Reklama

Małżeństwo. Rodzina. Życie

2016-05-05 11:23

Tomasz Pluta
Edycja świdnicka 19/2016, str. 1, 4-5

Monkey Business/Fotolia.com

Z ks. prof. dr. hab. Franciszkiem Głodem rozmawia Tomasz Pluta

Kto wymyślił małżeństwo i czy ta forma współżycia kobiety i mężczyzny jest wciąż aktualna? Jeśli tak, to dlaczego tak wiele małżeństw się rozpada? Czy są małżeństwa bez problemów? Jaką rolę pełni dojrzałość osobowa i duchowa w małżeństwie? Na te oraz inne pytania odpowie ks. prof. dr hab. Franciszek Głód, wieloletni wykładowca Papieskiego Fakultetu Teologicznego we Wrocławiu, teolog i psycholog, autor wielu artykułów i publikacji w temacie rodziny i małżeństwa, wieloletni doradca rodzinny. Pomysłodawca i założyciel Fundacji „Albertówka”, pomagającej samotnym ludziom w Jugowicach pod Wałbrzychem.

TOMASZ PLUTA: – Księże Profesorze, kto wymyślił małżeństwo?

KS. PROF. DR HAB. FRANCISZEK GŁÓD: – Jest to zamysł samego Pana Boga. Kościół tylko przekazuje mądrość o małżeństwie i rodzinie, właśnie w oparciu o zamysł Stwórcy i doświadczenie wieków. Pan Bóg stworzył mężczyznę i niewiastę do wzajemnej oblubieńczej miłości. W swoim odwiecznym planie Bóg w taki sposób ukształtował ciało i psychikę mężczyzny i kobiety, że, wybierając siebie spośród wielu, pragną oni iść przez całe życie razem, wspomagając się wzajemnie w codziennym życiu. Zamierzył Pan Bóg także, aby poprzez wzajemne współżycie seksualne byli rodzicami dzieci, które dzięki łasce odwiecznego Stwórcy obdarzą miłością i będą ich pierwszymi wychowawcami.

– Skoro to plan samego Stwórcy, to dlaczego bywa, że zawodzi?

– Na przeszkodzie tego wspaniałego planu Pana Boga staje grzeszność i niedojrzałość człowieka. Skażenie natury ludzkiej przez grzech pierworodny daje o sobie znać poprzez cały szereg złych skłonności, takich jak: pycha, egoizm, lenistwo, zazdrość i wiele innych niedoskonałości każdego z nas. Trudno zatem w niejednym małżeństwo, nawet sakramentalnym, zrealizować przepiękny plan Boga. Kościół nieustannie przypomina, że przezwyciężenie naszych głównych grzechów i niedoskonałości jest możliwe z Bożą pomocą, pomimo piętrzących się nieraz trudności. Trzeba tylko obficie korzystać z pomocy Pana Boga. Problem jednak tkwi w tym, że wielu ludzi w dużym stopniu utraciło żywą wiarę w Boga i w Jego pomoc.

– Co więc powinno cechować ludzi chcących zawrzeć małżeństwo?

– Bardzo ważnym wyposażeniem przyszłych małżonków jest ich dojrzałość osobowościowa. Na ile kandydaci do małżeństwa będą dojrzali psychicznie i duchowo, na tyle później w sposób dojrzały będą rozwiązywać problemy pojawiające się w małżeństwie i rodzinie. Nie ma małżeństwa bez problemów. I chociaż wszystko zaczyna się sielankowo, to jednak po kilku miesiącach czy latach od wewnątrz lub zewnątrz przychodzą nagle różnego rodzaje trudności i komplikują życie małżeńskie i rodzinne. Ludzie stają się wobec siebie zupełnie inni niż dotychczas, pojawia się obojętność, a w niektórych przypadkach agresja, brutalność, a nierzadko nienawiść. W takich sytuacjach nie pomagają nawet dobre warunki materialne, piękne mieszkanie, wykształcenie, intratna praca.

– To smutne, co Ksiądz mówi, zwłaszcza że wskazuje również na ludzi wykształconych, stabilnych finansowo, spełnionych zawodowo.

– W poradni małżeńskiej spotykałem osoby będące w dużym kryzysie rodzinnym, z różnym stażem małżeńskim, które oświadczały, że dłużej nie mogą żyć razem. Pamiętam pracownika naukowego, mężczyznę w sile wieku, z dziesięcioletnim stażem małżeńskim, który z wielkim bólem charakteryzował swoją sytuację: „Oboje z żoną mamy pracę, własne mieszkanie, jesteśmy ustabilizowani, a mimo to podjęliśmy decyzję o rozwodzie. Życie nasze stało się gehenną. Mamy dwoje zdolnych i uroczych dzieci, ale coś się takiego stało, że nie możemy już dłużej ze sobą przebywać pod jednym dachem, oboje jesteśmy nieszczęśliwi”. Oczywiście, wina leży zawsze po jednej i drugiej stronie, i chociaż poszczególne osoby chciałyby się nie wiadomo jak wybielić, to jednak w takiej sytuacji obydwie są bankrutami miłości. Były w posiadaniu wielkiej wartości, czegoś wspaniałego, ale to wszystko utraciły. Bardzo często wylewamy na drugą osobę przysłowiowe „pomyje”, oskarżamy ją, a nie wnikamy w to, że wina leży po stronie obojga zainteresowanych, bo nie dokonali czegoś, co było może bardzo ważne i konieczne. Mówimy o niedojrzałych zachowaniach po to, aby ustrzec się na przyszłość od niedojrzałych reakcji, które mogą doprowadzić do sytuacji kryzysowych. W okresie narzeczeństwa jest już wprawdzie trochę za późno, by uczyć się dojrzałego życia w pełnym tego słowa znaczeniu, ale nie za późno, by popatrzeć na siebie realnie, dokonać introspekcji, aby ocenić swoje zachowanie i postawić prawdziwą diagnozę własnej osobowości.

– Czym więc jest dojrzałość, jak należy ją postrzegać, co decyduje, że jesteśmy dojrzali?

– Za wielkimi autorytetami współczesnej psychologii: G. Allportem, K. Dąbrowskim, A. Maslowem, V. E. Franklem, C. R. Rogersem należy stwierdzić, że dla osoby dojrzałej życie jest czymś więcej niż zdobywaniem pożywienia, napoju, poczucia bezpieczeństwa i kontaktów z człowiekiem płci przeciwnej; jest czymś więcej niż tym, co można pośrednio lub bezpośrednio odnieść do redukowania popędu. Jak długo człowiek nie zdobędzie zainteresowania światem leżącym poza nim, a jednak będącym cząstką niego, tak długo jego życie bardziej podobne będzie do życia zwierzęcia niż do życia człowieka. Jeżeli człowiek rozwinął tylko te potrzeby, które spotykamy u zwierząt, a więc potrzebę zaspokojenia głodu, popędu seksualnego jedynie w aspekcie biologii, agresję, potrzebę snu, prostej zabawy i nic ponadto, to w zasadzie niczym nie różni się od zwierzęcia, chyba tylko tym, że chodzi na dwóch nogach. Taki człowiek nie zaspokaja w pełni swoich możliwości wynikających z jego natury. Spotykamy ludzi, którzy zaniżyli swoje możliwości wynikające z natury człowieka, skupiając zainteresowania na konsumpcji dóbr czysto zmysłowych i bardzo się rozczarowali. Iluż to ludzi żyjących na poziomie zaspokojenia tylko własnych zmysłowych potrzeb stanęło przed egzystencjalną pustką i bezsensem dalszego życia. Wielu w takich sytuacjach targnęło się nawet na własne życie lub znalazło się w zakładach psychiatrycznych. Poziom życia zmysłowego i konsumpcji okazał się za niski dla możliwości człowieka.

– Co więc możemy zrobić, o czym pamiętać, by nie stać się bankrutami miłości?

– Zawsze musimy pamiętać o tym, że człowiek to istota nie tylko biologiczna, ale także duchowa. Pierwiastek duchowy otrzymaliśmy jako dar wyróżniający nas spośród wszystkich innych stworzeń, które powołał do istnienia Pan Bóg. Ten pierwiastek duchowy powinien być nieustannie rozwijany, gdy małżonkowie o tym zapomną, łatwo narażeni są na trudności małżeńskie, które mogą pojawić się w każdym okresie ich życia. Współmałżonkowie są wtedy wobec siebie mało tolerancyjni, mało wyrozumiali, a pod względem emocji i uczuć stają się coraz bardziej obojętni. Człowiek dojrzały potrafi kochać, być życzliwym dla innych. Jest zdolny do zadzierzgnięcia więzi ze swoimi współbraćmi. Dlatego ważną cechą jest umieć żyć w społeczności, w której się przebywa i dostrzegać jej problemy. Łączy się to ściśle z wychodzeniem z własnego egoizmu i pychy. Bez poskromienia egoizmu i pychy małżonkowie nie będą w stanie trwać w oblubieńczej miłości przez cały okres swego małżeństwa. Wcześniej czy później dojdzie do poważnego kryzysu małżeńskiego. To grzechy i różnorodne egoistyczne złe nawyki hamują rozwój miłości w małżeństwie i zamykają drogę do pełnego psychicznego i duchowego rozwoju. Utworzenie komunii osób w małżeństwie jest w bardzo dużym stopniu uzależnione od dojrzałości psychicznej i duchowej współmałżonków.

– Przed małżonkami więc ciągła praca nad dojrzałością, jednością i ubogacaniem więzi miłości?

– Podjęcie pracy nad psychiczną dojrzałością jest bardzo istotne i potrzebne, jeżeli małżonkowie pragną jednoczyć się w miłości do końca swojego życia i wypełnić ważne zadania względem siebie i w stosunku do swoich dzieci. Małżonkowie pragnący rozwijać i ubogacać swoją miłość muszą starać się, by być bogatymi duchem. Sama natura wyznacza kierunek rozwoju człowieka. Przykładem może być spontaniczne i naturalne zachowanie przeciętnej dziewczyny, która od samego początku stara się upiększać swoje ciało, robi częsty użytek z lusterka, szminek, malowideł, pudru, chodzi do fryzjera, bo pragnie być odbierana w kategoriach piękna, by zwrócić na siebie uwagę, zwłaszcza tych osób, na których jej szczególnie zależy. Często maltretuje swoje ciało wieloma umartwieniami, by tylko pięknie wyglądać. Jest to zachowanie naturalne, chociaż nieraz można dostrzec w tym pewną przesadę. O piękny wygląd powinna zabiegać także każda mężatka przez cały czas trwania małżeństwa, by podobać się swemu mężowi. Często jednak tego nie czyni, bo na przeszkodzie staje jej lenistwo. Wiele dziewcząt, kiedy wyjdzie za mąż, przestaje o siebie dbać i zaniedbuje się pod względem estetycznym, grzeszy brakiem dalszego rozwoju. A rozwój, nawet w dziedzinie zewnętrznego wyglądu, jest bardzo ważny dla harmonijnego życia w małżeństwie i rodzinie. Być dojrzałym psychicznie i duchowo to autentycznie uczestniczyć i brać udział w ważnych dziedzinach ludzkiej działalności. Trudno byłoby mówić o dojrzałości, gdyby człowiek nie uczestniczył w takich dziedzinach, jak: życie rodzinne, studia, praca zawodowa, życie społeczne, przeżywanie piękna, prawdy, wypracowanie jednoczącej filozofii życia, życie religijne.

– Księże profesorze, co robić, gdzie szukać skutecznej pomocy w utrwalaniu małżeństwa, budowaniu szczęścia, aż po przysłowiową „grobową deskę”?

– Nieodzowne jest stworzenie odpowiedniego środowiska dla rozwoju miłości w małżeństwie. Intensywność uczuć oraz spontaniczność, chociaż bardzo silna i piękna w początkowej relacji pomiędzy mężczyzną i kobietą, nie wystarcza na całe życie. Pozytywne emocje to wielka siła, która ma ogromne znaczenie w relacjach pomiędzy mężczyzną a niewiastą. Trzeba być jednak przygotowanym na sytuacje, kiedy zabraknie tej początkowej emocjonalnej spontaniczności. Kościół przekazuje w tej kwestii ważne pouczenia i istotne przestrogi i cieszy się, jeżeli jego dzieci, którymi jesteśmy od momentu chrztu św. aż do starości, przyjmują te pouczenia i realizują je w swoim życiu. Pouczenia Kościoła są światłem w tunelu, solą ziemi. Można nauki Kościoła słuchać albo ją odrzucić i zignorować. Z doświadczenia wiemy, że kto odrzuca i ignoruje objawione wskazania Pana Boga, ten wcześniej czy później ponosi bolesne tego konsekwencje. Z chwilą zawarcia małżeństwa radykalnie zmienia się sytuacja mężczyzny i kobiety. Zazwyczaj bardzo szybko pojawia się dziecko i małżonkowie stają się rodzicami. Następuję ogromna zmiana w ich życiu. Można powiedzieć, że wchodzą w nowe, bardziej dojrzałe życie. Przemiana małżeństwa w rodzinę niesie za sobą nowe obowiązki i nowe wyzwania. Tym nowym zmianom powinna towarzyszyć gruntowna przemiana duchowa. Warto zatem poświęcić wiele wysiłku, by dotychczasowe sprawy i problemy na nowo przemyśleć i rozpocząć drogę oczyszczenia i nawrócenia się ku życiu bardziej dojrzałemu, szlachetnemu. W wypowiedziach Jezusa często słyszymy zachętę do przemiany, czyli nawrócenia. Ważne jest więc życie religijne małżonków, które powinno być pobożne i aktywne. Z wiary powinni czerpać moc i siłę dla pokonywania trudów codziennego życia.

Tagi:
wywiad

Reklama

Abp Wojda: Ludzie świeccy są Kościołem

2019-03-19 10:50

Marcin Przeciszewski / Białystok (KAI)

- W Polsce stopniowo dojrzewa świadomość, że ludzie świeccy nie tylko „należą do Kościoła”, ale „są Kościołem”. Zmiana świadomości musi się dokonać zarówno wśród kapłanów, osób konsekrowanych jak i ludzi świeckich – mówi w wywiadzie dla KAI abp Tadeusz Wojda SAC, metropolita białostocki. Dodaje, że „pogłębiona tożsamość świeckich powinna być jednym z głównych priorytetów duszpasterskich Kościoła w Polsce”. Zdaniem abp. Wojdy ludzie świeccy stanowią w Kościele w Polsce „ogromny potencjał ale wciąż nieco uśpiony”.

Archiwum
Abp Tadeusz Wojda

Marcin Przeciszewski, KAI: Ksiądz Arcybiskup podkreśla często rolę świeckich. Jak należy ją zdefiniować dziś? Co – generalnie – w Polsce jest w tym zakresie do zrobienia?

Abp Tadeusz Wojda SAC: W Polsce stopniowo dojrzewa świadomość, że ludzie świeccy nie tylko „należą do Kościoła” ale „są Kościołem”. Wskazał na to Sobór Watykański II. Zmiana świadomości musi się dokonać zarówno wśród kapłanów, osób konsekrowanych jak i u ludzi świeckich.
Niedocenienie świeckich jest u nas jednym z elementów dziedzictwa komunizmu, kiedy zamykano się na świeckich, bo wszędzie mogli być donosiciele. Jest to mentalność, która mocno zaważyła na polskim społeczeństwie i niestety wciąż jeszcze pokutuje w Kościele. Miejmy nadzieję, że młodsze pokolenia, wychowane w innym duchu, rozumieją to inaczej.
Trzeba zadbać o znacznie lepszą współpracę miedzy duchownymi a świeckimi. Z pewnością potrzebujemy większego zaangażowania świeckich, ale z zachowaniem złotego środka, aby nie doszło do tego co stało się na Zachodzie, zawłaszcza w krajach języka niemieckiego. Dokonał się tam niezdrowy proces „klerykalizacji świeckich” i „zeświecczenia kleru”. Świeccy przejęli w Kościele właściwie wszystko, a z kolei księża starają się maksymalnie dostosować do „świeckiego” życia, zapominając o swoim duchowym autorytecie. Dla mnie np. nie do przyjęcia jest, aby np. osoba świecka decydowała kiedy ksiądz może odprawić w kościele Mszę św., a kiedy nie. Jest to związane z mentalnością: „my i wy”, która jest błędna, gdyż powinna zakładać harmonijną współpracę.

- W jednym z wywiadów Ksiądz Arcybiskup nazwał białostocką wspólnotę archidiecezjalną „gigantem duchowym, ale nieco uśpionym”. Jak więc można scharakteryzować bliżej tego „giganta” i co należałoby zrobić, aby go ożywić, dodać nowego zapału apostolskiego?

- Mówiąc o „gigancie duchowym” miałem na myśli przede wszystkim różne ruchy świeckich jakie są obecne w naszej archidiecezji. A jest ich wiele i skupiają ponad 7, 5 tys. osób. Największe z nich to Ruch Przyjaciół Oblubieńca, skupiający ok. 3 tys. młodych, Grupy Nowej Ewangelizacji, Ruch Kobiet w Modlitwie, Communione e liberazione, grupy charyzmatyczne, Drogę Neokatechumenalną czy nowy ruch jaki przybył z Włoch „Glorioza Trynita”. Jest też wiele Kół Różańcowych.
Jest to ogromny potencjał ale wciąż nieco uśpiony. Pomimo, że wspólnoty te dużo robią i podejmują różne działania, działają gdzieś na uboczu. Trzeba je inspirować, by przeszły od misji „ad intra” do misji „ad extra”. Bardzo mocno mówi o tym papież Franciszek. Niedawno utworzyliśmy diecezjalną platformę ruchów. Ma ona na celu programowanie wspólnych działań.
Widzę, że potrzeba nam „nowego zesłania Ducha Świętego”, abyśmy mogli zacząć działać znacznie szerzej. I to w tej chwili przygotowujemy. Powstała idea, aby było to czuwanie przed tegoroczną uroczystością Zesłania Ducha Świętego w Białymstoku. Zbierzemy się przed katedrą, aby zamanifestować tę siłę duchową i aby pokazać, że Kościół jest mocny.
Drugą inicjatywą jaką podjęliśmy, jest włączenie ruchów i wspólnot w trzeci rok katechizacji związanej z bierzmowaniem, aby przez tę katechizację pokazać charyzmaty będące owocem Ducha Świętego. Pozwalają one na przeżywanie wiary w głębszy sposób - nawet odmienny od tradycyjnych form, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni.
Trzecią są programy formacyjne i informacyjne realizowane poprzez media. Każdy z ruchów będzie miał możliwość przedstawienia na antenie białostockiego radia diecezjalnego swojej działalności i charyzmatu. Organizują one np. bardzo dużo rekolekcji. Niech więc to idzie w eter!

- Jest jeszcze kolejny wymiar misji świeckich, czyli odpowiedzialność za życie społeczne. Jak to Ksiądz widzi?

- To bardzo istotny wymiar. Konieczne jest takie kształtowanie świadomości świeckich, by czuli się odpowiedzialni za życie społeczne. A przestrzenie do działania oraz ewangelizacji są ogromne: sfera kultury, nauki, edukacji, nie wyłączając gospodarki czy polityki. A w pierwszym rzędzie odpowiedzialność za rodzinę i za przekaz wiary w domu.
Mimo, że jest duże grono katolików świadomych swego chrześcijańskiego powołania, to jest równie wielu, którzy łatwo od Kościoła się oddalają, przyjmując inny sposób myślenia. Wskazuje to na brak pogłębionej tożsamości katolików świeckich. Trzeba nad tym pracować. Pogłębiona tożsamość świeckich powinna być jednym z głównych priorytetów duszpasterskich Kościoła w Polsce.

- Ksiądz Arcybiskup spędził 27 lat w Kongregacji Ewangelizacji Narodów Stolicy Apostolskiej. Jak z tej perspektywy prezentuje się Kościół w Polsce, nasza religijność? Jakie są jej mocne, a jakie słabe punkty?

- Mimo dostrzegalnych tu i ówdzie sytuacji kryzysowych, Kościół w Polsce prezentuje się dość dobrze. Ma silne struktury apostolskie. Wśród plusów wymieniłbym dużą ilość parafii i licznych kapłanów. Parafie nie są zbyt rozlegle, co sprzyja współpracy z wiernymi. Kolejnym plusem jest katechizacja w szkołach. Choć niektórzy mówią, że poprzez wprowadzenie katechizacji do szkół wyprowadziliśmy młodzież z kościołów, jednak daje to możliwość poznania wiary wszystkim, a nie tylko tej części, która chodziłaby do kościoła.
Istotna jest też formacja wiernych poprzez rekolekcje parafialne. Nigdzie w Europie nie uczestniczy w nich tak duży procent jak w Polsce. Są one okazją do pogłębienia wiary oraz więzi z Kościołem.
Nie można też zapominać o ważnej przestrzeni jaką jest sakrament pojednania. Trzeba dziękować Bogu, że wierzący mają u nas poczucie grzechu i wrażliwe sumienie, dlatego przystępują do sakramentu spowiedzi, aby oczyścić z grzechów, pojednać z Bogiem i podjąć drogę wzrostu duchowego. Czyż to nie jest wspaniała forma odnowy wiary?

- A jak Ksiądz Arcybiskup widzi przyszłość? Czeka nas scenariusz sekularyzacji znany z Europy zachodniej czy pójdziemy własną drogą?

- Nie grozi nam scenariusz Europy zachodniej. Zachód miał olbrzymi problem ze zrozumieniem Soboru Watykańskiego II, co skutkowało rewolucyjnym, mało przemyślanym wprowadzaniem reform. Spowodowało to pustoszenie kościołów. U nas, dzięki mądrości kard. Stefana Wyszyńskiego, reformy soborowe wprowadzane były znacznie wolniej, o wiele lepiej je przygotowując. Dlatego Sobór znacznie lepiej potrafiliśmy zaadoptować do kościelnej rzeczywistości.
Oczywiście, proces sekularyzacji będzie się i u nas pogłębiał. Należymy do kultury Zachodu i podlegamy jego wpływom. Nie obawiałbym się jednak aż takiego dramatu. W Polsce wiara znacznie silniej jest wpisana w kulturę, tradycję i codzienny obyczaj. I to pozostanie, gdyż tej tradycji tak łatwo się nie wyrzekniemy.
Sytuacja religijna w Polsce jest solą dla wielu ośrodków zagranicznych, a nawet dla instytucji międzynarodowych. Wywierana jest ogromna presja, żeby ograniczyć wpływy Kościoła, w tym na osobiste i indywidualne życie ludzi. Ale mam nadzieję, że społeczeństwo polskie jest na tyle dojrzałe, że potrafi się obronić.

- Co z cudem eucharystycznym w Sokółce? Czy i kiedy możemy spodziewać się zatwierdzenia go przez Stolicę Apostolską?

- Kult jest żywy i wciąż się rozwija. Był to znak nadzwyczajny. Przybywa coraz więcej pielgrzymek, nawet zza granicy: z Litwy, Łotwy, Białorusi czy nawet z Azji. W ub. r. obchodziliśmy 10-rocznicę tych wydarzeń. W całej archidiecezji miała miejsce nowenna. W pierwszą niedzielę miesiąca były głoszone homilie nt. Eucharystii, a po nich adoracja. Do Sokółki przyjeżdża coraz więcej pielgrzymek grup dzieci komunijnych. Dawniej jeździli oni do Częstochowy, a teraz do Sokółki. W Sokółce odbywają się też archidiecezjalne Dni Kapłańskie.
Jeśli chodzi o sam cud, w ubiegłym roku byłem w Kongregacji Nauki Wiary, aby zapytać na jakim etapie jest studium dokumentu, zawierającego naszą prośbę o jego uznanie. Kongregacja jest otwarta, zapoznała się z dokumentami i prosi o dosłanie kolejnych. W tej chwili przygotowuję dokumentację, którą niebawem prześlę do Watykanu.
A czy Stolica Apostolska potwierdzi czy nie potwierdzi cud - nie jest to aż takie ważne. Kościół jest bardzo ostrożny w przypadku nadzwyczajnych wydarzeń. A czekanie na orzeczenie Stolicy Apostolskiej jest czasem dojrzewania i szerzenia się kultu. Ma to swoją wartość i z tego się cieszymy. Tak samo było z różnymi objawieniami Matki Bożej, a niektóre dotąd nie zostały uznane np. w Medjugoriu.

- Archidiecezja Białostocka wywodzi się z metropolii wileńskiej. Jak dziś przedstawia się współpraca z obecną archidiecezją wileńską na Litwie, na ile te więzi są podtrzymywane, czy można mówić o wzajemnej wymianie duchowych darów czy doświadczeń duszpasterskich?

- Nie traktujemy tego jako zamkniętej historii. Po wojnie osiadł tutaj metropolita wileński abp Romuald Jałbrzykowski, przyjechali profesorowie seminarium duchownego, z ks. Michałem Sopoćką. Wszyscy długo żyli wileńską tradycją. Byli przekonani, że są tu czasowo i wrócą do Wilna. Nie było wtedy możliwości kontaktów, aczkolwiek nasi księża jeździli z podziemnymi wykładami. To pokolenie już odeszło, a dla młodych związek z Wilnem ma o wiele mniejsze znaczenie.
Dziś jednak – jako znak tej tradycji - podczas ingresu metropolita białostocki otrzymuje pastorał wileński. Łączy nas Matka Boża Ostrobramska, której kult silnie tu się rozwija. Łączy nas św. Kazimierz, patron Litwy oraz patron metropolii białostockiej. 4 marca obchodzimy corocznie wielkie uroczystości ku czci św. Kazimierza.
W wolnej Polsce nawiązywane są na nowo relacje z archidiecezją wileńską. Abp Gintaras Grušas zaprosił mnie w 2017 r., bym przewodniczył uroczystościom Matki Bożej Ostrobramskiej w Wilnie. Całkiem niedawno mieliśmy spotkanie z formatorami z seminarium w Wilnie. Kiedyś była między naszymi diecezjami wymiana kleryków. Na nowo chcemy ją podjąć. Pragniemy, żeby te relacje były dobre. Ze strony archidiecezji wileńskiej widzimy to samo. Kilka tysięcy pielgrzymów z naszej diecezji pojechało we wrześniu ub. r. na spotkanie z papieżem Franciszkiem w Wilnie i Kownie.

- 15 procent wiernych archidiecezji apostolskiej należy do Kościoła Prawosławnego. Jak wygląda współpraca ekumeniczna?

- Prawosławnych jest ok. 12 proc. Duża ich społeczność zamieszkuje w Białymstoku, ok. 40 tys. Wioski, zwłaszcza wzdłuż granicy wschodniej, wyludniają się, a młodzież przenosi się tutaj. Są wioski, które zamieszkuje kilka lub nawet jedna osoba, a większość domów to pustostany.
Nasze relacje z Kościołem prawosławnym są dobre. Mamy wiele wspólnych inicjatyw, poczynając od Tygodnia Modlitw o Jedność Kościoła. Jestem wtedy na nabożeństwie w cerkwi i głoszę Słowo Boże, a abp Jakub przyjeżdża na Mszę św. do nas i też je głosi. W ramach Tygodnia są panele dyskusyjne z udziałem przedstawicieli Kościoła prawosławnego czy protestanckiego. Wiele jest też wspólnych, bardziej spontanicznych spotkań z okazji opłatka. Składamy sobie życzenia w środowiskach mieszanych wyznaniowo, a obaj biskupi (katolicki i prawosławny) są zapraszani. Organizowane są wspólne koncerty kolęd. Są też wspólne akcje charytatywne katolickiej Caritas i prawosławnej Eleos, np. Wigilijna Świeca.
Z abp Jakubem spotykamy się często także przy innych okazjach. A kiedy wizytuję nasze katolickie parafie, to przychodzą tam także wierni z Kościoła prawosławnego.

- Wciąż modlimy się o jedność Kościoła. Czy jest szansa, aby te modlitwy zostały wysłuchane?

- Wszystko zależy od tego, co rozumiemy przez jedność. Jedność wszystkich chrześcijan gwarantuje chrzest. To jest fundament. Natomiast trudno będzie osiągnąć pełną jedność w sferze doktrynalnej. Choć z Kościołem prawosławnym dzieli nas niewiele, to nie uznają oni dogmatów przyjętych przez nasz Kościół po schizmie z 1054 r.. Wciąż dzieli nas rozumienie roli papieża. Prawosławni uznają jego honorowy prymat, ale nie jest akceptowana papieska władza. Jeśli chodzi o inne działania, to dużym krokiem byłby wspólny kalendarz, ale jak widać nie jest to łatwe.

- A co stoi na przeszkodzie ustanowieniu wspólnoty eucharystycznej z Kościołem prawosławnym?

- W prawosławiu Eucharystia rozumiana jest jako realna obecność Chrystusa tylko w momencie jej sprawowania. Nie ma natomiast możliwości przechowywania Najświętszego Sakramentu czy kultu eucharystycznego. Mimo to, dla katolika, tam gdzie nie ma Eucharystii katolickiej, uczestnictwo we Mszy św. w liturgii wschodniej jest ważne.
Trzeba wspomnieć o słynnej deklaracji papieża Benedykta XVI, że prawosławni są „naszymi braćmi w wierze”. Jeśli teolodzy z obu Kościołów wypracują jakieś status quo, to może się okazać, że do tej jedności jest bardzo blisko. A pracuje nad tym Międzynarodowa Komisja Mieszana do Dialogu Teologicznego między Kościołem katolickim a Kościołem prawosławnym, istniejąca od 1980 r.
Na razie możemy budować jedność między naszymi Kościołami na poziomie „dialogu życia”, a otaczającemu światu nieść wspólne świadectwo Ewangelii. Nie jesteśmy na siebie zamknięci jak przed 20 czy 30 laty, mamy do siebie większe zaufanie.

- Pomówmy o sytuacji w Polsce. Boleśnie odczuliśmy zabójstwo prezydenta Adamowicza. Jest to też pewna lekcja. Jak powinniśmy ją odczytać?

- Zabójstwo należy bezwzględnie potępić. Chciałbym wierzyć, że dokonał tego człowiek chory psychicznie. Ale ma to podłoże w otaczającej rzeczywistości. Na osoby chore psychicznie silnie oddziaływuje atmosfera pełna agresji.
Ten ogromny podział, który dokonał się w Polsce jest czymś niesamowitym. Niestety wciąż się pogłębia. Niedopuszczalny jest język używany w mediach a także wśród polityków. Jeśli się manipuluje ludźmi, to później zbiera się gorzkie tego owoce. I to jest rzecz straszna.

- Ale politycy to w większości ludzie Kościoła, przyznający się do wiary…

- Już to ktoś powiedział: „Krew nie jest wodą, krew się zawsze burzy”. Ten podział przenika do coraz szerszych kręgów, także do Kościoła i jego wiernych. Wiara często nie jest na tyle ugruntowana, żeby się temu oprzeć. Jeśli nie jest stale ożywiana, schodzi wtedy na drugi plan. Ostrzeżeniem powinno być to, co się dokonało nie tylko w Gdańsku, ale i w Rwandzie w 2004 r. , czy w ostatnich dziesięcioleciach na Bałkanach. Przepaść budowana pomiędzy różnymi grupami społecznymi tak się może kończyć.

- Ksiądz Arcybiskup jest członkiem Kościelnej Komisji Konkordatowej. Niebawem będziemy obchodzić 30-lecie suwerennej Rzeczypospolitej. Konkordatowy model autonomii i współpracy Kościoła i państwa jaki został zbudowany w Polsce, jest chyba jednym z najciekawszych w Europie. Tymczasem coraz głośniej brzmią głosy tych polityków, którzy domagają się wypowiedzenia Konkordatu?

- Wpisuje się to w program osłabienia Kościoła w Polsce: jego wpływów i autorytetu. A tymczasem polski konkordat jest jednym z najlepszych. Oparty został na nowoczesnej zasadzie przyjaznego rozdziału między Kościołem a państwem. Kościół nie miesza się do spraw politycznych, a państwo szanuje autonomię misji jaką pełni Kościół oraz zasadę wolności religijnej. Wierni mogą dawać świadectwo swej wierze także poza murami kościelnymi, w przestrzeni życia publicznego.
Nic dziwnego, że koła lewicy – polskiej i międzynarodowej - robią wszystko, aby porządek ten zburzyć. A Polska może na tym tylko stracić, gdyż zawsze była postrzegana jako państwo o wielkiej tolerancji. Wypowiedzenie konkordatu pogorszyłoby nie tylko wewnętrzną sytuację w Polsce, ale i jej wizerunek za granicą.

- Dziękuję za rozmowę.

- Marcin Przeciszewski
*** Tadeusz Wojda urodził się 29 stycznia 1957 r. w Kowali na Kielecczyźnie jako czwarte dziecko Władysława i Anieli z domu Pietrzyk. Młodszy jego brat jest księdzem, tak jak on w Stowarzyszeniu Apostolstwa Katolickiego (Pallotyni), zaś starsza siostra jest w Zgromadzeniu Sióstr Elżbietanek Cieszyńskich.
W latach 1964-1972 uczęszczał do szkoły podstawowej w Kowali, a w latach 1972-1976 do liceum ogólnokształcącego. W 1976 r. wstąpił do Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego (Pallotynów). W latach 1977-1983 odbył studia z filozofii i teologii w Wyższym Seminarium Duchownym Stowarzyszenia w Ołtarzewie k. Warszawy, a jednocześnie w latach 1980-1983 studia z teologii fundamentalnej na Akademii Teologii Katolickiej. 8 maja 1983 r. przyjął święcenia kapłańskie.
W maju 1984 r. decyzją Rady Prowincjalnej, został skierowany na studia misjologii do Rzymu na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim, które ukończył doktoratem z misjologii w 1989 r.
Od 2 stycznia 1990 r. ks. Wojda rozpoczął pracę w Papieskim Dziele Rozkrzewiania Wiary i w Kongregacji ds. Ewangelizacji Narodów. Od 12 grudnia 2007 r. pełnił funkcję kierownika biura w Kongregacji ds. Ewangelizacji Narodów. 24 lipca 2012 r. został mianowany podsekretarzem w Kongregacji. Ponadto od 1991 r. był kapelanem Wspólnoty Sióstr Boromeuszek w Rzymie, a od 1996 r. kapelanem Centrum Edukacji fizycznej dla niepełnosprawnych Czerwonego Krzyża Włoskiego. Jest też autorem licznych artykułów i rozpraw naukowych z zakresu misjologii.
12 kwietnia 2017 r. Ojciec Święty Franciszek mianował go arcybiskupem metropolitą białostockim. Święcenia biskupie ks. Tadeusz Wojda przyjął 10 czerwca 2017 r. Udzielił ich prefekt Kongregacji Ewangelizacji Narodów i Krzewienia Wiary kard. Fernando Filoni. Wspókonsekratorami byli abp Edward Ozorowski oraz abp Henryk Hoser. Podczas tej uroczystości odbył się ingres nowego Arcybiskupa Metropolity do archikatedry białostockiej.
Mottem posługi biskupiej abp. Tadeusza Wojdy są słowa z Ewangelii wg św. Marka 13,10 „Oportet praedicari Evangelium” (Aby była głoszona Ewangelia).
Abp Wojda jest członkiem Kościelnej Komisji Konkordatowej oraz komisji misyjnej Konferencji Episkopatu Polski.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Dziś uroczystość św. Józefa, Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny

2019-03-19 10:24

ml / Warszawa (KAI)

Kościół katolicki obchodzi 19 marca uroczystość św. Józefa, oblubieńca Maryi i przybranego ojca Jezusa. Św. Józef był mężem Maryi i przybranym ojcem Pana Jezusa. Jest patronem wszystkich ojców.

Grażyna Kołek/Niedziela
Krzeszów – Kościół św. Józefa. Malował Michał Leopold Willmann

Według św. Mateusza, Józef pochodził z królewskiego rodu Dawida. Był rzemieślnikiem, tradycyjnie uważa się, że cieślą. Ewangelia nazywa św. Józefa „mężem sprawiedliwym”, to znaczy prawdomównym, uczciwym, pracowitym i mądrym. Charakterystyczne cechy św. Józefa to zawierzenie Bogu, pokora i służebność. Imię Józef znaczy „Bóg przydał”.

Św. Józef jest także patronem Kościoła, patronem szczególnym, ponieważ jest wzorem ojcostwa pełnego: był kochający, troskliwy, czuły, mądry, ciągle obecny, zapewniał bezpieczeństwo i służył swojej rodzinie, sam usuwając się w cień. W ten sposób stał się wyraźnym i czytelnym obrazem ojcowskiej miłości Boga. Zapewne niektóre cechy Jezusa są odbiciem osobowości św. Józefa.

Choć nie był ojcem naturalnym Jezusa, według prawa żydowskiego, jako mąż Maryi, był Jego ojcem i opiekunem. Pierwszy o św. Józefie pisał św. Hieronim (+420). Szczególnie jego kult propagowała św. Teresa od Jezusa. Wielokrotnie wyznawała ona, że o cokolwiek poprosiła Boga za wstawiennictwem św. Józefa, zawsze to otrzymywała.

Papież Leon XIII poświęcił św. Józefowi encyklikę, Pius X zatwierdził litanię do św. Józefa, a Jan XXIII, którego św. Józef był patronem chrzcielnym, wprowadził imię do kanonu rzymskiego. Jan Paweł II wydał list pasterski „Redemptoris custos”, w którym ukazuje św. Józefa jako wzór mężczyzny na nasze czasy.

W Polsce, szczególnie w Krakowie, święto Oblubieńca Maryi obchodzono 19 marca już na przełomie XI i XII w. Do liturgii wspomnienie św. Józefa weszło w Jerozolimie w V w. Na Zachodzie przyjęło się w wieku VIII. Do brewiarza i mszału wprowadził je Sykstus IV (1479) a Grzegorz XV (1621-1623) rozszerzył na cały Kościół. W Polsce św. Józefa znany był już na przełomie XI i XII w. W tym czasie w Krakowie obchodzono już jego święto pod datą 19 marca. Czci św. Józefa poświęcony jest cały miesiąc marzec.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kard. Barbarin: „domniemanie niewinności” powodem decyzji papieża

2019-03-19 20:57

pb / Lyon (KAI)

„Domniemanie niewinności” było powodem papieskiej odmowy przyjęcia dymisji, jaką kard. Philippe Barbarin złożył na ręce Franciszka. Poinformował o tym sam arcybiskup Lyonu w komunikacie opublikowanym na stronie internetowej archidiecezji liońskiej.

YouTube.com

Prymas Galii został 7 marca skazany na sześć miesięcy więzienia w zawieszeniu za niedoniesienie o wykorzystywaniu seksualnym małoletnich, jakiego dopuścił się jeden z księży jego archidiecezji. Jego adwokaci złożyli apelację od wyroku.

W swym komunikacie kard. Barbarin potwierdził, że 18 marca złożył swą „misję w ręce Ojca Świętego”. - Odwołując się do domniemania niewinności, [papież] nie chciał przyjąć tej dymisji. Pozostawił mi swobodę podjęcia decyzji, która wydałaby mi się dzisiaj najlepsza dla życia diecezji liońskiej. Zgodnie z jego sugestią i ponieważ Kościół w Lyonie cierpi od trzech lat, postanowiłem na pewien czas usunąć się i pozostawić kierowanie diecezją wikariuszowi generalnemu-moderatorowi ks. Yves’owi Baumgartenowi. Ta decyzja wchodzi w życie z dniem dzisiejszym - napisał 19 marca prymas Galii.

Zdziwienie tym „niecodziennym” obrotem sprawy wyraził przewodniczący Konferencji Biskupów Francji abp Georges Pontier. Nie spodziewał się on scenariusza „pośredniego między dwoma przewidywalnymi scenariuszami”, czyli przyjęciem dymisji lub jej odrzuceniem i dalszym kierowaniem archidiecezją przez kard. Barbarina.

Metropolita Marsylii przypuszcza, że taka decyzja jest wynikiem „konfliktu między dwoma wymogami”: „poszanowaniem toku wymiaru sprawiedliwości” i „troski o dobro diecezji liońskiej”. Jego zdaniem przyjęcie dymisji kard. Barbarina „nie wydało się papieżowi właściwe, gdyż nie zakończył się proces cywilny”. Franciszek „nie chciał sprawiać wrażenia, że skazuje kardynała, gdy nie rozstrzygnął o tym jeszcze wymiar sprawiedliwości”, dodał abp Pontier w rozmowie z agencją AFP, odnosząc się do złożonej apelacji od wyroku z 7 marca.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem