Reklama

Biały Kruk 2

Brat Albert w muzeum

2017-02-15 09:52

Tadeusz Szyma
Niedziela Ogólnopolska 8/2017, str. 30-31

Graziako

Otwarta w związku z 100. rocznicą śmierci św. Brata Alberta poświęcona mu wystawa w krakowskim Muzeum Archidiecezjalnym jest czynna do 30 marca br. To znakomita okazja do tego, by na początku roku, który w Kościele jest poświęcony temu wyjątkowemu opiekunowi najuboższych, ofiarnemu aż do utraty nogi powstańcowi styczniowemu, a zarazem oryginalnemu malarzowi, spojrzeć raz jeszcze na jego życie i twórczość przez zgromadzone na wystawie obrazy i rekwizyty.

Jedne i drugie (choć nie wszystkie) są dziś po prostu bezcennymi relikwiami, a miejsce ich obecnej ekspozycji – szczególne, jedyne w swym rodzaju. Bo to przecież Karol Wojtyła, w którego dawnym krakowskim mieszkaniu na ul. Kanoniczej urządzone jest teraz Muzeum Archidiecezjalne, nazwał przed laty Alberta Chmielowskiego „Bratem naszego Boga” i poświęcił mu jeden ze swych utworów dramatycznych.

Kilkudziesięciu obrazom olejnym, a wśród nich także akwarelom i rysunkom rozwieszonym dziś w kilku muzealnych salach, towarzyszą rozstawione obok w dużych oszklonych gablotach wymowne przedmioty. Są to: akcesoria malarskie z paletą Adama Chmielowskiego, współczesne albertyńskie habity, drewniana prycza zakonna, wyglądająca niczym śmiertelne mary Brata Alberta, ustawiona pod obrazkiem Matki Bożej Częstochowskiej, podarowanym mu przez matkę, prymitywna metalowa proteza jego lewej nogi, drewniane, grubo ciosane małe krzesełka... Te surowe, zgrzebne sprzęty symbolizują dramatyczną przemianę uzdolnionego artysty w ubogiego zakonnika. Młodego, świetnie zapowiadającego się malarza – w jałmużnika z własnego nadania. Człowieka, który poświęcając resztę swojego życia ubogim i bezdomnym, nie tylko całkowicie wyrzekł się tak bliskiej mu sztuki, ale też upokorzył się zupełnie na podobieństwo Chrystusa.

Reklama

Tę krańcową przemianę Syna Bożego – aż do całkowitego wyniszczenia podczas ofiary krzyżowej – tradycyjnie określa się zaczerpniętym z języka greckiego teologicznym terminem „kenoza”. Oznacza on ogołocenie, a ściślej – zupełne uniżenie się Jezusa w imię miłości do ludzi oraz Jego rezygnację z zewnętrznych atrybutów Boskości po wcieleniu. Termin ten przywołał również w homilii kard. Stanisław Dziwisz, gdy inaugurował Rok Świętego Brata Alberta podczas bożonarodzeniowej Mszy św. w katedrze wawelskiej.

Jest on także przydatny do określenia głównego przesłania obecnej wystawy w krakowskim Muzeum Archidiecezjalnym. Obrazuje ona bowiem sugestywnie – przez kontrast pięknych dzieł sztuki i zgrzebnych symboli zakonnego ubóstwa – duchową przemianę Adama Chmielowskiego, jego zupełne ogołocenie się na wzór Chrystusa, aby stać się równym swym bliźnim wydziedziczonym ze wszystkiego. Wszystkim sponiewieranym przez nędzę, choroby, zły los, w których twarzach dostrzegał umęczone i zniekształcone oblicze Chrystusa.

Nie dziwi przeto, że najważniejszym i najsłynniejszym dziełem malarskim Adama Chmielowskiego jest właśnie przejmujący siłą mistycznego wyrazu portret umęczonego Chrystusa, zatytułowany „Ecce Homo”. Obraz ten nie mógł się nie znaleźć na wystawie, mimo że od 1985 r. widnieje stale w ołtarzu sanktuarium Brata Alberta w Krakowie. Teraz jednak można mu się przyjrzeć z bliska w innym otoczeniu. Malowany we Lwowie od 1879 r. pozostał, co widać wyraźnie, nieukończony, podobnie zresztą jak wiele innych obrazów tego malarza, który stawiał sobie bardzo wygórowane wymagania artystyczne. W 1904 r. podarował go jednak, zachwyconemu nim, greckokatolickiemu arcybiskupowi większemu Lwowa Andrzejowi Szeptyckiemu. I dopiero po wielu latach, po bardzo dramatycznej, lecz na szczęście pomyślnie zakończonej historii, ten niezwykły obraz został przekazany krakowskim siostrom albertynkom.

Płomieniste kłęby jaskrawego światła, wybuchające zza filara antycznej budowli i tworzące nieregularny nimb wokół ukoronowanej cierniem głowy Chrystusa, Jego półprzymknięte oczy oraz zarys wielkiego serca ukształtowanego przez szkarłatną szatę, opadającą z ubiczowanej i obwiązanej sznurem piersi Zbawiciela – robią ogromne wrażenie. A pewne oznaki nieukończenia tego pasyjnego studium nasuwają refleksję o długim i dramatycznym poszukiwaniu przez artystę właściwego kształtu dla przedstawianej przezeń Bosko-ludzkiej półpostaci, co jednak zdało mu się niemożliwe do osiągnięcia.

Dość niezwykły jest też niewielki olej na płótnie o przygaszonym, bladym, granatowo-brązowawym kolorycie, przedstwiający Matkę Bożą z Dzieciątkiem. Oboje są w białych, jakby poszarpanych koronach, całkowicie biała jest też twarz małego Jezusa z białym berłem w rączce. Wiele białych plam znaczy szatę Madonny i podkreśla owal Jej twarzy. Można to interpretować jako próbę stworzenia na malarskiej desce aury świętości i cudowności wokół tych postaci, z których jednej – Dzieciątka malarzowi nie udało się namalować.

W nieco bardziej konwencjonalnym ujęciu jawi się Chrystus, cały w bieli, na obrazie przedstawiającym scenę z życia XVII-wiecznej francuskiej świętej, siostry wizytki Małgorzaty Marii Alacoque. Miała ona podczas mistycznej wizji usłyszeć od Niego polecenie, by ustanowiono liturgiczne święto ku czci Jezusowego Serca.

Bardzo oryginalny w zamyśle wydaje się natomiast prezentowany również na wystawie w krakowskim muzeum obraz przedstawiający powrót św. Weroniki z Golgoty, z rozpostartą chustą i odciśniętym na niej Chrystusowym Obliczem. Niestety, został on mocno zniszczony przez samego autora i z tego powodu jest w znacznej mierze nieczytelny.

Znamienne, że wśród obrazów Adama Chmielowskiego, które zgromadzono w krakowskim Muzeum Archidiecezjalnym, jest więcej niełatwych do dokładnego odczytania. Wynika to nie tylko z warunków ekspozycji i oświetlenia oraz ich uszkodzeń czy nieukończenia, jak np. w przypadku „Kameduły w celi”, ale też z powodu ciemnej tonacji barwnej, najwyraźniej preferowanej przez autora w niektórych pejzażach. Zwłaszcza wieczornych, cmentarnych, leśnych, takich jak: „Szara godzina”, „Nastrój wieczorny”, „We Włoszech”, „Ogród miłości”, „Biwak powstańców w lesie”, „Kudryńce”... Z kolei „Pejzaż ze zjawą” to przykład metafizycznej wrażliwości i wyobraźni Adama Chmielowskiego, ujawniających się nawet wtedy, gdy nie podejmuje tematyki religijnej. Jest tu też wiele pejzaży i portretów całkiem wyraźnych, realistycznych w ujęciu i świeckich w tematyce. Obejrzenie ich pozwala uzmysłowić sobie skalę talentu i możliwości twórczych artysty, który w pewnym momencie swego życia zaprzestał malowania, aby w odniesieniu do sparafrazowanych słów Ewangelii nie służyć jednocześnie dwóm Panom: Bogu i sztuce.

Pięknym domknięciem tej rocznicowej wystawy jest znakomity portret jej głównego bohatera, namalowany już po jego śmierci przez wiernego przyjaciela, Leona Wyczółkowskiego. Ukazuje on Adama Chmielowskiego jako Brata Alberta, długo po duchowej przemianie, w której ogołocenie przemieniło się w skarb świętości. I takim właśnie, jak na tym portrecie, najczęściej dziś go pamiętamy.

Tagi:
wystawa św. Brat Albert

Gąszczyk w czterech osłonach

2018-07-20 11:24

AKW

To już druga w ostatnim czasie interesująca wystawa fotograficzna działającego w Częstochowie Stowarzyszenia „Senior Tur”.

Zbigniew Duda
Otwarcie wystawy „Gąszczyk w czterech odsłonach”

Niedawno informowaliśmy o uroczystym otwarciu zbiorowej wystawy „Sacrum w drewnie z elementami malarskim”, którą do końca sierpnia br. można będzie oglądać w Auli o. Augustyna Kordeckiego na Jasnej Górze.

Obecnie zapraszamy w imieniu prezesa tego Stowarzyszenie Marka Nowaka na jego indywidualną wystawę pt. „Gąszczyk w czterech odsłonach”. Wystawa znajduje się w foyer budynku Urzędu Stanu Cywilnego przy ul. Focha 19/21 w Częstochowie. Autor poświęcił wiele miesięcy na fotografowanie malowniczego rezerwatu przyrody znajdującego się w dolinie Warty za ośrodkiem jeździeckim „Pegaz” we wschodniej części Częstochowy. Jak mówi inspiracją do rozpoczęcia zdjęć w tym bagienno-leśnym kompleksie, na który składa się kilka skrajnie odmiennych ekosystemów, był wykład dr. Cezarego Gębickiego, którego wysłuchał w Częstochowskim Towarzystwie Naukowym.

„Gąszczyk w czterech odsłonach” to 11. wystawa indywidualną Marka Nowaka, a 30. w jego dorobku fotograficznym. Fotografuje amatorsko od 13, roku życia i najważniejszym przesłaniem w tym działaniu jest dla niego ukazanie piękna otaczającego świata.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Trudności ateistów z podejściem do Całunu Turyńskiego

2018-07-19 08:45

(KAI/vaticannews) / Liverpool/Turyn

Specjaliści od medycyny sądowej z Liverpoolu stwierdzili, że na Całunie Turyńskim jest za dużo śladów krwi. Zdaniem znawców zagadnienia są to słabe argumenty, tym bardziej że nie analizowano samych śladów, lecz przeprowadzono jedynie symulacje na manekinach. Problem z tym niezwykłym kawałkiem płótna mają przede wszystkim niewierzący i krzewiciele ateizmu, a nie katolicy, dla których prawdziwość bądź fałszywość tej relikwii w niczym nie zmieni ich wiary. Ale jeśli Całun jest autentyczny, to trudno podważyć prawdziwość historycznych wydarzeń dotyczących Jezusa z Nazaretu, łącznie z Jego zmartwychwstaniem.

Graziako
Wizerunek Jezusa z Całunu Turyńskiego

W ten sposób włoska badaczka prof. Emanuela Marinelli, cytując kard. Giacomo Biffiego (1928-2015), skomentowała w Radiu Watykańskim kolejne sensacje na temat Całunu Turyńskiego. Jej zdaniem, tylko w ten sposób można wytłumaczyć łatwowierność i otwarcie niektórych środowisk na wszystko, co mogłoby podważyć autentyczność Całunu.

Uczona podkreśliła, że przedstawione 16 lipca dowody liverpoolskich specjalistów medycyny sądowej są bardzo słabe. Twierdzą oni bowiem, że na Całunie jest za dużo śladów krwi. Przyznają, że niektóre znajdują się na właściwym miejscu, inne zaś nie, w związku z czym wysuwają wniosek, że musiały zostać domalowane. Prof. Marinelli zaznaczyła, że dobrze zna te badania, bo przedstawiono je już przed 4 laty, ale dopiero teraz udało się je opublikować.

Według naukowców angielskich, przykładem śladów nieprawdziwych jest plama odpowiadająca ranie w boku Jezusa – powiedziała prof. Marinelli, dodając, że chodzi o wielką plamę krwi na Całunie w miejscu, gdzie Jezus został przebity włócznią. Tymczasem specjaliści z Liverpoolu nie nawiązują do poważnych badań, przeprowadzonych 40 lat temu, gdy prowadzono doświadczenia na ciałach ludzi, którzy - podobnie jak Jezus - zmarli na zawał serca. "Oni wzięli plastykowy manekin, taki jak w sklepie z odzieżą, nadziali na kij gąbkę z krwią i patrzyli, jak rozchodzi się krew po uderzeniu w bok manekina. Stwierdzili, że spływa ona inaczej niż na Całunie, stąd wysunęli wniosek o fałszywości Całunu. Przecież to niepoważne. To nie są poważne badania naukowe. Te zdjęcia z manekinem budzą tylko śmiech” - stwierdziła z mocą włoska uczona.

Przypomniała, że od kilkudziesięciu lat czynione są wielkie starania, by podważyć autentyczność Całunu. Inwestuje się w to wielkie pieniądze. Poważnym skandalem pozostaje też do dzisiaj sposób, w jaki przeprowadzono badania na datowanie płótna metodą radiowęglową, gdyż nie zachowano podstawowych kryteriów badań archeologicznych. Rozmówczyni rozgłośni papieskiej zwróciła uwagę, że próbkę do analizy pobrano z miejsca, najbardziej wystawionego na kontakt ze światem zewnętrznym, co - jak dobrze wiadomo - mogło wpłynąć na wynik badań.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kard. L. Sako: coraz bliżej ku wspólnej dacie Wielkanocy

2018-07-20 20:20

(KAI/vaticannews.va) / Watykan

Na niedawnym spotkaniu modlitewnym Franciszka z prawosławnym i innymi wschodniochrześcijańskimi hierarchami z Bliskiego Wschodu podniesiono m.in. temat wyznaczenia daty wspólnych obchodów Wielkanocy jako widocznego znaku jedności chrześcijan. Ujawnił to chaldejski patriarcha Babilonii kard. Luis Raphael Sako, który był jednym z uczestników tamtego wydarzenia na południu Włoch.

Bożena Sztajner/Niedziela
Patriarcha Louis Raphaël I Sako

W czasie rozmów, toczonych za zamkniętymi drzwiami, nie podejmowano spraw doktrynalnych – przyznał kardynał w rozmowie z Radiem Watykańskim. Wyjaśnił, że uczestnicy spotkania mieli świadomość, że do jedności kroczy się razem, na wspólnej modlitwie i podejmując te same problemy, wiedząc, że można zaczerpnąć ze wspólnego źródła.

Zwierzchnik katolickiego Kościoła chaldejskiego zaznaczył jednoczenie, że nie mówiono wyłącznie o prześladowaniu chrześcijan. „Dla wszystkich było jasne, że przyszłość wyznawców Chrystusa jest złączona z muzułmanami, żydami i innymi wspólnotami, które żyją na Bliskim Wschodzie” – podkreślił kard. Sako.

Przyznał, że słowa, które wypowiedziano i wspólna modlitwa położyły dobry fundament pod wspólne działania, toteż jest przekonany, że spotkanie w Bari nie było ostatnim takim wydarzeniem. Wyraził także nadzieję, że kiedyś będzie możliwe poszerzenie gremium osób, które będą brały w nim udział o przedstawicieli muzułmanów i żydów. „Sami bowiem nie zdołamy stawić czoła i rozwiązać tak wielu problemów” – powiedział iracki hierarcha.

Dodał, że rzeczy dojrzewają, kiedy przyjdzie na to czas. „Pięćdziesiąt lat temu byłoby nie do pomyślenia takie spotkanie jak to, które odbyło się w Bari – podkreślił kard. Sako. – Dlatego to wspólne spotkanie przedstawicieli tak wielu różnych Kościołów i wspólnot może być postrzegane jako przykład także dla innych”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem