Reklama

Kasowanie rolnictwa

2015-02-17 13:55

Z Jerzym Chróścikowskim rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 8/2015, str. 36-37

Dominik Różański
Jerzy Chróścikowski

O niepewnej przyszłości polskiej ziemi i niszczeniu rodzinnych gospodarstw z Jerzym Chróścikowskim rozmawia Wiesława Lewandowska

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Rolnicy w Polsce są grupą społeczną chyba wciąż niezadowoloną. Ostatnio wyjątkowo ostro dają temu wyraz, od początku roku protestują wszystkie opozycyjne organizacje i związki rolnicze. Dlaczego właśnie teraz?

JERZY CHRÓŚCIKOWSKI: – Zmusza nas do tego – proszę wierzyć – widmo biedy, znaczące pogorszenie się sytuacji gospodarstw rolnych w 2014 r. Nagromadziło się już zbyt wiele niezałatwionych spraw, niespełnionych obietnic. Mijają dwa lata od podpisanych w roku 2013 porozumień z rządem – po ówczesnych protestach dotyczących sprzedaży ziemi – i niestety do dziś nie mamy ustawowej regulacji obrotu ziemią. Nasz związek nieustannie domaga się tego, a rząd milczy.

– Prawdę mówiąc, Panie Przewodniczący, reszta społeczeństwa trochę się tym obecnym protestom rolników dziwi, ponieważ panuje opinia, że rolnikom od czasu wstąpienia Polski do Unii wiedzie się nie najgorzej. Naprawdę można mówić dziś o biedzie na polskiej wsi?

– Tak, dlatego, że wiele gospodarstw rolnych znalazło się dziś w bardzo trudnej sytuacji, a przyszłość polskiego rolnictwa rysuje się bardzo niejasno. Proszę pamiętać, że polscy rolnicy otrzymują niższe dopłaty niż rolnicy z Niemiec, Francji, Danii i innych państw starej piętnastki. W większości rolnicy zaciągają kredyty na nowe traktory, sprzęt rolniczy, zakup ziemi czy inne inwestycje. Te kredyty muszą spłacać, co przy tak nieustabilizowanej sytuacji w rolnictwie jest bardzo trudne. Dodatkowo ceny środków ochrony roślin, nawozów stale rosną, a ceny produktów rolnych są na tym samym poziomie od kilku lat.

– Minister rolnictwa zapewnia, że polskie rolnictwo jest w stanie kwitnącym, gotowe niemal wyżywić całą Europę...

– Minister wiele mówi, lecz nie rozwiązuje nabrzmiałych problemów. Gdy wiosną ubiegłego roku wystąpiła plaga afrykańskiego pomoru świń, hodowcy trzody ponieśli ogromne straty; spadające ceny wieprzowiny powodują teraz bankructwa wyspecjalizowanych gospodarstw. Dziś produkcja polskiej wieprzowiny jest już o prawie połowę mniejsza niż w roku 2007. Nie eksportujemy już więc, lecz importujemy mięso wieprzowe z Europy Zachodniej. Doszło już do tego, że zagraniczne koncerny, którym w Polsce wiedzie się znakomicie, sprowadzają warchlaki np. z Danii...

– To brzmi kabaretowo!

– Sprawa jest naprawdę poważna. Brak odpowiednich działań zaradczych ze strony rządu powoduje, że polscy rolnicy likwidują produkcję tuczników, zostawiając pole do jej rozwoju innym krajom; w ubiegłym roku wyraźny wzrost odnotowały Niemcy. Jeśli ten nasz liberalny rząd będzie nadal prowadził tę swoją „europejską” politykę, to staniemy się wyłącznie konsumentami śmieciowej żywności z całego świata. Nasze rolnictwo wymaga systemowych rozwiązań. Mamy dobrą, zdrową żywność. Jesteśmy w stanie konkurować na rynku europejskim, ale polski rząd musi pomóc rolnikom, musi bronić naszych interesów, naszej produkcji na forum Parlamentu Europejskiego, tak jak to robią rządy innych krajów członkowskich.

– Polscy rolnicy dostają tzw. dopłaty z Unii Europejskiej, dostają też rekompensaty z tytułu utraconej produkcji i mimo to wpadają w długi, ubożeją?

– No właśnie, ciągle powtarzamy, że rolnicy mają ogromne długi. Rzeczywiście, jeszcze jakoś udaje im się wiązać koniec z końcem, bo ciągle przestawiają się na jakiś inny rodzaj produkcji – ze zwierzęcej na roślinną... aż do spadku cen zbóż i braku zbytu na zboża paszowe (bo ograniczona jest hodowla trzody)... Polskie rolnictwo zatacza dziś błędne koło. Poważne problemy mają już niemal wszyscy rolnicy. Spada opłacalność produkcji rolnej.

– To jest rynek, mówią liberałowie.

– Chyba tylko polscy „liberałowie” z rządu PO-PSL. Inne państwa potrafią rozwiązywać tego rodzaju problemy w interesie swoich rolników. W Polsce pilnie potrzebna jest świadoma polityka rolna kreowana przez państwo, a polski rząd powinien stawać na forum UE w obronie polskiego rolnictwa, tak jak robią to Francuzi, Niemcy, Duńczycy i chyba wszyscy inni poza Polską... Polski rząd zachowuje się dziś, jakby nie rozumiał, co się dzieje, jakby nie wiedział, o co tak naprawdę walczą rolnicy.

– O co walczą?

– Walczą o swoje miejsca pracy i o dobro kraju. Zobaczmy, co się dzieje w innych dziedzinach gospodarki, mamy zniszczony polski przemysł, sprzedajemy nasz majątek narodowy, obcy kapitał przejmuje naszą gospodarkę. A Polacy wyjeżdżają do pracy za granicę. Nie możemy na to pozwolić. Musimy dbać o polskie rolnictwo, o samowystarczalność żywnościową, a więc o bezpieczeństwo żywnościowe całego naszego społeczeństwa. Dla dobra nas wszystkich musimy utrzymywać produkcję rolną. To jest kapitał nasz, naszych dzieci i przyszłych pokoleń. Jeśli upadną pełniące dziś również funkcję socjalną gospodarstwa rodzinne, to może się wkrótce pojawić kolejny milion bezrobotnych na garnuszku opieki społecznej. Dzisiaj wieś jest jeszcze buforem stabilizującym bezrobocie.

– Co można zrobić, aby nim pozostała?

– Wystarczy kilka prostych rozwiązań. Od dwóch kadencji Sejmu nawołujemy do stworzenia ram prawnych do tzw. sprzedaży bezpośredniej produktów rolnych, która z pewnością wszystkich by ucieszyła.

– Dlaczego nie można do tego doprowadzić? Tak wiele mówi się przecież o produktach regionalnych, które powinny być sprzedawane przede wszystkim w miejscu ich wytworzenia...

– Pan minister rolnictwa tłumaczy, że to pan minister zdrowia nie wyraża tu zgody. Nie wyraża jej również minister finansów, jako że trzeba by tę działalność wyłączyć od opodatkowania (z uwagi na płacony już podatek rolny). Naprawdę trudno zrozumieć, że w Polsce niemożliwe jest to, co w innych krajach sprawdza się od dawna. Możliwość bezpośredniej sprzedaży byłaby korzystna dla wszystkich, nie tylko dla rolników.

– Jednak to rolnikom zarzuca się, że myślą przede wszystkim o swoich korzyściach...

– Bo domagają się rekompensat za niezawinione straty? Bo nie mogą wydobyć od upadających firm należności za sprzedane im mięso, zboże, mleko? Minister rolnictwa tworzy jakoby tzw. fundusz stabilizacyjny (100 mln zł rocznie), który już z założenia nie pokryje strat ponoszonych przez rolników. Tego Funduszu jeszcze nie ma, tymczasem namawia się nas do zaciągania kredytów... Minister Sawicki wiele obiecuje, ale niewiele realizuje, bo nie może. Dlatego żądamy spotkania z panią premier.

– Wierzy Pan w moc sprawczą pani premier?

– Szczerze powiedziawszy, nie bardzo. Chcemy jednak, żeby nam odpowiedziała na kilka fundamentalnych dla polskiego rolnictwa pytań. Czy będzie ustawa o obrocie ziemią, która regulowałaby odpowiednio ustrój rolny? Czy będzie sprzedaż bezpośrednia? Czy będą pakietowe ubezpieczenia rolnicze, o których mówimy już od wielu lat? Czy będzie przychylna rolnictwu ustawa o funduszu stabilizacyjnym?

– Naprawdę liczy Pan na konkretne odpowiedzi?

– Jak na razie pani premier nie wyraża specjalnej ochoty na rozmowę. Obawiam się, że nawet jeśli do niej dojdzie, to skończy się na deklaracjach i żadne decyzje nie zapadną, a rolnictwo nadal będzie się – w sposób mniej lub bardziej widoczny – pogrążać.

– Rolnicy mają dziś do rządu pretensje o zbyt ostrą – według nich – politykę wobec Rosji, skutkującą rosyjskim embargiem na polskie produkty rolne. Prawdę powiedziawszy, to dość dziwna postawa.

– Rzeczywiście, słyszy się w mediach tego rodzaju krytyczne głosy rolników. Mają rządowi za złe to, że nie działa on w tej sprawie odpowiednio aktywnie na forum UE. Polscy rolnicy mają prawo oczekiwać od swojego rządu, by ich bronił.

– Może rolnicy niepotrzebnie tak silnie związali swoją przyszłość z rosyjskim rynkiem, który wprawdzie jest chłonny, ale – o czym od zawsze wiadomo – politycznie niepewny?

– Taka była potrzeba chwili, trzeba było wykorzystać szansę. Natomiast nie może być tak, że ogłaszająca sankcje wobec Rosji Unia Europejska nie znajduje możliwości rekompensowania utraconych dochodów. W takiej sytuacji możemy doprowadzić do zniszczenia całej gospodarki, nie tylko polskiej, także europejskiej, ku satysfakcji Rosji. Obowiązkiem UE i polskiego rządu jest znaleźć sposoby rekompensowania utraconych dochodów, co spowodowałoby ustabilizowanie rynku wewnętrznego i utrzymanie opłacalności produkcji rolników i przetwórców.

– Jak widać, krajom zachodnim to się lepiej udaje niż Polsce.

– Stare kraje unijne śmieją się z nas – u nich produkcja rośnie, a u nas spada.

– Będziemy wycinać sady, z których byliśmy tak dumni?

– Mimo wszystko mam nadzieję, że do całkowitej zagłady polskiego sadownictwa nie dojdzie, choć sadownicy dostali mocno po głowie. Wywalczyliśmy tylko częściowe rekompensaty, które nie ustabilizowały rynku, ponieważ ceny jabłek spadły bardzo drastycznie. Nie wiemy, co sadownicy zrobią w przyszłym roku, jeżeli nie pozyskają nowych rynków. Pytanie, czy rząd ma jeszcze jakiś pomysł na rozwiązanie problemu, czy UE zechce pomóc lub nie przeszkadzać?

– Dlaczego rolnicy tak bardzo boją się uwolnienia handlu ziemią w 2016 r.?

– Tego powinni się bać wszyscy Polacy. W majestacie unijnego prawa całkiem dobrowolnie zaczniemy się wkrótce wyzbywać naszej ziemi. Kiedyś, gdy ją nam zabierano siłą, zawsze walczyliśmy o tę swoją ojcowiznę, odbijaliśmy ją też siłą... Jeśli ją teraz sami sprzedamy, tak po prostu, to nie będzie już o co walczyć.

– Teraz walczą jeszcze tylko rolnicy?

– Tak, walczą o rozsądny obrót ziemią, który jest podstawą rozwiązań systemowych dla całej gospodarki kraju, w tym rolnictwa. Problem ziemi był jednym z głównych powodów tworzenia przed laty naszego związku zawodowego. Pojawił się już w 1978 r., gdy Państwowy Fundusz Ziemi zabierał rolnikom ziemię w zamian za renty. Wtedy powstawały komitety obrony, będące zalążkiem przyszłego związku zawodowego rolników. Później stoczyliśmy ogromną bitwę o zarejestrowanie NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”, a w naszym statucie i na sztandarze zostało wypisane, że ziemia to podstawa naszego bytu i suwerenności kraju. Dzisiaj, niestety, musimy to przypominać, musimy walczyć o prawo Polaków do pierwokupu polskiej ziemi.

– Przynależność do Unii Europejskiej wyklucza jednak tego rodzaju przywileje; od 2016 r. także w Polsce ma obowiązywać wolny obrót ziemią. Uważa Pan, że Polska może i powinna zignorować to unijne prawo?

– Prawo unijne mówi wprost, że nie ma żadnego zakazu obrotu ziemią. W przypadku Polski udało się je uchylić na 12 lat, zacznie więc obowiązywać od maja 2016 r. Uważamy, że należy ten termin przesunąć jeszcze o co najmniej 7 lat.

– Dlaczego?

– Dlatego, że Polska nie ma odpowiednich regulacji wewnętrznych, mechanizmów zabezpieczających interes własnych obywateli. Pod tym względem jest dziś w znacznie gorszej sytuacji niż inne kraje europejskie. Wolny obrót ziemią wchodzi w grę tylko pod warunkiem zrównania opłacalności i konkurencyjności polskiego rolnictwa z europejskim. W przeciwnym razie grozi nam masowy wykup gruntów przede wszystkim przez obcy kapitał. Już dziś to obserwujemy. Raport NIK pokazuje, jak bardzo patologiczna jest obecna sytuacja w obrocie ziemią.

– Jak można temu przeciwdziałać?

– Skoro sami tak niewiele możemy – polski rząd nie liczy się dziś z wolą narodu, nie dopuszcza np. możliwości referendum jako argumentu w dyskusjach z UE – to trzeba przynajmniej sprawdzić, jak inne kraje zabezpieczają własną ziemię. Nasz związek już od 20 lat wskazuje na rozwiązanie francuskie, które znalazło dziś pewne odbicie w projekcie ustawy PSL. Organizujemy konferencje, debatujemy, proponujemy rozwiązania, minister się z nami zgadza, ale wreszcie ktoś musi podjąć decyzję! Tymczasem polski rząd mówi: Nie! Oczekujemy na głos pani premier w debacie o przyszłości polskiej ziemi.

* * *

Jerzy Chróścikowski
polityk, wieloletni działacz samorządowy, działacz związkowy, senator IV, VI, VII i VIII kadencji, przewodniczący Komisji Rolnictwa i Ochrony Środowiska. Od 2007 r. przewodniczący NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”

Tagi:
wywiad polityka rolnictwo rozmowa

Reklama

Biskup nominat Skibicki o swojej posłudze

2019-02-14 12:58

Michał Plewka (KAI) / Elbląg

Z jednej strony nominacja biskupia wiele zmienia, jednak z drugiej strony zmienia się niewiele, gdyż trwa realizacja tego samego powołania. Moja praca w Kościele trwa już 24 lata - teraz, przez tę nową posługę, będzie jeszcze mocniej zaangażowana - mówi KAI w pierwszej rozmowie po ogłoszeniu decyzji Ojca Świętego biskup nominat Wojciech Skibicki. W czwartek ogłoszono dekret o nominacji ks. Skibickiego na biskupa pomocniczego diecezji elbląskiej.

KEP

Michał Plewka (KAI): Został ksiądz mianowany biskupem pomocniczym diecezji elbląskiej, na którego diecezja czekała blisko cztery lata. Czy jest to dla księdza szczególne wyzwanie i zobowiązanie?

Ks. Wojciech Skibicki, biskup pomocniczy nominat diecezji elbląskiej: Biskup pomocniczy jest po to, by pomagać biskupowi diecezjalnemu. Ta posługa na pewno jest potrzebna w naszej diecezji elbląskiej. Dwaj biskupi seniorzy są dzięki Bogu w dobrej kondycji, więc przez te ostatnie lata wspierali biskupa Jacka Jezierskiego, a teraz, decyzją Ojca Świętego ja również będę go wspierał.

KAI: W jakich okolicznościach dowiedział się ksiądz o tej nominacji?

- To nie były jakieś nadzwyczajne okoliczności, choć było to dla mnie zaskoczenie. Otrzymałem informację z Nuncjatury kilka dni temu. Szczególnie poruszyła mnie świadomość, że to już się wydarzyło. Papież już dokonał takiej nominacji, a nuncjusz tę decyzję przekazuje i pyta kandydata, czy przyjmuje decyzję Ojca Świętego. Dzieje się to w duchu posłuszeństwa. Przyjmuję tę decyzję, żeby służyć dobru Kościoła.

KAI: Czy myślał już ksiądz o swoim biskupim zawołaniu?

- Nie. To trzeba na spokojnie przemyśleć i przemodlić, aby nie działać impulsywnie, ale poprzez przeżycie wewnętrzne. Odprawię rekolekcje to będzie dobry czas na to, by podsumować dotychczasową kapłańską drogę i wymodlić dla siebie owocność dalszej posługi w Kościele.
Z jednej strony nominacja biskupia wiele zmienia, jednak z drugiej strony zmienia się niewiele, gdyż trwa realizacja tego samego powołania. Moja praca w Kościele trwa już 24 lata - teraz, przez tę nową posługę, będzie jeszcze mocniej zaangażowana.

KAI: Dotychczas był ksiądz m.in. dyrektorem wydziału nauki katolickiej kurii biskupiej i wykładowcą liturgiki w elbląskim seminarium. Czy te aktywności skierowane na katechezę i liturgię będą kontynuowane?

- Myślę, że te moje dotychczasowe zadania, czy związane z organizacją katechizacji, czy wykładami w seminarium, będą w jakiś sposób kontynuowane. Oczywiście dziś trudno mi o tym zapewnić. Życie pokaże, w jakich obszarach moja pomoc będzie bardziej potrzebna.

KAI: Któremu patronowi zawierza ksiądz swoją biskupią posługę?

- Jestem głęboko związany z patronem imienia i patronem diecezji elbląskiej, czyli świętym Wojciechem, biskupem i męczennikiem. On od zawsze mi towarzyszy. Nasza ziemia jest też tą pobożnością bardzo przesiąknięta.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Testament Jana Olszewskiego

2019-02-13 07:43

Michał Karnowski, Publicysta tygodnika „Sieci” oraz portalu internetowego wPolityce.pl
Niedziela Ogólnopolska 7/2019, str. 10

„Żegnając się ostatecznie, chciałbym mieć przekonanie, że zmiana, która się w Polsce dokonuje, jest trwała. Pragnę, aby to było już przesądzone” – powiedział Jan Olszewski w jednym z ostatnich swoich wywiadów

Tomasz Gzell/PAP
Śp. Jan Olszewski (1930 – 2019)

W dziejach III RP półroczny zaledwie okres rządu Jana Olszewskiego (grudzień 1991 – czerwiec 1992) jawić się może niektórym jako epizod. Młodym należy wytłumaczyć, dlaczego było to takie ważne. Faktycznie, w sensie politycznym był to gabinet słaby, rozrywany wewnętrznymi sprzecznościami, rozbijany przez działania rozmaitej agentury, traktowany przez dominujące wówczas media ze straszliwą pogardą. Gdy upadał, ludzie uważający się za właścicieli Polski odetchnęli z ulgą, że oto układ komunistów z lewicową częścią obozu solidarnościowego pozostaje niezagrożony, że władza polityczna PZPR nadal będzie zamieniana na własność i wpływy w tym, co nazwano kapitalizmem.

Bo choć świat wokół zmieniał się radykalnie, u nas trwano przy założeniach kompromisu z komunistami. On miał sens w 1989 r. Ale trzymanie się uparcie tamtych układów w 1991 r. było szkodliwym absurdem. I Jan Olszewski, osobiście przy Okrągłym Stole obecny, rozumiał to doskonale, podobnie jak śp. Lech Kaczyński. Oni – i wielu innych – rozumieli, że szansa na zbudowanie normalnego państwa, na odcięcie się od patologii totalitarnego reżimu topiona jest w setkach nieciekawych układów i układzików. Ba, nawet bazy sowieckie miały pozostać w roli baz gospodarczych, co planował Lech Wałęsa, ale Jan Olszewski w ostatniej chwili to zablokował. „Dzisiaj widzę, że to, czyja będzie Polska, to się dopiero musi rozstrzygnąć” – te pamiętne słowa z ostatniego premierowskiego przemówienia Jana Olszewskiego dobrze oddały zadania stojące przed obozem patriotycznym w następnych dekadach.

Wspominał tamte miesiące w jednym z ostatnich wywiadów dla portalu wPolityce.pl, z okazji swoich 87. urodzin: „Z góry było wiadomo, że jest to misja o charakterze szczególnego ryzyka. Tylko że to ryzyko trzeba było podjąć. Zwłaszcza że tak się zdarzyło, iż akurat ten rząd powstawał w momencie, w którym jednocześnie rozpadał się Związek Sowiecki. Zarówno dla mnie, jak i dla wielu ludzi, którzy wówczas ze mną współdziałali, było oczywiste, że to jest specjalny moment, jakaś szczególna szansa. Oczywiście, można powiedzieć, że trzeba było zrobić więcej – i pewnie można było. Z perspektywy czasu widzę niektóre rzeczy, które trzeba było zrobić, a nie zostały zrobione, lub które trzeba było zrobić zupełnie inaczej”.

Zapytaliśmy również, czy jest szansa, że Polska w końcu będzie taka, o jakiej marzył.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Prof. Chazan laureatem nagrody Ciesielskiego

2019-02-18 14:56

Małgorzata Czekaj

Joanna Adamik/archidiecezja krakowska
Prof. Bogdan Chazan z nagrodą im. Sługi Bożego Jerzego Ciesielskiego, przyznawaną przez Tygodnik „Źródło”

Laureatem 23. edycji nagrody im. Sługi Bożego Jerzego Ciesielskiego w 2019 r. został prof. Bogdan Chazan – lekarz, profesor ginekologii i położnictwa, zwolennik pełnej obrony życia człowieka od poczęcia do naturalnej śmierci. Nagrodę, przyznawaną corocznie przez Tygodnik Rodzin Katolickich „Źródło”, wręczył redaktor naczelny czasopisma, Adam Kisiel, w Sali Senackiej Politechniki Krakowskiej 15 lutego w obecności metropolity krakowskiego abp. Marka Jędraszewskiego, Danuty Ciesielskiej – małżonki Jerzego Ciesielskiego oraz licznych gości.

Prof. Bogdan Chazan w 1998 r. otrzymał tytuł profesora nauk medycznych. Za poglądy dotyczące prawa każdego człowieka do życia był kilkakrotnie zwalniany z pracy: z Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie, gdzie przez wiele lat był pracownikiem naukowym; z funkcji krajowego konsultanta w dziedzinie ginekologii i położnictwa oraz w 2014 r. z funkcji dyrektora ginekologiczno-położniczego w Szpitalu Specjalistycznym im. Świętej Rodziny w Warszawie (w tej sprawie proces przeciwko profesorowi toczy się nadal). W książce „Prawo do życia. Bez kompromisu” prof. Chazan wyznaje, iż nie zawsze bronił życia. „Dziś wiem, że to był błąd” – pisze. „Od kiedy stałem się beneficjentem Bożego miłosierdzia, to w miłosierdzie to uwierzyłem do końca (…) Mnie prawda faktycznie wyzwoliła. I to właśnie ona przyczyniła się do tego, że postanowiłem dawać świadectwo w najtrudniejszych sprawach”. Obecnie prof. Chazan jest m.in. Przewodniczącym Rady organizacji ginekologów katolickich MaterCare International, pomagającej matkom i dzieciom w krajach rozwijających się. Przez lata pracy stał się promotorem wielu zmian w położnictwie. Podkreśla, że nie żałuje żadnej ze swych decyzji podjętych w obronie życia nienarodzonych.

W Krakowie prof. Chazan wskazał, że przyjmuje nagrodę „Źródła” w imieniu wszystkich lekarzy, pielęgniarek i położnych, szczególnie młodych, którzy w wielkim trudzie i poświęceniu stają codziennie w obronie prawa człowieka do życia, cierpliwie i mężnie znosząc presję ze strony przeciwników życia. – Jesteśmy świadkami brutalnego ataku na sumienia lekarzy – podkreślił prof. Chazan i wskazywał na liczne zagrożenia z tym związane. Choć w Polsce sytuacja wygląda lepiej niż w wielu państwach Europy zachodniej, nie możemy spocząć na laurach, ale musimy wspierać osoby stające w obronie życia, szczególnie lekarzy i innych pracowników służby zdrowia. W rozmowie z „Niedzielą” prof. Chazan zachęcał: – Trzeba o nich pamiętać, mówić, doceniać. To są często bezimienni bohaterowie, pracujący w wielu szpitalach, wielu przychodniach, którzy są zwalniani z pracy, szykanowani i pozostawiani samym sobie. O nich trzeba dbać, aby nie rezygnowali ze swojej pracy, bo od nich dużo zależy – od ich opinii wygłaszanych publicznie, ale też od ich opieki nad konkretnymi pacjentami. Wspierajcie państwo lekarzy, pielęgniarki i położne, aby oni czuli, że nie są sami – zaapelował. Wyrazy uznania dla postawy prof. Chazana złożył także abp Marek Jędraszewski.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem