Reklama

Polacy na emigracji

2015-02-26 13:20

Tomasz Pluta
Edycja świdnicka 9/2015, str. 1, 4-5

Tomasz Pluta

Jak sobie radzą nasi diecezjanie na emigracji? Odwiedziliśmy Polaków mieszkających w Niemczech i Holandii

Poza granicami kraju w ramach emigracji zarobkowej przebywa już około 3 milionów Polaków. Większość z nich to katolicy. Duża część praktykująca. Mieszkają, pracują, uczą się daleko od domu. Ważne, aby również mieli możliwość rozwijać się duchowo. Pomimo tego, że czasami trzeba pokonać wiele kilometrów, Polak mieszkający np. w Niemczech czy Holandii może uczestniczyć, jeśli tylko chce, w Mszy św. czy różnych nabożeństwach odprawianych w ojczystym języku. Jak sobie radzą nasi diecezjanie na emigracji? Odwiedziliśmy Polaków mieszkających w Niemczech i Holandii, a pochodzących z naszej diecezji. Na ich przykładzie spróbujemy przybliżyć duszpasterstwo organizowane przez Polską Misję Katolicką.

Niemcy

Beata jest pielęgniarką z dyplomami dwóch wyższych uczelni. Zdobyła klasyczne wykształcenie pielęgniarskie, najpierw pięcioletnie Liceum Medyczne w Wałbrzychu i dyplom pielęgniarki, a później studia medyczne na Wydziale Pielęgniarstwa ukończone z tytułem magistra. Uzyskała również wykształcenie ekonomiczne, studiując na Akademii Ekonomicznej na kierunku zarządzanie przedsiębiorstwem. Świetnie prowadzi samochód, ukończyła wiele kursów specjalistycznych, podnosząc swoje kwalifikacje. Wyjazd do Niemiec miał charakter ekonomiczny. Nie było problemów z uznaniem kwalifikacji zawodowych, a tym bardziej z pracą.

– Pielęgniarki z Polski są rozchwytywane – mówi Beata. – Jesteśmy cenione za wiedzę, kompetencje i zaangażowanie. W porównaniu z niemieckimi pielęgniarkami górujemy przygotowaniem zawodowym. Pacjenci też wolą pielęgniarki z Polski. To cieszy, martwi jedno, że nie ma tego w Polsce – dodaje ze smutkiem. – Dziewczyny są świetnie wykształcone, niektóre z nas robią doktoraty, a zarobki są głodowe. Osobiście długo się wahałam, zanim zdecydowałam o wyjeździe. Jak już dzieci dorosły i wyfrunęły z gniazda, zdecydowałam podjąć wyzwanie. W Niemczech jestem już drugi rok, pracuję w różnych miastach. Pierwszy rok spędziłam niedaleko Frankfurtu nad Menem. Pamiętam, jak w pierwszą niedzielę po przyjeździe poszłam do kościoła na Mszę św. w języku polskim. Kościół niewiele mniejszy od świdnickiej katedry, a ja miałam trudności ze znalezieniem miejsca w świątyni. Sami Polacy. Całe rodziny. I tak co niedziela. Polaków można spotkać wszędzie. Słyszy się rozmowy po polsku w urzędach, sklepach i na parkingach. Przyznam, że byłam zaskoczona, co innego znać statystyki, co innego doświadczyć tego osobiście – zauważa Beata. – Oprócz pielęgniarek, w Niemczech pracują również polscy lekarze. – W przychodni moje badania okresowe przeprowadzał polski lekarz – dzieli się Beata. – Z jednej strony miło spotykać wszędzie rodaków, z drugiej, zadaję sobie pytanie, dlaczego musimy się tułać? Parafia organizuje różne spotkania, z okazji świąt czy odpustu. Integruje nas, Polaków. To bardzo ważne. Często to nas trzyma „przy życiu”. Wielu z nas przecież jest tu samotnych. Chętnie korzystamy z rekolekcji, spowiedzi. Czasami trzeba pokonać 10 kilometrów i więcej. Ale to nie przeszkadza. Dobrze, że są polscy księża – podkreśla.

Reklama

Krystyna z Boguszowa-Gorc przyjechała zachęcona przez Beatę. W Polsce ledwo wiązała koniec z końcem, utrzymując dwie dorosłe córki studentki. Świetnie wykształcona, po studiach i specjalizacji z kardiologii. Niestety, zarobki nie pozwalały zachować płynności finansowej. Miała dokładnie wszystko wyliczone, na bilety na autobus, 3 zł dziennie na żywienie. Studia córek opłacała z pożyczek, pomagali też sędziwi rodzice. Wahała się, już minęła pięćdziesiątkę, bała się zmian. – To była bardzo trudna decyzja – wzdycha Krystyna. – Jechałam ośmielona przez Beatę, ale i tak było ciężko. Praca nie jest dla mnie czy Beaty wyzwaniem ponad siły. Wręcz przeciwnie, pracujemy poniżej naszych możliwości zawodowych, w pewnym sensie marnuje się nasze zawodowe umiejętności. Ale takie tutaj panują zasady, pielęgniarki w Niemczech wykonują o wiele mniej specjalistycznych zabiegów od polskich pielęgniarek. Kiedy dostałam pierwszy przelew z wynagrodzeniem, rozpłakałam się. W tych łzach było wszystko, radość i żal. Docenienie, dowartościowanie, ale i smutek, że w Polsce tego nie ma. Dzięki pracy w Niemczech mogę pomóc córkom studentkom, spłacić pożyczki i nie oczekiwać pomocy od sędziwych rodziców. Cieszy mnie również bliskość „polskiego kościoła”. Prawdopodobnie wypracuję tu emeryturę, do Polski już nie wrócę. Dużo nas w Polsce kosztuje kształcenie, same musimy płacić za specjalizacje, studia. Są to kwoty idące w dziesiątki tysięcy. W Polsce nigdy bym tego nie odzyskała. Z jednej strony wymaga się od nas podnoszenia kwalifikacji, z drugiej, nie ma z tego tytułu większego wynagrodzenia. To nie jest sprawiedliwe, nie dziwię się kolejnym dziewczynom wyjeżdżającym za granicę. Dla nas jest to jednak ostateczność. Każda bez wyjątku chciałaby pracować i żyć w Polsce.

– Od niedawna pracuję w Baden-Baden – dopowiada Beata. – Kiedy poszłam na Mszę św. po polsku do parafii w Rastatt – na przedmieściach Baden-Baden, ksiądz w ogłoszeniach zapowiadał jubileusz parafii i przyjazd w kwietniu specjalnego gościa, bp. Ignacego Deca. Mój biskup! – ucieszyłam się. Prawie 800 kilometrów od domu, a tu taka niespodzianka.

Holandia

Tomek z Wałbrzycha od dawna uprzedzał rodziców, że ciągnie go do świata. Zapowiadał, że jak tylko nadarzy się okazja, to wyjedzie. Nie miał jeszcze dwudziestu lat, kiedy wyjechał do Belgii. Po sześciu miesiącach przeniósł się do Holandii. Tegoroczne święta spędził wraz z rodziną, którą zaprosił z Polski. Była więc siostra z mężem i rodzice. Do Holandii już wcześniej zabrał swojego czworonożnego przyjaciela, trzyletniego owczarka belgijskiego.

– Tomek jest bystry, inteligentny i pracowity, przyjechał wraz z grupą trzydziestu osób – opowiada jego szef i przyjaciel, Marek ze Zgorzelca, od ośmiu lat w Holandii. – Z tej grupy został tylko Tomek i jeszcze jeden chłopak. Pozostali sami nie wiedzieli, po co przyjechali, po zabawę, łatwy zarobek? Trudno wyczuć, ale już ich nie ma – krótko kwituje Marek.

Szef Tomka ukończył studia telekomunikacyjne, w Polsce próbował zawodowo się rozwijać, ale bez powodzenia. Na przeszkodzie stawał fakt, że nie miał „siły przebicia”.

– Wyjazd za granicę to ostateczność – jasno określa Marek. – Ale, co zrobić.

Tutaj poznał swoją małżonkę, Basię z Podkarpacia. W Polskiej Misji Katolickiej pobierali nauki przedmałżeńskie i przygotowywali się do ślubu.

– Do kościoła mamy prawie czterdzieści kilometrów, ale chętnie pokonujemy tę odległość. Pomimo tego, że na miejscu mamy parafię katolicką, holenderską, to wolimy Msze po polsku.

Mieszkają na północy Holandii, ok. 60 kilometrów od Amsterdamu. Od trzech lat mieszka tam również Kasia z Kłodzka, jej syn Marcin przygotowuje się do Pierwszej Komunii św. Uczęszcza do holenderskiej szkoły katolickiej, które w Holandii są bardzo cenione. W każdą niedzielę jeżdżą do Misji na Mszę św.

– Pamiętam, jak podczas Mszy zbierano tradycyjną tacę – wspomina Tomasz – kościelny przeszedł raz z tacą, po czym wziął drugą i raz jeszcze zebrał. Jedna kolekta była dla parafii holenderskiej, za to, że nas przyjmuje w swojej świątyni, druga na potrzeby naszej polskiej Misji. Wiadomo, nie mamy swoich świątyń, korzystamy z gościnności. Dobrze, że jest opieka duszpasterska z Polski. Cieszy też, że podczas przygotowań do świąt na stronach parafii są zamieszczane rekolekcje internetowe. Księża chodzą też po kolędzie – uśmiecha się Tomek. – To dla nas bardzo ważne, że mamy takie możliwości. Owszem, bez samochodu nie ma szans dotrzeć, bo czasami trzeba pokonać nawet osiemdziesiąt kilometrów, by uczestniczyć w Mszy św. po polsku – zauważa.

Na terenie Holandii jest pięć polskich parafii: Amsterdam, Breda, Rotterdam, Utrecht i Meterik. Choć Holandia nie jest duża, to jednak dotarcie wymaga posiadania pojazdu. Opiekę duszpasterską nad Polakami w Holandii sprawują księża z Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej.

Tagi:
emigracja

Dwadzieścia tysięcy zapomnianych

2019-02-06 11:47

Witold Gadowski, dziennikarz
Niedziela Ogólnopolska 6/2019, str. 22-23

Polonia jest nieodłączną częścią polskiego świata, jest także nadzieją na to, że zmiany mogą nastąpić szybciej, niż się spodziewamy. Musimy ją jednak bardziej dopuścić do głosu, pokazać jej, jak Polska się zmienia i jak dobrze może być urządzona z jej udziałem

www.4urspace.com
Witold Gadowski na swojej autorskiej trasie w USA przewidział m.in. spotkanie w Domu Weterana Polskiego w Nowym Jorku

Wyobraziłem sobie sytuację, w której Polska nagle znajduje się w zagrożeniu. Na kogo może w takiej sytuacji liczyć? Skąd może wyglądać pomocy? Jeśli ktoś uważa, że tzw. zobowiązania sojusznicze sprawią, iż jakiś dobry światowy wuj nas obroni (najlepiej bez naszego udziału), to, niestety, błądzi. Gdyby Rosjanie podjęli decyzję o wkroczeniu do Polski, to w ciągu jednego tygodnia byliby w Warszawie i nikt by im w tym realnie nie przeszkodził. Podobne kłopoty moglibyśmy mieć choćby z Bundeswehrą. Taka jest, niestety, prawda o naszym położeniu. Na nic zda się wtedy budowanie Fortu Trump, na nic zobowiązania wynikające z naszego członkostwa w NATO. Wszystko stanie się szybko i przeraźliwie realnie. Oczywiście, wtedy – na świecie – rozlegną się głosy krokodylego oburzenia, gazety na amerykańskim Wschodnim Wybrzeżu dadzą wyraz swojemu niekłamanemu nawet wzburzeniu, politycy wygłoszą dziesiątki patetycznych mów i... dostatni świat wróci do swojej chciwej drzemki, a biednym i tak będzie wszystko jedno.

Nasza armia, oczywiście, stawi opór, ale rachunek sił z góry pokazuje wynik starcia. Czy zatem jest beznadziejnie, czy musimy jedynie chodzić na paluszkach i dbać o to, aby nie budzić niedźwiedzia? Nie. Powinniśmy jednak po prostu zrozumieć banalną prawdę, że możemy liczyć jedynie na siebie – na Polaków, którym droga jest Polska i jej niepodległość. Taka konstatacja to już początek działania. Jesteśmy w stanie sami się obronić, sami zadbać o nasze bezpieczeństwo.

Ktoś powie, że serwuję Państwu teraz niepoprawne mrzonki, bo jak mały kraj może się przeciwstawić lub choćby tylko zachować niezależność w cieniu dwóch sąsiadujących z nim kolosów? Wróćmy więc do początku. W 1917 r. pada hasło mówiące o utworzeniu polskiej armii we Francji. Przez pierwsze miesiące rekrutacji trafia do niej ledwie nieco ponad ośmiuset ochotników. Francuzi zaczynają się zastanawiać nad zakończeniem nieudanej akcji, gdy naraz do francuskich portów przybijają statki wypełnione tysiącami polskich ochotników. Przypływają ludzie przeszkoleni już w wojskowym rzemiośle, zaprawieni w trudach żołnierskiego życia. Skąd oni się wzięli? Przepłynęli ponad siedem tysięcy kilometrów, ciągną do kraju, który formalnie nie istnieje na mapach. To młodzi polscy patrioci z USA!

To oni uratowali akcję tworzenia Błękitnej Armii, znanej później jako armia gen. Józefa Hallera. W krótkim czasie do polskiego wojska trafiło wtedy ponad dwadzieścia tysięcy ochotników, a zza oceanu płynęły duże pieniądze na polski czyn zbrojny. Potomkowie biedaków, którzy musieli emigrować za chlebem do Ameryki, ludzie, którzy z wielkimi przygodami trafili do Stanów Zjednoczonych, ruszyli do walki zbrojnej o polską niepodległość. Ta akcja nie ma sobie równych, nigdy żadna nacja tak się nie zmobilizowała, nie była tak ofiarna i wrażliwa na wezwanie swojej nieistniejącej ojczyzny. Młodzi migranci przeszli wcześniej przez świetnie zorganizowane drużyny „Sokoła”, potem trafili do Niagara-on-the-Lake, niewielkiej miejscowości w Kanadzie (w USA obowiązywał zakaz tworzenia formacji militarnych). W obozie – w trudnych warunkach, w zimnie i deszczu – mieszkali w polowych namiotach i pod okiem doświadczonych oficerów uczyli się żołnierskiego rzemiosła. Potem ruszyli do Europy. Odegrali wielką rolę w wywalczeniu polskiej niepodległości. Szesnaście tysięcy z nich powróciło po wojnie do USA. Biedni, słabo wykształceni migranci dali dowód bezprzykładnej miłości do Ojczyzny. Czy powstał o tym choć jeden film?

Dla porównania warto pamiętać, że słynne legiony brygadiera Józefa Piłsudskiego – w swoim szczytowym momencie – nie przekroczyły liczby siedemnastu tysięcy żołnierzy. Złośliwy chichot historii sprawił jednak, że o polskich żołnierzach z USA właściwie niewiele się mówi w polskich publikacjach historycznych, nawet w tych wydawanych z okazji stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości. W czasach II Rzeczypospolitej ich czyn nie był specjalnie propagowany, nie był bowiem na rękę sanacji, wszak w ich działaniach wielką rolę odegrali Roman Dmowski i narodowcy. Potem , w czasach bolszewickiej okupacji, nie wymieniano ich ze względów oczywistych, a tzw. III Rzeczpospolita, nazywana przeze mnie Republiką Okrągłego Stołu, chciała pamięć o nich jak najszybciej zamilczeć i nie opowiadać o ich bezprzykładnym poświęceniu. Pamięć o dzielnych Polakach z USA była systematycznie mordowana.

Polski czyn zbrojny w USA pokazuje, jak ogromny potencjał tkwi w naszej Polonii i jak wielką wagę należy przykładać do kontaktów z nią.

***

Właśnie jestem w trakcie swojej pierwszej autorskiej trasy po USA. Jeżdżę ze swoją najnowszą powieścią „Szlag trafił!”. Pierwsze spotkanie miałem w Domu Weterana Polskiego przy 17 Irving Place w Nowym Jorku. Przeżyłem tu wielką i jedną z ważniejszych dla mnie lekcji polskiej historii. Funkcjonuje tu piękne muzeum Błękitnej Armii, zebrane są pamiątki po żołnierzach, którzy walczyli o polską niepodległość. Dzięki komendantowi Chrościelewskiemu pierwsze spotkanie z Polonią było nie tylko tłumne, ale też niezwykle serdeczne. Polskie myśli i serca tu, w Stanach Zjednoczonych, smakują niezwykle. Wypowiedzi Polaków przekonują jednak o tym, że nasze państwo mało dba o tych ludzi. Nie doceniamy faktu, że to właśnie siła rozsianej po świecie Polonii może obronić Polskę w sytuacji krytycznej i że jest ona dużo bardziej realna niż papierowe traktaty, którym tak bardzo ufają polscy politycy. Wyniki polskich wyborów w USA pokazują, że nie można mieć wątpliwości co do poglądów większości polskiej diaspory, która tu mieszka, robi interesy i ma całkiem niemałe wpływy polityczne.

Jeśli ktoś miałby wątpliwości co do postawy Polaków w USA, niech prześledzi historię walki o pozostawienie Pomnika Katyńskiego autorstwa Andrzeja Pityńskiego na jego właściwym miejscu w New Jersey. Polonia, bez żadnego wezwania, stanęła w obronie pomnika i burmistrz Jersey City Steven Fulop musiał ustąpić.

Oczywiście, Polacy w świecie ciągle są jeszcze podzieleni i skonfliktowani między sobą (rezultat działań komunistycznej, i nie tylko, bezpieki), ale jeśli ktoś uważa, że bez nich da się w Polsce przeprowadzić radykalne zmiany, to jest w błędzie. Polonia powinna mieć swoje – zagwarantowane w ordynacji wyborczej – miejsca w polskim parlamencie i coraz mocniejsze więzy biznesowe z krajem. Aby tak się jednak stało, trzeba przeprowadzić radykalną wymianę pracowników w naszym Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Miejsce komunistycznych agentów i safandułowatych, skupionych na własnych interesach, urzędników muszą zająć dobrze wykształceni, otwarci na świat patrioci. Bez Polonii szybko nie wygrzebiemy się ze śmieci, które pozostały nam po komunistycznej okupacji.

Wizyta w Stanach Zjednoczonych – intrygujące rozmowy i obserwacje codziennie dostarczają mi materiału do takich właśnie przemyśleń. Polonia jest nieodłączną częścią polskiego świata, jest także nadzieją na to, że zmiany mogą nastąpić szybciej, niż się spodziewamy. Musimy ją jednak bardziej dopuścić do głosu, pokazać jej, jak Polska się zmienia i jak dobrze może być urządzona z jej udziałem. Polski żywioł szaleje w całym świecie. Codziennie dostaję ciekawe listy i informacje z najdalszych zakątków świata. Wszędzie tam mieszkają Polacy, którzy żywo interesują się naszymi sprawami. Ich widzenie Polski jest ostre i czasami dosadne. Obserwują ją bowiem z pewnego oddalenia i wychwytują istotne sprawy, które nam – w kraju – umykają z powodu zbyt wielkiego skupienia się na politycznym teatrzyku, który odgrywają dla nas jego uczestnicy. Kiedy z polskiego życia odcedza się zbędne emocje, często można dojść do zaskakujących wniosków.

Podróż po USA – od Nowego Jorku do San Diego – traktuję jako znaczące uzupełnienie własnej obywatelskiej edukacji. O wynikach napiszę niebawem.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Żyć rytmem liturgii Triduum Paschalnego

Z ks. Tomaszem Baciem, liturgistą rozmawia Małgorzata Oczoś
Edycja rzeszowska 13/2010

Małgorzata Oczoś: - Obchody Wielkiego Tygodnia mają bogatą symbolikę. Wierni najczęściej gromadzą się w swoich parafiach na ceremoniach Triduum Paschalnego. Niewielu ma okazję uczestniczyć we Mszy św. Krzyżma. Jakie znaczenie ma to nabożeństwo?

Ks. Tomasz Bać: - Rzeczywiście. Niewielu wiernych uczestniczy we Mszy św. Krzyżma dlatego, że ta Msza św. jest tylko jedna w diecezji. Odbywa się w Wielki Czwartek przed południem w katedrze. Gromadzą się na niej kapłani wraz ze swoim ordynariuszem. Wyrażają przez to wzajemną jedność. Podczas Mszy św. Krzyżma następują dwa obrzędy. Pierwszy - to odnowienie przyrzeczeń kapłańskich. Drugi - to poświęcenie olejów świętych. Tych olejów, które podczas całego roku, od Wigilii Paschalnej, będą używane do udzielania sakramentów.

- Czym różni się Krzyżmo od pozostałych olejów?

- Liturgia zna trzy rodzaje olejów, którymi się posługuje przy sprawowaniu sakramentów oraz przy innych okazjach, a które są poświęcone w Wielki Czwartek: olej Krzyżma świętego, olej chorych, olej katechumenów, używany przy udzielaniu sakramentu chrztu. Wszystkie są olejami z oliwek. Różnią się natomiast sposobem przygotowania i potem zastosowaniem. Krzyżmo jest najważniejszym olejem, ma najszersze zastosowanie w Kościele. Dlatego jest szczególnie uroczyście poświęcane. Używane jest przy chrzcie, bierzmowaniu i do święceń biskupich, kapłańskich. Służy też do namaszczania ołtarza i ścian kościoła.

- Co się dzieje z olejami, które nie zostaną wykorzystane w ciągu roku?

- Krzyżmo i olej chorych należy odnawiać co roku. Stąd obecność księży proboszczów w katedrze podczas Mszy św. Krzyżma. Jeśli w ciągu roku oleje nie zostaną w pełni wykorzystane, należy je spalić.

- Triduum Paschalne to najważniejszy czas w roku dla chrześcijanina. Dlaczego?

- Triduum Paschalne to jedyny okres w Kościele, gdy czas celebrowania liturgii zrównuje się z czasem, w którym mają miejsce wydarzenia z życia Jezusa. Miejsce celebry staje się przestrzenią Drogi Krzyżowej. Bez męki, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa nie byłoby nas. To jedyny czas, w którym chrześcijanie mogą - godzina po godzinie - wstępować w ślady Jezusa, postępować tuż za Nim. Do tego zresztą jesteśmy powołani.

- Czym jest wieczór Wielkiego Czwartku? Zapowiedzią bolesnych wydarzeń?

- Wielki Czwartek to koniec wielkiego postu i inauguracja Triduum Paschalnego. Dla chrześcijanina Święta Wielkanocne rozpoczynają się właśnie w ten dzień. Z drugiej strony jest to zapowiedź męki Pańskiej. Jest to też oczywiście pamiątka ustanowienia Eucharystii, a także dzień sakramentu kapłaństwa. Ponieważ Wielki Post już się skończył, kapłani odkładają fioletowe szaty pokutne, a przywdziewają białe, świąteczne. Triduum rozpoczyna się bardzo uroczyście. Po długiej wielkopostnej przerwie rozbrzmiewa na nowo świąteczny hymn „Chwała na wysokości Bogu”. W świątyniach na całym świecie odzywają się też dzwony, zwiastujące światu chrześcijańską Paschę.

- Po liturgii wielkoczwartkowej Najświętszy Sakrament zostaje przeniesiony do ołtarza zwanego ciemnicą. Jak wierni mają się wtedy zachować?

- To czas poważnego i głębokiego wejścia w mękę Chrystusa. Wierni powinni czuwać przy Nim i modlić się. A także towarzyszyć w chwilach, w których był sam oczekując na mękę i śmierć.

- W Wielki Piątek dominuje czerwień w kolorze szat kapłańskich. Co Kościół chce w ten sposób wyrazić?

- Czerwień w Kościele to znak krwi. Przypomina więc o męczeństwie Chrystusa. Dlatego kolorem szat liturgicznych w Wielki Piątek jest kolor czerwony. Ten kolor w liturgii nie jest używany zbyt często. Właściwie tylko wtedy, gdy dotyczy męki Chrystusa, a więc w Wielki Piątek i Niedzielę Palmową. Również wtedy, gdy liturgia dotyczy męczenników. I wtedy, gdy dotyczy Ducha Świętego.

- Czy można wskazać kulminacyjny moment liturgii Wielkiego Piątku?

- Ta liturgia ukształtowała się już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. W Wielki Piątek nie sprawuje się Mszy św. Najważniejszym momentem liturgii jest adoracja krzyża. Uroczyste wniesienie krzyża do kościoła, jego odsłonięcie ze śpiewem „O to drzewo krzyża, na którym zawisło zbawienie świata”, na co wierni odpowiadają „Pójdźmy z pokłonem” i klękają. A potem podchodzą i całują krzyż. To jest punkt kulminacyjny. Na krzyżu wszystko się dokonało. Dzięki temu, że Chrystus dał się ukrzyżować, my żyjemy. Zgładził grzechy. To fundament naszej wiary. Bez krzyża nie ma chrześcijaństwa.

- Jak wygląda liturgia w Wielką Sobotę?

- Właściwie to w Wielką Sobotę nie ma liturgii. W Wielki Piątek Chrystus umiera i przez Wielką Sobotę spoczywa w grobie. To dzień zupełnej ciszy i adoracji Chrystusa w grobie. Oczywiście wierni święcą w kościołach pokarmy, ale jest to raczej część zwyczajów. To co nazywane jest liturgią Wielkiej Soboty, jest już Wigilią Paschalną. Tradycja Kościoła nakazuje sprawowanie Wigilii Paschalnej w nocy, z soboty na niedzielę, gdy zapadnie mrok. To nocne nabożeństwo ma być czuwaniem. Liturgia Wigilii Paschalnej jest już Liturgią Niedzieli Zmartwychwstania.

- Skąd wzięła się rezurekcja?

- W czasach średniowiecza zaczęto przesuwać rozpoczęcie Wigilii Paschalnej z nocy na późne popołudnie, potem na jeszcze wcześniejsze godziny. Stąd zaistniała potrzeba odprawienia drugiej Mszy św. w niedzielę, by podkreślić zmartwychwstanie Chrystusa. I to były początki rezurekcji. Zaleca się, by była to jednak nocna celebracja. Bo w nocy świętujemy Zmartwychwstanie Chrystusa i śpiewamy „Alleluja”.

- Właściwie nie ma obowiązku uczestniczenia w liturgii Triduum Paschalnym. Choć to najważniejszy czas dla chrześcijanina. Jak dobrze przeżyć ten czas?

- To prawda. Nie ma obowiązku uczestniczenia w Triduum Paschalnym pod karą grzechu. Obowiązkowe jest jedynie uczestniczenie we Mszy św. niedzieli Zmartwychwstania. Ale Triduum Paschale pokazuje, czym jest chrześcijaństwo i jakimi chrześcijanami jesteśmy. By dobrze przeżyć Wielkanoc, trzeba przeżyć Wielki Czwartek, Wielki Piątek i Wielką Sobotę. Dać się poprowadzić symbolom i tekstom liturgicznym. Po to, by spotkać Chrystusa.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kard. St. Dziwisz: miłość i służba były sekretem wielkości Jana Pawła II

2019-04-18 20:12

md / Kraków (KAI)

Sekretem serca Jana Pawła II była miłość Jezusa i miłość człowieka, która przyjmowała kształt służby – powiedział kard. Stanisław Dziwisz podczas Mszy Wieczerzy Pańskiej 18 kwietnia w Sanktuarium św. Jana Pawła II w Krakowie. Podkreślił, że cała posługa papieża była „bezinteresowną służbą”.

Biały Kruk/Adam Bujak, Arturo Mari
Jan Paweł II

Wieloletni sekretarz świętego papieża zaznaczył, że miłość i służba były sekretem wielkości Jana Pawła II. „On nie był politykiem pragnącym zdobyć władzę. Nie był wodzem zarządzającym armią. Nie był człowiekiem szukającym osobistej kariery. Sekretem jego serca była miłość Jezusa Chrystusa i miłość człowieka” – podkreślił kaznodzieja. Dodał, że to był fundament życia papieża, a miłość przyjmowała u niego kształt służby.

„Jan Paweł II nie tylko umywał dosłownie nogi w Wielki Czwartek, w swojej katedrze św. Jana na Lateranie. Cała jego posługa papieska to była bezinteresowna służba Chrystusowi w Jego Kościele. To było również rozwiązywanie trudnych spraw Kościoła i świata. To było także umywanie nóg” – zaznaczył kardynał.

"Biorąc na siebie i na swój krzyż grzechy świata, Chrystus we Krwi swojej umył radykalnie nogi całej ludzkości i uczynił nas zdolnymi do uczestnictwa w uczcie wiecznej w Bożym królestwie miłości" – wyjaśnił kaznodzieja Jezusowy gest umycia nóg apostołom. „Dzisiaj otrzymujemy od Niego niezwykłą lekcję uświadamiającą nam, że miłość i służba idą w parze i są nierozdzielne. Miłość bez służby drugiemu człowiekowi pozostaje pusta, nie ma punktu odniesienia, nie ma oparcia. Natomiast służba bez miłości przystoi bardziej niewolnikom" – dodał.

Kard. Dziwisz przypomniał także, iż Eucharystia zajmowała centralne miejsce w życiu Jana Pawła II. „Ona była zawsze w centrum każdego dnia, wszystkich jego zajęć, spotkań, rozmów, podejmowania decyzji” - wspominał. Podkreślił, że kaplica domu papieskiego była dla Ojca Świętego „stałym punktem odniesienia, modlitwy, refleksji, szukania odpowiedzi na pytania dotyczące kierowania sprawami Kościoła, dobra ludu Bożego”. Dodał ponadto, że papież sprawował każdą Mszę św. ze skupieniem - czy to w Watykanie, czy podczas gromadzących rzesze wiernych podróży apostolskich po świecie.

Na zakończenie metropolita krakowski-senior zachęcił do dobrego, modlitewnego przeżycia Triduum Paschalnego. „Bądźmy blisko cierpiącego i umierającego Jezusa myślą i sercem. Towarzyszmy Mu w tych rozstrzygających chwilach dla zbawienia świata. Stańmy obok Jego krzyża z Maryją” – zaapelował.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem