskiej, jaka od dawna ma miejsce w innych krajach i jest podstawą ich sukcesu. Gdy w pewnej niewielkiej miejscowości w Norwegii zainstalował się niemiecki hipermarket, tamtejsza społeczność pozostała wierna temu rodzimemu, choć był usytuowany dalej. W konsekwencji obcy przybysze musieli zrezygnować z handlowej ekspansji. Wydaje się, że w dzisiejszej Polsce byłoby to zupełnie niemożliwe, mimo że, jak wynika z badań opinii, Polacy zdecydowanie preferują produkty polskie, zwłaszcza żywność. W praktyce te deklaracje są raczej gołosłowne. Polacy chętnie kupują zagraniczne produkty, choć w wersji przeznaczonej na polski rynek są one znacznie gorsze od oryginałów (np. kawa, proszki do prania, ubrania). Polscy konsumenci nie protestują, pokornie lub z lenistwa godzą się na gorsze traktowanie. A z polskiej niemal nieograniczonej konsumpcji większe zyski czerpią zagraniczne gospodarki niż polska.

Polski patriotyzm gospodarczy bardzo powoli budzi się z głębokiego i długiego snu – powstają już powoli rozmaite inicjatywy i akcje społeczne promujące pożądane postawy konsumenckie. Jest nadzieja, że trafią na podatny grunt, ponieważ Polacy z natury są przecież dumnymi patriotami. Niełatwe jest popularyzowanie patriotyzmu gospodarczego w sytuacji, gdy gospodarka w ogromnej większości znajduje się w zagranicznych rękach, trzeba jednak podejmować wszelkie możliwe działania w tym kierunku, choćby to miała być najdłuższa wojna współczesnej Europy. Warto dziś naśladować twórców polskiej niepodległości sprzed stu lat. To wcale nie trąci myszką.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Nieznane życie Jacka Gmocha

2018-02-07 10:50

Z Jackiem Gmochem rozmawia Krzysztof Tadej
Niedziela Ogólnopolska 6/2018, str. 44-46

Jacek Gmoch to jeden z najbardziej znanych polskich trenerów. Był selekcjonerem polskiej reprezentacji w piłce nożnej. W 1978 r. zdobył z drużyną 5. miejsce podczas mistrzostw świata w Argentynie. Jego życie to gotowy scenariusz na film. W czasie II wojny światowej były dni, gdy głodował. W czasach PRL-u ścigano go listem gończym. Był krytykowany za przyjaźń z księżmi, nazywanymi „wrogami Polski Ludowej”. Po wprowadzeniu stanu wojennego pomagał wielu Polakom, którzy wyemigrowali do Grecji. Karierę piłkarską zaczynał jako zawodnik Znicza Pruszków, później grał w warszawskiej Legii. W reprezentacji Polski rozegrał 32 spotkania. W 1971 r. został współpracownikiem legendarnego trenera reprezentacji narodowej – Kazimierza Górskiego. Stworzył „bank informacji” i był prekursorem badań naukowych w piłce nożnej. W tym czasie reprezentacja pod wodzą Górskiego zdobyła złoty medal olimpijski w Monachium w 1972 r. i 3. miejsce na mistrzostwach świata w RFN w 1974 r. Gmoch trenował wiele klubów piłkarskich, m.in.: słynny Panathinaikos AO, AEK Ateny i Olympiakos SFP. W 2010 r. został uznany za jednego z pięciu najlepszych trenerów w historii greckiej ligi piłkarskiej. Od 1993 r. jest prezesem Grecko-Polskiego Związku Przyjaźni i Współpracy. Należy do najbardziej znanych ekspertów i komentatorów sportowych. Słynie z poczucia humoru. W ekskluzywnym wywiadzie dla tygodnika „Niedziela” opowiada o ważnych momentach swojego życia, swojej wierze i o tym, co w życiu jest najważniejsze. Z Jackiem Gmochem – słynnym trenerem, ekspertem i komentatorem sportowym – rozmawia Krzysztof Tadej, dziennikarz TVP

Krzysztof Tadej
Jacek Gmoch – jeden z najsłynniejszych polskich trenerów piłki nożnej

KRZYSZTOF TADEJ: – Pańskie motto życiowe to...

JACEK GMOCH: – Słowa jednego z filozofów: „Pracuj tak, jakbyś miał żyć 200 lat, ale żyj tak, jakbyś miał za chwilę umrzeć”. Dokładnie tak staram się postępować każdego dnia. Pomagają mi w tym rodzina i przyjaciele. Powiem więcej: gdyby nie oni, to nic bym w życiu nie osiągnął.

– Kiedy rozmawialiśmy w 2012 r., powiedział Pan: „Nie napisałem jeszcze autobiografii, bo wydaje mi się, że jeszcze mam tyle do zrobienia... I tyle lat przed sobą. A jak podsumowuje się życie, to powoli trzeba myśleć o odejściu z tego świata”. W maju ma ukazać się Pańska książka. Zmienił Pan zdanie?

– Pan Bóg ostrzegł, że życie nie będzie trwało w nieskończoność. W ostatnich dwóch latach miałem poważne kłopoty zdrowotne. Muszę zacząć myśleć, żeby coś po sobie pozostawić. Zdecydowałem się napisać o pięknych i trudnych chwilach. Ale z miłością, bez złośliwości, oskarżeń i pretensji. Zapisałem to, co piękne. Dlatego w naszej rozmowie nie chcę mówić o bolesnych sprawach. Dzisiaj jestem szczęśliwym mężem, ojcem i dziadkiem. I cały czas człowiekiem zwariowanym na punkcie piłki nożnej!

– „Jacek Gmoch to słynny trener kat”. Zgadza się Pan z tym stwierdzeniem?

– No nie, to przesada! Nie mogę przecież odbierać tego tytułu trenerowi siatkarzy Hubertowi Wagnerowi! (śmiech). On był prekursorem w wyciskaniu z ludzi tego, co najlepsze! Ale rzeczywiście, tak o mnie pisano.

– Przeraźliwie krzyczał Pan w szatni?

– W szatni trzeba nie tylko krzyczeć, ale też potrząsnąć zawodnikami. Piłkarze to ludzie, którzy są na wojnie. W szatni trener ma ich podnieść na duchu, wzmocnić psychicznie, wskazać cel. A w przerwie mówić: tu zagraliśmy paskudnie, a tam rewelacyjnie. I wytłumaczyć, co robić dalej. Prosto, dosadnie. Jeśli trener tego nie zrobi, to nie będzie miał dobrych wyników. Trener musi mieć charyzmę. Jeśli jej nie ma, to wie pan do czego się nadaje?! Najwyżej do robienia kiełbasek na grillu!
Trener musi mieć wizję, strategię. Przed meczem wszystko tłumaczy i każdy wie, za co jest odpowiedzialny. Tak tworzy się zespół. Jeśli tego nie ma, to 11 facetów bez sensu biega po boisku.
Trener ma też motywować. Nastawienie psychiczne do meczu często decyduje o wyniku. Piłkę nożną można opisać jako zbiór kilku elementów. Technika, cechy motoryczne zawodnika, taktyka, psychologia... Dzisiaj psychologia ma decydujące znaczenie, bo dobre drużyny są porównywalne – są świetnie wyszkolone technicznie, mają znakomicie przygotowaną taktykę. Największe rezerwy tkwią w psychice. Kto lepiej przygotuje psychicznie drużynę do meczu, ten wygrywa.

– Pańska kariera sportowa rozpoczęła się od piłki nożnej i koszykówki. Ale mało brakowało, żeby tak się nie stało, bo Pański tata nie był tym zachwycony.

– To dyplomatyczne stwierdzenie. Ojciec stanowczo zabronił mnie i mojemu bratu grania w piłkę. Nauka musiała być na pierwszym miejscu. Mówił: „Skończcie studia i nie zawracajcie sobie głowy sportem”.

Szczególnie nie chciał, żebyśmy grali w piłkę nożną, choć sam był piłkarzem. Może dlatego, że w tamtych czasach śmiano się z piłkarzy? „Człowieczek z krzywymi nogami”, „odrzut człowieczy” – to były najłagodniejsze określenia, które pamiętam. Pomimo tego od najmłodszych lat z moim bratem Andrzejem uprawialiśmy różne dyscypliny. Muszę podkreślić, że dzięki niemu osiągnąłem znaczące sukcesy w sporcie. A to dlatego, że się biliśmy.

– Bił się Pan z bratem?

– Wielokrotnie. Był moim idolem – starszy ode mnie, niezwykle wysportowany, waleczny, zwinny. Chciałem mu dorównać. Jak walczyliśmy, to nieraz u cioci spadał żyrandol. Kończyło się nieszczególnie, bo dostawaliśmy baty od ojca.

– W tym okresie myślał Pan, żeby zostać księdzem?

– Byłem ministrantem w kościele św. Kazimierza w Pruszkowie. O takich planach mówiło się wśród moich bliskich. To było ogromne marzenie mojej cioci, Flory Paczowskiej. Czuła się odpowiedzialna za podtrzymywanie w rodzinie wiary katolickiej. Wspaniała, dobra, ale wymagająca. Z ciocią Florą nie było żartów. Mieszkała naprzeciwko kościoła i była bystrą obserwatorką. Jak ktoś nie przychodził na niedzielną Mszę św. lub stał gdzieś z tyłu, na schodach, to od razu obrywało się rodzicom. Mnie bardzo lubiła i nawet kupiła mi komżę. Ale i to nie pomogło.

– Dlaczego? Nie czuł Pan powołania?

– Ministrantem byłem ponad dwa lata. Ale kiedyś z kolegami, też ministrantami, graliśmy w podziemiach kościoła w ping-ponga. I spóźniliśmy się na Mszę św. Później proboszcz za karę zaczął nas przepytywać z różnych modlitw, kazał je recytować po łacinie. Niestety, jak doszliśmy do Credo, to od połowy mógł usłyszeć tylko nasze mruczando... (śmiech).

– I wybrał Pan sport.

– Grałem w piłkę nożną, ale równolegle studiowałem na Politechnice Warszawskiej. Jestem absolwentem tej uczelni – magistrem inżynierem budowy dróg i mostów. Później przez 10 lat pracowałem naukowo, a w 1975 r. ukończyłem AWF ze specjalnością piłka nożna.

– Był Pan znakomitym zawodnikiem Legii Warszawa, rozegrał Pan też 32 spotkania w reprezentacji Polski. Aż przyszedł pechowy mecz 17 sierpnia 1968 r.

– Dramatyczne wydarzenie, które wpłynęło na całe moje życie. Grałem w meczu Kadry PZPN z „Expressem”. Spotkanie zorganizowali dziennikarze niezwykle popularnej gazety – „Expressu Wieczornego”. Na stadion przyszło ponad 30 tys. widzów. Niestety, bramkarz swoją niefortunną interwencją złamał mi nogę. Trafiłem do szpitala z wielostopniowym złamaniem. Groziło mi kalectwo. Walczyłem o powrót na boisko. Przez pół roku ciężko pracowałem, żeby odzyskać sprawność. Ale mogłem wytrzymać tylko połowę meczu, a potem noga puchła... Okazało się, że w wieku 28 lat muszę zakończyć karierę piłkarską. Do dzisiaj zresztą trochę kuleję.

– I wtedy odczuł Pan, że nie jest już potrzebny drużynie?

– To przykre, wolę mówić o tym, co zdarzyło się dobrego. W szpitalu odwiedzili mnie ks. kan. Witold Jaworski i ks. inf. Józef Wójcik. Chcieli podnieść mnie na duchu i to im się udało. Muszę przyznać, że w kolejnych latach to oni wpływali na moje życie. Z Witkiem Jaworskim byłem zaprzyjaźniony od małego. Wierny przyjaciel, nigdy mnie nie zawiódł. Traktuję go jak drugiego brata. Zna moje dobre i złe strony. Jest powiernikiem tajemnic całej mojej rodziny.

– Drugim wspomnianym przez Pana księdzem był legendarny kapłan diecezji radomskiej ks. inf. Józef Wójcik. O nim kard. Karol Wojtyła powiedział, że był uważany za „wroga nr 1 Polski Ludowej”. 9 razy wsadzano go do więzienia, usłyszał 18 wyroków.

– Poza tym w 1972 r. wykradł kopię obrazu Matki Bożej z Jasnej Góry! Wcześniej obraz wędrował po Polsce, co denerwowało władze. Zatrzymano go, przewieziono do klasztoru, a ludzie modlili się przed pustą ramą. Jak nastąpiła odwilż za Gierka, ks. Józef zorganizował potajemne wywiezienie obrazu, żeby wrócił na szlak modlitewny. Mocno ryzykował. Opowiadał mi kiedyś, jak pojechał do kard. Wyszyńskiego. W tajemnicy powiedział o tym pomyśle, ale Prymas nie był zachwycony. Mogło się to różnie skończyć. Jednak się udało.
Od pierwszego spotkania zaimponował mi głęboką wiarą. Zobaczyłem człowieka, który nie chciał nic dla siebie, a dużo dawał innym. Dla mnie był przykładem, jak postępować. Ludzie się do niego garnęli. Miał w sobie jakąś moc, gdy przekazywał innym wiarę. Szybko się zaprzyjaźniliśmy.

– Pan, mimo że jest osobą tak znaną, nie ukrywał, że jest katolikiem.

– Nigdy nie wstydziłem się wiary i mówienia o Panu Bogu. Jestem wierzący, tak jak cała moja rodzina. Miałem różne okresy w życiu. Do pewnych wniosków trzeba dojrzeć. Na początku przyjmuje się to, co mówią rodzice, katecheci. Potem pojawiają się pytania, wątpliwości. To normalne, bo pytania pozwalają dojść do zrozumienia. A potem, gdy człowiek się zastanowi i dokona wyboru, to wierzy się w pełni świadomie. Dziękuję Bogu, że mogłem w swoim życiu poznać księży, którzy byli dla mnie wzorem wyznawania wiary. To np. kard. John Krol z USA, kard. Józef Glemp czy wspomniani ks. Witold Jaworski i ks. Józef Wójcik.

– W związku ze spotkaniami z ks. Wójcikiem miał Pan też trochę kłopotów.

– Cały czas byliśmy ze sobą w kontakcie. Bywał u mnie w domu, a ja nieraz jeździłem do niego, do Suchedniowa. Tam, w kościele, często razem modliliśmy się w kaplicy św. Jacka. Pamiętam, gdy byłem trenerem reprezentacji Polski, poprosił mnie, żebym przyjechał i zobaczył miejscową drużynę. Popatrzyłem, przekazałem uwagi, potem zjedliśmy obiad i było bardzo sympatycznie. Jak wróciłem do Warszawy, od razu wezwali mnie do Komitetu Centralnego. Partia miała pretensje o to, że zadaję się z takim wywrotowcem, który bez przerwy walczy z komuną. Oczywiście, przyjaźń trwała dalej. Ks. Józef zapraszał mnie na uroczystości kościelne i jak tylko miałem czas, to jechałem. Gościłem go w Atenach, w swoim domu, gdy w 2004 r. razem z ks. Edwardem Pleniem był kapelanem naszych olimpijczyków.

– Wspomniał Pan o stolicy Grecji. Tam ma Pan drugi dom?

– Mniej więcej połowę roku mieszkamy z żoną w Grecji, a połowę w Polsce.

– Gdy w sierpniu 1978 r. przestał Pan być trenerem reprezentacji, wyjechał Pan trenować norweską drużynę Skeid do Oslo, a rok później rozpoczął Pan karierę trenerską w Grecji. Dlaczego? Nie było dla Pana pracy w polskich klubach?

– Z ogromnego sukcesu, jakim było zajęcie 5. miejsca podczas mistrzostw świata w Argentynie, niektórzy chcieli zrobić porażkę. Wyjechałem z kraju. Potem jeszcze chciano zrobić ze mnie złodzieja i byłem poszukiwany listem gończym. O tym szczegółowo opowiem w swojej książce.

– Nieznanym wątkiem w Pańskim życiorysie jest pomoc, której udzielał Pan w Grecji Polakom, np. tym, którzy emigrowali z kraju po wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 r.

– Ludzie przyjeżdżali z nadzieją na lepsze życie. W Polsce byli prześladowani, niektórzy nie mieli pracy. Każdy wyjazd to była dramatyczna decyzja. Starałem się pomagać, na ile mogłem. Bardzo rzadko o tym mówię, bo uważam, że pomaganie komuś w potrzebie powinno być czymś oczywistym, normalnym. Nasze życie jest jak piasek, który się przesypuje przez palce, i zostaje tylko to, co ważne. A ważne jest dobro czynione dla innych. Wiele razy za to dostałem po głowie. Na 10 przypadków nieraz i 9 razy się zawiodłem. Ale zawsze był ten jeden, który zachowywał się przyzwoicie. Ktoś, kto podziękował i powiedział, że zmieniłem jego życie.

– To prawda, że jeździł Pan do Polaków na lotnisko i prosił urzędników na lotnisku, żeby ich nie deportować?

– Ile nocy wtedy nie przespałem! Samolot z Warszawy do Aten lądował o godz. 2 w nocy. Nasi rodacy mieli wykupiony bilet tylko w jedną stronę i marzyli, żeby zostać w Grecji. Na lotnisku byli zatrzymywani i przygotowywani do deportacji. Mieli być odsyłani do kraju rano, o godz. 6, węgierskimi liniami. Niektórzy chwytali się ostatniej deski ratunku i twierdzili, że są z mojej rodziny. Mówili tak do urzędników na lotnisku – którzy w większości byli kibicami mojej ówczesnej drużyny, Panathinaikosu. Dlatego dzwoniono do mnie w środku nocy i mówiono, że ktoś twierdzi, iż jest moim kuzynem. Pytali, czy go odesłać do kraju. Prosiłem, żeby poczekali. Jechałem szybko na lotnisko i spotykałem się z kimś, kogo pierwszy raz widziałem na oczy. Ale prosiłem, żeby pozwolili mu zostać w Grecji. Zostawiali.

– Ratował Pan też ludzi zabieranych z ulicy.

– Greckie władze często organizowały naloty na nielegalnych imigrantów. Zabierali też Polaków. Interweniowałem. Pamiętam, jak kiedyś żona nauczyciela informatyki z polskiej szkoły wyszła na chwilę na zakupy. Nie miała przy sobie dokumentów. Zgarnięto ją z ulicy mimo protestów, bo zostawiła w domu dwoje dzieci. Gdy się o tym dowiedziałem, natychmiast zadzwoniłem do ministra spraw wewnętrznych. „Co się dzieje? Dlaczego z ulic zabieracie Polaków?” – zapytałem. Pani została szybko wypuszczona.

– Zaangażował się Pan również w pomoc dla polskiej szkoły w Atenach.

– Przez Grecję w okresie stanu wojennego przewinęło się ponad pół miliona Polaków. Władze Grecji zachowywały się bardzo przyzwoicie – przymykały oko na to, że Polacy pracują na czarno, że mają problem z dokumentami. Szybko powstał problem braku szkoły, bo przecież do Grecji przyjeżdżały całe rodziny.

– Grecki Kościół katolicki w 1985 r. oddał do dyspozycji Polaków jedną ze swoich sal, w której rozpoczęto naukę polskich dzieci, ale dość szybko działalność zawieszono.

– Szkoła powstała dopiero w 1988 r., z inicjatywy jezuity ks. Stanisława Mola. Zwrócił się do mnie, czy mogę pomóc. Natychmiast, wraz z innymi Polakami, zaczęliśmy organizować ławki, pomoce naukowe, piłki. Dawaliśmy wszystko – swój czas, swoją pracę, pieniądze. Podkreślam, że nie był to tylko mój wysiłek. Pomagało wiele osób, w tym np. znakomity piłkarz Krzysztof Warzycha.
Polska szkoła to jeden z wielu przykładów wzajemnej pomocy i solidarności Polaków. Piękny przykład, o którym się nie pisze, nie mówi. Chcę też zwrócić uwagę na inny pomijany szczegół. Otóż Polacy w Grecji są bardzo szanowani, cenieni. Zapisali się złotymi zgłoskami w historii tego kraju. Mogę podać wiele przykładów. Np. po trzęsieniu ziemi w 1986 r. w Kalamacie to właśnie Polacy ją odbudowali. To, jakim uznaniem się cieszymy, najlepiej wyczuła pani prezydentowa Agata Kornhauser-Duda – podczas ostatniej oficjalnej wizyty prezydenta w Grecji powiedziała do mojej żony, że nigdzie za granicą nie spotkała się z tak wielką serdecznością i szacunkiem. Te słowa są najpiękniejszym podziękowaniem dla mnie i dla wielu Polaków, którzy przez lata czynili wszystko, by rozwijać przyjaźń między Polską a Grecją.

– Wspomniał Pan o żonie...

– Stefania, mój anioł. Moja wielka miłość. Święta kobieta. No bo jak można było tyle lat ze mną wytrzymać? Chyba trzeba ją zaliczyć do męczenników (śmiech). Poznałem żonę na Politechnice Warszawskiej. Nie jest związana ze sportem. Nie chciałem mieć sportsmenki, w domu ważna jest normalność. Wspólnie przyjęliśmy zasadę, że po meczu nie rozmawiamy o meczu. Nieraz się nie udawało. Włączałem telewizor, oglądałem relacje. Często w kuchni zaczynałem opowiadać o swoich ideach, o meczach, o piłkarzach. Ale przyszedł moment, że powiedziała: „Mam już dość piłki!”. Musiałem kupić drugi telewizor...

– A Pański syn?

– Paweł został biznesmenem. Do dzisiaj ma pretensje, że nie został piłkarzem. Mówię mu: „Gdybyś był piłkarzem, to jedna kontuzja i już po tobie. W innych dziedzinach jest większa szansa na sukces”. Nie wiem, czy go przekonałem. Mam też troje wspaniałych wnuków, na szczęście też nie grają w piłkę. Jestem szczęśliwym człowiekiem. I o tych szczęśliwych chwilach opowiem w mojej książce. M.in. o jednym z najważniejszych dla mnie spotkań – z Janem Pawłem II, u którego byłem na śniadaniu. Zapraszam czytelników „Niedzieli” do lektury!

***

KONKURS DLA CZYTELNIKÓW „NIEDZIELI”

Nagroda: ZDJĘCIE JACKA GMOCHA Z AUTOGRAFEM

Jacek Gmoch nie tylko podzielił się z Czytelnikami „Niedzieli” nieznanymi informacjami o swoim życiu, ale też podarował swoje fotografie opatrzone autografem. Rozlosujemy je wśród osób, które prawidłowo odpowiedzą na następujące pytania:

1. Absolwentem której uczelni jest Jacek Gmoch?

2. Proszę wymienić dwóch kapłanów zaprzyjaźnionych z Jackiem Gmochem.

3. W którym kraju Jacek Gmoch zaangażował się w pomoc Polakom?

Odpowiedzi należy nadesłać do 4 marca 2018 r. pod adresem: Redakcja Tygodnika Katolickiego „Niedziela”, ul. 3 Maja 12, 42-200 Częstochowa.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Dlaczego warto być teologiem? – spotkanie członów PTT w Częstochowie

2018-02-23 22:13

Ks. Mariusz Frukacz

Dlaczego warto być teologiem dzisiaj, co dalej z teologią, teologia naukowa czy kościelna? – te pytania były przedmiotem naukowej refleksji członków Częstochowskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Teologicznego. Teologowie spotkali się wieczorem 23 lutego w auli św. Jadwigi w Wyższym Seminarium Duchownym w Częstochowie.

Bożena Sztajner/Niedziela
Wyższe Seminarium Duchowne w Częstochowie

W spotkaniu wzięli udział członkowie Częstochowskiego Oddziału PTT na czele z ks. dr hab. Pawłem Maciaszkiem kierownikiem PTT Oddziału w Częstochowie oraz klerycy Wyższego Seminarium Duchownego Diecezji Sosnowieckiej, klerycy Wyższego Seminarium Duchownego Archidiecezji Częstochowskiej i studenci Wyższego Instytutu Teologicznego w Częstochowie. Punktem wyjścia do dyskusji był referat ks. prof. dra hab. Marka Skierkowskiego z Uniwersytetu Kard. Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.

Rozpoczynając spotkanie ks. dr hab. Paweł Maciaszek podkreślił jak ważny w teologii jest „trud przemyślenia wielkich prawd wiary w obrębie zmieniającej się kultury”.

Następnie prelegent odwołując się m. in. do konstytucji apostolskiej papieża Franciszka o kościelnych studiach akademickich „Veritatis gaudium” wskazał jak ważne jest przezwyciężenie rozdarcia teologii i troski pastoralnej i podkreślił za papieżem Franciszkiem, że „teologia powinna być wprowadzeniem duchowym, intelektualnym i egzystencjalnym w serce kerygmatu, powinna urzeczywistniać się w dialogu, powinna zwracać uwagę na interdyscyplinarność i transdyscyplinarność oraz winna spełniać swoja funkcję w obrębie instytucji”.

Ks. prof. Marek Skierkowski przypomniał również, że teologia to wiara poszukująca zrozumienia. – Teologia wypełnia końcowe zadanie myśli filozoficznej – cytował prelegent kard. Józefa Ratzingera i dodał za teologiem Karlem Rahnerem, że „słowo Bóg stanowi ostatnie słowo poprzedzające całkowite milczenie”.

Mówiąc o konieczności teologii ks. Skierkowski podkreślił, że „całe posłannictwo Kościoła przeniknięte jest teologią” – Człowiek ma prawo zachwycić się Bożym Objawieniem – powtórzył prelegent za teologiem szwajcarskim Hansem Ursem von Balthasarem.

Teolog z UKSW wskazał również na integralną metodę teologiczną składająca się z pięciu komponentów: filozoficzno-antropologicznego, pozytywno-hermeneutycznego, konstruktywno-systematycznego, praktyczno-dialogicznego i modlitewno-mistycznego.

- W palecie różnych nauk teologia jest niezbędna. Każdy teolog musi być eklezjalny – przypomniał prelegent i dodał: „Od teologii zależy los człowieka. Istnieje też ścisły związek teologii naukowej z teologią ewangelizacyjną”.

W dyskusji po referacie ks. dr Franciszek Dylus wskazując na możliwość poznania Boga przypomniał, że „teologia zaczyna się od Jezusa Chrystusa” i dodał za Pascalem: „Nie tylko nie znamy Boga inaczej niż przez Chrystusa, ale i siebie samych znamy jedynie przez Chrystusa; znamy życie i śmierć jedynie przez Chrystusa. Poza Chrystusem nie wiemy, ani co to nasze życie, ani śmierć, ani Bóg, ani my.”

Natomiast ks. dr Jarosław Grabowski podkreślił, że „teologia powinna służyć wspólnocie Kościoła, bo ona wyjaśnia prawdy wiary”.

Oddział Częstochowski Polskiego Towarzystwa Teologicznego istnieje od 1997 roku. Skupia duchownych i świeckich, wykładowców Wyższego Seminarium Duchownego i Instytutu Teologicznego w Częstochowie, duszpasterzy parafialnych, katechetów oraz inne osoby świeckie zaangażowane w życie Kościoła i zainteresowane szeroko pojętą problematyką teologiczną. Oddział w Częstochowie organizuje okolicznościowe sesje naukowe oraz spotkania w trzech sekcjach tematycznych: Sekcji Biblijnej , Sekcji Teologii Systematycznej i Sekcji Teologii Praktycznej. Do ważnych przedsięwzięć podejmowanych przez PTT w Częstochowie należą organizowane w listopadzie tzw. "Zaduszki Teologiczne", które są poświęcone pamięci zmarłych teologów. Materiały z organizowanych przez oddział częstochowski sesji naukowych i innych spotkań publikowane są regularnie na łamach "Częstochowskich Studiów Teologicznych".

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem