Reklama

Boże, błogosław Amerykę!

2016-08-10 08:25

Tomasz Winiarski
Niedziela Ogólnopolska 33/2016, str. 42-43

Fotolia.com/ kornetka

Wiara odgrywa ważną rolę w życiu większości Amerykanów. Co więcej, czymś zupełnie powszechnym jest obecność Boga w przestrzeni publicznej. „God Bless America” – to słowa, które stanowią połączenie patriotyzmu i religijności, bo w Ameryce te dwa pojęcia są ze sobą ściśle powiązane

Był 30 lipca 1956 r., w Białym Domu urzędował prezydent Dwight Eisenhower, a świat żył w cieniu zimnej wojny. To właśnie tego dnia prezydent zatwierdził i podpisał nowe prawo, w myśl którego oficjalnym mottem Stanów Zjednoczonych stała się fraza „In God We Trust” (ang. Bogu ufamy). Zdecydowano się na taki ruch w odpowiedzi na szerzenie „państwowego ateizmu” przez Związek Sowiecki. Chciano w ten sposób podkreślić, jak bardzo Ameryka różni się od komunistycznego Imperium Zła. Dewiza ta została zaczerpnięta z tekstu hymnu USA, którego fragment brzmi: „A to niech będzie nasze motto: «W Bogu pokładamy ufność»”. Do dzisiaj widnieje ona nie tylko na amerykańskich dolarach – spotkać ją można również w Kongresie Stanów Zjednoczonych, w oficjalnych dokumentach państwowych, w szkołach, na pomnikach i w wielu innych miejscach w tzw. przestrzeni publicznej.

Z sondażu przeprowadzonego we wrześniu 2003 r. przez CNN, dziennik „USA Today” oraz Instytut Gallupa wynikało, że 90 proc. Amerykanów popiera napis „In God We Trust”, widniejący na amerykańskich dolarach.

Tutaj nadal wierzymy w Boga

Stany Zjednoczone, w przeciwieństwie do Starego Kontynentu, nie wyrzekły się chrześcijańskich fundamentów swojej cywilizacji. Amerykanie pozostają społeczeństwem konserwatywnym i religijnym. Co więcej – kiedy w Europie publiczne odwoływanie się do wiary w Boga stało się czymś niepoprawnym politycznie, w USA Jego imię bardzo często pojawia się w przestrzeni publicznej.

Reklama

– Bóg zawsze był obecny w świadomości Amerykanów, od początku istnienia ich państwa, i nigdy nie przestał być obecny. Szczególnie w XX wieku, kiedy Amerykanie kojarzyli ateizm z komunizmem. Od tej pory uważa się, że ci, którzy nie wierzą w Boga, nie są godni pełnić funkcji publicznych i reprezentować Stanów Zjednoczonych – mówi „Niedzieli” prof. Zbigniew Lewicki, amerykanista z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. – W Ameryce nigdy nie pojawił się żaden silny ruch ateistyczny. Nie doszło do sytuacji masowego zaprzeczania istnieniu Boga, co w Europie w dużej mierze nastąpiło pod wpływem ruchów komunistycznych – dodaje.

W trakcie ceremonii zaprzysiężenia nowego prezydenta kładzie on rękę na Biblii i wygłasza słowa: „Tak mi dopomóż Bóg”. Na Pismo Święte przysięga się również w amerykańskich sądach. Jak Ameryka długa i szeroka, w wielu szkołach uczniowie, z ręką na sercu, codziennie recytują „Pledge of Allegiance” (ang. Przysięga wierności), której fragment brzmi: „Jeden naród, a nad nim Bóg, naród niepodzielny, ofiarujący wolność i sprawiedliwość dla wszystkich”.

Przemówienia prezydentów USA bardzo często kończą się słowami: „Boże, błogosław Amerykę”. We współczesnej historii Stanów Zjednoczonych sformułowania tego po raz pierwszy użył Richard Nixon w trakcie swojej przemowy 30 kwietnia 1973 r.; sen z powiek spędzała mu wtedy afera Watergate. Jednak zwyczaj ten na dobre zagościł w amerykańskiej rzeczywistości politycznej dopiero za czasów prezydentury Ronalda Reagana. Konserwatywny i religijny George W. Bush w trakcie swojej prezydentury wielokrotnie odwoływał się do wiary chrześcijańskiej, bardzo często sięgał również po frazę: „Boże, błogosław Amerykę”. Słowa te padają jednak także z ust prezydentów wywodzących się z amerykańskiej lewicy, czyli Partii Demokratycznej. Zarówno Bill Clinton, jak i Barack Obama używali sformułowania „God Bless America”, gdy kończyli swoje przemowy przy okazji tzw. State of the Union, czyli corocznych przemówień o stanie państwa, a także w wielu innych momentach swojej prezydentury. Lewicowy polityk mówiący o Bogu w swoim przemówieniu? W Europie to coś nie do pomyślenia, w Stanach Zjednoczonych – chleb powszedni. Boże, błogosław Amerykę!

Komu wadzi Bóg?

„Teraz pośród nas są tacy, którzy chcą się Go pozbyć i wymazać Jego imię ze wszystkiego, na czym opiera się ten kraj” – brzmią słowa patriotycznej piosenki amerykańskiego zespołu Diamond Rio. Jak widać, nawet w USA działają ludzie, których moglibyśmy określić mianem wojujących ateistów. Są oni najczęściej związani z amerykańską skrajną lewicą. Za oceanem powiedzielibyśmy na nich radykalni liberałowie. Ich celem jest zwalczanie amerykańskiego konserwatyzmu, za sprawą którego Bóg jest obecny w amerykańskiej przestrzeni publicznej. Choć brak im poparcia ze strony większości społeczeństwa, uparcie prowadzą swoją krucjatę. Od czasu do czasu dają o sobie znać przy pomocy różnych pozwów sądowych, w których domagają się wykreślenia imienia Boga z amerykańskich dolarów, zakazania odwoływania się do wiary w oficjalnej dewizie USA, w sądach, w szkołach, na samochodach policyjnych i wozach strażackich czy też w patriotycznych pieśniach śpiewanych na uroczystościach państwowych.

Ateiści idą do sądów

Obecność Boga na amerykańskich dolarach została po raz pierwszy zakwestionowana w 1970 r. Sprawa trafiła do sądu apelacyjnego, który uznał, że pozywający Stefan Ray Aronow nie ma racji, słowa „In God We Trust” nie naruszają bowiem zasady rozdziału państwa od Kościoła zapisanej w konstytucji i nie są przejawem faworyzowania przez rząd żadnej konkretnej religii.

– Wokół nas od wieków toczy się wojna o dusze, więc nic dziwnego, że niektórym przeszkadza Bóg w przestrzeni publicznej – mówi „Niedzieli” Piotr Jaskiernia, kierowca ciężarówki, który od ponad 30 lat mieszka w USA. W internetowym serwisie YouTube prowadzi popularny kanał pod pseudonimem „Hiob”. Jego przejmującą historię opowiadaliśmy już na łamach naszego tygodnika („Z Bogiem w ciężarówce” „Niedziela”, nr 40/2010, str. 26-27).

Trzy lata temu organizacje ateistyczne, którym przewodziła „Freedom From Religion Foundation”, reprezentowane przez prawnika Michaela Newdowa, przegrały w okręgowym Sądzie Federalnym w Nowym Jorku. Domagały się usunięcia frazy „Bogu ufamy” z amerykańskich dolarów. To kolejna już porażka wojujących ateistów po drugiej, tej bardziej religijnej, stronie Atlantyku. Z pewnością nieraz jeszcze usłyszymy o próbach wykreślenia Boga z przestrzeni publicznej w USA. Można jednak być pewnym tego, że Amerykanie, w przeciwieństwie do Europejczyków, nie zapomną o chrześcijańskich wartościach, które stworzyły ich kraj, i nie wymażą Jego imienia z kart swojej historii.

Czy Bóg ogląda baseball?

Wspaniałe, widowiskowe oprawy imprez sportowych są nieodzownym elementem tego, co nazwać możemy amerykańskim stylem życia. Eskadra myśliwców bojowych przelatująca nad stadionem? Proszę bardzo! Reprezentacyjny oddział wojska dumnie maszerujący z flagą USA? Jak najbardziej! W dodatku w przerwie zapraszamy na minikoncert jednej z wielu gwiazd amerykańskiej sceny muzycznej, która poruszy serca kibiców, śpiewając hymn Stanów Zjednoczonych. To wszystko dopełnia najważniejsze widowiska sportowe za oceanem. Są one doskonałą okazją do wyrażania miłości do ojczyzny, o czym doskonale wiedzą amerykańscy kibice. Publiczność na trybunach dzielą barwy klubowe, ale wszystkich łączy Gwiaździsty sztandar – flaga Stanów Zjednoczonych.

Po zamachach terrorystycznych z 11 września 2001 r. Major League Baseball, czyli główna liga baseballowa w USA, zarządziła, aby w trakcie meczów uroczyście odgrywano patriotyczną pieśń „Boże, błogosław Amerykę”. Obecnie śpiewa się ją głównie w czasie rozgrywek weekendowych oraz w święta. Jednak nowojorska drużyna New York Yankees praktykuje ten zwyczaj na wszystkich meczach, które odbywają się na ich domowym stadionie – „Yankee Stadium”, znajdującym się na Bronksie w Nowym Jorku.

– W Dzień Niepodległości podczas 7. zmiany wszyscy zawodnicy przerwali grę i ustawili się w rzędzie. Także kibice powstali z miejsc, a następnie zostało odśpiewane „God Bless America” – opowiada Artur Strzałka, młody zawodnik New York Yankees, którego znaleźli w Polsce amerykańscy łowcy talentów. – Myślę, że to bardzo fajna tradycja, która jest dla Amerykanów kwestią honoru i przejawem patriotyzmu – dodaje.

Ta piękna tradycja, łącząca wiarę i miłość do ojczyzny, nie wszystkim się jednak podoba. Gersh Kuntzman – dziennikarz lewicowej gazety „New York Daily News” w swoim artykule wezwał do zaprzestania śpiewania „God Bless America”, a samą pieśń nazwał „urażającą wszystkich”. Zdaniem dziennikarza, kibice nie powinni uroczyście śpiewać tej pieśni, stojąc i trzymając rękę na sercu, bo nie jest to hymn narodowy. Dalej Kuntzman przekonuje, że pieśń ta nie łączy, a dzieli Amerykanów, tak jak robi to polityka. Oczywiście, lewicowemu żurnaliście najbardziej chyba przeszkadza sam fakt obecności Boga w tekście utworu.

Skontaktowałem się z rzecznikiem prasowym zespołu New York Yankees. Nie chciał on jednak komentować tej sprawy.

„Dołączcie do mnie 4 lipca i będąc w świątyni baseballu, nie wstawajcie i nie ściągajcie swoich czapek na odśpiewanie pieśni, która nie jest hymnem narodu, który nie jest wyjątkowo błogosławiony przez jakieś bóstwo, które nawet nie istnieje” – czytamy w tekście Kuntzmana.

Chociaż tego typu apeli może być więcej, to lewicy nie uda się wyrzucić Boga i patriotyzmu z amerykańskich stadionów, bo Ameryka to nie Europa!

„Starość” nie zawsze idzie w parze z mądrością – w tym przypadku Stary Kontynent powinien uczyć się podejścia do tematu wiary od Nowego Świata.

Ronald Reagan powiedział kiedyś: „Bez Boga demokracja nie może długo przetrwać. Jeżeli kiedykolwiek zapomnimy, że jesteśmy jednym narodem pod Bogiem, wtedy staniemy się narodem straconym”. Niech te słowa będą przestrogą dla tych wszystkich, którzy chcą zapomnieć o judeochrześcijańskiej genezie naszej zachodniej cywilizacji.

* * *

Tomasz Winiarski
Student dziennikarstwa, amerykanista zafascynowany kulturą, polityką i historią USA. Dziennikarz dla Polonii w Stanach Zjednoczonych. W życiu stara się kierować mottem: Nie ma rzeczy niemożliwych!

Tagi:
polityka

Polityka – czy to może być bardziej ludzkie?

2018-11-28 11:01

Witold Gadowski
Niedziela Ogólnopolska 48/2018, str. 27

Tekst, w którym więcej jest pytań niż odpowiedzi

Artur Stelmasiak

Czy polityka może być prosta, czy może być jak życie? A czy życie istotnie jest prostsze od polityki? Ciągle ktoś nas poucza, że „to wszystko jest bardziej skomplikowane, niż nam – prostaczkom – się wydaje”. Ot choćby sprawy związane z reformą sądownictwa w naszym kraju. Najpierw parlament uchwala pakiet ustaw, które mają sprawić, że nasz ustrój sądowniczy – instytucjonalnie i personalnie – wreszcie oderwie się od PRL-owskiego dziedzictwa, że nasze sądy będą sądziły bardziej przejrzyście i uczciwie. Bo przecież reforma nie jest po to, aby jedną kastę zastąpić inną i tak skomplikować wzajemne relacje między poszczególnymi instytucjami, aby nikt – bez doktoratu – nie potrafił się na tym wyznać. Chodzi o to, aby sądy sądziły sprawiedliwie, a przeciętny obywatel rozumiał naczelną zasadę ich działalności.

– No tak, prostaczki, tak wam się wydaje, ale rzeczywistość jest bardziej złożona, nie macie świadomości, jak to wszystko jest skomplikowane, jakie tu działają zakulisowe siły – odpowie, z wyższością, polityk. On przecież dołączył do grona tych bardziej wtajemniczonych, dostąpił politycznej iluminacji. Tak więc parlament uchwala ustawy, prezydent je podpisuje, robią to w majestacie Najjaśniejszej RP i w naszym imieniu – i wszyscy mówią o tym, że teraz już będzie lepiej, bardziej sprawiedliwie. Naraz Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej stwierdza, że cała ta reforma – nad którą wylano morze publicystycznego i fachowego gadania – jest funta kłaków niewarta i sprawy powinny wrócić do stanu sprzed uchwalenia tych ustaw. I ci sami, którzy w pierwszym szeregu przekonywali o konieczności zmian, teraz przekonują nas o tym, że w istocie tak jest dobrze i właściwie reforma już się dokonała, rządzący – mimo wszystko – wygrali. Fakt, że muszą ekspresowo zmieniać uchwalone już ustawy i zetrzeć cały rdzeń reformy, zdaje się im kompletnie umykać. Odnieśli sukces i kropka.

Gdybym – w moim małym normalnym życiu – zaczął budować małą komórkę, przez długie godziny obmyślał jej kształt, a w końcu zaczął ją wznosić i nagle przyszedłby jakiś ważny inspektor i nakazał mi ją natychmiast zburzyć – bo jeśli tego nie zrobię, to codziennie będę płacił wysokie kary – wziąłbym młot i rozbił to, co wzniosłem. To jak myślicie? Mam komórkę czy jej nie mam?! A w polityce okazuje się, że reforma trwa, ba, odnosi sukcesy. W polityce – tak jak ją pojmują propagandyści – nie ma stałych kategorii prawdy i fałszu, ba nie ma tam także miejsca na moralność.

Wracam zatem do pierwotnego pytania: czy świat polityki może kierować się takimi samymi zasadami jak zwykłe życie? Politycy odpowiedzą: nie. W polityce należy być przebiegłym jak Ulisses, skutecznym jak cios Tysona i cynicznym... tak cynicznym, bo tylko cynicy nie ujawniają swoich emocji, nieustannie grają i pokonują swoich przeciwników. Jeżeli tak zrozumiemy politykę, to nie wińmy uczestniczących w niej graczy, że są inni publicznie i prywatnie, nie mają z tymi wizerunkami wiele wspólnego. To ich zawód, oni mają nas zwodzić…

Uuuuu... zwodzić?! A czyjaż to domena? Czy czasem nie ojca kłamstwa? Od kiedy to zarządzanie sferą publiczną oddaliśmy w jego ręce? Niszczenie ludzi, kłamstwo, zwodzenie to tylko narzędzia PR… to proste prawidła polityki. Czy jednak na pewno? Oczywiście, i zwykłe, ludzkie życie może być pełne fałszu, obłudy i zwodzenia innych, pełne aktorstwa, ale w tym życiu jasno jednak pojawia się wykładnia etyczna. Coś jest złe, a coś dobre, nic nie jest zbyt skomplikowane, aby sądzić właśnie w takich kategoriach. Człowiek ma sumienie, które niezawodnie szepcze mu o tym, co jest grzechem, a co nie.

Czy zatem w polityce istnieje sumienie? Hmmm... czy ktoś jeszcze dziś zadaje tak proste i oczywiste pytanie? W polityce – mówią nam polityczni liderzy – tak łatwo się nie da. Polityka to szachy z zupełnie innej półki. W polityce jest usprawiedliwione (tu następuje cały katalog ustępstw wobec klasycznych kanonów etyki), bo polityka to zupełnie inna galaktyka wyborów, postaw, idei, deklaracji niż twoje szare życie, obywatelu. W ten sposób łatwo pozbawia się nas możliwości rozeznawania działań polityków i ich oceniania. Godząc się na takie rozumienie polityki, oddajemy ją w ręce ojca kłamstw. Polityka staje się (mówiąc językiem genialnego Witkacego) „jak w krysztale pomyje”. W krysztale – bo mówimy o szczytnych ideałach, celach, i pomyje – bo realizujemy to najgorzej, jak tylko można sobie wyobrazić. Niejako a priori uznajemy, że osiąganie szczytnych celów nieczystymi metodami jest możliwe i właściwie jest politycznym standardem.

Czy musimy godzić się na fakt, że w polityce nie obowiązuje dążenie do prawdy, że w polityce nie dba się o prawdziwe dobro człowieka?

Czy gdy mówimy o wymaganiach etycznych, które powinny obowiązywać w polityce, skazujemy się na opinię niebezpiecznych radykałów?

Czy ludzie domagający się od polityków, aby zdawali sobie sprawę z tego, po co uprawiają swój zawód i w imieniu kogo podejmują swoje decyzje, to jedynie nieodpowiedzialni marzyciele?

Arystoteles twierdził, że polityka to sztuka rządzenia państwem, której celem jest dobro wspólne. W katolickiej myśli społecznej akcent położony jest właśnie na działaniu dla dobra wspólnego. Tak więc polityka – w założeniu – ma być narzędziem do zapewniania narodowi coraz lepszych warunków życia, coraz lepszej organizacji.

Kiedy do polityki wkrada się rachunek osobisty, kiedy człowiek zarządzający w imieniu swoich bliźnich bardziej zaczyna myśleć o interesie własnym, swojej rodziny i swojej grupy (partii), dochodzi do istotnego wypaczenia idei porządkującej. Politykę – tak jak życie – da się prowadzić bardziej prostą drogą, bez stosowania kłamliwych sztuczek.

Wróćmy do przykładu związanego z reformą polskiego systemu sądownictwa. Czy można to było inaczej przeprowadzić? Wszak sytuacja istotnie jest zagmatwana: czyhająca opozycja, niechętne otoczenie zagraniczne, niesprzyjające media. Otóż można było po prostu wszystko lepiej zbilansować i przygotować. Najpierw wprowadzić komplet projektów ustaw, który byłby w pełni zgodny z prawodawstwem unijnym – należało przewidzieć wszelkie możliwe reakcje – i dopiero potem przeprowadzić te projekty drogą legislacyjną aż do podpisu prezydenta RP. Być może byłoby to bardziej żmudne, ale uchroniłoby od katastrofy, którą jest rejterada z głównych redut reformy. Na złą wolę, przewagę niechęci, receptą jest wielka praca i mądrość. Po prostu nie podejmuje się dużej reformy, posługując się jedynie dobrymi chęciami i nie wykonując ogromnej pracy przygotowawczej. Jeśli natomiast ponosimy porażki, czasem klęski – to nie zakłamujemy rzeczywistości, nie przedstawiamy tego jako tryumfu, tylko pokornie przyznajemy się do błędu i rozpoczynamy pracę nad tym, aby naprawić jego skutki i znów przejść do reformowania kraju. Tzw. wyborcy nie są jakimś mitycznym zbiorem abstrakcyjnych istnień, ale ludźmi z krwi i kości. My wiele wybaczymy, ale na kłamstwie nic zbudować się nie da.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Chwaliła się aborcją, wystąpi na Gali 'Szlachetnej Paczki"

2018-12-14 13:27

Już w najbliższą niedzielę odbędzie się XVIII edycja Gali „Szlachetnej Paczki”. Organizatorzy zaprosili na nią Natalię Przybysz – piosenkarkę, która publicznie chwaliła się zamordowaniem własnego dziecka, gdyż – jak mówiła – nie chciało jej się zmieniać pieluch i miała za małe mieszkanie.

pl.wikipedia.org

Przybysz nie tylko nie wyraziła żalu z powodu zamordowania dziecka, ale zasłynęła również udzieleniem swojego poparcia dla politycznych celów skrajnie proaborcyjnego lobby, którego celem jest upowszechnienie zabijania nienarodzonych dzieci w Polsce.

Dlatego wzywamy „Szlachetną Paczkę” do natychmiastowego wycofania się ze współpracy z Natalią Przybysz i skierowanie przeprosin do tysięcy sympatyków i wolontariuszy, oburzonych z powodu porzucenia podstawowych

wartości, jakie od początku przyświecały tej inicjatywie.

Petycję do "Szlachetnej Paczki" można podpisać pod tym linkiem:

Zobacz

Treść petycji:

Szanowni Państwo,

wyrażam oburzenie i stanowczy sprzeciw wobec podjęcia przez „Szlachetną

Paczkę” współpracy z Natalią Przybysz.

Poprzez swoją decyzję wyraziliście poparcie dla osoby, która publicznie

chwaliła się zamordowaniem własnego dziecka z powodu niechęci do zmiany

pieluch i posiadania zbyt małego mieszkania.

Tym samym udzielacie również wsparcia dla politycznych celów radykalnego

lobby aborcyjnego, które reprezentuje Przybysz – gdyż nie tylko nie

wyraziła ona skruchy z powodu tego co zrobiła, ale też publicznie

angażowała się w projekty mające na celu legalizację aborcji w Polsce.

z wyrazami szacunku

Fundacja Pro - Prawo do Życia

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Były rzecznik Watykanu apeluje o pełne wyjaśnianie przypadków pedofilii w Kościele

2018-12-15 19:58

ts (KAI) / Watykan

Były rzecznik Stolicy Apostolskiej ks. Federico Lombardi SJ wezwał do pełnego opracowanie skandalu pedofilii wśród duchowieństwa. Jeśli Kościół katolicki nie zajmie się tą sprawą szczegółowo i we wszystkich aspektach, „będzie popadał z jednego kryzysu w drugi” - napisał włoski jezuita na łamach najnowszego numeru jezuickiego czasopisma „La Civiltà Cattolica”. Ostrzegł też przed określaniem tego tematu mianem rozdmuchanego lub próbą zamknięcia go. "To błędna droga" - uważa były dyrektor watykańskiego Biura Prasowego, który piastował ten urząd w latach 2006-2016.

BP KEP

Jego zdaniem Kościół katolicki nadal twierdzi, jakoby wykorzystywanie seksualne nieletnich było problemem Zachodu lub świata anglosaskiego. Niekiedy wśród zwierzchników kościelnych panuje „niewiarygodna naiwność”, stwierdził z ubolewaniem autor artykułu. Przestrzegł, że skandale pedofilskie mogą jeszcze wybuchnąć w innych krajach. „Trzeba patrzeć realnie, bardzo w tym pomaga rozsądna informacja” - dodał.

Włoski jezuita przypomniał, że już pierwszy wielki skandal pedofilii w USA w 2002 roku pokazał, że polityka instytucjonalnej samoobrony, tuszowania czy przenoszenia sprawców w stan spoczynku jest nietrwała. Media, niekiedy w sposób bardzo agresywny, wymogły na Kościele przejrzystość, która wcześniej była bardzo zaniedbana - podkreślił autor.

Przedstawiciele Kościołów powinni zdecydowanie oprzeć się skłonności do ochraniania siebie samych i instytucji, unikając niewygodnych sytuacji - zaznaczył ks. Lombardi. Zwrócił uwagę, że należy zdecydowanie odrzucić bagatelizowanie, tuszowanie i kłamstwo. Kościół musi się nauczyć „jasnego i przejrzystego komunikowania zarówno we własnych szeregach, jak i poza wspólnotą” - czytamy w artykule na łamach dwutygodnika „La Civiltà Cattolica”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem