Reklama

Życie nie jest zabawą

2015-12-15 11:59

Z Haliną Frąckowiak rozmawiał Artur Stelmasiak
Niedziela Ogólnopolska 51/2015, str. 20-23

Archiwum prywatne Haliny Frąckowiak
Podczas koncertu kolęd w Pałacu Prezydenckim w Warszawie, grudzień 2015 r.

Z Haliną Frąckowiak – wybitną wokalistką, kompozytorką i autorką tekstów – rozmawia Artur Stelmasiak

ARTUR STELMASIAK: – Przeżywamy okres Bożego Narodzenia, a więc pierwsze pytanie będzie związane ze świętami. Czy była taka Wigilia, którą Pani szczególnie zapamiętała?

HALINA FRĄCKOWIAK: – Miałam wiele Wigilii, które zapamiętałam, zwłaszcza w okresie dzieciństwa, kiedy czasy były bardzo skromne dla nas w Polsce. Pamiętam, że w Wigilię, zgodnie z poznańską tradycją, tata przychodził jako gwiazdor, w wielkiej czerwonej czapce. Podczas jednej z takich Wigilii zapaliła się choinka, a od tej choinki zaczęła płonąć firanka. Choć zrobiło się groźnie, to jednak gwiazdor sobie poradził i ugasił pożar. Wtedy też, niestety, okazało się, że gwiazdor jest tak bardzo wysoki, bo stoi na szczudłach! Żeby ugasić choinkę, musiał z nich zejść i wszystko wyszło na jaw.

– Domyślam się, że nie brakowało kolęd...

– Oczywiście. Moja mama miała piękny głos, więc śpiewaliśmy bardzo często... A w moim dorosłym życiu, gdy mieszkałam już w Warszawie, odwiedzali nas także przyjaciele. Wtedy czasami ktoś zagrał na fortepianie i kolędowaliśmy wszyscy razem.

– Czy jest kolęda, którą Pani uważa za szczególnie ważną i wyjątkową?

– Dla mnie wszystkie kolędy są wyjątkowe, tak jak wyjątkowy jest okres świąt Bożego Narodzenia. Gdy w 2009 r. nagrałam solową płytę „Kolędy litanie”, znalazły się na niej także kolędy, których nie znałam w dzieciństwie, np. „Nie było miejsca dla Ciebie” czy „Mizerna, cicha”. Przeżywamy w nich radość z powodu narodzenia Dzieciątka Jezus, ale z drugiej strony smutek, bo dla Boga nie było miejsca ani w Betlejem, ani w żadnej gospodzie. Są to kolędy nostalgiczne, a dziś czasami bardzo prawdziwe – gdy nie ma miejsca dla Boga w życiu człowieka. Dodam jeszcze, że na płycie „Kolędy litanie” znajduje się osobiste słowo śp. bp. Tadeusza Płoskiego, który zginął tragicznie w katastrofie smoleńskiej, skierowane do żołnierzy na różnych misjach, jakże znamienne w dzisiejszych czasach.

– 16-letnią Halinę Frąckowiak wywołano na scenę podczas Festiwalu Młodych Talentów i tak na scenie jest Pani już ponad 50 lat. To był przypadek, który otworzył drzwi do sławy, ale jednocześnie zamknął możliwość wyboru innej drogi życiowej. Gdyby można było cofnąć czas, czy weszłaby Pani na tę scenę? Czy Halina Frąckowiak nie żałuje, że nie została kimś innym?

– Czasami, gdy się nad tym zastanawiam, myślę, że miałam w życiu wiele szczęścia. Opatrzność czuwała nade mną i chyba prowadziła mnie tak, abym nie musiała się zbytnio głowić, czy mam być prawnikiem, lekarzem czy menedżerem.

– A marzyła Pani o scenie?

– Tak... Marzyłam, żeby zostać aktorką, lecz gdy zaśpiewałam w konkursie, przy akompaniamencie profesjonalnego zespołu i na prawdziwej scenie Domu Kultury, czułam się niemalże jak Alicja w Krainie Czarów. Nie wyznaczałam sobie celu zdobywania laurów ani też nie zamykałam się w sobie. Cieszyłam się tym, że śpiewam, nie analizując tego, czy to jest na pewno moja droga. Pewnie nie zmarnowałam danego mi prezentu...

– Ale wyczuwam, że nie do końca jest to odpowiedź na pytanie. Czy dziś weszłaby Pani na scenę?

– W obecnej rzeczywistości – może nie. Jednakże moja wypowiedź nie może być traktowana do końca jako pełna, ponieważ dziś jestem już dojrzałą osobą, silnie ukształtowaną, i wiem, że nie byłabym szczęśliwa bez śpiewania, sceny i publiczności, dla której śpiewam.

– Takiej odpowiedzi się nie spodziewałem.

– Jeśli młodym piosenkarzom nie pozostawi się decyzji dotyczącej wyboru repertuaru, a narzuci taki, który będzie dla nich niewłaściwy, to wtedy nie mają szansy na rozwój własnej indywidualności. Uważam, że autentyczność na scenie jest siłą przekazu.

– Kiedyś było inaczej?

– Sądzę, że tak. Na scenie piosenkarz był jedyny w swoim rodzaju, wyrazisty i rozpoznawalny przez swój niepowtarzalny i indywidualny styl. W latach 60. i następnych szukaliśmy także inspiracji w muzyce zachodniej, np. słuchając Radia Luksemburg. Przemycaliśmy okruszki światowej muzyki. Wybieraliśmy jednak styl zgodnie z własnym gustem muzycznym, a nie narzuconym. Przykładem osobistych wyborów i decyzji może być mój udział w projektach o charakterze patriotycznym, np. wydanie płyty z wierszami poety emigracyjnego Kazimierza Wierzyńskiego „Ogród Luizy”, a także udział w przedstawieniu „Kolęda Nocka” – Ernesta Brylla i Wojciecha Trzcińskiego, w reżyserii Krzysztofa Bukowskiego – tematycznie związanym z wydarzeniami w Gdańsku w 1970 r., wystawionym w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Przedstawienie zostało zdjęte z programu teatru 13 grudnia 1981 r., w dniu wprowadzenia stanu wojennego.
Mam też w pamięci programy telewizyjne, które były realizowane w sposób filmowy, czasami jak z filmów Felliniego. W recitalu reżyser uruchamiał swoją wyobraźnię i robił piękne zdjęcia. Wielką przyjemnością było pracować, czując twórczego ducha. To gdzieś umknęło. W zamian mamy zewnętrzną euforię, która jest kreacją...

– Lata 70. i 80. to czas, kiedy królowała Pani na polskiej estradzie. Słyszałem, że wówczas Halina Frąckowiak przyjaźniła się z Anną Jantar. Często na scenie jest rywalizacja, a Panie się przyjaźniły.

– Obie pochodziłyśmy z Poznania i mieszkałyśmy niedaleko siebie, ale poznałyśmy się dopiero na festiwalu w Opolu. Od początku byłyśmy sobie bliskie. Ania miała piękną cechę: nie mówiła źle o ludziach i była po prostu życzliwa. Spotykałyśmy się nie tylko na koncertach w Polsce czy w Stanach Zjednoczonych, gdzie mieszkałyśmy w tych samych hotelach lub wynajętych mieszkaniach, ale też w swoich domach, razem z naszymi bliskimi. Uwielbiałyśmy ze sobą długo rozmawiać, czasami do późnych godzin. Bardzo czekałam na powrót Ani z Ameryki i doskonale pamiętam dzień katastrofy w 1980 r. Jej śmierć była i jest dla mnie wielką osobistą stratą. Ania pozostała w mojej pamięci jako najbardziej szczery i otwarty przyjaciel.

– Chciałbym, aby nasza rozmowa była trochę o muzyce, sławie, ale także o życiu i wartościach. Czy z perspektywy lat widzi Pani jakieś błędy, które można by naprawić, np. cofając czas?

– Jeszcze całkiem niedawno myślałam, że wszystko, co nas spotyka w życiu, dzieje się po to, aby nas uczyć i rozwijać. Nie neguję tej myśli, ale chciałabym ją uzupełnić, mówiąc, że każdy nasz wybór i podejmowana decyzja mają oczywisty wpływ na dalszą drogę życia. Jeśli więc dokonamy niewłaściwego wyboru, mogą być tego bolesne konsekwencje, które każdy z nas osobiście odczuje. Człowiek jest istotą błądzącą i omylną. Inna kwestia, czy ten temat jest wart lub nie jego zgłębiania. Gdybym miała mówić o sobie: „co by było, gdyby”, nie byłoby to bliskie mojej filozofii życia. Obecnie piszę swoją autobiograficzną książkę. Będzie w niej wiele historii z mojego życia nie tylko artystycznego, ale także tego osobistego. Może i refleksje... Skłania mnie Pan do nich, mimo że nie chciałam gdybać. Może gdyby 16-letnia Halina nie przyszła na koncert zespołu „Czerwono-Czarni” i w konsekwencji nie zaśpiewała na Festiwalu Młodych Talentów, tego dnia była w zupełnie innym miejscu – to może w przyszłości byłaby kimś zupełnie innym...

– Kim?

– Pewnie też kimś z duchem artystycznym, np. pianistką albo harfistką. I byłoby również pięknie.

– A może po prostu tęskni Pani za spokojniejszym życiem?

– Przecież we mnie jest spokój, ale mam także potrzebę dynamicznego i aktywnego działania. To wiąże się z rodzajem mojego temperamentu i wciąż niezmienną potrzebą uczenia się.

– Co będzie dalej? Ma Pani plany, niezrealizowane marzenia?

– Tak. Mam głowę pełną jeszcze niezrealizowanych pomysłów. Muzyki, która ciągle jest niewyśpiewana.

– Na przykład?

– Chciałabym nagrać płytę symfoniczną, ale też swoje największe przeboje w nowoczesnych aranżacjach, jak również w wersji akustycznej...

– I ciągle się Pani chce?

– Każdy swój koncert staram się śpiewać na 100 procent, traktując go, jakby miał być ostatnim w życiu.

– Który koncert w Pani życiu był najważniejszy?

– W 2004 r. w Watykanie. Śpiewałam dla Ojca Świętego Jana Pawła II. Był to wieczór poezji Karola Wojtyły, 25-lecie pontyfikatu Jana Pawła II oraz imieniny Karola. Pamiętam moment, gdy w bocznych drzwiach Auli Pawła VI zobaczyłam Ojca Świętego. Wjechał na wózku dokładnie wtedy, gdy zaczęłam śpiewać jego wiersz: „Pieśń o słońcu niewyczerpanym”. Śpiewałam dla niego. Stałam bokiem do publiczności, zwrócona twarzą i całą postacią w stronę Jana Pawła II.

– Św. Jan Paweł II lubił też inną Pani piosenkę.

– Chodzi o „Pannę Pszeniczną”. Gdy kard. Wojtyła jechał do Rzymu na konklawe, górale na pożegnanie śpiewali mu tę pieśń. Na okoliczność beatyfikacji Jana Pawła II została też wydana płyta „Zostań Aniołem”. W koncercie z okazji kanonizacji Papieża Polaka, który miał miejsce w Łagiewnikach, byłam dyrektorem artystycznym, a mój menedżer Piotr Szarek był producentem i scenarzystą. Natomiast w 2015 r., czyli w Roku św. Jana Pawła II, miałam całą serię koncertów papieskich. Ta cała działalność jest moim osobistym dziękczynieniem za Papieża Polaka.

– Dlaczego Jan Paweł II jest dla Pani taki ważny?

– Ojciec Święty głosił na całym świecie cywilizację miłości, potrzebę szacunku i godności człowieka. Był głównym orędownikiem kultu Bożego Miłosierdzia, a tym samym tworzył podwaliny kultury miłosierdzia, którą kontynuują jego następcy, m.in. papież Franciszek. Polecam wszystkim Czytelnikom „Niedzieli” odkrywanie na nowo w Roku Świętym Miłosierdzia tej idei, przez zgłębianie „Dzienniczka” św. Faustyny.

– Utwór „Panna Pszeniczna” powstał w latach 70. A przecież ten tekst jest litanią do Najświętszej Maryi Panny. Czy władze komunistyczne godziły się na taki utwór?

– Dlatego nazywano go pieśnią dożynkową, a nie litanią. Ale ja zawsze śpiewam ten utwór jako moją osobistą modlitwę do Najświętszej Maryi Panny. Maryjność wyniosłam z domu. Do dziś pamiętam, jak mama prowadziła mnie na Msze św. dla dzieci w poznańskim kościele pw. Matki Bożej Bolesnej.

– Nie miała Pani wówczas problemów ze swoją religijnością?

– Pamiętam jeden incydent, gdy występowałam z zespołem ABC w telewizji. Ktoś zwrócił mi uwagę, że powinnam zdjąć krzyżyk. Jako 20-letnia dziewczyna powiedziałam, że nie wiem, o co chodzi, i krzyża nie zdejmę. Wystąpiłam i nic się nie stało.

– Ale miała Pani świadomość, że sytuacja w Polsce jest daleka od doskonałości i, delikatnie mówiąc, wolność jest „reglamentowana”.

– Przecież wychowałam się w Poznaniu i doskonale pamiętałam rok 1956. Pamiętam strzelaniny na ulicach i białe noce. Jako dziecko panicznie bałam się o to, czy moja mama wróci do domu.

– To teraz trochę trudniejsze pytanie. Czy nie miała Pani poczucia, że sławna Halina Frąckowiak w pewien sposób wspierała ten zły, komunistyczny ustrój?

– Byłam dziewczynką i weszłam na scenę w wieku 16 lat. W moim rodzinnym środowisku były jednoznacznie negatywne oceny tamtych czasów. Pamiętam burzliwe rozmowy mojego taty ze stryjem. Z psychologicznego punktu widzenia można by na ten temat napisać wielką pracę, nie tylko naukową. Ja śpiewałam, więc robiłam to, co kochałam i czym żyłam całą sobą. Myślę, że w tamtym okresie bardzo ważna była wiara, dzięki której mogliśmy być wewnętrznie wolni. Nie byłam też jakoś specjalnie wspierana i zawsze mi się wydawało, że jestem popularna, bo ludzie lubią moje piosenki.

– Tę wolność można znaleźć w Pani utworach. Mówiliśmy już o „Pannie Pszenicznej”, „Kolędzie Nocce” i piosenkach z tekstami Kazimierza Wierzyńskiego. Nie wszystkie Pani dzieła były po myśli ówczesnej władzy.

– Nie nadaję się ani na bohaterkę, ani na ofiarę... (śmiech). Ale otrzymałam nagrodę w Święto Niepodległości 11 listopada 1990 r. Miałam kiedyś w repertuarze także program na gitarę klasyczną z patriotycznymi wierszami Kazimierza Wierzyńskiego.

– W czasach Solidarności brała Pani udział we wspomnianym już przedstawieniu „Kolęda Nocka”. To był taki antykomunizm w białych rękawiczkach. Czy występowała Pani w latach 80. w kościołach, tak jak wielu innych artystów?

– Ja byłam wówczas świeżo upieczoną matką i zajmowałam się głównie swoim synkiem Filipem. Zaproponowano mi, abym śpiewała w Teatrze Syrena, w przedstawieniu „Festiwal za 100 zł”. W czasie gdy artyści bojkotowali system, któregoś dnia w teatrze pojawiła się telewizja, aby nagrać aktorów, którzy mieli do kamery powiedzieć, zgodnie z propagandą, że wszyscy powinni pracować i grać na scenie. Wiedziałam, że jeśli tego nie zrobię, zostanę zwolniona. Oczywiście, nie zgodziłam się na to nagranie. Z ulgą w wolności ducha i przekonań wyszłam.

– Kto Panią zwolnił?

– Dokonałam wyboru, wszystko było jasne.

– W 2010 r. przed wyborami prezydenckimi weszła Pani do komitetu poparcia Jarosława Kaczyńskiego. Słyszałem, że później były problemy z koncertami. Czyli historia lubi się powtarzać?

– To było dla mnie bardzo przykre i dziwne...

– Wróćmy więc do lat PRL-u. W 1985 r. śpiewała Pani w Opolu: „Papierowy księżyc z nieba spadł,/ skończył się wideofilm”... Kilka godzin później słowa te nabrały szczególnego znaczenia.

– Tej historii z mojego życia nie chciałabym w tym momencie opisywać... Opowiem ją zapewne w swojej autobiografii. Jeśli natomiast chodzi o piosenkę „Papierowy księżyc” – stała się ona przebojem, ale ma też swoją wyjątkową historię. W tym roku przypadła 30. rocznica jej premiery, która miała miejsce właśnie na Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu. Wtedy, w 1985 r., wystąpiłam w sukience, która miała niezwykły kolor – szafirowomorski – i urokliwą małą kieszonkę, z której wychylała się amarantowa chusteczka. W bieżącym roku w Opolu odbywał się koncert 90-lecia Polskiego Radia. Lista Przebojów „Studia Rytm”, „Muzyka nocą”, Trójka...itd. Miałam nadzieję, że zaśpiewam „Papierowy księżyc” i będę świętować dwa piękne jubileusze na Festiwalu Polskiej Piosenki, ale, niestety, ominęła mnie ta przyjemność.

– Nie zaproszono Pani! A przecież bez Pani opowiadanie o historii 90-lecia radia jest niepełne...

– Niestety, nie zaproszono... „Papierowy księżyc” to jedna z tych piosenek, których nie może zabraknąć w programie żadnego mojego recitalu. Utwór ten doczekał się kilku różnych odsłon. Pierwsza – to ascetyczny w wyrazie, czarno-biały teledysk, następnie piosenkę tę zaśpiewałam w duecie z Łukaszem Zagrobelnym. Trzykrotnie wykonałam ją w koncercie Fundacji Andrzeja Brandstattera w Zakopanem w aranżacji Adama Sztaby z udziałem śpiewających dzieci fizycznie niepełnosprawnych, a także fantastycznie śpiewających góralek z Białki. Nagranie tego koncertu zostało uwiecznione na płycie CD. Powstała jeszcze jedna wersja, nagrana z zespołem „Muchy” z Poznania. Muzycy tego zespołu wraz z Programem III PR zaproponowali mi wspólne wykonanie tej piosenki, na co się zgodziłam. Jej najnowsza wersja jest zaaranżowana przez Grzegorza Urbana na kwartet smyczkowy, a także na pełną orkiestrę smyczkową oraz oddzielnie na sekcję rockową.

– Wróćmy do spraw wiary. Czy pomogła, gdy po wypadku samochodowym przez miesiące leżała Pani w szpitalu?

– W takich ciężkich chwilach zawsze zbliżamy się do Pana Boga. Byłam też zdeterminowana, bo miałam syna i wiedziałam, że muszę być silna, zdrowa, muszę żyć... Nie poddawałam się. Filip był dla mnie lekiem i stymulatorem, ale także moja mama, dla której byłam ostoją. Mama natomiast przez wszystkie miesiące mojego dochodzenia do zdrowia i sprawności fizycznej była ofiarna, jak może być tylko kochająca matka.

– Czy dziś jest Pani bardziej wierząca niż 20, 40 lat temu?

– Bardzo śmiałe pytanie, ale postaram się odpowiedzieć, nie trywializując. Pogłębiać wiarę, a więc zanurzać się w modlitwie, rozmawiać z Jezusem, z Maryją, być coraz bliżej Boga. Tak czuję, tak myślę i... tak żyję.

– Małą Halinkę do kościoła w Poznaniu prowadziła mama, a czy teraz babcia Halina zabiera do kościoła swoje wnuki?

– Zdarza się... (śmiech). Wnuczka jest jeszcze za mała na samodzielne wycieczki, ale Franka, mojego wnuka, jeśli jesteśmy razem, zabieram do kościoła. Czytamy razem książki, oglądamy filmy, rozmawiamy o Bożym świecie. Ostatnio był ze mną w trasie koncertowej, tak jak kiedyś brałam ze sobą Filipa. Urządziliśmy mu 7. urodziny, na których śpiewała prawdziwa kapela góralska. Była Msza św., sprawowana przez znajomego zakonnika, który fragment kazania jakby skierował do wrażliwości Franka. I pamiętam, jak późnym wieczorem chłopak zerwał się z łóżka i klęknął. Zapytałam: – Co robisz, Franiu, przecież już się modliliśmy? – Babciu, ksiądz powiedział, że jak się modlę, to zły nie ma szans i ucieka. Pomyślałem, że ja jeszcze jedną modlitwę mu dołożę... (śmiech). Rozmawiam z nim i wiem, że chłonie wszystko.

– Co dla Pani było i jest najważniejsze?

– Miłość, ale też inne wartości, takie jak prawda, przyjaźń, czyli drugi człowiek.

– „Bawimy się w życie – życie nami bawi się” – to słowa piosenki, które napisała Pani jako młoda dziewczyna. Jak naprawdę jest z tą zabawą?

– To są słowa, które, każde z osobna, coś określają, natomiast z sensu pełnego zdania aż bije od smutku. Tu nie o zabawę chodzi, lecz raczej o pewną przewrotność lub brak roztropności. Napisałam ten tekst, używając słów, którymi chciałam wyrazić smutek z powodu pewnej historii.

– Pozwolę sobie na zakończenie powrócić do pytania: Co dla Pani jest najważniejsze?

– Miłość... Człowiek... Prawda.

Tagi:
wywiad muzyka

Kapłan, pallotyn, socjolog

2018-09-19 10:33

Rozmawia Andrzej Tarwid
Edycja warszawska 38/2018, str. IV

Z ks. dr. Wojciechem Sadłoniem, dyrektorem Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego w Warszawie, rozmawia Andrzej Tarwid

Artur Stelmasiak
Prof. Witold Zdaniewicz (1928-2017

Andrzej Tarwid: – 25 września Instytutowi Statystyki Kościoła Katolickiego (ISKK) zostanie nadane im. ks. prof. Witolda Zdaniewicza. Jaką rolę w powstaniu i rozwoju ISKK odegrał zmarły rok temu Kapłan?

Ks. Dr. Wojciech Sadłoń: – Rola ks. prof. Zdaniewicza jest kluczowa i wyjątkowa w historii Instytutu. Jest on bowiem nie tylko inspiratorem jego powstania, ale i jego twórcą. Był też pierwszym dyrektorem Instytutu. Można więc powiedzieć, że to dzięki wiedzy i zaangażowaniu ks. Zdaniewicza udało się stworzyć instytucję, która wykorzystuje warsztat naukowy m.in. na potrzeby Kościoła.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Po 25 latach Wilno ponownie wita Papieża

2018-09-22 13:33

Julia Bernacka

Po przylocie z Rzymu do Wilna o 11.15 czasu litewskiego. Papież Franciszek udał się na spotkanie z panią prezydent Dalią Grybauskaitė. Następnie przemówił na Placu Prezydenckim, gdzie zebrało się około 400 przedstawicieli władz oraz członków korpusu dyplomatycznego. Podczas swojej przemowy podkreślił, że Litwa posiada ducha jedności i jest to dar, który pomagał jej przezwyciężyć trudności oraz odzyskać niepodległość. Nawiązał do trudnej historii tego kraju, oraz o przodkach, którzy walczyli za jej wolność.

Julia Bernacka

Po 25 latach Ojciec Święty ponownie przybył na Litwę. Ostatnim razem miało to miejsce podczas pontyfikatu Świętego Jana Pawła II. Dzisiaj natomiast Papież Franciszek przyleciał na Litwę, pierwszego z trzech krajów bałtyckich, do których przybędzie z wizytą. W kolejnych dniach uda się na Łotwę a następnie do Estonii. Te trzy kraje, mimo, że sąsiadują ze sobą, z punktu widzenia wyznaniowego, znacząco się od siebie różnią. Na Litwie 70% społeczeństwa to katolicy, natomiast Estonia jest najbardziej zsekularyzowanym krajem świata.

Dzisiejszy przylot Papieża rozpoczynający kolejne wizyty w krajach Bałtyckich łączy w sobie kilka innych ważnych aspektów dla Litwy. W tym roku Litwa, tak jak Polska obchodzi 100 lecie odzyskania niepodległości, o czym również wspomniał Papież Franciszek. Na drugi dzień wizyty Papieża przypada również 75-ta rocznica likwidacji wileńskiego getta. W drodze do Muzeum Okupacji i Walk o Wolność Papież zatrzyma się przy pomniku ofiar Getta.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Bp Dec do młodzieży: siejcie z odwagą Boże słowo

2018-09-23 12:51

Ks. Daniel Marcinkiewicz

„Wraz z Chrystusem powinniśmy wyjść ze swoich domów, zejść z wygodnej kanapy, porzucić samych siebie, by wraz z Jezusem Chrystusem z odwagą siać ziarna słowa Bożego” – apelował do młodzieży biskup Ignacy Dec. Biskup świdnicki 22 września w sanktuarium Matki Bożej Królowej Rodzin w Wambierzycach przewodniczył Mszy św. w ramach Festiwalu Młodych ‘Light for Life’.

BP KEP
Bp Ignacy Dec

W homilii biskup świdnicki zwrócił szczególną uwagę na sprawę głoszenia Bożego słowa w każdym środowisku życia. „Słowo Boże przyjęte, przemyślane i wprowadzane w nasze życie, jest do dzielenia się z drugimi. Pan Jezus, przed odejściem do nieba powiedział do uczniów: ‘Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu’ (Mk 16,15). To głoszenie Ewangelii nie obejmuje jedynie warstwy werbalnej, warstwy słowa, ale jest głoszeniem także poprzez czyny, poprzez postawę życia. Mówiąc inaczej, jest zasiewem słowa Bożego naszym słowem i naszym życiem” – podkreślił bp Dec.

Przywołując postać św. siostry Faustyny Kowalskiej kaznodzieja wskazywał, że to wszystko, co doświadczyła przed Chrystusem, na Jego polecenie notowała w swoim ‘Dzienniczku’, by Boży przekaz dotarł do następnych pokoleń.

Biskup Dec zwrócił również uwagę na fakt, że najczęściej Pan Bóg głosił i głosi swoje słowo przez ludzi, których wybiera i posyła. „Kiedyś wybierał proroków. Gdy nastała pełnia czasu, przysłał na świat swojego Syna, jako naszego Zbawiciela. On stał najważniejszym siewcą Bożego słowa na ziemi. Tę misję siania Bożego słowa przekazał potem Apostołom i całemu Kościołowi” – mówił biskup.

Kaznodzieja dodał przy tym, że wraz z pierwszym Siewcą, którym jest Chrystus powinniśmy wyjść ze swoich domów, zejść z wygodnej kanapy, jak nam mówił papież Franciszek, porzucić samych siebie, czyli naszą małoduszność i egocentryzm, by wraz z Nim siać ziarna słowa Bożego. „Świat, w którym żyjemy i któremu mamy głosić Boże słowo, jest bardzo różny, jest dla słowa Bożego różną glebą. Nie powinniśmy się jednak tym zrażać, ani się bać, że nasze starania i świadectwo życia chrześcijańskiego nie przynoszą wielkiego plonu. Wyjdźmy ponownie siać z Jezusem. Resztę Jemu zostawmy, wiedząc, że to On jedynie daje wzrost i zapewnia, że wiele zasianych przez nas ziaren, mocą Ducha Świętego wykiełkuję i wyda plon. Pamiętajmy, ze każde zdrowe ziarno nosi w sobie zarodek życia i potężne siły witalne, wielkie energie życiowe” – mówił bp Dec.

22 września w sanktuarium Matki Bożej Królowej Rodzin w Wambierzycach blisko 2300 uczestników wzięło udział w Festiwalu Młodych. Spotkanie odbyło się. Programem tego spotkania były: konferencja Ireneusza Trojana pt. „Rób to co kochasz”, strefa młodych, adoracja Najświętszego Sakramentu z rachunkiem sumienia i okazją do spowiedzi, Eucharystia pod przewodnictwem bp Ignacego Deca oraz koncerty: Exodus 15, Arkadio, Michał Król. Organizatorem spotkania było Diecezjalne Duszpasterstwo Młodzieży, wolontariusze oraz franciszkanie, kustosze sanktuarium Wambierzyckiej Królowej Rodzin.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem