Reklama

Na zawsze pierwsza…

2015-05-13 09:39

Katarzyna Woynarowska
Niedziela Ogólnopolska 20/2015, str. 20-21

Ks. Adam Stachowicz

– Jasiek, mój wnuk, na moment przed wyjściem do kościoła, ogromnie przejęty i podekscytowany, zadał mi nagle pytanie: – Dziadku, a jak ty byłeś mały, to czy już była I Komunia św.? – opowiada pan Andrzej

Jak pamiętają swoją I Komunię św. nasi rodzice, dziadkowie, nasze dorosłe już dzieci? To pytanie skłania do refleksji, do wspomnień. Bo choć zmieniły się świat i obyczaje, to dzień ten – jak dowodzą nasi rozmówcy – pozostawia w nas ślad. Obraz, dźwięk, słowo, czyjaś twarz, a nade wszystko poczucie, że uczestniczy się w czymś niezwykłym.

Koszula z prześcieradła

Pan Andrzej. I Komunia św.: wiosna 1943 r. – Małe świętokrzyskie miasteczko i powojenna bieda. Ks. Ligusiński uczy nas śpiewać. A mnie dręczy myśl, że za oknem chłopaki kopią szmaciankę beze mnie. Nie było wyjścia, bo wikary klarował mamie, że głos mam niemal anielski. Za każdy fałszywy dźwięk dostawałem w plecy witką z krzaka bzu, który rósł pod klasztornym murem. To pierwszy obraz ze wspomnień. Ksiądz, idąc na próbę naszego chóru, rwał sobie zawczasu kilka takich witek. Nie chodziło mu o karcenie, ale o wskazywanie błędnej nuty. Był fenomenalnie muzykalny, a ja miałem niebawem zaśpiewać przed pełnym ludzi kościołem, więc sprawa była poważna. Najgorsze jest to, że nie pamiętam, jak mi wtedy poszło, a teraz nie mam już kogo zapytać.

Mama uszyła mi białą koszulę z prześcieradła. Własnoręcznie, w jedną noc. Jestem w niej na zdjęciu. Reszta pożyczona. Buty od brata, dużo za duże. Trzeba było wypchać czubki gazetami, a i tak chodziłem jak ten filmowy potwór Frankenstein. Marynareczka nieznanego pochodzenia, widać, że mocno znoszona. Nie było mowy o żadnym przyjęciu, fecie, grillu w ogrodzie czy nawet wystawnym obiedzie. Nikt wtedy nie zwracał uwagi na oprawę, nie było rocznych przygotowań. Wszystko odbywało się jakoś naturalniej, płynniej. Może dlatego, że byliśmy pokoleniem wojennym, poranionym, bardziej dojrzałym... Poszliśmy rano do kościoła. Nawet nie wiem, czy była wtedy niedziela, czy zwyczajny dzień tygodnia. Ta sama ławka, ten sam kościół. Nie zmienił się zresztą ani trochę do dziś. Niezwykłe, prawda? To piękny, stary budynek – ma w sobie tę cudowną dostojność i lekkość jednocześnie. I to coś, co mają tylko stare świątynie – jakby w powietrzu została część z zanoszonych tu modlitw. Zajrzyjcie kiedyś do cystersów w Jędrzejowie, to zrozumiecie... Mój Boże, minęło tyle lat, prawie całe życie, a ja pamiętam zapach. Lepiej powiedzieć – woń. Ksiądz pouczał nas, że tego dnia przyjdzie do nas sam Jezus, więc gdy klęczałem przed ołtarzem i poczułem ową woń, pomyślałem, że pewnie tak pachnie Bóg.

Reklama

Upływ czasu zatarł ostrość obrazu, barwy płowieją, ale uczucia się pamięta. Ulatują nazwiska, kolejność zdarzeń, jednak emocje gdzieś w nas tkwią. Niecodziennie powracamy do nich, ale w jakimś sensie budują one naszą osobowość, wrażliwość, kondycję duchową. Gdy się tak zastanawiam, jakim słowem opisać uczucie związane z tamtym dniem – to ja, wówczas biedne, ciągle głodne i wystraszone dziecko, poczułem wtedy – bodaj pierwszy raz w życiu – że jestem wreszcie bezpieczny.

Mój własny cud

Irena. I Komunia św.: maj 1952 r. – Jeden raz w życiu doświadczyłam cudu i miał on bezpośredni związek z I Komunią św. Tę historię opowiada się u nas od lat. Wymodliłam powrót ojca. Nie żartuję. A było tak. Rodem pochodzimy z Kresów Wschodnich i mamy w życiorysie całą tragedię Polaków rzuconych na pożarcie sowieckiej swołoczy. Przepraszam za mocne słowa, ale Sowieci zamordowali mi połowę krewnych. Ojca nam zabrali… No więc jak przyszła repatriacja, to mamcia nie zastanawiała się ani chwili. Pojechaliśmy do Polski pierwszym transportem. W ciemno, byle dalej od Moskali. Mama zostawiła sąsiadce kartkę dla taty. Nie zdążyłam zapytać, co na niej napisała. Jaką miał szansę, żeby nas odszukać? Przecież mama nie wiedziała, dokąd rzuci nas los. I tak całą wielopokoleniową rodziną przyjechaliśmy w końcu 1945 r. na Ziemie Odzyskane, dokładniej – do Wałbrzycha.

Kościół Aniołów Stróżów, poniemiecki, strzelisty, z czerwonej cegły, stoi do dziś. Ksiądz proboszcz, nasz rodak serdeczny, uczył nas katechizmu z tym charakterystycznym wschodnim zaśpiewem i co rusz się zamartwiał: – Co z wami dalej będzie, co będzie? Przecież z komunistami żyć się nie da. I choć dobry Bóg każe nam miłować nieprzyjaciół swoich, wy lepiej swoje rozeznanie miejcie…

Więc ja się za tych nieprzyjaciół gorąco modliłam, prosząc, by Bóg zadziałał u nich w sprawie taty. Żeby go nam oddali. I zadziałał! Oczywiście, w mojej pamięci pozostał maj, błękitne cudne niebo, kościół i ja w białej sukience. Przed kościołem oślepia mnie słońce, jakaś męska postać nachyla się i całuje mnie w rękę. Jak dorosłą. Mama płacze, robi się rwetes, ciotka wzywa na świadków wszystkich świętych. A ja wtulam się w ojcowską marynarkę. I jak tu nie pamiętać? Wymodliłam cud!

7 grzechów

Justyna. I Komunia św.: maj 1975 r. – W sklepach GS-u nie było nic, więc mama ciągle martwiła się, że dziecko pójdzie do I Komunii św. w worku po mące, bo przynajmniej biały. Natomiast tata dużo rozmawiał ze mną o Bogu. Podejrzewał, że nie przykładam się do nauki katechizmu. W tamtych czasach katecheza odbywała się w salkach przykościelnych, a w takim małym miasteczku jak nasze wystarczyło, żeby proboszcz krzywo popatrzył, a rodzice już wiedzieli, że znów na religii zrobiłam z siebie głupka. W każdym razie uczyłam się razem z tatą Dekalogu, 7 grzechów głównych, 7 darów Ducha Świętego itd. Po wielu latach uprzytomniłam sobie, że chyba nigdy potem nie byliśmy z tatą tak blisko. Z wyjątkiem tego krótkiego czasu zawsze wydawał mi się kochanym, ale nieco dalekim i stale zapracowanym człowiekiem. Dlatego teraz namawiam swoje dzieci, by nie żałowały czasu na takie rozmowy ze swoimi pociechami. Bo to w człowieku zostaje. Jakiś mądry ksiądz powiedział, że jak się nie zakochamy w Bogu w dzieciństwie, to w dorosłości będzie nam podwójnie ciężko. Pamiętam, że rodzice poświęcali mi wtedy dużo uwagi. Innej niż zwykle, bo nie chodziło o jedzenie i ciepły szalik. Chodziło o sprawy ważne, byłam wtajemniczana w sprawy dorosłych. A spowiedź święta i mój własny spis grzechów zrobiony w zeszycie 16-kartkowym w kratkę? Pół nocy pisałam i wyszedł niecały słupek. Koleżanka miała stronę i trochę. Więc pobiegłam do mamy, żeby pomogła dopisać. Odłożyła wszystko, żeby porozmawiać i wytłumaczyć.

Kilka lat temu chodziłam z synową na spotkania przedkomunijne. A tam wrzawa i gniew, że trzeba z dzieckiem przerabiać katechizm, a tego powinni nauczyć na lekcji religii, bo przecież „za coś się tym katechetom pensje płaci”. Coś się zmieniło w pojmowaniu świata, jakiś przekaz międzypokoleniowy został zaburzony. Moi rodzice, żyjący w czasach, gdy za chodzenie do kościoła można było dostać np. odmowę przydziału na materiały budowlane, uczyli mnie podstaw wiary, tak jak robili to wcześniej ich rodzice. Dziś chyba niewiele się w tej kwestii dzieje. Czy wszystko można wytłumaczyć zapracowaniem? Mnie tata sadzał na kolanach, brał do ręki stary modlitewnik z pozaginanymi rogami. Na końcu były zapisane najważniejsze prawdy wiary. Wodził dużym palcem linijka po linijce, tak trochę niezgrabnie, a ja czytałam… Nawet jeśli potem coś pokręciłam, np. mówiłam: „krzcij ojca i matkę oną”. Tata spokojnie i mozolnie wieczorem odwracał kartki starej książeczki. Tak… najbardziej z tamtego dnia pamiętam, że wreszcie pojęłam, o co chodzi z tą I Komunią św. Dzięki, Tato...

Niebiosa się otworzą

Maciek. I Komunia św.: maj 1995 r. – Zorganizowano mi uroczystość w stylu amerykańskich seriali. Było okazałe przyjęcie, masa prezentów, cały dom gości. Przepraszam z góry moich rodziców i krewnych, ale… nic z tego nie pamiętam. Wiem, że się napracowali, że były emocje i nerwy, że poszło sporo pieniędzy. Nawet kiedyś mówiono mi, że potem z chłopakami z klasy licytowaliśmy się, kto co dostał. Nie pamiętam tego. Naprawdę. Rozumiem, że taką uroczystość trzeba przygotować, bo przyjdzie cała rodzina i w ogóle… Nie krytykuję tych, którzy się starają, ale chciałbym, żeby wiedzieli, iż w ważnym dniu pamięta się to, co sprawia, że ten dzień jest ważny. Proste, prawda? Co pamiętam? Że byłem strasznie przejęty. Wydawało mi się, że stanie się coś spektakularnego – niebiosa się otworzą lub coś w tym stylu. W końcu przyjmuję żywego Boga. Stwórcę wszech rzeczy, Pana czasu i człowieczego losu. Ksiądz wyliczał długą listę łask, które na nas spłyną. Więc czekałem, kiedy spłyną. I coś się zadziało tego dnia, bo nie sprowokował mnie ani jeden z moich kuzynów. Chodziłem w glorii chwały, spokojny i grzeczny jak nigdy. Mama pod wieczór biegała za mną z termometrem, przekonana, że mam gorączkę, że zachorowałem.

Po latach, w duszpasterstwie akademickim, rozmawialiśmy o pamiętaniu istotnych wydarzeń budujących naszą duchowość. I wbrew pozorom w sytuacji, gdy bagatelizuje się I Komunię św., nazywając ją „małym weselem”, wielu z nas sporo pamięta z dnia swojego pierwszego pełnego uczestnictwa we Mszy św.

Rozmowy podsłuchane

Anna, mama Patrycji. – Na jakiś tydzień przed godziną zero, czyli niedzielą I Komunii św. córki, siedziałam na ławkach przed kościołem z innymi mamami. Omawiałyśmy w detalach sposób ustrojenia kościoła, co o której godzinie ma się wydarzyć, kto za co odpowiada. A nasze dziewczynki w kółeczku na trawniku obok też były strasznie zagadane. Przysunęłam się bliżej, żeby podsłuchać... I do dziś pamiętam uczucie, które mnie wtedy dopadło. Wstyd połączony z dumą. Wstyd za siebie, a duma z córki. My klepałyśmy o głupstwach, a Patrycja z koleżankami rozmawiały... o Bogu.

Reklama

Co z postem w Wielką Sobotę?

Ks. Paweł Staniszewski
Edycja łowicka 15/2004

Coraz częściej spotykam się z pytaniem, co z postem w Wielką Sobotę? Obowiązuje czy też nie? O poście znajdujemy liczne wypowiedzi na kartach Pisma Świętego. Chcąc zrozumieć jego znaczenie wypada powołać się na dwie, które padają z ust Pana Jezusa i przytoczone są w Ewangeliach.

Bożena Sztajner/Niedziela

Pierwszą przytacza św. Marek (Mk 9,14-29). Po cudownym przemienieniu na Górze Tabor, Jezus zstępuje z niej wraz z Piotrem, Jakubem i Janem, i spotyka pozostałych Apostołów oraz - pośród tłumów - ojca z synem opętanym przez szatana. Apostołowie są zmartwieni, bo chcieli uwolnić chłopca od szatana, ale ten ich nie usłuchał. Gdy już zostają sami, pytają Chrystusa, dlaczego nie mogli uwolnić chłopca od szatana? Usłyszeli wówczas znamienną odpowiedź: „Ten rodzaj zwycięża się tylko przez modlitwę i post”.
Drugi tekst zawarty jest w Ewangelii św. Łukasza (5,33-35). Opisuje rozmowę Pana Jezusa z faryzeuszami oraz z uczonymi w Piśmie na uczcie u Lewiego. Owi nauczyciele dziwią się, czemu uczniowie Jezusa nie poszczą. Odpowiada im wówczas Pan Jezus „Czy możecie gości weselnych nakłonić do postu, dopóki pan młody jest z nimi? Lecz przyjdzie czas, kiedy zabiorą im pana młodego, wtedy, w owe dni, będą pościć”

Dwa rodzaje postu

Przyglądając się obu obrazom widzimy, iż św. Marek i św. Łukasz przekazują nam naukę Pana o poście w podwójnym aspekcie. Omawiają ten sam znak, okoliczności wydarzeń ukazują jednak zasadniczą różnicę motywów skłaniających do postu. Patrząc bowiem od strony motywów, dostrzegamy w Kościele dwa rodzaje postu.
O jednym pisze św. Marek, można by go nazwać postem ascetycznym. Obowiązuje nas w środę popielcową i wszystkie piątki. Powstrzymujemy się od pewnych pokarmów oraz innych dóbr, przyjemności, i to wzmacnia naszą wolę w walce o dobro. Tą formą prosimy Boga o moc nadprzyrodzoną w walce z szatanem.
Święty Łukasz w cytowanym urywku Ewangelii mówi o drugim rodzaju postu. Obowiązuje on w Wielki Piątek. Zalecany jest też bardzo przez Kościół w Wielką Sobotę. Można nazwać go postem ontologicznym. Jego sens można wyrazić parafrazując słowa Jezusa: „Gdy zabiorą nam młodego pana; nie chcę już ani jeść, ani pić, bo nie ma pana młodego - i dlatego jestem smutny”. Bywa przecież często tak, iż człowiek zmartwiony odmawia jedzenia. „Gdy Pan wróci, z chęcią siądę do posiłku!”

Post aż do Rezurekcji

W związku z rozumieniem postu w Wielkim Tygodniu ostatnio zostałem zapytany, czy rzeczywiście obowiązuje on i przez całą Wielką Sobotę, bowiem w przekonaniu wielu katolików przestrzegany jest tylko do momentu powrotu do domu ze święconką, co najczęściej ma miejsce w godzinach przedpołudniowych.
Otóż najpierw musimy sobie uświadomić, iż w nawiązaniu do wypowiedzi Pana Jezusa w relacji św. Łukasza, Rezurekcja jest dla Kościoła powszechnego znakiem, że Pan zmartwychwstał (czyli wrócił). Stąd logika znaku domaga się, aby post w Wielką Sobotę obowiązywał do tej Wigilii Paschalnej - Rezurekcji przez cały dzień. Można się więc pytać, dlaczego częste przekonanie o poszczeniu w Wielką Sobotę tylko do południa? Ma to po części swoją motywację historyczną, bowiem poprzedni Kodeks Prana Kanonicznego, wydany w 1917 r. przez papieża Benedykta XV ustanawiał post w Wielką Sobotę do godz. 12.00. Dlaczego? Otóż w tamtych czasach Wigilię Paschy, czyli Rezurekcję, odprawiano w sobotę rano. Wigilia zaś to znak Zmartwychwstania. Jeśli Pan już wrócił - zmartwychwstał - traci sens dalszy post. Widzimy więc, że liturgicznie jest to zrozumiałe.
Jednak dzisiaj, tak jak w pierwszych wiekach, odprawiamy Wigilię (czyli Rezurekcję), w nocy, po zachodzie słońca. Stąd logika znaku domaga się postu do czasu Wigilii. Potwierdza to Konstytucja o Świętej Liturgii Soboru Watykańskiego II. Mówi wyraźnie i poucza, że „post paschalny zachowuje się obowiązkowo w Wielki Piątek, a zachęca, zaleca w miarę możliwości w Wielką Sobotę” (n. 110).
Widzimy więc, iż post w Wielką Sobotę aż do Wigilii nie jest obowiązkiem, ale jest bardzo zalecany i zgodny z wymową liturgii Triduum Paschalnego.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Papież umył nogi więźniom w podrzymskim Velletri

2019-04-18 20:11

pb (KAI/vaticannews) / Velletri

Papież dokonał tradycyjnego obrzędu umycia nóg na pamiątkę czynu Chrystusa z Ostatniej Wieczerzy. W tym roku Franciszek zrobił to w więzieniu w podrzymskim mieście Velletri, gdzie odprawił wielkoczwartkową Mszę św. Wieczerzy Pańskiej. - Bycie sługą to reguła Ewangelii - mówił w homilii. Przeszedł też przez Drzwi Święte, które powstały w więzieniu w 2015 r. z okazji ogłoszonego przez Ojca Świętego w całym Kościele Jubileuszowego Roku Miłosierdzia.

Papież symbolicznie umył nogi 12 więźniom pochodzącym z czterech krajów: 9 z Włoch, 1 z Brazylii, 1 z Wybrzeża Kości Słoniowej i 1 z Maroka. W czasie liturgii używał drewnianego pastorału.

W krótkiej, improwizowanej homilii Franciszek przypomniał słowa Jezusa, że Ojciec dał Mu „wszelką władzę”. Ten, który jest Panem zrobił coś, co w tamtej epoce należało do obowiązków niewolnika - umył innym stopy i zalecił, żebyśmy robili to samo, służąc sobie nawzajem, będąc „braćmi w służbie”, a nie dominując nad innymi czy ich depcząc. Na tym polega braterstwo, które „zawsze jest pokorne i służebne”, stwierdził papież.

Podkreślił, że każdy biskup choć raz w roku imituje ten gest Jezusa, by samemu sobie uświadomić, że nie jest najważniejszy, lecz jest najbardziej sługą. - Każdy powinien być sługą innych. To jest reguła Ewangelii - wskazał Franciszek, dodając, że w naszych sercach powinna być „miłość służebna”.

Zauważył, że wśród uczniów Jezusa ma być inaczej niż wśród władców narodów, którzy dominują nad innymi. - Największy powinien służyć najmniejszemu. Ci, którzy czują się najwięksi, powinni być sługami - zaznaczył Franciszek. Zachęcił, byśmy wszyscy byli dla siebie nawzajem coraz bardziej sługami, przyjaciółmi i braćmi.

Po Mszy św. papieżowi podziękowała dyrektorka więzienia Maria Donata Iannantuono. Przedstawiła mu realia życia i pracy w zakładzie karnym w Velletri. Mówiła m.in. przepełnieniu ośrodka, w którym jest miejsce na ok. 400 więźniów a przebywa obecnie ponad 570. Wspomniała też o braku wystarczającej liczby personelu więziennego i trudnościach w realizowaniu programów reedukacyjnych. Wyraziła nadzieję, że papieska wizyta w tym miejscu zwróci uwagę odpowiednich władz na braki w obecnym systemie. „Chcielibyśmy, aby nasze więzienie stało się kuźnią legalności” – podkreśliła Iannantuono.

Następnie przedstawiciele więźniów i służby więziennej wręczyli Franciszkowi prezenty. Papież otrzymał w darze m.in. wykonany przez osadzonych krzyż.

Już po raz piąty Ojciec Święty sprawował liturgię Wieczerzy Pańskiej pośród więźniów. Tym razem w więzieniu w Velletri, 40 km na południe od Rzymu. Jest to jeden z najnowszych zakładów penitencjarnych we Włoszech. Jedna trzecia osadzonych to obcokrajowcy. W więzieniu mogą korzystać z bogatej oferty oświatowej, poczynając od kursów alfabetyzacji przez szkoły zawodowe i średnie, aż po kursy jogi czy degustacji wina.

Sprawowanie wieczornej liturgii Wielkiego Czwartku w więzieniach to zwyczaj, który obecny papież zapoczątkował już w Argentynie jako arcybiskup Buenos Aires.

Przed rokiem Franciszek przewodniczył liturgii Wieczerzy Pańskiej w rzymskim więzieniu Regina Coeli”; w 2017 r. w więzieniu w Paliano na terenie diecezji Palestrina nieopodal Rzymu; w 2016 r. w ośrodku dla uchodźców ubiegających się o azyl (CARA) w Castelnuovo di Porto; w 2015 r. w rzymskim więzieniu Rebibbia; w 2014 r. w domu opieki Santa Maria della Provvidenza, należącym do Fundacji ks. Gnocchiego, zaś w 2013 r. w zakładzie karnym dla nieletnich Casal del Marmo.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem