Reklama

Dzieci transnarodowe

2015-05-26 13:34

Katarzyna Woynarowska
Niedziela Ogólnopolska 22/2015, str. 20-21

skeeze/PIXABAY.COM

Rzecznik Praw Dziecka apeluje, by nie nazywać dzieci eurosierotami, bo określenie to ma pejoratywne zabarwienie i stygmatyzuje. Lepiej używać określenia „dzieci z rodzin transnarodowych”, czyli takich, w których jedno z rodziców mieszka za granicą

W 2014 r. Rzecznik Praw Dziecka opublikował raport, z którego wynika, że 1/5 polskich uczniów to eurosieroty – na stałe lub czasowo. Badanie „Dziecko, rodzina i szkoła wobec migracji rodzicielskich: 10 lat po akcesji do Unii Europejskiej”, bo tak zatytułowano raport, pokazało, że w większości wyjeżdżają ojcowie, rzadziej matki. Psychologowie twierdzą, że rozłączanie rodzin, oprócz innych skutków, powoduje także zmiany w psychice dzieci. Już niebawem przekonamy się, kim jest młode pokolenie – dorosłych eurosierot.

Emigracja bezdzietna

Pojęcie „eurosieroty” pojawiło się w 2004 r., ale problemem społecznym zostało nazwane przez media w okolicach 2008 r. Coraz więcej Polaków wyjeżdżało wtedy do pracy za granicę. Szczególnie w Polsce północno-wschodniej pustoszały wsie i miasteczka. Ci, którzy już wyjechali, ściągali rodzinę, znajomych, sąsiadów. Przez kanał La Manche przeprawiały się całe autokary najczęściej mężczyzn, zwłaszcza młodych. O zjawisku tym z rosnącym niepokojem mówili najpierw księża, którym wyparowywała część parafian, oraz nauczyciele, przyznający, że coraz więcej ich uczniów to eurosieroty. Sytuacja stała się na tyle poważna, że głos zabrało Ministerstwo Edukacji Narodowej. Raport „Dziecko rodziny migracyjnej w systemie oświaty” opracowano na podstawie ankiet przeprowadzonych wśród tysięcy nauczycieli. Okazało się, że jest gorzej, niż przypuszczano. Długotrwała rozłąka z rodzicami skutkuje całą masą dziecięcych problemów – od kłopotów z uczeniem się po depresje, rozmaite uzależnienia, wchodzenie w konflikt z prawem czy nawet próby samobójcze. Nie zawsze bowiem dzieci zostawały pod opieką jednego z rodziców, dziadków lub bliskiej rodziny. Zdarzało się, że rodzice straszyli swoje nastoletnie pociechy bidulem, jeśli komukolwiek pisną słowo, że rodzice na całe miesiące zostawiają je same. Jeden z takich nastolatków napisał po kilku latach samodzielności, że często jedynym znakiem od rodziców były pozdrowienia w tytule przelewu bankowego.

Część społeczeństwa do dziś nie widzi w tej masowej migracji niczego złego. Wreszcie możemy się otworzyć na świat, poznawać kraje, języki, obyczaje. A w kraju – żyć na odpowiednim poziomie. Jeden z wiejskich nauczycieli opowiada, jak na jego oczach zmienia się na plus obraz wsi. Rodziny, zwłaszcza te najbiedniejsze, mają wreszcie za co żyć. Odbiły się od ekonomicznego dna, kupują komputery, zakładają internet. Dzieci zaczęto dowozić na popołudniowe zajęcia do większych ośrodków, częściej jeżdżą do lekarza, np. stomatologa, i nareszcie widzą coś więcej niż tablicę z nazwą swojej wsi... Rodziny, zwłaszcza w pierwszym okresie, także wydawały się zadowolone. Bezrobotny ojciec w domu a ojciec, który zarabia miesięcznie trzy średnie krajowe, to znacząca różnica. Potrzeba było czasu i doświadczeń, nie zawsze miłych, żeby pojąć, iż nie każda rodzina odnajduje się w sytuacji rozłąki. Że ekonomiczny sukces ma swoją cenę, często bardzo wysoką.

Reklama

Opinię publiczną elektryzowały co rusz doniesienia mediów o polskich dzieciach na angielskich lotniskach, po które nikt się nie zgłasza. O ekscesach nastolatków pozostawionych pod opieką dziadków itd. O wcale niebiednych mieszkaniach w nowych dzielnicach polskich miast, do których wkraczają policjanci i służby socjalne, żeby zabrać do domu dziecka pozostawione bez opieki dzieci. Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej alarmuje, że tylko w 2013 r. do rodzin zastępczych i domów dziecka trafiło 1300 eurosierot.

Jak zmierzyć zyski i straty?

W 10. rocznicę rozszerzenia Unii Europejskiej robiono wiele takich rachunków. Prasa niemiecka zauważała np., że to właśnie my, Polacy, zapłaciliśmy najwyższą cenę za integrację. „Die Zeit” pisał: „Emigracja młodych Polaków doprowadziła do tego, że w wielu wsiach zostali tylko starzy mieszkańcy i eurosieroty, dzieci bez rodziców wychowywane przez dziadków, że rozpadły się rodziny. Od tej ludzkiej strony Polacy zapłacili bardzo wysoką cenę za nową wolność”.

Czas płynie i zmienia się oblicze polskiej emigracji. Dzisiaj ludzie wolą wyjeżdżać całymi rodzinami. Biedniej, trudniej, ale razem. Niestety, oznacza to, że nie myślą o powrocie do ojczyzny. Ci, którzy mają już wydeptane ścieżki, czyli potrafią poruszać się po unijnym rynku pracy, wyjeżdżają na kilka miesięcy, żeby zarobić, i wracają. Potem cykl się powtarza. Jeden i drugi model, zdaniem ekspertów, powoduje poważne zachwianie struktury społecznej w Polsce. Uderza w rejony, gdzie mówi się o tradycyjnie mocnej pozycji rodziny – głównie w południową i wschodnią Polskę.

Jest jeszcze inna strona medalu. Według raportu Komitetu Badań nad Migracjami PAN, liczba rozwodów po przystąpieniu Polski do UE gwałtownie rośnie. Niemymi ofiarami tego zjawiska są dzieci. W Anglii np. rozwód to kwestia zaledwie kilku miesięcy, a większość rozwodów odbywa się drogą korespondencyjną, bez konieczności stawiania się w sądzie.

Europokolenie

Mówią, że jak dorosną, to też wyjadą, jak rodzice. Deklaruje tak ok. 40 proc. eurosierot. Swój obraz życia na emigracji czerpią z wakacyjnych lub świątecznych wizyt u rodziców, gdy ci starają się nieba przychylić potomkom, więc dzieciaki sądzą, że trafiły do raju. Coraz częściej pojawia się jednak refleksja, że tak naprawdę ci młodzi nie potrafią odnaleźć się na obczyźnie, a w kraju jest im za ciasno. Traktowani przez lata jako bogate biedactwa uważają, że wszystko im się należy. Z trudem znoszą wszelkie ograniczenia i stawianie wymagań. Oczywiście, nie jest to obraz jednorodny. Eurosieroty to także dzieci, które musiały szybko dorosnąć, biorąc na siebie obowiązki dorosłych. Żeby nie zawieść ciężko pracujących rodziców, nie skarżyły się, ale dzielnie zajmowały się domem, płaciły rachunki, sprzątały i prały. Wieczorami opowiadały, jak minął im dzień, przed ekranem komputera, co stało się jedyną formą żywego kontaktu z rodzicami.

Polskę dotyka jeszcze jedno niekorzystne zjawisko – ok. 300 tys. polskich dzieci i młodzieży z emigracji od 2004 r. mieszka obecnie poza granicami. To tak, jakby z kraju wyparowało nagle jedno pokolenie. Chodzą do angielskich szkół, mają sporadyczny kontakt z Polską i zapewne nigdy do niej nie wrócą. Ich liczba w rodzinach naszych emigrantów zwiększyła się w ciągu 2 lat o prawie 30 proc. Ten zdecydowany wzrost liczby polskich dzieci za granicą pokazują także badania przeprowadzone przez polonijne organizacje w Anglii. Tylko w londyńskich szkołach (bez prywatnych) uczy się ok. 22 tys. dzieci mówiących po polsku. To aż prawie trzykrotnie więcej niż w 2007 r.!

Polaków ciężko pracujących za granicą irytuje nazywanie ich dzieci eurosierotami i pokazywanie ich samych jako bezdusznych i bezmyślnych ludzi, skupionych wyłącznie na zarabianiu pieniędzy. – Nikt, jeśli nie musi, nie zostawia swoich dzieci. Nikt, kto ma serce na swoim miejscu. Proszę nie zapominać, że to sytuacja w kraju zmusiła nas do wyjazdu. I to my przez całe miesiące i lata cierpimy z powodu rozłąki. Dlatego nie wińcie nas za eurosieroty, za to, że dokonaliśmy trudnego wyboru. Winne jest państwo, gospodarka, sytuacja międzynarodowa... i jeden Bóg jeszcze wie, co. Robimy to dla dzieci. Dla ich lepszej przyszłości – tak skomentowała sytuację jedna z mam, pracująca jako pielęgniarka w Niemczech.

Według badań, obecnie poza krajem znajduje się ponad 2,5 mln Polaków z emigracji po 2004 r.

Tagi:
rodzina dzieci emigracja

Odpowiedzialność księży posiadających potomstwo - artykuł o. Józefa Augustyna SJ

2019-04-12 16:25

O. Józef Augustyn SJ / Kraków (KAI)

Mężczyzna posiadający potomstwo nie może kryć się więc za swoją funkcją kapłańską, by uniknąć odpowiedzialności i trudu rodzicielstwa – przypomina o. Józef Augustyn. Omawiając watykańską „Notę odnośnie do praktyki Kongregacji ds. Duchowieństwa w sprawie duchownych posiadających potomstwo” jezuita zaznacza, że dzieci księży katolickich przez całe stulecia były tematem tabu zarówno w Kościele, jak i w społeczeństwie.

http://jaugustyn.jezuici.pl/

Publikujemy artykuł o. Józefa Augustyna przesłany KAI przez Autora.

Watykańska „Nota” w sprawie księży posiadających potomstwo

„Jeśli my odmawiamy wierności, On wiary dochowuje,

bo nie może się zaprzeć siebie samego” (2 Tm 2,13)

Wywiad, jakiego kard. Beniamino Stella, prefekt Kongregacji ds. Duchowieństwa, udzielił Andrea Torniellemu dyrektorowi wydawniczemu Mediów Watykańskich, w sprawie rozwiązywania sytuacji kapłanów posiadających dzieci [„L’Osservatore Romano”, 27 lutego 2019 – przyp. KAI], ujawnia kolejny raz pragnienie współczesnego Kościoła kroczenia drogą przejrzystości moralnej oraz pełnej jawności stosowanych procedur w rozwiązywaniu najtrudniejszych problemów osób duchownych i świeckich. Wywiad pokazuje nową jakość, z jaką Watykan stawia czoła bolesnemu problemowi księży, którzy – wbrew zobowiązaniom zachowania celibatu – nawiązują relacje z kobietami i wydają na świat potomstwo.

1. Kardynał przedstawia zwięźle roboczy dokument wydany dla użytku wewnętrznego Stolicy Apostolskiej noszący tytuł: „Nota odnośnie do praktyki Kongregacji ds. Duchowieństwa w sprawie duchownych posiadających potomstwo”. Jak wyjaśnia kardynał, „Nota” porządkuje praktykę w tej materii, którą od lat stosuje się w Kongregacji ds. Duchowieństwa. Dodaje też, że dokument powstał kilkanaście lat temu w czasach Papieża Benedykta XVI, gdy prefektem Kongregacji ds. Duchowieństwa był kard. Cláudio Hummes. W całej sprawie chodzi o dobro dziecka i jego prawo, by u jego boku był również tata, a nie tylko sama mama. Papież Franciszek, stwierdza kard. Stella, w pełni akceptuje takie rozwiązanie. „Już jako kardynał i arcybiskup Buenos Aires w dialogu z rabinem Abrahamem Skórką, opublikowanym w książce „W niebie i na ziemi”[1], był w tej sprawie kategoryczny: priorytetową uwagę taki kapłan musi poświęcać swemu potomstwu” – mówi kardynał. I choć prezentowana „Nota” przygotowana została do wewnętrznego użytku Stolicy Apostolskiej, jest znana także biskupom i polecana do stosowania, gdy mają do czynienia z tego typu sytuacjami w swoich diecezjach.

2. Kapłan, któremu urodzi się dziecko, jest – z prawa naturalnego – zobowiązany do odpowiedzialności za swoje potomstwo oraz za jego matkę. Ksiądz będący w takiej sytuacji – zauważa prefekt Kongregacji ds. Duchowieństwa – winien rozumieć, „jaka spoczywa na nim odpowiedzialność względem własnego dziecka”. Dobro dziecka i odpowiednia opieka nad nim muszą „znajdować się w centrum zainteresowania Kościoła”. Fakt bycia księdzem katolickim, z którym Kościół wiąże celibat, nie może być ważniejszy od naturalnego faktu bycia ojcem dziecka. O ile celibat księży wynika z prawa ustanowionego przez Kościół, i on może z niego zwolnić, o tyle ojcostwo i macierzyństwo wiąże się z naturalnym prawem nadanym przez samego Stwórcę, nad którym Kościół nie ma władzy i nie może z niego zwalniać. „Rodzice, ponieważ dali życie dzieciom, w najwyższym stopniu są obowiązani do wychowania potomstwa i dlatego muszą być uznani za pierwszych i głównych jego wychowawców” – czytamy w „Deklaracji o wychowaniu chrześcijańskim Soboru Watykańskiego II”[2].

Mężczyzna posiadający potomstwo nie może kryć się więc za swoją funkcją kapłańską, by uniknąć odpowiedzialności i trudu rodzicielstwa. Fakt, że ojcem dziecka jest ksiądz, nie może być ani dla niego, ani też dla jego przełożonych usprawiedliwieniem, by odmówić dziecku tego, do czego ma prawo.

Prefekt Kongregacji ds. Duchowieństwa mówi jednoznacznie: „Księża, którzy mają dzieci, powinni opuścić stan kapłański dla ich dobra. (…) Tego typu sytuacja jest uważana za nieodwracalną i wymaga od kapłana odejścia ze stanu duchownego, nawet jeśli on sam uważa się za zdolnego do pełnienia posługi”. To rozwiązanie nie ma bynajmniej charakteru kary za złamanie celibatu, który ksiądz dobrowolnie przyrzekał Bogu i Kościołowi, ale jest konsekwencją naturalnych zobowiązań wobec zrodzonego potomstwa i jego matki. To obowiązek moralny, z którego nikt nie ma prawa go zwolnić, także najwyższe władze kościelne.

A co robić, gdy ksiądz nie zamierza rezygnować z kapłaństwa, ale zabezpieczywszy materialną sytuację matki i dziecka, pragnie dalej spełniać funkcję księdza? – dopytuje Andrea Tornielli. Kardynał Stella nie widzi takiej możliwości: „Kiedy zgodnie z osądem biskupa (…) sytuacja wymaga, aby kapłan wziął na siebie obowiązki wynikające z jego ojcostwa, lecz nie chce prosić o dyspensę, taki przypadek jest zgłaszany do Kongregacji z wnioskiem o usunięcie takiego kapłana ze stanu duchownego”.

I chociaż procesy kanoniczne przeniesienia ad statum laicalem księży, którzy porzucili kapłaństwo, trwają nieraz latami, to jednak kard. Stella zapewnia, że w Kongregacji ds. Duchowieństwa robi się wszystko, co możliwe, aby „dyspensa z obowiązków została przyznana w jak najkrótszym terminie – w ciągu kilku miesięcy – tak, aby kapłan mógł towarzyszyć matce w wychowaniu dzieci”.

3. Dzieci księży katolickich przez całe stulecia były tematem tabu zarówno w Kościele, jak i w społeczeństwie, a przypadki ojcostwa kapłanów miały klauzulę najwyższej poufności. Sprawa była znana zwykle bardzo wąskiemu gronu osób zarówno po stronie księdza – ojca dziecka, jak i matki. W katolickim społeczeństwie, w którym duchowni mieli wysoki autorytet moralny, temat dzieci księży był kłopotliwy i arcywstydliwy dla wszystkich stron: dla dziecka, dla jego rodziców, dla rodziny, dla Kościoła. W rozwiązywaniu problemu nacisk położony był na troskę o ukrycie sprawy, na lęk przed wybuchem skandalu oraz finansowe zabezpieczenie matki i dziecka. Ksiądz, któremu urodziło się dziecko, gdy wiedział o tym biskup, był przenoszony na drugi koniec diecezji, do innej diecezji lub też gdzieś daleko na misje.

Dobro potomka oraz jego naturalne prawo do wychowania przez ojca było podporządkowane „roztropnym”, „praktycznym” rozwiązaniom, na które wszystkie strony, poza samym dzieckiem, wyrażały zgodę.

Rozwiązania te utożsamiano często z dobrem Kościoła. Było to jednak rozwiązanie – jakkolwiek próbować je tłumaczyć – nieprzejrzyste moralnie, by nie powiedzieć zakłamane. Porzucenie dziecka przez ojca – księdza to zawsze wielka krzywda naznaczająca całe jego życie. „Dziecku w jego rozwoju powinna towarzyszyć przede wszystkim miłość rodziców, właściwe wychowanie, a zatem to wszystko, co stanowi rzeczywiste i odpowiedzialne rodzicielstwo, zwłaszcza w pierwszych latach życia” – oświadczył kard. Stella.

4. Nierzadko jednak zdarzały się też sytuacje, że księża posiadający dzieci ukrywali starannie swoją tożsamość w środowisku rodzinnym matki jego dziecka, a jego przełożeni i koledzy nie byli świadomi faktu posiadania przez niego potomstwa. Dzisiaj w dobie powszechności internetu, smartfonów, mediów społecznościowych, takie rozwiązanie jest już praktycznie nie do podtrzymania. Nazwiska i fotografie księży bywają umieszczane, bez ich pytania i zgody, na stronach diecezjalnych czy parafialnych. Domaganie się przez jakiegoś kapłana, by tego nie czynić, budziłoby najwyższą podejrzliwość jego środowiska.

Problem dzieci księży katolickich nagłośnił w ostatnich latach psychoterapeuta Vincent Doyle, syn irlandzkiego księdza katolickiego. Założone przez niego stowarzyszenie Coping International stawia sobie za cel wydobycie z anonimowości wszystkie dzieci księży katolickich na całym świecie, kierując do nich pomoc psychologiczną i ludzkie wsparcie. Doyle wychodzi z założenia, że nieobecność ojca w życiu dziecka oraz ukrywanie jego tożsamości przed całym światem są dla niego upokarzające.

5. Prefekt Kongregacji ds. Duchowieństwa podkreśla jednak, że każda sytuacja księdza posiadającego potomstwo winna być rozeznawana indywidualnie. Zaznacza, że wyjątki od przyjętej w „Nocie” zasady bywają bardzo rzadkie. Podaje przy tym trzy konkretne przykłady stanowiące wyjątek.

Po pierwsze, gdy noworodek, dziecko księdza, zostaje zaadoptowane przez inną pełną rodzinę, w której będzie miało przybranego ojca. Po drugie, gdy fakt, że kapłan posiada potomstwo zostaje ujawniony, gdy jego dziecko jest już dorosłe i ma 20–30 lat. Trzeci podany przez kardynała przykład wyjątku od przyjętej w „Nocie” zasady jest bardziej złożony i został – jak to bywa w wywiadach – przedstawiony z pewnymi skrótami. Chodzi o sytuację, kiedy „kapłani, którzy mieli w młodości bolesne doświadczenia uczuciowe i zapewnili swym dzieciom pomoc ekonomiczną, moralną i duchową, a dziś gorliwie i z zaangażowaniem pełnią swą posługę, przezwyciężywszy minioną niestabilność uczuciową”. W przedstawionych sytuacjach biskupi i episkopaty mogą przyjmować rozwiązania bardziej elastyczne i nie muszą zobowiązywać księży posiadających dzieci do składania wniosków o przeniesienie do stanu świeckiego.

6. Ujawnienie „Noty odnośnie do praktyki Kongregacji ds. Duchowieństwa w sprawie duchownych posiadających potomstwo” oraz bezpośredni komentarz prefekta Kongregacji ds. Duchowieństwa kard. Stelli wpisują się w dążenie Kościoła posoborowego do jawności i przejrzystości świadectwa dawanego światu.

Czy biskupi i księża mogliby z czystym sumieniem wzywać do poszanowania praw dzieci, nawoływać ich rodziców do odpowiedzialnej miłości małżeńskiej i rodzicielskiej, gdyby jednocześnie – w imię wygody, egoizmu i nieodpowiedzialności księdza, któremu urodziło się dziecko czy też doraźnie pojmowanej „korzyści” diecezji lub zakonu – przymykali oczy na porzucanie własnych dzieci? W sytuacji chronicznego braku księży biskupi mogą być kuszeni do rozwiązań podejmowanych ze szkodą dla dziecka księdza i jego matki.

Prawdziwym skandalem w Kościele nie są sytuacje uwikłania księży, diecezjalnych i zakonnych, w relacje z kobietami oraz posiadanie dzieci, ale tolerowanie ich podwójnego życia trwającego niekiedy latami. To prawdziwe źródło zgorszenia dla wiernych. Fakt, że księża prowadzący podwójne życie bywają doskonałymi administratorami, budowniczymi kościołów itp., nie usprawiedliwia „patrzenia przez palce” na ich niemoralne życie.

W swojej wypowiedzi dla „L’Osservatore Romano” kard. Stella zdecydowanie odrzuca sugestie, jakoby posiadanie dzieci przez księży było argumentem za wprowadzeniem dobrowolnego celibatu dla księży Kościoła łacińskiego. Fakt, że niektórzy księża weszli w relacje z kobietami i posiadają dzieci, nie jest związany z celibatem, ale z łamaniem słowa danego Bogu i Kościołowi. Narzekanie księży na celibat odsłania ich niedojrzałość i brak konsekwencji. Ksiądz Stanisław Musiał SJ, gdy jakiś ksiądz narzekał na celibat, odpowiadał: „Skoro umówiliśmy się, że gramy w szachy, to grajmy w szachy i nie proponujmy gry w warcaby”. Kardynał Stella dodaje, że „celibat jest cennym darem dla Kościoła łacińskiego, o którego wciąż aktualnej wartości wypowiadali się ostatni papieże, od św. Pawła VI aż po Franciszka”.

Podważanie wartości małżeństwa i rodziny, przemoc wobec dzieci, seksualne wykorzystywanie ich, jakie niesie ze sobą cywilizacja nastawiona wrogo wobec religii oraz religijnej moralności, wymaga od nas, osób duchownych, przejrzystego świadectwa życia. Jeżeli chcemy z mocą głosić światu prawdę, że fundamentalną zasadą ludzkiego szczęścia jest przykazanie miłości Boga, z którego wypływa każda ludzka miłość: oblubieńcza, rodzicielska, przyjacielska itp., musimy najpierw sami jako pierwsi wprowadzać ją w życie. Najmniejsze odstępstwo i niewierność rzuca cień na wiarygodność naszego świadectwa.

7. W mojej ponadczterdziestoletniej posłudze kapłańskiej kilkakrotnie byłem świadkiem ogromu bólu dorosłych już dzieci księży katolickich, dla których dzieciństwo i dorastanie wiązało się z nieustannym cierpieniem i poniżeniem. Przypadkowe wizyty tatusia księdza, pokątne spotkania z nim, konieczność ukrywania jego tożsamości przed całym światem, szczególnie przed ciekawymi sąsiadami i rówieśnikami, budząca się dziecięca zazdrość w obecności rówieśników będących w towarzystwie swoich ojców – to wszystko było źródłem nieopisanego wstydu, upokorzenia i nieznośnego bólu.

Z drugiej strony spotkałem też księży zmuszonych odejść z kapłaństwa z powodu dziecka, które im się urodziło. Zwykle był to dla nich psychiczny wstrząs, szok. Czuli się zdemaskowani, upokorzeni, poniżeni. Stopniowo budziła się w nich świadomość, że ich męska czujność została uśpiona banalnym traktowaniem życia i posługi kapłańskiej. Wielu z nich z pokorą podejmowało odpowiedzialność za tę nową sytuację życiową. Stopniowo ich życie wracało do normy: budowali swoje rodziny, robili kariery zawodowe, rodziły im się kolejne dzieci. Na ogół nie porzucali Kościoła także wtedy, gdy latami byli zmuszeni czekać na watykańską dyspensę. Ale powrót do przeszłości zawsze sprawiał im ogromny ból. W prowadzonych niekiedy szczerych rozmowach miałem wrażenie, że porzucone kapłaństwo było raną nie do zaleczenia. Nawet po wielu latach.

8. W moim odczuciu bardzo dobrze się stało, że watykańska „Nota (…) w sprawie duchownych posiadających potomstwo” zobaczyła światło dzienne. Uważnie winni się z nią zapoznać nie tylko biskupi i prowincjałowie rozwiązujący bolesne problemy księży, którym rodzą się dzieci, ale także kandydaci do kapłaństwa. Dziecko w życiu księdza nie jest bowiem przypadkiem, ale konsekwencją instrumentalnego traktowania swojego życia, kobiety, kapłaństwa.

„Oczywiście dziecko jest zawsze darem Boga, bez względu na to, w jakich okolicznościach się narodziło. Pozbawia się [ojca dziecka] stanu duchownego, bo z odpowiedzialności rodzicielskiej wynika cała seria trwałych zobowiązań” – mówi kard. Stella. Ta nowa sytuacja egzystencjalna, dziecko – nowy człowiek, nowe trwałe zobowiązania wobec niego winny stać się nowym wyzwaniem i nowym życiowym powołaniem. Bóg w swojej nieskończonej dobroci jest hojny i gdy człowiek zmarnuje jedno powołanie, On ofiaruje mu inne. Po każdym upadku i każdej niewierności, gdy wyrażamy skruchę, wszyscy otrzymujemy łaskę nowego początku. Ani Chrystus, ani Kościół nigdy od człowieka się nie odwraca, nie zostawia go w jego upadku i poniżeniu. Jeśli my odmawiamy wierności, On wiary dochowuje, bo nie może się zaprzeć siebie samego (2 Tm 2,13).

O. Józef Augustyn SJ

Przypisy:

1. Por. J.M. Bergoglio, A. Skórka, W niebie i na ziemi, Kraków 2013

2. Sobór Watykański II, Deklaracja o wychowaniu chrześcijańskim „Gravissimum educationis”, 3.

***

Józef Augustyn SJ (ur. 1950) jest duszpasterzem, rekolekcjonistą i kierownikiem duchowym. Od lat zajmuje się formacją kapłańską i seminaryjną. Opublikował kilkadziesiąt książek w tym pracę "Integracja seksualna: przewodnik w poznawaniu i kształtowaniu własnej seksualności" (1994), która była owocem wieloletnich spotkań katechetycznych i rekolekcyjnych z młodzieżą. W 2002 uzyskał habilitację w Wyższej Szkole Filozoficzno Pedagogicznej „Ignatianum” w Krakowie m.in. na podstawie pracy "Wychowanie do czystości i celibatu kapłańskiego".

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Gromnica - świeca nieco zapomniana

Ks. Florian

W święto Ofiarowania Pańskiego, zwane u nas świętem Matki Bożej Gromnicznej, mniej ludzi niż niegdyś przychodzi do naszych kościołów, by poświęcić świece. Do niedawna przychodziło więcej. Świece wykonane z pszczelego wosku, zwane gromnicami, były ze czcią przechowywane w każdym domu i często zapalane – wówczas, kiedy nadciągały gwałtowne burze, gradowe nawałnice, wybuchały pożary, groziła powódź, a także w chwili odchodzenia bliskich do wieczności. Były one znakiem obecności mocy Chrystusa – symbolem Światłości, w której blasku widziało się wszystko oczyma wiary.

BOŻENA SZTAJNER

Wprawdzie wilki zagrażające ludzkim sadybom zostały wytrzebione, ale na ich miejsce pojawiły się inne zagrożenia. Dziś trzeba prosić Matkę Bożą Gromniczną, by broniła przed zalewem przemocy i erotyzacji płynących z ekranów telewizyjnych i kolorowych magazynów, przed napastliwością sekt, przed obojętnością na los bliźnich, przed samotnością, przed powiększającą się falą ubóstwa, przed zachłannością, przed bezdomnością i bezrobociem, przed uleganiem nałogom pijaństwa, narkomanii, przed zamazywaniem granic między grzechem a cnotą, przed zamętem sumień.

Po raz pierwszy otrzymujemy płonącą świecę na chrzcie. Oznacza ona zapalenie światła wiary w naszej duszy. Jest znakiem ogarnięcia nas przez Chrystusa swoimi mocami i swym światłem. Po raz drugi – często tę samą świecę – trzymamy zapaloną podczas I Komunii św. W wielu bowiem rodzinach jest piękny, godny rozpowszechniania zwyczaj przechowywania tej chrzcielnej świecy do I Komunii św., a także do ślubu. Przynosi się ją także do kościoła każdego roku w Wielką Sobotę, by jej płomień zapalić od nowo poświęconego paschału.

Zapalajmy ją częściej. Zapalajmy w domach, kiedy robi się w nich burzowo, kłótliwie, kiedy lodowaty grad niszczy uprawy wzajemnej miłości, kiedy wybuchają pożary zawiści, kiedy zagraża powódź pazerności. Niech gromnica nie będzie tylko jednym z przechowywanych w naszym domu bibelotów. Zapalajmy ją także wtedy, gdy ktoś z domowników ciężko choruje, gdy został okradziony, napadnięty, oszukany, poniżony, odrzucony, opuszczony. Przywróćmy zwyczaj wkładania jej do ręki konającym, opuszczającym ten świat naszym bliskim.

Opowiadała mi pewna matka, która podejmowała bezowocne wysiłki, by wyrwać córkę z narkomanii, że przed kilku laty przyniosła wieczorem z kościoła poświęconą gromnicę, a jej córka – narkomanka zapytała, do czego ona służy. Wówczas, opowiadając legendę o Matce Bożej Gromnicznej strzegącej ludzkich sadyb przed wilkami, zapaliła na stole przyniesioną gromnicę i odmówiła modlitwę „Pod Twoją obronę”. Gdy skończyła poprosiła córkę, by wyjęła z szuflady przechowywaną od jej chrztu święcę, którą trzymała także przystępując do I Komunii św., i zapaliła ją. Przy tych dwu palących się świecach odmówiły wspólnie jeszcze raz „Pod Twoją obronę”, następnie schowały je w komodzie. Od tego dnia nastąpił przełom w życiu córki tej kobiety. Podjęła stosowne leczenie i w krótkim czasie udało się jej zerwać z nałogiem. Któregoś dnia zapytana o to, jak jej się to udało, powiedziała: – Kiedy nachodzi mnie słabość zapalam moją gromnicę i to mi daje siłę.

***
O Boże mój, gdzież jest moja gromnica?
Oto burze nadchodzą, grzmoty, błyskawice.
Postawię ją w oknie mojej duszy,
a Ty, Maryjo, udziel mi nadziei.
Zapalę ją w przedsionku mego serca,
a Ty wypełnij je miłością.
Umieszczę ją w oknie mego rozumu,
a Ty spraw, aby zawierzyła do końca
Twemu Synowi moja mała wiara.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kraków: abp Jędraszewski poświęcił pokarmy na Rynku Głównym

2019-04-20 20:29

led / Kraków (KAI)

W Wielką Sobotę abp Marek Jędraszewski poświęcił pokarmy przed bazyliką mariacką na Rynku Głównym w Krakowie. Metropolita krakowski złożył licznie zgromadzonym mieszkańcom, gościom i turystom świąteczne życzenia.

Joanna Adamik/archidiecezja krakowska

W uroczystości uczestniczył m.in. kard. Stanisław Dziwisz, metropolita krakowski – senior, ks. Dariusz Raś, proboszcz bazyliki mariackiej, o. Leon Knabit i prezydent Krakowa Jacek Majchrowski.

Podczas uroczystości abp Marek Jędraszewski mówił, że „nie może być lepszej perspektywy, gdy chodzi o przesłanie tych świat, niż ta prawda, że Chrystus zmartwychwstał, zwyciężając grzech, śmierć i tego, który spowodował śmierć i grzech czyli szatana”. - W tym tkwi cała nadzieja, ciągle odnawiana zawsze podczas tych świąt, że zwycięstwo ostateczne należy do Chrystusa i tych wszystkich, którzy wiernie idą za nim, dźwigając także swoje krzyże, bo one są niejako włączone w prawdę o naszym życiu – podkreślił hierarcha.

Prezydent Krakowa Jacek Majchrowski złożył życzenia krakowianom i turystom wypoczywającym w Krakowie w czasie świąt. Prezydent mówił, że w święceniu pokarmów na Rynku biorą udział osoby z całego kraju, a cudzoziemcy pytają na czym ta tradycja polega.

- Krakowski Rynek jest od ponad 700 lat miejscem, gdzie odbywają się wszystkie rzeczy, które można nazwać tradycyjnymi. Te święcenia to także tradycja od wielu, wielu lat – powiedział prezydent, dodając że „Kraków był zawsze miejscem, w którym krzyżowały się kultury i narody, był miastem międzynarodowym”.

Na placu przed bazyliką mariacką stanął także stół z tradycyjnymi wielkanocnymi potrawami, które trafią do podopiecznych braci albertynów.

Gospodarze uroczystości rozdali obecnym na krakowskim Rynku tradycyjne pieczywo świąteczne, nazywane kukiełkami.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem