Reklama

Nawróceni dłużnicy miłości

2016-07-13 09:00

Agnieszka Bugała
Niedziela Ogólnopolska 29/2016, str. 16-17


„Św. Augustyn w celi” (klasztornej), fragm. z kościoła Wszystkich Świętych we Florencji , Sandro Botticelli

Nawrócenie może być deszczem, który spadnie z Nieba. Ale najczęściej jest uporczywym podlewaniem serca wodą noszoną w dziurawej konewce. Bolą kolana i ręce. Bolą oczy od płaczu. Nawrócenie zawsze ma smak czyichś łez i nieprzespanych nocy. Nawróceni są dłużnikami miłości

Właścicielem tajemnicy nawrócenia grzesznika jest Bóg. To On nakłada na skronie swoich dzieci aureolę światła. Chciałby ukoronować każde. O każde walczy do końca, aż po krzyż. O wielu walczy przez modlitwę, post i wyrzeczenia najbliższych. To zwycięstwo zawsze jest triumfem miłości.

W historii św. Augustyna zatriumfowała miłość matki, w przypadku Feliksa Leseura – żony.

Łaska Boża szuka w nas dziury

Przed laty w Rosji wystawiano sztukę pt. „Chrystus w szlafroku”. Na scenie ustawiono atrapę ołtarza, na niej butelki wódki, a wokół pełno było osób grających pijanych księży i zakonnice. Jeden z aktorów, o nazwisku Rostowicz, miał wyjść na scenę, aby wyśmiać Osiem błogosławieństw. Zaczął czytać: „Błogosławieni ubodzy...”. I czytał dalej, aż wreszcie na końcu powiedział: „Wierzę”. Przedstawienie się skończyło. Nigdy już nie zagrano tego spektaklu.

Reklama

Abp Fulton J. Sheen, sługa Boży, który przytoczył tę historię w jednym ze swoich kazań, mawiał, że „w głowach wszystkich z nas znajdują się dziury, przez które łaska Boża może przedostać się do środka”. I że serce ludzkie nie ma kształtu walentynkowego serduszka, ale ma widoczny i odczuwalny – choć często nieuświadomiony – brak sporego fragmentu. Dlaczego? Bo ten fragment Bóg zachowuje dla siebie i oddaje wtedy, gdy po ziemskiej wędrówce człowiek wraca do swojego Domu. Część z nas jest „zdeponowana” w Niebie i dlatego „niespokojne jest nasze serce, dopóki nie spocznie w Panu”.

Łaska Boża chce być w nas

W tajemnicę Bożego Serca wpisane są miłosierdzie i sprawiedliwość. My, skażeni grzechem, myślimy, że gdy jesteśmy sprawiedliwi, to mniej miłosierni. I odwrotnie. Gdy przymykamy oko na fakty, to jesteśmy bardziej miłosierni. W Bogu sprawiedliwość i miłosierdzie są w całkowitej równowadze. Bóg, odsłaniając swoje miłosierne oblicze, nie założył maski na oblicze sprawiedliwe i od teraz występuje w innej, łagodniejszej odsłonie.

Bóg, ukazując swoje oblicze pełne miłości i wybaczenia, chciał pokazać, że mimo iż grzech oddala nas od Niego bezgranicznie, On się nami nie brzydzi i czeka, aż poranieni wrócimy. Miłosierdzie wchłania nasze winy i grzechy, które nas szpecą i cuchną. Bóg bardzo nas chce. Bardzo czeka. I bardzo tęskni.

Gdy ubrudzone błotem dziecko wspina się na kolana taty, wywołuje radość... i brudzi mu spodnie. I gdy robi tak ledwo chodzący maluch, to tato zaśmiewa się serdecznie. Jednak gdy maluch dorośnie i już wie, że jego Tato jest najpotężniejszym i najświętszym Królem wszechświata, to chce na tym spotkaniu wyglądać jak najpiękniej, jak najczyściej. I już nie wchodzi na kolana w ubłoconych butach.

To dlatego do Nieba gotowi są ci, którzy „wykąpali swoje szaty we Krwi Baranka”. To dlatego św. Mała Tereska prosiła Maryję, by przystroiła jej duszę w klejnoty Chrystusowej Męki – bo wiedziała, że swoimi uczynkami nie jest w stanie upiększyć duszy, która pragnie Nieba.

Dopóki nie żyjemy z Nim, nie trwamy w Nim i nie poddajemy swojego życia Jego działaniu – zwłaszcza w sakramentach pokuty i Eucharystii – trwamy w niepokoju i w gruncie rzeczy nie jesteśmy szczęśliwi. Lecz dopóki żyjemy, oddychamy i myślimy, zawsze mamy szansę zmienić decyzję, odwrócić się od zła i poddać wreszcie swoje życie Jego działaniu. To poddanie jest nawróceniem. Czasem to cud, częściej długi proces. Zawsze jednak to wspólne działanie Boga i człowieka. On się nie męczy wybaczaniem nam – jak mawia papież Franciszek. Ale musimy przyjść, by nas umył. Albo ktoś musi nas przyprowadzić, a czasem nawet przynieść.

Modlitwa wierci dziurę

Nawrócenie często rodzi się z miłosiernego upomnienia. Bardzo często, gdy ktoś uparcie trwa w grzechu, upominanie jest procesem długotrwałym. Zawsze musi być połączone z modlitwą, ofiarą Mszy św., postem i wyrzeczeniami. To jest walka o duszę, wydzieranie jej ze szponów zła. Nie jest łatwa i nie można walczyć o nawrócenie do Boga bez Boga. Niezwykłym przykładem jest tu św. Monika – matka św. Augustyna, jednego z największych intelektualistów wszech czasów. Niezwykle uzdolnionego mówcy, wybitnego myśliciela, ale przez wiele lat, od wczesnej młodości, żyjącego w rozpuście i miłującego ponad wszystko doznania cielesne. Augustyn swoją młodość opisał jako „piekielną lubieżność wieku dojrzewania”. Trwało to 16 długich lat. Wydawać się mogło, że był już stracony. Nałożnice, nieślubne dziecko, czarna rozpacz. A jednak dziś jest świętym i doktorem Kościoła. Jego nawrócenie było wyżebraną przez matkę łaską. Wołała do niego w niekończących się napomnieniach – i za nim do Boga – tak długo, aż wywierciła tę dziurę, przez którą łaska mogła wlać się do serca jej syna.

Dniami i nocami roniła łzy nad intelektualnymi i moralnymi błędami Augustyna. Pojechała za nim do Italii, wiedząc, że jeśli opuszcza Kartaginę w tak złym stanie duszy, to tam, daleko, zatraci ją całkowicie. I nie myliła się, ale też nie zrezygnowała. Najpierw pojechała za synem do Rzymu, potem do Mediolanu. Tam wybrała się do Ambrożego, biskupa, po radę. Co mam zrobić? Mój syn żyje tak, jakby Boga nie było. Robię, co tylko możliwe. On wie, że go kocham, ale nie mogę zaakceptować tego, co wybrał, tego, jak żyje, nie mogę...

Bp Ambroży powiedział zbolałej Monice to, co zapisały kroniki: „Niemożliwe jest, aby syn, za którego wylane zostało tak wiele łez, mógł pójść na zatracenie”.

Nawrócenie jest walką

I biskup miał rację. Wyproszone przez matkę nawrócenie było jej największym dla niego prezentem. Najpierw urodziła jego ciało, potem, przez wiele lat, rodziła jego duszę. Śmierć matki św. Augustyn opisał w „Wyznaniach” w sposób tak czuły i poruszający, że powinna to przeczytać każda z matek, która załamuje ręce nad wyborami moralnymi swojego dziecka i traci wiarę, nadzieję i siłę w walce o zmianę jego życia. „Właśnie gdyśmy byli w Ostii u ujścia Tybru – pisał – matka moja umarła. Wiele rzeczy tu pomijam, bo czas nagli. Przyjąć racz, Boże mój, wyznanie i dziękczynienie także za niezliczone rzeczy, które pozostaną okryte milczeniem. Ale nie pomnę ani jednego ze słów, jakie dusza moja może zrodzić, dotyczących tej służebnicy Twojej, która mnie urodziła zarówno cieleśnie, wydając na światło dzienne, jak i duchowo – wprowadzając do światłości wiecznej. Ty ją stworzyłeś”.

Matka, która zna i kocha Jezusa, musi wiedzieć, że to na niej spoczywa obowiązek urodzenia duszy powierzonego jej w cudzie macierzyństwa dziecka. To jest jej zadanie do końca życia. Wiek dziecka nie ma tu znaczenia. Dorosłość metrykalna nie zawsze idzie w parze z dojrzałością duchową. Mądra miłość matki może ocalić dziecko od potępienia na wieki. I powinna podjąć ten trud.

„Zbyt późno Cię pokochałem, Piękno Odwieczne!” – wołał w ogrodzie oszołomiony odkryciem Augustyn. Płakał, nie potrafił znaleźć sobie miejsca. W Wielki Czwartek w 387 r. głośno wyrecytował Credo wobec zgromadzonych wiernych, a później aż do Wielkiej Soboty pościł i wreszcie wieczorem w Wigilię Paschalną wszedł do bazyliki mediolańskiej, a bp Ambroży odprawił nad nim ostatni egzorcyzm i udzielił mu chrztu św., który przypieczętował wymodlone przez Monikę nawrócenie.

Małżeństwo z ateistą

W 1889 r. młoda, doskonale wychowana Elżbieta poślubia Feliksa Leseura, wybitnego lekarza, dziennikarza i znanego polityka. Małżeństwo zapowiada się szczęśliwie. Oboje kochają literaturę i muzykę, mają wiele wspólnych zainteresowań. Jednak po pewnym czasie okazuje się, że Feliks jest też znanym ateistą – ostrym piórem wojuje z Bogiem i Kościołem. Prowadzą dostatnie życie i otwarty dom, w którym spotyka się elita ateizujących paryskich intelektualistów. Feliks walczy z Bogiem nie tylko na łamach gazet – czyni to również w sercu żony. Robi wszystko, aby ją zniechęcić i zniszczyć jej wiarę. Podsuwa antyreligijne książki, drwi i wyśmiewa. Wreszcie w latach 1897-99 udaje mu się doprowadzić do załamania jej wiary.

Umowa z Bogiem

Trwa to jednak krótko. Staranne religijne wychowanie wyniesione z domu przynosi owoce i Elżbieta stawia opór naciskom męża. Od tej chwili rozpoczyna się cicha walka. Kobieta modli się nieustannie w ukryciu, czyta religijne książki, szuka pomocy i wszystkie uciążliwości ofiarowuje w intencji nawrócenia swojego męża. Paryska dama jest na zewnątrz światową kobietą, a w zaciszu serca rozmodloną mniszką zanurzoną w kontemplacji. Do zmagań duchowych w 1905 r. dołącza choroba. Elżbieta cierpi i coraz częściej nie może wstawać z łóżka. Jej mąż nie ustaje w antyreligijnych atakach przeciw niej. 17 marca 1911 r. chora Elżbieta, przykuta do łóżka, składa ślub. Prosi Boga, aby rozporządzał nią wedle swej woli w zamian za nawrócenie Feliksa. Nie wstaje z łóżka aż do śmierci w sierpniu 1914 r. Tuż przed śmiercią wyznaje mężowi: „Feliksie, gdy umrę, zostaniesz katolikiem i ojcem dominikaninem”.

Testament żony ateisty

„Elżbieto, znasz moje nastawienie, przysiągłem Bogu nienawiść, żyję tą nienawiścią i w niej umrę!” – krzyczał do umierającej żony Feliks.

Po pogrzebie Amelia, siostra Elżbiety, wskazała mu niewielki schowek, w którym znalazł „Dziennik” swojej żony, „Zeszyt postanowień”, „Myśli dnia każdego” i „Testament duchowy”, a w nim zapis: „W 1905 r. poprosiłam Boga wszechmogącego, aby zesłał mi wystarczająco duże cierpienie, aby odkupić twoją duszę. W dniu, w którym umrę, cena zostanie zapłacona. Nie ma większej miłości nad tę, gdy żona oddaje życie za swojego męża”.

Spojrzenie Maryi

Feliks Leseur, ateista, poczuł się dotknięty do żywego. Postanowił napisać książkę przeciwko Lourdes. Pojechał tam nawet, jednak Bóg miał zupełnie inny plan. Jedno spojrzenie na figurę Maryi wystarczyło, aby otrzymał dar wiary. Dar pełny i całkowity. Wszystko zobaczył, w jednej chwili zrozumiał. Wrócił inny.

Rok po nawróceniu wydał pisma żony w postaci małego tomiku, a niedługo potem wstąpił do zakonu Ojców Dominikanów. Aż do śmierci w 1950 r., jako o. Maria Albert Leseur, głosił rekolekcje, propagował spuściznę duchową Elżbiety.

W 1934 r. rozpoczął się proces beatyfikacyjny Elżbiety Leseur. Dziś żona, która ofiarowała się cała w intencji nawrócenia swojego męża, jest służebnicą Bożą.

Tagi:
święty

Święty Antoni Opat – ojciec monastycyzmu

2018-08-21 12:27

Ks. Julian Nastałek
Edycja świdnicka 34/2018, str. VII

W drugiej połowie III wieku narodził się w Kościele ruch o charakterze ascetycznym. Jego początki wiążą się anachoretami, którzy podejmowali pełne wyrzeczeń życie w odosobnieniu. Za prekursora tej formy życia jest uważany św. Antoni Opat, określany również przydomkiem „Wielki” albo „Pustelnik”

Wikimedia Commons
Jacopo Pontormo, św. Antoni Opat (ok. 1519), Galleria degli Uffizi, Florencja, Włochy

Anachoretyzm (z gr. anachoreo – oddalam się, odchodzę w górę) jako narzędzie doskonalenia chrześcijańskiego polegał na porzuceniu świata, życiu na pustyni, oddaniu się modlitwie, kontemplacji, pracy i umartwieniu. Praktykujące go osoby określano mianem anachoretów, a od V wieku – eremitów (od gr. eremites – żyjący na pustkowiu). Szczególna rola w krzewieniu tego ruchu przypadła św. Antoniemu Pustelnikowi, uważanemu z tego powodu wręcz za rewolucjonistę duchowości chrześcijańskiej. Jego biografia jest dobrze znana dzięki hagiograficznemu dziełu św. Atanazego Wielkiego „Życie Antoniego”, napisanego w 357 r., a także dzięki pracom starożytnych historyków Kościoła, szczególnie Sozomena.

Antoni urodził się ok. 251 r. w miejscowości Koma koło Herakleopolis w środkowym Egipcie. Jego rodzice byli zamożni i religijni, jednakże osierocili syna, kiedy miał 20 lat. Kilka miesięcy po ich śmierci Antoni, przebywając w kościele, usłyszał podczas liturgii fragment Ewangelii: „Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie” (Mt 19,21) i pod jego wpływem rozpoczął zupełnie nowe życie. Sprzedał odziedziczony majątek, a sumę uzyskaną w ten sposób rozdzielił pomiędzy potrzebujących. Swoją młodszą siostrę oddał pod opiekę i wychowanie miejscowym dziewicom. Sam zaś rozpoczął życie ascety na pustkowiu w pobliżu rodzinnej wioski. Utrzymywał się z pracy własnych rąk. Z tego, co otrzymywał, część zostawiał na pożywienie, resztę zaś przeznaczał dla potrzebujących. Ciągle się modlił i rozważał Pismo Święte, dużo pościł i prowadził życie pełne umartwień. Często walczył z szatanem, który różnymi pokusami starał się go odwieść od praktykowania cnoty. Po kilku latach, w celu uniknięcia rozgłosu, zamieszkał w starożytnym grobowcu na Pustyni Libijskiej. W roku 286 przeniósł się do ruin niewielkiej fortecy na prawym brzegu Nilu. Wokół tego miejsca z czasem zaczęli gromadzić się inni pustelnicy, pociągnięci stylem życia Antoniego i pragnący poddać się jego kierownictwu duchowemu. W ten sposób około roku 305 powstało Pispir (najprawdopodobniej w okolicach miasta Afroditopolis) – pierwsze w dziejach chrześcijaństwa skupisko mnichów. Tworzyli je pustelnicy żyjący osobno w swoich celach, każdy z nich posiadał własne zasady i tryb życia. Wszyscy jednak uznawali moralny autorytet Antoniego, którego traktowano jako ojca, przewodnika i wzór. Jak pisze Atanazy, „pustynia stała się miastem mnichów”.

Antoni, nie zaniedbując surowej ascezy, prowadził bogatą korespondencję, w tym z cesarzem Konstantynem Wielkim i jego synami Konstancjuszem I i Konstansem II. Stale napływające do Antoniego tłumy wymusiły na nim kolejne przenosiny. Około roku 312 osiadł oazie w Wadi Araba u podnóża góry Qolzum nad Morzem Czerwonym, gdzie pozostał już do końca swojego długiego życia, które zakończył w roku 356, mając 105 lat.

Antoni, choć rzadko, to jednak podróżował. Dwukrotnie odwiedził Aleksandrię. Pierwszy raz około roku 311, aby umocnić na duchu prześladowanych chrześcijan. Ponownie udał się do metropolii w roku 334, w celu udzielenia wsparcia biskupowi Atanazemu (swojemu przyszłemu biografowi) podczas kontrowersji ariańskiej. Antoni, będąc już w podeszłym wieku, odwiedził również w Tebach sławnego pustelnika św. Pawła.

Sozomen przekazał nam informacje dotyczące codziennego życia Świętego. Znajdują się wśród nich interesujące szczegóły odnośnie pożywienia, nocnych czuwań i modlitwy, snu, higieny osobistej i pracy. Jednym z podstawowych elementów ascezy stosowanym przez Antoniego był post, który polegał na spożywaniu jedynie chleba z solą i piciu wody. Posiłek miał miejsce o zachodzie słońca. Zdarzało się też, że Antoni wstrzymywał się zupełnie od jedzenia przez dwa lub nawet więcej dni.

Zachowało się siedem listów Antoniego skierowanych do mnichów egipskich. Zawarte są w nich podstawowe zasady i wskazówki życia ascetycznego. Szczególny nacisk kładzie w nich na poszukiwanie indywidualnej drogi do doskonałości oraz duchową lekturę Pisma św.

Życie św. Antoniego było przykładem dla wielu nie tylko w Egipcie, ale i w innych częściach chrześcijańskiego świata. Jego kult szybko rozprzestrzenił się na najpierw na całym Wschodzie, a później również na Zachodzie. Przyczynił się do tego znacząco św. Atanazy, który pozostając pod silnym wrażeniem postaci św. Antoniego, napisał jego biografię. Jej głównym celem nie było jednak detaliczne przekazanie faktów, co przedstawienie człowieka, będącego wzorem do naśladowania. Dzieło to zyskało wielką popularność. Zostało przetłumaczone na łacinę i szeroko rozpowszechnione. Wpłynęło na wzrost popularności życia pustelniczego i dało początek literaturze hagiograficznej poświęconej mnichom.

Kościół katolicki czci św. Antoniego Opata, obchodząc jego doroczne wspomnienie 17 stycznia.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Łódź: kardynalskie prymicje w rodzinnej parafii jałmużnika papieskiego

2018-10-21 17:44

xpk / Łódź (KAI)

- Jezus nie boi się pierwszych miejsc. Tylko jest pytanie: jak my do nich dochodzimy? On proponuje, byśmy dochodzili do nich będąc pokorni, będąc beztrosko obdarzeni pięknem, służąc innym – mówił jałmużnik papieski. Dokładnie 30 lat od pierwszej Mszy świętej celebrowanej przez ks. Konrada Krajewskiego w rodzinnej parafii p.w. Opatrzności Bożej w Łodzi w niedzielę 21 października br. prymicjom kardynalskim w tej samej parafii przewodniczył jako kardynał.

Piotr Drzewiecki

W homilii odwołując się do czytanej ewangelii oraz wspomnień z dzieciństwa związanych z rodzinną parafią powiedział: "trudno, jak przyjeżdża się do swojej parafii, nie myśleć o latach młodzieńczych. Ja mieszkałem na Centralnej, tu za torami. To dla mnie była ulica Centralna na świecie, bo moja".

- Kiedy przeczytałem dzisiejszą ewangelię, to pomyślałem o mojej mamie. Gdy ja jeszcze spałem, ona prasowała, szykowała kanapki, wstawała dużo wcześniej, bo jeszcze obiad podgotowywała. Potem martwiła się cały dzień, kiedy my z bratem graliśmy w piłkę. Ona myła okna, podłogi, a kiedy chodziliśmy spać, ona jeszcze pracowała, jak niewolnik. To było ostatnie miejsce w naszym domu, jakie zajmowała mama, ale to było tak naprawdę pierwsze miejsce. Ona robiła to wszystko z miłości, bo tak nas kochała, w sposób widzialny i niewidzialny. Ona nam służyła. O tym mówi Jezus w dzisiejszej ewangelii: chcesz mieć pierwsze miejsce, zacznij służyć – podkreślił kardynał.

Wspominając młodość, jałmużnik papieski mówił: "kiedy z księdzem Jarkiem – dziś proboszczem parafii św. Antoniego na Bałutach - chodziliśmy do XXVIII Liceum Ogólnokształcącego, przechodziliśmy zawsze obok tego kościoła. Te drzwi prawe były zawsze otwarte i była krata. Można było tam zawsze na chwilę uklęknąć. Przychodziłem tutaj ze wszystkimi swoimi problemami. Na przykład, kiedy się nie przygotowywałem do klasówki, marzyłem, żeby nauczycielka w korku utknęła, albo żeby jej skradli klasówki, kiedy wiedziałem, że będzie kiepsko ze mną. Takie były moje modlitwy. Na szczęście Pan Jezus wysłuchuje tylko te, które są dla naszego dobra, ale my dorastamy rozmawiając z Nim – zaznaczył prymicjant.

Jeden z najbliższych współpracowników Ojca Świętego Franciszka przypomniał, że w każdej Eucharystii Jezus oddaje się każdemu w kawałku Chleba, "a my - z tym Jezusem z naszej parafialnej świątyni - możemy wyjść w tą piękną jesień i zanieść Go gdziekolwiek chcemy. Do twojego domu, gdzie nie możesz sobie poradzić z wieloma rzeczami, gdzie masz tysiące pytań. Zanieś Go. Niech wszyscy wiedzą, że jesteś po Komunii świętej" – podkreślił.

Kończąc liturgię, kardynał udzielił zebranym błogosławieństwa papieskiego – gdyż jako jałmużnik ma ten przywilej – a po zakończeniu Eucharystii na placu przed kościołem każdy mógł podejść i osobiście złożyć mu życzenia.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Prymas przełomów – dziś 70. rocznica śmierci kard. Augusta Hlonda

2018-10-22 14:38

Bernadeta Kruszyk / Gniezno (KAI)

Jego pogrzeb był wielką publiczną demonstracją wierności Kościołowi wśród gruzów Warszawy. Ostatnią przed mrokiem stalinowskiej nocy. 22 października mija 70 lat od śmierci kard. Augusta Hlonda.

Archiwum

Archidiecezja gnieźnieńska ma szczególne powody, by o tej rocznicy pamiętać był on bowiem nie tylko jej długoletnim ordynariuszem, ale w znacznym stopniu przyczynił się do tego, że w dobie odradzania się państwa polskiego tytuł prymasa Polski pozostał przy arcybiskupie gnieźnieńskim. Wbrew pozorom w okresie międzywojnia nie było to takie oczywiste.

W 1918 r. odrodzona Polska miała dwóch prymasów: abp. Edmunda Dalbora w Gnieźnie i Poznaniu oraz abp. Aleksandra Kakowskiego w Warszawie prymasa Królestwa Polskiego. Ten drugi tytuł, ustanowiony przez cara, był spadkiem po zaborach. Po odzyskaniu niepodległości powstało słuszne pytanie, przy której ze stolic arcybiskupich dziedzictwo prymasowskie ma pozostać? W społeczeństwie rozgorzała gorąca dyskusja. Obaj zainteresowani hierarchowie starali się w niej nie uczestniczyć, dążąc do uspokojenia nastrojów. Ich postawa i apele nie zdołały jednak uciszyć prasowej i społecznej debaty.

Sprawę rozwiązała ostatecznie Stolica Apostolska, znosząc w 1925 r. jurysdykcję prymasowską w Polsce i zachowując tytuł prymasa Polski przy arcybiskupie gnieźnieńskim, a tytuł prymasa Królestwa Polskiego dożywotnio przy kard. Kakowskim (nosił go do śmierci w 1938 r.). Tymczasem w 1926 r., a więc rok po papieskim rozstrzygnięciu na rzecz Gniezna, zmarł kard. Edmund Dalbor. Na jego następcę papież Pius XI mianował młodego, zaledwie 45-letniego Augusta Hlonda, który w krótkim czasie odnowił ideę prymasostwa związanego z Gnieznem i tym samym wyciszył pojawiające się tu i ówdzie głosy przemawiające za Warszawą.

Ze Śląska do Gniezna

Abp August Hlond przyjechał do Gniezna z Górnego Śląska, gdzie był administratorem, a później ordynariuszem nowo erygowanej diecezji katowickiej. Mimo niedługiego czasu urzędowania dał się poznać jako dobry duszpasterz i sprawny organizator: uruchomił kurię, nabył grunty pod budowę katedry, powołał do życia Drukarnię i Księgarnię św. Jacka oraz założył tygodnik „Gość Niedzielny”. Jego nominacja na arcybiskupa metropolitę gnieźnieńskiego i poznańskiego (arcybiskupstwa były połączone od 1821 r. unią personalną) została przyjęta przychylnie zarówno przez polskich hierarchów, jak i mieszkańców Wielkopolski.

Ingres do katedry gnieźnieńskiej wyznaczono na 10 października 1926 r. Nowy prymas Polski w drodze do Gniezna zatrzymał się zwyczajowo w Trzemesznie, gdzie przy dźwięku fanfar, biciu dzwonów i huku moździerzy wszedł do świątyni i ukląkł przed ołtarzem św. Wojciecha. Przed wjazdem do Gniezna przesiadł się z samochodu do powozu zaprzężonego w szóstkę kasztanów. Na miejscu witali go biskupi i przedstawiciele polskiego rządu.

„Przychodzę do was diecezjanie, wiedząc, że stoczyliście ciężką walkę o wiarę, do was, którzy idziecie razem z duchowieństwem waszym i stojąc między wami polecam się opiece Najświętszej Maryi Panny i św. Wojciecha – mówił w czasie ingresu i wskazywał: „Obecnie dokonać się musi wielkie dzieło odrodzenia narodu. Odrodzić się może naród tylko przez Chrystusa; trwałe będzie odrodzenie tylko na podstawach chrześcijańskich, na takich tylko podstawach oprze się trwały byt Ojczyzny”. O odrodzenie to walczył do końca życia.

Promotor laikatu

Nowy prymas Polski „awansował” w ekspresowym tempie. W 1927 roku został wyniesiony do godności kardynała. Miał wówczas zaledwie 47 lat. Nominacja jeszcze bardziej podniosła jego prestiż i wzmocniła autorytet. Nie miał już politycznych i państwowych uprawnień prymasów przedrozbiorowych, starał się jednak piastowaną przez siebie godność maksymalnie wyeksponować. W efekcie uczynił z prymasostwa potężną siłę moralną, która miała odegrać ogromną rolę w okresie PRL-u.

„Życie polskie należy uleczyć z nienawiści, która jest posiewem szatana i stoi w zupełnym przeciwieństwie do nauki chrześcijańskiej – nawoływał. – W życiu prywatnym i społecznym nienawiść jest siłą rozsadzającą i niszczącą, którą się katolikowi posługiwać nie wolno. Tak w ideowych sporach jak i w politycznych grach nienawiść uważać należy za broń zakazaną, którą bezwzględnie potępiamy”.

Jako ordynariusz gnieźnieński i poznański uporządkował sprawy majątkowe archidiecezji, wprowadził kilka zmian w administracji oraz podjął szereg inicjatyw na polu życia zakonnego: zorganizował m.in. Braci Serca Jezusowego oraz sprowadził do Poznania dominikanów, powierzając im duszpasterstwo akademickie. Reaktywował również prastarą kapitułę kolegiacką w Kruszwicy oraz zrealizował zamiar swojego poprzednika, kard. Dalbora, przedłużając czas trwania studiów seminaryjnych do 6 lat.

Ważnym obszarem służby kard. Hlonda była aktywizacja polskiego laikatu. Czynił to m.in. poprzez powołanie do życia Akcji Katolickiej, która miała przyczynić się do wspomnianego duchowego odrodzenia Polaków. Z myślą o promowaniu katolickiej nauki społecznej utworzył Radę Społeczną przy prymasie Polski, w skład której weszli wybitni przedstawiciele nauki i działacze społeczni. Wiele uwagi poświęcał także Polonii, będąc z papieskiej nominacji protektorem polskiego wychodźstwa. W 1932 r. wraz z ks. Ignacym Posadzym utworzył Towarzystwo Chrystusowe dla Polonii Zagranicznej, które miało w sposób szczególny służyć rodakom mieszkającym poza granicami Ojczyzny.

Gdyby go nie było

Wojna zastała kard. Hlonda w Warszawie. Zdążył jeszcze wrócić przepełnionym pociągiem do Gniezna i naradzić się z ówczesnym wikariuszem generalnym ks. kan. Bleriq’iem. W pierwszych dniach września ponownie wyjechał do Warszawy, a stamtąd za rządem polskim do Krzemieńca, gdzie podjął decyzję do wyjeździe do Rzymu. Po zrelacjonowaniu papieżowi wydarzeń z 1 września zamierzał wrócić do Polski, ale władze niemieckie nie wyraziły na to zgody. W tym czasie był kandydatem na urząd prezydenta RP i premiera, nie przyjął jednak żadnej z tych funkcji. Nie mogąc powrócić do Ojczyzny pracował na jej rzecz poza granicami, zbierając materiały o prześladowaniach narodu polskiego i Kościoła oraz informując opinię światową o okrucieństwach hitlerowców.

W Rzymie, a później we Francji organizował także dla rodaków pomoc materialną. Po wojnie wrócił do kraju z papieskim pełnomocnictwem do organizacji Kościoła na ziemiach polskich w nowych warunkach. 4 marca 1946 r. otrzymał nominację na arcybiskupa warszawskiego, rezygnując jednocześnie z urzędu arcybiskupa poznańskiego. To z jego inspiracji papież Pius XII rozwiązał unię personalną Gniezna i Poznania i utworzył nową gnieźnieńsko-warszawską, która miała przetrwać do 1992 r. Również na jego prośbę kolejnym arcybiskupem gnieźnieńskim i warszawskim, prymasem Polski został młody Stefan Wyszyński wówczas biskup lubelski. Jak powiedział kiedyś abp Damian Zimoń: „Gdyby nie było kard. Hlonda, nie byłoby kard. Wyszyńskiego. Gdyby nie było Wyszyńskiego, nie byłoby papieża Polaka”.

Kard. August Hlond zmarł 22 października 1948 r. w dzień, gdy w liturgii Kościoła obchodzono wspomnienie Matki Bożej Szczęśliwej Śmierci. Miał 67 lat. Proces beatyfikacyjny trwa od 1992 r. 21 maja tego roku papież Franciszek uznał heroiczność cnót prymasa co stanowi ważny krok w drodze na ołtarze. Papież Jan Paweł II właśnie w Gnieźnie w 1979 roku nazwał go wielkim prymasem Polski niepodległej, Polski dwudziestolecia, Polski okupacyjnej. On sam o sobie mówił: „Zawsze pracowałem dla Kościoła, dla rozszerzenia Królestwa Bożego, dla Polski, dla dobra narodu polskiego. Zawsze kochałem Polskę i będę się w niebie za nią modlił”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem