Reklama

Bóg jest zawsze z nami i dla nas

2016-12-14 10:18

Z bp. Janem Piotrowskim rozmawiała Agnieszka Dziarmaga
Niedziela Ogólnopolska 51/2016, str. 16-18

Archiwum bp. Jana Piotrowskiego
Na misjach kulturowo wszystko wydaje się inne, także z tego powodu, że Kościół afrykański jest zaszczepiony w tradycji francuskiej i silnie nią nasycony

O wyzwaniach nowego roku liturgicznego, Bożym Narodzeniu na misjach i dziedzictwie duchowo-kulturowym diecezji kieleckiej z biskupem kieleckim Janem Piotrowskim rozmawia Agnieszka Dziarmaga

AGNIESZKA DZIARMAGA: – „Idźcie i głoście” to wezwanie, które towarzyszy rozpoczętemu wraz z Adwentem nowemu okresowi liturgicznemu, będące zaproszeniem do bycia uczniami i misjonarzami w obecnym roku duszpasterskim. Co ono oznacza dla nas wszystkich?

BP JAN PIOTROWSKI: – Jest to wciąż ten sam nakaz misyjny Jezusa, skierowany do Apostołów zaraz po Zmartwychwstaniu, czyli pełne dynamiki posłanie, które wskazało Apostołom obszar misyjnej działalności, bo – „idźcie do wszystkich ludów i narodów”. Wiemy, że Apostołowie nie czekali na sprzyjający moment głoszenia Ewangelii, ale podjęli je w czasie, w którym Pan Jezus im to nakazał, i wyruszyli na krańce ziemi ze świadomością, że Jezus jest z nimi. Z tego posłania narodziła się wspólnota Kościoła, wspólnota o wymiarach globalnych, wspólnota Kościoła powszechnego. Przez Chrystusa wszyscy uczestniczymy w tej dynamice Bożego życia. Jak przypomina nam Dekret o działalności misyjnej Kościoła „Ad gentes divinitus”, to Bóg w miłości posyła Syna w mocy Ducha Świętego (por. DM 20). Nasza konsekracja chrzcielna też jest posłaniem, tym pierwszym Bożym przygotowaniem do podjęcia głoszenia Ewangelii. Tym zadaniem Kościół wciąż żyje i podejmuje je na nowo. Tegoroczne hasło jest odświeżeniem naszej pamięci, że mamy głosić Ewangelię na różne sposoby. Myślę, że bardzo dobrym komentarzem do przeżywania tej rzeczywistości są słowa Ojca Świętego Franciszka, który przypomniał ostatnio, że w Bożym słowie zapisane są różne scenariusze ewangelizacyjne, że również sposób głoszenia Ewangelii w naszych czasach musi być nowy, dynamiczny, chociaż przesłanie pozostaje wciąż to samo. Chrystus ten sam wczoraj i dziś, i na wieki (por. Hbr 13, 8).

– Przez wiele lat był Ksiądz Biskup misjonarzem w Ludowej Republice Konga oraz w Peru i tam, na misjach, przeżywał święta Bożego Narodzenia. Czy to zupełnie inne, czy podobne święta? Proszę podzielić się wspomnieniami.

– Misje to przede wszystkim moja młodość, bo wyjechałem na nie po raz pierwszy 31 lat temu, pełen zapału i prostego o nich myślenia, żeby przede wszystkim głosić Ewangelię. W 1983 r., kiedy przeżywaliśmy Rok Odkupienia i Łaski, uświadomiłem sobie, że pragnę Chrystusem dzielić się z innymi, i taką skromną motywację przedstawiłem ówczesnemu biskupowi tarnowskiemu – późniejszemu arcybiskupowi Jerzemu Ablewiczowi. Oczywiście, zachęcił mnie, ale też rozważnie powiedział: „Synu, czekaj, przyjdzie na ciebie czas”. Po roku i przygotowaniu w Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie wraz z innymi kolegami, wśród których było dwóch księży diecezji tarnowskiej, zostaliśmy posłani z mojej rodzinnej parafii pw. św. Bartłomieja w Szczurowej na misje do Konga Brazzaville. Warto zaznaczyć, że lata 80. XX wieku to był nowy zryw Kościoła w Polsce. Księża diecezjalni, siostry zakonne mogli jako misjonarze wyjeżdżać do krajów, gdzie dziś są młode Kościoły. Trafiłem do diecezji Nkayi na południu Konga i byłem mile zaskoczony Afryką. Trzeba pamiętać, że w tamtym czasie nie było możliwości, żeby tak łatwo poznawać afrykańską rzeczywistość. Pewną szansą dla mnie były spotkania z misjonarzami i krótki, 5-miesięczny pobyt we Francji celem ugruntowania znajomości języka francuskiego. Był on absolutnie potrzebny do podjęcia pracy duszpasterskiej, natomiast rzeczywistość Kościoła w Kongu, Kościoła wciąż jeszcze młodego, bo zaszczepionego zaledwie sto lat wcześniej, wymagała też nauki języka miejscowego. Generalnie dla Polaków i w ogóle Słowian ten język w wymowie był bardzo łatwy, jego przyswajalność była w zasadzie prosta. „Ja, który mówię” – tak tłumaczy się dosłownie język munukutuba. Po trzech miesiącach byłem już misjonarzem gotowym do różnej posługi, nie tylko w trzecim mieście Konga, gdzie pracowałem wśród francuskich misjonarzy, ale również w przestrzeni wiosek, w tzw. buszu, gdzie było mniej więcej 80 wspólnot katolickich. Jeśli chodzi o święta, to zarówno Boże Narodzenie, jak i Wielkanoc wypadają w porze deszczowej. To bardzo utrudnia przemieszczanie się w terenie, a tym samym trudna jest praca duszpasterska. Kulturowo jest to obszar otwarty na Ewangelię i Jezusa, nigdy nie doznałem tam jakichś specjalnych trudności (wyjąwszy chorobę – malarię). Natomiast można było mieć dużo satysfakcji z głoszenia Ewangelii. Oczywiście, klimat zmienia wszystko. My jesteśmy przyzwyczajeni do określonego uroku świąt (kiedyś, kilkadziesiąt lat temu, mieliśmy pewność, że na Boże Narodzenie będzie śnieg, dzisiaj już tak być nie musi...). Tam, w Kongu, cieszyłem się, że podczas świąt jest dużo pracy, bo to nie pozwalało na zbyt długie rozmyślania i tęsknotę za rzeczywistością, w której wyrosłem. Wielką przyjemność sprawiła mi paczka nadesłana przez moich rodziców, niewielka, ale zawierająca to, co w Polsce spożywa się w Wigilię. Na misjach kulturowo wszystko wydaje się inne, także z tego powodu, że Kościół afrykański jest zaszczepiony w tradycji francuskiej i silnie nią nasycony. To oczywiście dobra tradycja, ale pozbawiona tego, co u nas dzieje się w Wigilię i w same święta. Jest też mniej kolęd i mają one inny wydźwięk, są to raczej pieśni bożonarodzeniowe. Jest jednak taka zasadnicza różnica, że w afrykańskiej rzeczywistości młodych Kościołów, a szczególnie Kościoła kongijskiego, w czasie świątecznych celebracji zwykle udawałem się gdzieś poza siedzibę głównej parafii, aby w wioskach, do których ludzie przychodzą, pokonując nawet kilkadziesiąt kilometrów, móc modlić się z nimi, sprawować Najświętszą Ofiarę, cieszyć się świętami. Poczucie wspólnoty jest tam bardzo duże, Afrykańczyk tej wspólnoty pragnie, w myśl zasady „kuwanda na nge” – być z drugim. Tworzy się bardzo serdeczny klimat, który niweluje wszelkie niedostatki kulturowe czy brak minimalnego komfortu, bo tam rzeczywiście żyje się bardzo skromnie. Przez analogię można powiedzieć, że to, co było w Boże Narodzenie, było i w Wielkanoc, choć oczywiście liturgia dla tych świąt jest zupełnie inna. Natomiast wciąż jest gorąco i deszczowo i nie ma opłatka.
W późniejszych latach, gdy już jako dyrektor krajowy Papieskich Dzieł Misyjnych miałem okazję odwiedzać misjonarzy, starałem się zawieźć im szopkę czy figury dobrej jakości. W ostatnich latach na placówkach misyjnych odbywają się konkursy pieśni bożonarodzeniowych, bo rytm i śpiew są bardzo bliskie mieszkańcom Afryki. Nawet najmniejsza wspólnota katolicka w niewielkiej wiosce ma grupę śpiewaczą, która uświetnia liturgię.

– Czy wspomnienia świąteczne Księdza Biskupa z Peru są podobne?

– Doświadczenie w Peru było i inne, i krótsze (musiałem wrócić do Polski celem objęcia stanowiska dyrektora krajowego Papieskich Dzieł Misyjnych). W Peru praca na wielkich przedmieściach Limy odbywała się w środowisku dość ubogim, aczkolwiek część parafii stanowili ludzie klasy średniej, np. nauczyciele, urzędnicy. W kościele parafialnym przeżywanie świąt było już bliższe polskiej rzeczywistości. Warto zaznaczyć, że Latynosi lubią przygotowywać żłóbek, szopkę. Wiele osób w swych domach czy na werandach buduje szopki pokaźnych rozmiarów, co zajmuje im tydzień lub dłużej. Nie jest też tajemnicą, że zaznacza się duży wpływ kultury amerykańskiej, widoczny w ozdobach i muzyce, który eliminuje ducha bożonarodzeniowego, bardziej jakby orientuje ludzi ku pragnieniom estetycznym, zewnętrznym. Ciekawym wydarzeniem jest pomoc dzieciom w okresie Bożego Narodzenia, nazywana z hiszpańska „czekolatadą”. Parafie i różne instytucje starają się przygotować gorące kakao i specjalne babki, podobne do naszych wielkanocnych, aby obdarzyć nimi dzieci. Jest to dla nich odrobina radości w szarzyźnie dnia. Przypomnę, że w Limie, gdzie pracowałem, nie ma deszczu od ponad 60 lat, wszędzie są pył i szarość, a wszystko, co kolorowe, napawa optymizmem i nadzieją. Trzeba też podkreślić religijny wymiar świąt, bo są i spowiedź, i dużo wspólnej modlitwy, a i gościnności, tej południowej, jest o wiele więcej niż w skromnej Afryce.

– Niedawno obchodził Ksiądz Biskup rocznicę ingresu – 29 listopada 2016 r. minęły 2 lata od chwili objęcia posługi pasterskiej Ekscelencji w diecezji kieleckiej. Proszę z perspektywy tego czasu ocenić specyfikę i znaczenie diecezji kieleckiej na mapie Kościoła w Polsce.

– Myślę, że nie trzeba dokonywać oceny, ponieważ Kościół kielecki jako Kościół partykularny stanowi część Kościoła powszechnego, tego Kościoła, który jest w Polsce między Odrą a Bugiem, Bałtykiem a Tatrami. Jest to wciąż rzeczywistość żywa, dynamiczna.
Historia naszej diecezji jest skromna, bo początki sięgają 1805 r. Ten pierwszy etap jej powstawania trwał zaledwie 13 lat, później nastąpiła przerwa do 1882 r. Historycznie znajdujemy się na terenie zaboru rosyjskiego, który zostawił ślady – rusyfikacja dotknęła wielu aspektów ludzkiego życia... Zarazem w historii Kościoła kieleckiego jest piękna historia Polski. To przecież Wiślica, Tarczek i Bodzentyn, to Nowy Korczyn i św. Kinga, i jej mąż Bolesław Wstydliwy, urodzony w Starym Korczynie, to katedra kielecka poświęcona przez bp. Gedeona w 1172 r., to wreszcie piękny pałac manierystyczny zbudowany przez bp. Jakuba Zadzika – dawna siedziba biskupów krakowskich. Diecezja kielecka jest nasycona ogromnym dziedzictwem kulturowym. Bardzo się cieszę, że mamy w diecezji cztery klasztory kontemplacyjne. Na zachodzie diecezji od XIII wieku obecne są w Imbramowicach siostry norbertanki. W Kielcach duchowe stery dzierżą siostry karmelitanki, a w niedalekich Chęcinach, w dawanym klasztorze Sióstr Klarysek, są siostry bernardynki, podobnie zresztą jak od ponad 200 lat w Świętej Katarzynie. Aby odkryć piękno ziemi kieleckiej, trzeba mieć oczy szeroko otwarte. Mniej więcej rok temu ukułem to moje powiedzenie: kto nie zna Kielc, nie zna Polski, kto nie zna Kielc, nie zna świata. Bo również w wymiarze cywilizacyjnym mamy z czego być dumni. Pierwsza wyższa szkoła techniczna, akademiczno-górnicza to przecież Kielce. W tym roku w bazylice katedralnej przeżyliśmy piękny jubileusz, gdy wspólnie modlili się przedstawiciele senatów trzech uczelni: Politechniki Warszawskiej, Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie i Politechniki Świętokrzyskiej. Wchodząc w ducha pobożności maryjnej, sięgamy do Wiślicy, do Madonny Łokietkowej, a tam, w murach świątyni, a jeszcze więcej – poniżej poziomu ziemi, zapisana jest ogromna historia, zarówno w podziemiach bazyliki, jak i w odkryciach tak znanych, jak np. płyta Orantów. To wszystko świadczy, że na tej ziemi żył szlachetny człowiek, otwarty na to, co rodziło się z Ewangelii. Dziedzictwo, które niesiemy, jest zobowiązujące, w myśl francuskiego powiedzenia: „Noblesse oblige” – Szlachectwo zobowiązuje.
Miniony Rok Święty Miłosierdzia i czas Światowych Dni Młodzieży dały też dowody na to, że jesteśmy Kościołem bardzo dynamicznym, zdolnym do przyjęcia gości, do dzielenia się tym, co mamy. Jestem pod urokiem chociażby ostatniego spotkania róż Żywego Różańca w Wiślicy, w którym wzięło udział ponad 6 tys. osób. Podobnie było na naszej listopadowej pielgrzymce do Łagiewnik. Mamy zatem ogromny potencjał w modlitwie. Mało znany jest może fakt, że seminarium kieleckie, datowane na 1729 r., to najstarsza uczelnia wyższa w Kielcach. Dziękujemy Bogu za dar powołań i posługę kapłanów. Bardzo chciałbym posłać księży na misje w odpowiedzi na prośby kierowane np. z Estonii, Peru, Republiki Środkowej Afryki.
Myślę, że tym, co nas tak bardzo uwiarygodnia, jest działalność diecezjalnej Caritas. Jeśli spojrzymy do „Katalogu diecezji kieleckiej”, zauważymy, ile jest placówek szerzących dzieła miłosierdzia na terenie naszej diecezji, ośrodków o różnym charakterze i kompetentnych usługach. To np. mieszkania chronione, domy pomocy społecznej, warsztaty terapii zajęciowej. Staram się bywać w tych miejscach. Zarówno w obszarze województwa świętokrzyskiego, gdzie znajduje się część diecezji, jak też na terenie województw małopolskiego i śląskiego, Kościół kielecki bardzo dużo wnosi w przestrzeń troski o ciało i duszę. Piękne jest także liczące kilkadziesiąt lat dzieło turnusów dla niepełnosprawnych w Piekoszowie, których twórcą był sługa Boży ks. Wojciech Piwowarczyk. To dzieło jest kontynuowane i znajduje wciąż wolontariuszy, którzy poświęcają mu swój czas. Gratuluję tym wszystkim, którzy wciąż podejmują nowe zadania w dziele miłosierdzia.

– Obecnie przeżywamy jubileusz 300-lecia koronacji Cudownego Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Kult maryjny, szczególnie upostaciowany w Ikonie Jasnogórskiej, jest wciąż żywy w naszym kraju. Do czego nas, Polaków zobowiązuje ten jubileusz?

– Po raz pierwszy byłem na Jasnej Górze, gdy miałem 10 lat, jako ministrant, z grupą kolegów i z księdzem katechetą. Zawsze z nostalgią wspominałem Jasną Górę, a dowodem na to jest też napis na obrazku prymicyjnym, 36 lat temu, gdy Jasnogórskiej Matce Zawierzenia powierzyłem swoich rodziców i bliskie mi osoby.
Bez wątpienia pobożność Polaków i otwarcie na dar obecności Maryi na Jasnej Górze są ogromne. To tam przeżywaliśmy różne rocznice i ważne katechezy, np. kilkukrotną obecność Ojca Świętego Jana Pawła II i jego następców. Zawsze wielką katechezą w tych minionych latach była peregrynacja Obrazu Jasnogórskiego. Pamiętam jeszcze tę pierwszą, z lat 60., gdy peregrynowały tylko ramy i świeca. Byłem już na tyle dużym dzieckiem, że rozumiałem, iż stało się coś ważnego z obrazem, którego nie było. Przyszły też inne wydarzenia, które ożywiały wiarę i budziły nadzieję. Myślę, że trzeba Panu Bogu dziękować za to, że w Kościele w Polsce byliśmy w stanie zrozumieć to, co Matka Boża mówiła w Kanie Galilejskiej (a ja często do tych słów wracam): „Uczyńcie wszystko, co mój Syn wam powie” (por. J 2, 5). Podkreślam także, że nasz kult maryjny jest kultem racjonalnym; jest w nas mniej emocji, a raczej pragnienie, aby przez Maryję iść do Jezusa. Przy maryjnych obchodach, nawet tych prostych i zwyczajnych, jak np. odpust ku czci Matki Bożej Częstochowskiej, jest zawsze związek z poszukiwaniem drogi do konfesjonału, pragnienie odnowy życia religijnego, refleksji. Bez wątpienia najlepszą wychowawczynią jest mama. Matka Boża bierze nas za rękę, czasem może niepokornych i nieposłusznych, ale Ona nie rezygnuje. Kościół w Polsce w perspektywie 300 lat od koronacji, która miała miejsce w 1717 r., na pewno wykorzysta owocnie to wydarzenie do odnowy i wzmocnienia wiary.
Na koniec ze szczerego pasterskiego serca pragnę tym wszystkim, którzy czytają „Niedzielę”, życzyć Bożego błogosławieństwa, ale przede wszystkim zrozumienia tej prawdy, że Bóg jest z nami i dla nas, a przeżywamy to przez tajemnicę wcielonego Słowa. Potrzeba też naszej odwagi i zaufania, aby ten wspaniały dar przyjąć.

Całość wywiadu do obejrzenia na stronie internetowej: www.niedziela.pl .

Tagi:
wywiad bp Jan Piotrowski

Reklama

Bp Piotrowski do młodzieży: wolność jest sterem każdego ludzkiego życia

2019-04-14 10:15

dziar / Kielce (KAI)

Wolność, jaką Bóg obdarzył człowieka, ponieważ nie stworzył go dla siebie niewolnikiem, stała się sterem każdego ludzkiego życia. Niestety, wybór dokonany przez pierwszych rodziców nie był szczęśliwy i zerwał więzy miłości między Bogiem, a człowiekiem i od tej pory życie stało się walką między dobrem, a złem – mówił dzisiaj do młodzieży bp Jan Piotrowski, podczas obchodów Diecezjalnego Dnia Młodzieży w wigilię Niedzieli Palmowej. Odbyły się one pod hasłem „Żyję nie na próbę” w kościele św. Maksymiliana Kolbego w Kielcach.

Władysław Burzawa
Matka Boża bierze nas za rękę, czasem może niepokornych i nieposłusznych, ale Ona nie rezygnuje – mówi bp Jan Piotrowski

Spotkanie rozpoczęła wieczorna Eucharystia, której przewodniczył biskup kielecki Jan Piotrowski. Hierarcha podziękował młodzieży za obecność i przypomniał tradycję spotkań diecezjalnych młodzieży.

– Naszemu spotkaniu w tym roku towarzyszy zawołanie "Żyję nie na próbę". Wszystko to, co dotyczy ludzkiego życia, nie dokonuje się kosztem jakiejś próby. Pan Bóg stwarzając świat nie uczynił go na próbę z pytaniem: Zobaczymy co z tego będzie? Bóg widział określony cel swojego działania i wszystko co stworzył, łącznie z człowiekiem - "było dobre", jak czytamy w Księdze Rodzaju – mówił w homilii bp Jan Piotrowski.

- Kto wybiera Jezusa Chrystusa, ten nie skazuje się na drogę wyznaczoną jakimiś przypadkami prób i błędów. Jest ona wyznaczona miłością Boga, który ponad wszystko ukochał człowieka w Jezusie Chrystusie swoim jedynym Synu – podkreślał biskup kielecki.

Nawiązując do wydarzeń paschalnych przeżywanych w Niedzielę Palmową zauważył, że „Męka Pańska to nie opis z przeszłości czy reportaż z wydarzenia, ale jest to teraźniejszość, bo taka jest natura miłości Boga; On nie przyszedł, ale nieustanie przychodzi”.

Obecność młodzieży bp Piotrowski nazwał „niezniszczalnym kapitałem pięknej i szczęśliwej przyszłości”.

W Diecezjalnych Dniach Młodzieży wzięli udział uczniowie z klasy 7 i 8 szkoły podstawowej, gimnazjaliści, młodzież ze szkół ponadgimnazjalnych oraz studenci, łącznie ok. 150 osób, m.in. młodzi z Kielc, Buska – Zdroju, Chęcin, a nawet podkrakowskiej Skały.

Po zakończeniu Mszy św. młodzież mogła wysłuchać świadectwa wiary Wojciecha Niemczyka - aktora Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. Ks. Marcin Boryń – diecezjalny duszpasterz młodzieży zaprezentował także spoty promujące kolejne wydarzenia młodzieżowe – zlot diecezjalny w Wiślicy i uwielbienie na kieleckim Rynku.

Uczestnicy wydarzenia wysłuchali koncertu zespołu JAK NAJBARDZIEJ, którego członkowie głoszą Słowo Boże muzyką, głównie o brzmieniu rockowym. Zespół powstał w 2013 r. w Radomiu w środowisku Wyższego Seminarium Duchownego. Tworzą go księża, alumni, neoprezbiterzy.

Diecezjalne Dni Młodzieży w wigilię Niedzieli Palmowej, odbywają się od ok. 2005 r., przeważnie w Kielcach, w formule jedno lub dwudniowej. W niektórych latach praktykowano spotkania w kilku kościołach, przejście pielgrzymkowe i zakończenie w którejś z wybranych świątyń. W ramach dnia są zazwyczaj konferencje, praca w grupach, dzielenie się świadectwami, koncerty ewangelizacyjne.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Co z postem w Wielką Sobotę?

Ks. Paweł Staniszewski
Edycja łowicka 15/2004

Coraz częściej spotykam się z pytaniem, co z postem w Wielką Sobotę? Obowiązuje czy też nie? O poście znajdujemy liczne wypowiedzi na kartach Pisma Świętego. Chcąc zrozumieć jego znaczenie wypada powołać się na dwie, które padają z ust Pana Jezusa i przytoczone są w Ewangeliach.

Bożena Sztajner/Niedziela

Pierwszą przytacza św. Marek (Mk 9,14-29). Po cudownym przemienieniu na Górze Tabor, Jezus zstępuje z niej wraz z Piotrem, Jakubem i Janem, i spotyka pozostałych Apostołów oraz - pośród tłumów - ojca z synem opętanym przez szatana. Apostołowie są zmartwieni, bo chcieli uwolnić chłopca od szatana, ale ten ich nie usłuchał. Gdy już zostają sami, pytają Chrystusa, dlaczego nie mogli uwolnić chłopca od szatana? Usłyszeli wówczas znamienną odpowiedź: „Ten rodzaj zwycięża się tylko przez modlitwę i post”.
Drugi tekst zawarty jest w Ewangelii św. Łukasza (5,33-35). Opisuje rozmowę Pana Jezusa z faryzeuszami oraz z uczonymi w Piśmie na uczcie u Lewiego. Owi nauczyciele dziwią się, czemu uczniowie Jezusa nie poszczą. Odpowiada im wówczas Pan Jezus „Czy możecie gości weselnych nakłonić do postu, dopóki pan młody jest z nimi? Lecz przyjdzie czas, kiedy zabiorą im pana młodego, wtedy, w owe dni, będą pościć”

Dwa rodzaje postu

Przyglądając się obu obrazom widzimy, iż św. Marek i św. Łukasz przekazują nam naukę Pana o poście w podwójnym aspekcie. Omawiają ten sam znak, okoliczności wydarzeń ukazują jednak zasadniczą różnicę motywów skłaniających do postu. Patrząc bowiem od strony motywów, dostrzegamy w Kościele dwa rodzaje postu.
O jednym pisze św. Marek, można by go nazwać postem ascetycznym. Obowiązuje nas w środę popielcową i wszystkie piątki. Powstrzymujemy się od pewnych pokarmów oraz innych dóbr, przyjemności, i to wzmacnia naszą wolę w walce o dobro. Tą formą prosimy Boga o moc nadprzyrodzoną w walce z szatanem.
Święty Łukasz w cytowanym urywku Ewangelii mówi o drugim rodzaju postu. Obowiązuje on w Wielki Piątek. Zalecany jest też bardzo przez Kościół w Wielką Sobotę. Można nazwać go postem ontologicznym. Jego sens można wyrazić parafrazując słowa Jezusa: „Gdy zabiorą nam młodego pana; nie chcę już ani jeść, ani pić, bo nie ma pana młodego - i dlatego jestem smutny”. Bywa przecież często tak, iż człowiek zmartwiony odmawia jedzenia. „Gdy Pan wróci, z chęcią siądę do posiłku!”

Post aż do Rezurekcji

W związku z rozumieniem postu w Wielkim Tygodniu ostatnio zostałem zapytany, czy rzeczywiście obowiązuje on i przez całą Wielką Sobotę, bowiem w przekonaniu wielu katolików przestrzegany jest tylko do momentu powrotu do domu ze święconką, co najczęściej ma miejsce w godzinach przedpołudniowych.
Otóż najpierw musimy sobie uświadomić, iż w nawiązaniu do wypowiedzi Pana Jezusa w relacji św. Łukasza, Rezurekcja jest dla Kościoła powszechnego znakiem, że Pan zmartwychwstał (czyli wrócił). Stąd logika znaku domaga się, aby post w Wielką Sobotę obowiązywał do tej Wigilii Paschalnej - Rezurekcji przez cały dzień. Można się więc pytać, dlaczego częste przekonanie o poszczeniu w Wielką Sobotę tylko do południa? Ma to po części swoją motywację historyczną, bowiem poprzedni Kodeks Prana Kanonicznego, wydany w 1917 r. przez papieża Benedykta XV ustanawiał post w Wielką Sobotę do godz. 12.00. Dlaczego? Otóż w tamtych czasach Wigilię Paschy, czyli Rezurekcję, odprawiano w sobotę rano. Wigilia zaś to znak Zmartwychwstania. Jeśli Pan już wrócił - zmartwychwstał - traci sens dalszy post. Widzimy więc, że liturgicznie jest to zrozumiałe.
Jednak dzisiaj, tak jak w pierwszych wiekach, odprawiamy Wigilię (czyli Rezurekcję), w nocy, po zachodzie słońca. Stąd logika znaku domaga się postu do czasu Wigilii. Potwierdza to Konstytucja o Świętej Liturgii Soboru Watykańskiego II. Mówi wyraźnie i poucza, że „post paschalny zachowuje się obowiązkowo w Wielki Piątek, a zachęca, zaleca w miarę możliwości w Wielką Sobotę” (n. 110).
Widzimy więc, iż post w Wielką Sobotę aż do Wigilii nie jest obowiązkiem, ale jest bardzo zalecany i zgodny z wymową liturgii Triduum Paschalnego.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Mężczyzna z kanistrami benzyny zatrzymany w katedrze

2019-04-18 11:24

PAP

Mężczyzna z dwoma kanistrami benzyny został zatrzymany w środę wieczorem po wejściu do nowojorskiej katedy św. Patryka na Manhattanie - poinformowała policja.

Ks. Cezary Chwilczyński

37-letni mężczyzna, mieszkaniec stanu New Jersey, został zatrzymany przez ochronę po wejściu do katedry, jednej z najbardziej charakterystycznych budowli w Nowym Jorku.

Pracownicy ochrony zawiadomili policję, która - po wstępnym przesłuchaniu - przewiozła mężczyznę do aresztu.

Według policji, mężczyzna miał przy sobie ponad 4 galony (ponad 15 litrów) benzyny, dwie butelki innego palnego płynu oraz dwie zapalniczki. Nie wiadomo jakie były jego zamiary.

Mężczyzna tłumaczył, że skończyło mu się paliwo w samochodzie. Nie wiadomo jednak, po co wszedł z kanistrami do katedry.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem