Reklama

Młodzi bezdomni z wielkich miast i Księga Tobiasza

2015-05-13 10:18

Krzysztof Dybciak
Niedziela Ogólnopolska 20/2015, str. 42-43

Ostatnia książka Krzysztofa Koehlera jest zaskoczeniem dla czytelników, a nawet krytyków obserwujących jego twórczość. Oto bowiem wybitny poeta z dużym dorobkiem – niegdyś czołowa postać grupy i pokolenia „bruLionu” (pamiętacie „Skamandrytów III RP”?) – publikuje powieść; profesor od literatury staropolskiej i czołowy znawca sarmatyzmu wybiera tematykę arcywspółczesną; twórca uznawany za neoklasyka ogłasza utwór o ponurej rzeczywistości kraju zaludnionego przez brutali mówiących wulgarną polszczyzną. Przy tej okazji okazało się, że rynsztokowym językiem posługują się nie tylko politycy i celebryci rządzącego układu – nie gorzej mówią bezdomni oraz przestępcy (granica między tymi grupami bywa nieostra). Autor „Wnuczki Raguela” zlokalizował fabułę w środowisku nieszczęśników żyjących na granicy biologicznego przetrwania i na krańcach cywilizowanego świata. Powieść jakże zaskakująco sąsiaduje – w ramach twórczej biografii Koehlera – z jego poprzednią książką „Boży podżegacz”, traktującą o życiu i pismach ks. Piotra Skargi.

Trzy warstwy powieści

Pierwsza szokująca warstwa świata przedstawionego w powieści Koehlera to prezentacja społeczności ludzi wykluczonych: głodnych, brudnych, z daleka śmierdzących, często czyniących zło; niektórzy z nich bywają jednak czasem ofiarni, solidarni, zdolni do bezinteresownej miłości. Sceneria ich życia jest równie przygnębiająca: niebo „wysuszone mrozem”, na jego tle czasem pojawia się słońce, „blade i wymizerowane”. Czołowe postacie utworu, wyrzucone na margines społeczeństwa zadowolonych, choć ubezwłasnowolnionych konsumentów, znalazły schronienie, jak czasem mówimy, „na łonie natury”; jakaż to jednak nędzna natura: zeschłe trawy, opuszczone ogródki działkowe, poszarpane gazety i plastikowe opakowania, w rzeczywistości „siedlisko pająków, kleszczy, padliny i śmieci”. Na tym turpistycznym tle ukazane są postaci wyniszczone głodem i chorobami, „awangarda nadciągających plemion”, nierespektująca obowiązujących hierarchii społecznych i przeważnie działająca poza dobrem i złem. Ale podobnie postępują tzw. ludzie normalni. Młodzi bohaterowie powieści wędrują po Polsce ubogiej i brzydkiej, a jeśli stykają się z enklawami dostatku i luksusu (zazwyczaj kiczowatego), to mieszkańcy tych ogrodzonych osiedli są jeszcze bardziej prymitywni i odrażający moralnie. Krótko mówiąc, poznajemy kraj bezwzględnej walki o byt, okrucieństwa i egoizmu. Pierwszy, zewnętrzny poziom powieści Koehlera to bytowanie ludzi poza wartościami i historią, w jakimś wiecznym teraz prywatnej egzystencji.

Ale w świecie przedstawionym we „Wnuczce Raguela” pojawia się czasem historia widziana z oddalenia i z dołu, można sprecyzować – z „dołu” rozumianego po bachtinowsku: zredukowanego do fizjologii, z perspektywy świata na opak. Oto przykład: antybohaterscy bohaterowie powieści zauważają w wielkim domu handlowym nadzwyczaj liczne gromady przejętych widzów przed telewizorami, a na ekranach dymiący wrak samolotu. Nie rozumieją, o co chodzi, nawet ich to nie interesuje – dla ludzi marginesu jest to rzeczywistość odległa, nie mają z nią kontaktu psychicznego i sądzą, że nie wpływa ona na ich życie. Nieco bliższy kontakt z wielką historią nawiązują kilka dni później, kiedy przyciąga ich wielkie zgromadzenie na Krakowskim Przedmieściu, a zwłaszcza ogromna kolejka do Pałacu Prezydenckiego. Nadal nie wiedzą, po co ci emocjonalnie poruszeni ludzie stoją, ale mają przynajmniej osobistą korzyść – stojąc w kolejce, dostają gorącą herbatę, a dobre harcerki roznoszą nawet kanapki. Te fragmenty omawianej powieści należą do najlepszych i są prawdziwie poruszające. Odczytuję je również metaforycznie – jako prezentację postawy tych mieszkańców Polski (także „zadomowionych” i sytych), którzy obojętnie obserwowali tragiczne wydarzenia narodowe w kwietniu 2010 r. i później, sądząc naiwnie, że one ich nie dotyczą, że nie wpłyną na ich losy.

Reklama

Jest także trzecia warstwa powieści Krzysztofa Koehlera, najgłębsza. To prześwity metafizyczne, wkraczanie elementów sakralnych w ponury świat grzechu i brzydoty. Główny wątek fabularny ma plan odniesień religijnych. Czy nie przypomina nam czegoś ta relacja międzyosobowa? – chłopak (główni bohaterowie utworu nie mają imion własnych) bezinteresownie opiekuje się ciężarną dziewczyną, która nosi nie jego dziecko; para wędrowców przepędzana przez bezlitosnych ludzi nocuje m.in. w wypełnionym sianem paśniku dla leśnych zwierząt. Sygnały religijne adresowane są głównie do uważnych i dysponujących wiedzą czytelników, apelują do ich kultury, tak więc Koehler pozostaje w jakiejś mierze klasykiem operującym składnikami wysokiej sztuki zakorzenionej w tradycji zachodniej cywilizacji.

Odniesienia biblijne

W tej pogłębionej komunikacji z odbiorcami dzieła literackiego niezwykle ważne są elementy erudycyjne, szczególnie wiedza biblistyczna. Tytułowy Raguel jest postacią występującą w starotestamentowej Księdze Tobiasza, a historia przedstawiona w powieści przypomina w ogólnych zarysach układy międzyludzkie opisane we wspomnianej księdze biblijnej. Także motta ukierunkowują odbiór czytelniczy, mobilizując do szukania głębokich struktur i ukrytych znaczeń. Ileż dają do myślenia w kontekście opowiedzianej w powieści historii przytoczone na początku zdania z Izajasza: „Pan – to Bóg wieczny, Stwórca krańców ziemi. On się nie męczy ani nie nuży, Jego mądrość jest niezgłębiona. On dodaje mocy zmęczonemu i pomnaża siły omdlałego. Chłopcy się męczą i nużą, chwieją się, słabnąc, młodzieńcy, lecz ci, co zaufali Panu, odzyskują siły, otrzymują skrzydła jak orły; biegną bez zmęczenia, bez znużenia idą” (Iz 40, 28-31).

Ta właśnie warstwa powieści, otwierająca na wymiar sakralny, pogłębiająca jej znaczenia o wymiar uniwersalny, znajduje rezonans w doświadczeniach egzystencjalnych odbiorców – indywidualnych i przekazywanych od tysiącleci – oraz podnosi jej artystyczną oryginalność, bo odróżnia dzieło Krzysztofa Koehlera od wielu utworów literackich i filmowych, których twórcy są zafascynowani jednostkami i grupami patologicznymi, a rozmaici wykolejeńcy stają się bohaterami nie tylko w sensie konstrukcyjnym, czyli jako główne postaci utworu. W modnych utworach o ludziach wykluczonych znajdujemy często jedynie okrutne zaciekawienie egzotyką środowiskową, bezmyślną i antykulturową akceptację wszelkich zachowań i postaw bez względu na ich wartość moralną.

Czy odrodzenie powieści chrześcijańskiej

Autor „Wnuczki Raguela” zwraca też uwagę odbiorców na zdumiewające fakty pojawiania się dobra nawet w kręgach zdominowanych przez zło. Wyostrza kontrasty, jego wizja współczesnej Polski jest jeszcze bardziej pesymistyczna niż w rzeczywistości, jakby chciał nas przekonać, że osoba ludzka ma ogromne rezerwy, że w jej tajemniczych głębiach znajdują się potencjały duchowego odrodzenia, moralnej przemiany i aktywnej dobroci... Jest to postawa głęboko chrześcijańska, polegająca w tym przypadku na bezwarunkowej akceptacji innej osoby, solidarności z potrzebującymi pomocy bez pytania o przyczyny trudnej sytuacji, często zawinionej przez owych nieszczęśników. Kontynuacja pięknej tradycji zakonów żebraczych, u nas np. św. Brata Alberta. Realizacja tej postawy wymaga pokory, poświęcenia, czasem heroizmu. Ma też swoje ograniczenia, gdyż lecząc objawy duchowej słabości i materialnej nędzy, bywa bezradna w zapobieganiu przyczyn zła.

Autor, kształtując odpowiednio losy głównych postaci powieści, usprawiedliwia ich, motywacje i wykolejenia są niereprezentatywne statystycznie. Młody bohater „Wnuczki Raguela” został wyrzucony z normalnej egzystencji po strasznej zbrodni w jego rodzinie – ojciec zamordował matkę i siostrę, a potem się powiesił. Także „dziewczyna” (później matka Natalki) zostaje strącona do cywilizacyjnego czyśćca po śmierci rodziców w katastrofie samochodowej, pojawiają się też sugestie narratora o wcześniejszych mrocznych relacjach wewnątrzrodzinnych. Nagromadzenie tych okropności, pełniące w utworze funkcję usprawiedliwienia ludzi bezdomnych, jest zbyt jaskrawym argumentem rehabilitującym te postaci.

Chrześcijaństwo jest wspaniałą wspólnotą i skarbnicą wzorów postępowania, ponieważ ma jeszcze inną tradycję – polegającą na rozróżnianiu grzechu i cnoty, utrwalaniu hierarchii wartości, budowaniu kultury i instytucji wychowawczych; znaną z wielu dzieł postawę autodyscypliny, wyobraźni moralnej, odpowiedzialności za własne czyny. Jednak artystom, także katolickim, ostatniego stulecia bliższa była chyba linia współczucia przegranym i solidarności z nimi. Wielkim prekursorem tej postawy w literaturze był prawosławny Fiodor Dostojewski, jej zwolennikami i praktykami byli znakomici powieściopisarze reprezentujący nurt literatury katolickiej, szczególnie we Francji: François Mauriac, Georges Bernanos... „Wnuczka Raguela” bliższa jest tego wzoru literackiego. Czyżby ta książka Koehlera zapowiadała odrodzenie chrześcijańskiej powieści?

Odpowiedzieć na to pytanie muszą inni polscy prozaicy, również ci, którzy w ostatnich dekadach skutecznie wzbogacali dorobek inspirowanej chrześcijaństwem eseistyki. W każdym razie kunsztownie napisana, jak przystało na poetę i uniwersyteckiego znawcę literatury, podejmująca ważne problemy społeczne i filozoficzne powieść udowodniła, jak wszechstronnym pisarzem jest Krzysztof Koehler. Znaliśmy go dotąd jako liryka, czołowego krytyka „młodej literatury” w III RP, eseistę, badacza dawnej kultury, monografistę ks. Piotra Skargi, a teraz widzimy, jak pewnie wkroczył na teren prozy fabularnej.

Krzysztof Koehler, „Wnuczka Raguela”, Kraków 2014, Wydawnictwo M, s. 247.

W marcu 2015 r. książka dostała nominację do jednej z najważniejszych nagród literackich naszej części Europy – Literackiej Nagrody Europy Środkowej „Angelus”.

Niedzielna Msza święta w sobotę

Ks. Paweł Staniszewski
Edycja łowicka 10/2004

Nie tak dawno w czasie lekcji jeden z licealistów zapytał mnie w intrygującej go sprawie. „Proszę księdza, Kościół uczy, że jeżeli z ważnych powodów nie możemy iść do kościoła w niedzielę (np. idziemy na zabawę karnawałową trwającą do białego rana, lub będziemy musieli w niedzielę pracować) to powinniśmy to uczynić w sobotę wieczorem.

Bożena Sztajner/Niedziela

Takie uczestnictwo nie będzie pociągało konsekwencji grzechu. Niestety, coraz częściej słyszę, iż niektórzy moi znajomi, dla wygody, by mieć niedzielę tylko dla siebie, idą w sobotę, a nie w niedzielę na Mszę św. Czy jest to postawa słuszna, prawidłowa? W Piśmie Świętym czytamy, jak to Pan Bóg polecił świętować siódmy dzień, a nie szósty. Wyznaczył niedzielę na świętowanie, a nie sobotę wieczorem. Czy więc regularne uczestniczenie w niedzielnej Mszy św. w sobotę wieczorem nie jest nadużyciem?”

Otóż tytułem wstępu przypomnę, iż obowiązek uczestniczenia we Mszy św. wiąże katolika w sumieniu. Dobrowolne zaniedbanie uczestniczenia we Mszy św. w niedzielę jest grzechem śmiertelnym i powoduje zerwanie kontaktu z Bogiem. Wracając do kwestii dnia, którego powinniśmy świętować, zgodnie z poleceniem Boga Izraelici zobowiązani byli do świętowania szabatu czyli siódmego dnia, dnia Bożego odpoczynku po dokonanym dziele stworzenia. Jednak po Zmartwychwstaniu Chrystusa, które miało miejsce w pierwszym dniu tygodnia (w niedzielę), rozpoczął się nowy etap w historii zbawienia. Etap ten jest czasem nowego stworzenia. I właśnie ten dzień nowego stworzenia, bo zostało ono zapoczątkowane Zmartwychwstaniem i umocnione zesłaniem Ducha Świętego też w niedzielę, obchodzimy jako najważniejsze święto każdego tygodnia. Świętujemy niedzielę, jako pierwszy dzień tygodnia. Wyraźnie słyszymy to w II Modlitwie Eucharystycznej, w której kapłan wypowiada słowa: „Dlatego stajemy przed Tobą i zjednoczeni z całym Kościołem uroczyście obchodzimy pierwszy dzień tygodnia, w którym Jezus Chrystus Zmartwychwstał i zesłał na Apostołów Ducha Świętego”.

Kościół o sposobie spełnienia obowiązku uczestniczenia we Mszy św. wypowiada się w kanonie 1248 Kodeksu Prawa Kanonicznego w następujący sposób: „Nakazowi uczestniczenia we Mszy św. czyni zadość ten, kto bierze w niej udział, gdziekolwiek jest odprawiana w obrządku katolickim, bądź w sam dzień świąteczny, bądź też wieczorem dnia poprzedzającego”. Jak widać, kanon ten nic nie mówi na temat przyczyn naszej decyzji co do dnia uczestniczenia we Mszy św. Termin, w którym udamy się na Mszę św. - w sobotę wieczorem (lub inny dzień poprzedzający święto) czy też w sam dzień świąteczny - zależy tylko od nas. Tak więc z formalnego punktu widzenia wszystko jest w porządku. Każdy jednak medal ma dwie strony. Stąd warto w tym miejscu przypomnieć, na czym polega zadanie świętowania. Otóż do istoty chrześcijańskiego świętowania należy uczestniczenie w liturgicznym spotkaniu, które wielbi Pana, rozważa Jego słowa i umacnia się wzajemnym świadectwem wiary. Kościół od samego początku prosił swoje dzieci, aby pilnowały niedzielnej Eucharystii. Już około 108 r. pisał św. Ignacy z Antiochii: „Niechaj nikt nie błądzi. Ten, kto nie jest wewnątrz sanktuarium, sam pozbawia się Chleba Bożego.

Jeśli modlitwa wspólna dwóch zwykłych ludzi ma moc tak wielką, o ileż potężniejsza jest modlitwa biskupa i całego Kościoła! Kto nie przychodzi na zgromadzenie, ten już popadł w pychę i sam siebie osądził” (List do Efezjan 5,2-3). A dwie strony dalej dodaje św. Ignacy następujący argument: „Gdy się bowiem często schodzicie, słabną siły szatana i zgubna moc jego kruszy się jednością waszej wiary” (13,1).

Stąd jeśli z czystego wygodnictwa pomijamy Mszę św. w sam dzień świąteczny, nasze świętowanie stałoby się niepełne. To jest podstawowa racja, dla której winniśmy dążyć do zachowania niedzielnej Mszy św. Warto zobaczyć dla jakich powodów ludzie najczęściej rezygnują w ogóle z Mszy św. w niedzielę, przychodząc na nią w sobotę wieczorem. Wygodne wylegiwanie się w łóżku, oglądanie telewizji, wycieczka, goście, widowisko sportowe - to są dla nich w niedzielny dzień ważniejsze rzeczy, aniżeli uczestniczenie we Mszy św. Oczywiście, - zauważmy - że w takim przypadku nie mówimy o grzechu (bo przecież można przyjść na Mszę św. w sobotę). Pojawia się natomiast coś, co można nazwać apelem do naszego serca, do naszego sumienia, by nie wybierać tego, co łatwiejsze, ale to, co stosowne, co buduje wiarę naszą i wiarę całej wspólnoty. W przeciwnym razie można pokusić się o stwierdzenie, że wybierając to, co łatwiejsze, czyli sobotnią Liturgię, jakby w sposób pośredni dajemy dowód, iż uczestnictwo w Ofierze Chrystusa jest dla nas jakimś ciężarem, obowiązkiem, a nie radosnym spotkaniem przy stole na wspólnej uczcie.

Kiedy przeżywamy okres Wielkiego Postu, czas nawracania się, pracy nad sobą, podejmowania dobrych postanowień celem przybliżenia się do Boga i pogłębienia swej wiary, miłości, może warto byłoby podjąć trud podjęcia decyzji o prawdziwym świętowaniu niedzieli w połączeniu z uczestnictwem właśnie tego dnia w Eucharystii. Może będzie mnie to kosztować godzinę mniej snu, ale to przecież wszystko ad maiorem Dei gloriam - na większą chawałę Boga.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kraków: abp Jędraszewski poświęcił pokarmy na Rynku Głównym

2019-04-20 20:29

led / Kraków (KAI)

W Wielką Sobotę abp Marek Jędraszewski poświęcił pokarmy przed bazyliką mariacką na Rynku Głównym w Krakowie. Metropolita krakowski złożył licznie zgromadzonym mieszkańcom, gościom i turystom świąteczne życzenia.

Joanna Adamik/archidiecezja krakowska

W uroczystości uczestniczył m.in. kard. Stanisław Dziwisz, metropolita krakowski – senior, ks. Dariusz Raś, proboszcz bazyliki mariackiej, o. Leon Knabit i prezydent Krakowa Jacek Majchrowski.

Podczas uroczystości abp Marek Jędraszewski mówił, że „nie może być lepszej perspektywy, gdy chodzi o przesłanie tych świat, niż ta prawda, że Chrystus zmartwychwstał, zwyciężając grzech, śmierć i tego, który spowodował śmierć i grzech czyli szatana”. - W tym tkwi cała nadzieja, ciągle odnawiana zawsze podczas tych świąt, że zwycięstwo ostateczne należy do Chrystusa i tych wszystkich, którzy wiernie idą za nim, dźwigając także swoje krzyże, bo one są niejako włączone w prawdę o naszym życiu – podkreślił hierarcha.

Prezydent Krakowa Jacek Majchrowski złożył życzenia krakowianom i turystom wypoczywającym w Krakowie w czasie świąt. Prezydent mówił, że w święceniu pokarmów na Rynku biorą udział osoby z całego kraju, a cudzoziemcy pytają na czym ta tradycja polega.

- Krakowski Rynek jest od ponad 700 lat miejscem, gdzie odbywają się wszystkie rzeczy, które można nazwać tradycyjnymi. Te święcenia to także tradycja od wielu, wielu lat – powiedział prezydent, dodając że „Kraków był zawsze miejscem, w którym krzyżowały się kultury i narody, był miastem międzynarodowym”.

Na placu przed bazyliką mariacką stanął także stół z tradycyjnymi wielkanocnymi potrawami, które trafią do podopiecznych braci albertynów.

Gospodarze uroczystości rozdali obecnym na krakowskim Rynku tradycyjne pieczywo świąteczne, nazywane kukiełkami.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem