Reklama

Z Kazachstanu do Wińska

Podróż spóźniona o 80 lat

2017-02-22 14:16

Lilianna Sicińska
Edycja wrocławska 9/2017, str. 6-7

Paweł Siciński
Wielopokoleniowa rodzina Bujalskich

Modlili się o ten powrót od trzech pokoleń, czekali 80 lat. Ich dziadkowie zesłani do Kazachstanu w 1936 r., jak wielu Polaków, w bydlęcych wagonach, nie mieli czasu na pakowanie. Nieraz na piecach zostawały garnki z zupą. 1 lutego 13-osobowa rodzina Bujalskich przyjechała z Kazachstanu z 6 walizkami. W Wińsku, w ich nowych mieszkaniach na kuchenkach czekał na nich gorący barszcz

Siedzimy w ładnym, wyremontowanym mieszkaniu państwa Bujalskich w Wińsku przy ul. Piłsudskiego. Środki na remont dawnego ośrodka zdrowia i adaptację mieszkań gmina otrzymała z budżetu państwa, na mocy ustawy o repatriacji z 2000 r. Dzięki nim w niszczejącym pustostanie dostojnej kamienicy wyszykowano dwa piękne mieszkania, a w sąsiedniej miejscowości, Rudawie, w starej szkole – aż 9, w tym dwie kawalerki. Mieszkania w Wińsku doczekały się swoich mieszkańców. Zamiast uchodźców, których gmina miała przyjąć, przyjechali swoi, którzy z dumą i łzami w oczach mówią: Jesteśmy Polakami, z krwi i kości, nasi dziadkowie wierzyli, że kiedyś wrócimy, a nasi starzy i schorowani rodzice błogosławili nam na drogę.

Wymodlone budynki

Wyludniająca się gmina Wińsko dostawała w poprzednich latach propozycje przyjęcia uchodźców. Ciągłe ankiety, w których pytano – ilu przyjmiecie? Do dwóch problemów gminnych: wyludnienia i pustostanów, na których remonty brakowało finansów, miał dołączyć trzeci: przyjęcie i adaptacja uchodźców z odmiennych kulturowo krajów. Wójt gminy Wińsko Jolanta Krysowata-Zielnica mówi jednak z przekonaniem, że o te budynki ktoś się modlił. Dlaczego? Bo każdy pomysł, jaki przychodził do głowy władzom gminnym, okazywał się niemożliwy do zrealizowania. Gmina nie ma połączenia z krajową drogą S5, ani mostu, który udźwignąłby transport przez Odrę. To uniemożliwia transport ewentualnym inwestycjom w gminie. Coraz mniejszy przyrost naturalny, emigracja młodych za pracą, niszczejące pustostany. Do tego pytania: ilu uchodźców przyjmiecie? W gąszczu problemów pojawiło się rozwiązanie: sprowadźmy naszych, którzy pozostali na wschodzie, za Uralem, zesłani po prześladowaniach i nigdy nie mieli szansy osiedlić się w Polsce. I proszę, okazuje się, że miały stać i czekać, bo były wymodlone! O te mieszkania, które nie pasowały nikomu do niczego innego, modlili się tam, w dalekim Kazachstanie nasi rodacy.

15 głosów i 12 rodzin

Ostatniego dnia marca radni gminni głosowali jednogłośnie: 15 głosów za, nikt przeciw. Przyjmiemy 10 rodzin. Jesienią, kiedy okazało się, że adoptowanych na mieszkania lokali uda się zrobić więcej – poprawka: przyjmiemy jeszcze dwie rodziny. – Nie stawialiśmy żadnych warunków, wręcz przeciwnie, byliśmy gotowi przyjąć niechciane przez inne polskie gminy rodziny wielodzietne – mówi pani wójt. Dlatego odpowiedź otrzymali prawie natychmiast. Natychmiast też uruchomiono procedurę przekazania środków, przetargów na wykonanie remontów, adaptacji. – Remonty ruszyły w październiku, ale zdążyliśmy wszystko przygotować. Po kołdrę, po widelec – cieszy się pani wójt. 1 lutego na lotnisko do Warszawy pojechali busem Halinka i Walery Kozłowscy, którzy przyjechali do Krzelowa z Kazachstanu 15 lat temu. Z transparentem „Bujalscy” czekali na nowych mieszkańców Wińska.

Reklama

Slawa Bogu

– Modliliśmy się o ten powrót, my i nasi dziadkowie. Slawa Bogu – powtarza co kilka zdań Jurij, którego już nazywamy Jurek. A wszystko zaczęło się od największego skarbu państwa Bujalskich, jak o nich mówią sami rodzice – ich bardzo zdolnych i pracowitych dzieci. W Kazachstanie spotkały nauczycielkę języka polskiego, która pokazała w Internecie, jak można zapisać się na listę chętnych do repatriacji. – Nie mieliśmy nic do stracenia, za to mogliśmy wybrać lepszą przyszłość dla naszych dzieci – mówi ojciec rodziny. Jego żonę, Ludmiłę, namawiały do tego samego dwie koleżanki, które od ponad 8 lat mieszkają w Polsce, jedna w Kole, druga w Łodzi. Bujalscy zapisali się na listę „Rodak” w 2008 r. i czekali. W międzyczasie nauczycielka pomogła córce Elżbiecie w przyjeździe do Polski na stypendium – od czterech lat Elżbieta studiuje fizjoterapię w Łodzi. Później na stypendium dostał się syn Dawid – uczy się w Liceum w Warszawie i tam pracuje. Teraz – mimo że oddaleni o kilkaset kilometrów – cieszą się, że są w Polsce razem.

Kłosy pszenicy i zdrowe ręce

Dziadek Jurija w czasie wielkiego głodu na Ukrainie zbierał kłosy pszenicy w zbożu. Miał 5 dzieci, które trzeba było nakarmić… Zebrał kłosy do powłoczki po małej poduszce i niósł do domu. Za Stalina był to wystarczający powód, żeby go zastrzelić. Do Kazachstanu wywieziono babcię z 5 dzieci, z których ojciec Jurija miał 8 lat. Był najstarszy i musiał już ciężko pracować, żeby pomóc mamie utrzymać rodzinę. A w Kazachstanie przeżywali tylko najsilniejsi. Wywiezieni w step z innymi Polakami i Niemcami wysadzani byli w poszczególnych miejscach, bez nazwy, oznaczonych jako „Punkt numer...”. Zaczęli kopać ziemianki, żeby przetrwać pierwszą zimę. – Gdy byliśmy dziećmi, babcia i dziadek opowiadali nam o zesłaniu, o pierwszych latach w Kazachstanie – opowiada pani Halinka. – Siedzieliśmy cichutko i słuchaliśmy. Jurij mówi, że dziś nie boi się niczego. Spakowaną rodzinę w 6 walizek utrzyma z pracy, bo ma zdrowe ręce i głowę. Jest mechanikiem, lakiernikiem, elektrykiem, blacharzem. W Kazachstanie miał warsztat, w którym naprawiał uszkodzone auta po wypadkach. Jest „złotą rączką” – potrafi naprawić i zrobić wszystko. Pani Ludmiła nie pracowała zawodowo, ale wychowała dziewięcioro dzieci. Czwórka już się usamodzielniła, piątka wciąż tworzy rodzinę. Jeden z synów z wadami wzroku wymagał rehabilitacji, podobnie jak starsi rodzice pani Ludmiły. Tu jednak, w Polsce, ma nadzieję, że podejmie pracę, a na razie pomaga zamężnej córce, która ma dwoje małych dzieci. Zięć, Mikołaj, pilnie uczy się języka polskiego i nie może się doczekać, kiedy zacznie pracować. Przed podjęciem pracy wszystkich powstrzymują formalności i potwierdzanie dokumentów. Dzieci zapisane do szkół po feriach rozpoczną naukę w szkole podstawowej i gimnazjum. Niedowidzący syn dostanie nauczycielkę wspomagającą, którą pani wójt wysłała na studia podyplomowe w tym zakresie. Dzieci państwa Bujalskich są grzeczne, pracowite, zdolne. – Od kiedy tu weszły dzieci, ten dom zyskał nowe życie. Wpuściliśmy do Wińska nowe życie – uśmiecha się pani wójt.

Polacy z krwi i kości

Siedzimy w kuchni, przy stole, pijąc herbatę po kazachsku – z małych czarek, z mlekiem. Widoczna przez okno szopa byłaby idealna na warsztat. Jurij patrzy z rozmarzeniem. Brakuje mu tu jego narzędzi. Wszystko by zrobił, naprawił. Zagryzamy słodkie rodzynki. Gościnność u nowych gospodarzy jest tak naturalna, tak polska, choć mówią, że nauczyli się jej od Kazachów. W Polsce ludzie są różni – ich przyjazd sfilmowała telewizja regionalna, a kiedy był wyświetlany – pojawiły się nieprzychylne komentarze: po co przyjechali, nie ma pracy dla Polaków, po co nam Ruscy. Z takimi komentarzami spotyka się co jakiś czas pani Halinka. – Mówią pogardliwie o mnie „Rosjanka”, „Ruska”. A ja jestem Polką i jestem dumna z tego, że moi rodzice, dziadkowie przeżyli Kazachstan. Dziś mogę głośno mówić o tym, o czym moi dziadkowie mówili szeptem. Mogę się modlić publicznie, w kościele, podczas gdy moja babcia zamykała drzwi i okna, jak klękaliśmy do modlitwy. To my i nasi przodkowie cierpieliśmy z daleka od ojczyzny. To nasi dziadkowie przeżyli wojnę, bo byli silni, wytrwali. Słabi nie przeżywali. Ich trupy wyściełały ziemię Kazachstanu.

Wójt Jolanta Krysowata-Zielnica mówi twardo: – To nasi rodacy. Zostawiliśmy ich na 80 lat na zesłaniu! Jeśli ktoś ma coś przeciwko – proszę, niech jedzie na step, zostanie tam przez trzy pokolenia, a później zgłasza pretensje.

Pociąg spóźniony o 80 lat

Wkrótce kolejni Polacy z Kazachstanu przyjadą do Rudawy. Kolejne nowe życie zostanie zaszczepione w ruderach, które niedawno straszyły pustkami. A rodzina Bujalskich będzie witać i wprowadzać kolejnych Polaków, których, jak mówi pani wójt, pociąg spóźnił się o 80 lat.

Tagi:
repatrianci

My, Polacy, przypomnieliśmy sobie, że mamy kogo przyjąć

2017-03-28 11:06

Głos Rady Społecznej przy Arcybiskupie Metropolicie Wrocławskim w sprawie repatriacji Polaków ze Wschodu

grzechy platformy

Według szacunków Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji 20 tysięcy Polaków i osób polskiego pochodzenia mieszka za Uralem, głównie w Kazachstanie, ale także w Armenii, Azerbejdżanie, Gruzji, Kirgistanie, Tadżykistanie, Turkmenistanie, Uzbekistanie i w azjatyckiej części Federacji Rosyjskiej.

Na liście Ministerstwa znajduje się 2,5 tysiąca osób oczekujących na repatriację. To ci, którzy zgłosili chęć powrotu do Polski, ich pochodzenie zostało sprawdzone, a promesa repatriacyjna przyznana. Czekają na zaproszenie przez polskie gminy po kilka lat. W tym czasie zmianie ulega ich sytuacja życiowa (umierają, zawierają związki małżeńskie, rodzą dzieci).

Oczekujący na repatriację i repatrianci są potomkami zesłańców z lat 30. i 40. minionego wieku, wywiezionych z Kresów Wschodnich ówczesnej Polski na północny wschód, do Azji. Przez ostatnie 70 lat odbyło się kilka większych akcji repatriacyjnych, czyli ściągania grup Polaków zza Uralu do Polski. Miały one charakter polityczny, każdorazowo ich podstawę stanowiły umowy międzynarodowe między PRL a ZSRR.

Ostatnia większa akcja miała miejsce w latach 90. XX wieku. Nie było wówczas jednolitych regulacji prawnych, które ujmowałyby sytuację repatrianta całościowo. Dlatego pojawienie się rodzin polskiego pochodzenia w postkomunistycznej Polsce stało się bardziej atrakcją medialną niż naturalną sytuacją społeczną.

Dziennikarze prześcigali się w opisywaniu rodzin, które nie umieją się przestawić, nie radzą sobie, chcą wrócić za Ural, bo tam było im lepiej, ale nie mają za co i dokąd, bo wszystko sprzedali. Powstał medialny mit repatriacji jako złego, obcego dla naszego społeczeństwa przedsięwzięcia.

Młoda wolność mediów, skalana propagandą z minionego okresu i modą na szukanie sensacyjnie złych wiadomości, bardzo zaszkodziła repatriacji. Nawet ustawa z 2000 roku, która ucywilizowała cały proces przesiedleń Polaków z Azji do Polski, nie zdołała tego naprawić – nie zmieniła nieufnego podejścia Polaków do repatriantów.

Ustawa ta uregulowała wszystkie kwestie: od kwalifikacji rodzin do repatriacji, ich podróży, organizowania mieszkań i pierwszej pracy w Polsce, nauki języka, opieki społecznej i medycznej, przekwalifikowania zawodowego, a przede wszystkim obywatelstwa. Uregulowała także sytuację tych współmałżonków Polaków, którzy nie mają polskiego pochodzenia.

Co najważniejsze, ustawa zapewniła środki z budżetu państwa na osiedlenie i zagospodarowanie się repatriantów w nowym miejscu. Pomoc finansową otrzymują gminy lub sami repatrianci. Są to środki wystarczające na remonty, adaptację i wyposażenie mieszkań. Start po przeprowadzce zapewniają kwoty równe dwóm średnim pensjom, które dają repatriantom czas na znalezienie pracy, opłacanie czynszu, zakup odzieży, podręczników itp.

Zwiększone zainteresowanie i zmiana patrzenia na repatriację w ostatnim roku niewątpliwie wiążą się ze skomplikowaną sytuacją uchodźców w Europie i lękiem przed wpuszczeniem do kraju osób reprezentujących odmienne kultury i religie.

My, Polacy, przypomnieliśmy sobie, że mamy kogo przyjąć. Nasi rodacy zza Uralu, choć często nie mówią po polsku, pozostają Polakami, Słowianami, chrześcijanami. Nie wracają na Kresy Wschodnie, bo tam Polski już nie ma. Przyjeżdżają na Zachód, tak jak dziadkowie obecnych mieszkańców ponad 70 lat temu.

Z drugiej strony, emigracja i zmniejszająca się w ostatnich latach liczba urodzeń w Polsce spowodowały wyludnianie się mniejszych miast i uboższych gmin w kraju. Pomysł, żeby puste domy zapełnić polskimi rodzinami z Kazachstanu, Uzbekistanu, Tadżykistanu itd., nie tylko oddaje sprawiedliwość potomkom wygnańców, ale także sprzyja lokalnym społecznościom.

Po stronie społeczności lokalnych, a szczególnie wspólnot parafialnych leży zaspokojenie bodaj największej potrzeby repatriantów, której nie zapewni im żadna ustawa, uchwała, ministerstwo ani Skarb Państwa – potrzeby dobrych sąsiadów w zupełnie nowym świecie.

Pamiętamy, że na Dolnym Śląsku większość mieszkańców to potomkowie repatriantów z lat 1945 i 1946, siłą i bez możliwości wyboru wypchniętych z Kresów Wschodnich ówczesnej Polski na Zachód, na tzw. Ziemie Odzyskane.

Z tych samych Kresów Wschodnich, tylko w przeciwnym kierunku, wygnani zostali kilka lat wcześniej przodkowie dzisiejszych repatriantów. Są oni Polakami z pochodzenia, mają prawo do życia w Ojczyźnie i jest nią Polska. Urodzili się w Azji nie dlatego, że mieli wybór, ale dlatego, że ich przodkowie zostali zesłani tam za karę, za to, że byli Polakami. Można powiedzieć, że wracają transportem spóźnionym o 70 lat.

Ich powrót do wytęsknionej Ojczyzny okupiony jest lękami, rozterkami, doskwierającym przez lata bólem rozstawania się także z tamtym życiem na Wschodzie.

Decyzję o powrocie podejmują silniejsi od innych, młodsi, z różnymi kwalifikacjami, przyjeżdżają całymi rodzinami. Są tacy jak my – różni. I wierzą w lepsze u nas i z nami życie.

Pomóżmy im spełniać śniony przez pokolenia sen o życiu wśród swoich w ich nieznanej przecież prawdziwej Ojczyźnie. Ofiarujmy im naszego chrześcijańskiego i polskiego ducha, nasze poczucie braterstwa, naszą empatię i codzienną serdeczną życzliwość.

Obecnie trwają prace nad nową ustawą o repatriacji, która proces powrotów Polaków i ich rodzin z azjatyckiej części byłego Związku Radzieckiego ma uczynić jeszcze prostszym i bardziej przyjaznym.

Najważniejsze, żeby nie zmieniło się to, co zawarte jest w preambule obecnej ustawy o repatriacji, obowiązującej od 20 grudnia 2000 roku: Uznając, że powinnością Państwa Polskiego jest umożliwienie repatriacji Polakom, którzy pozostali na wschodzie, a zwłaszcza w azjatyckiej części byłego Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, i na skutek deportacji, zesłań i innych prześladowań narodowościowych lub politycznych nie mogli w Polsce nigdy się osiedlić, postanawia się, co następuje […].

To, że repatriacja jest procesem, a nie akcją, stało się jasne dla mieszkańców Wińska – gminy w powiecie wołowskim, do którego przyjechała już pierwsza grupa Rodaków ze Wschodu.

Dla mieszkańców gminy, która nie jest samorządowym bogaczem, zaproszenie repatriantów to nie tylko jeden ze sposobów przywracania do życia opuszczonych miejsc, ale także wzmacniania społeczności lokalnej.

Podobną decyzję podjęli Radni Niechlowa w powiecie górowskim, przyjmując uchwałę o zaproszeniu ośmiu polskich rodzin do osiedlenia się w ich gminie.

Rada Społeczna przy Arcybiskupie Józefie Kupnym, Metropolicie Wrocławskim z uznaniem obserwuje ten proces, mając nadzieję, że kolejne społeczności otworzą się na przyjęcie naszych Rodaków ze Wschodu.

9 marca 2017 r.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Dzień modlitw o świętość kapłanów

2018-10-20 13:21

Kamil Krasowski

Modlitwa brewiarzowa, adoracja Najświętszego Sakramentu, konferencja i Msza św. pod przewodnictwem księdza biskupa znalazły się w programie Dnia modlitw o świętość kapłanów, który 20 października odbył się w sanktuarium Matki Bożej Cierpliwie Słuchającej w Rokitnie.

Karolina Krasowska
Modlitwa w rokitniańskiej bazylice

W spotkaniu uczestniczyli księża naszej diecezji. Dzień modlitw o świętość kapłanów księża rozpoczęli wspólną modlitwą brewiarzową i adoracją Najświętszego Sakramentu. Mieli też okazję do spowiedzi św.

Gościem spotkania był ks. Jan O'Dogherty, dyrektor poznańskiego ośrodka Opus Dei, który wygłosił konferencję "O wspólnocie kapłańskiej".

Zobacz zdjęcia: Dzień modlitw o świętość kapłanów w Rokitnie

W południe w rokitniańskiej bazylice  odbyła się Msza św. pod przewodnictwem bp. Tadeusza Lityńskiego z homilią ks. Jana.

- Cieszę się, że możemy dzisiaj powiedzieć słowo "dziękuję" za to posłanie, wyrażając wdzięczność za to powołanie. Ku temu zmierza nasza modlitwa i refleksja, a także odpowiedzialność za tę misję, za obecność Chrystusa w nas, pośród nas, ale także w tych, do których jesteśmy posłani. Niech ta dzisiejsza modlitwa temu sprzyja - powiedział bp Tadeusz Lityński.

- Duch Święty działa poprzez nas, i to nie tylko wtedy, kiedy są sytuacje ekstremalne, ale też na co dzień. Kapłan jest na co dzień narzędziem Ducha Świętego - mowił ks. Jan O'Dogherty. - Pamiętam jak papież Jan Paweł II w książce "Pamięć i tożsamość" mówił o tym, że jest mu dobrze czuć się narzędziem. On był narzędziem Bożym pierwszej klasy. Dzięki temu narzędziu Pan Bóg działał cuda w Kościele - kontynuował kapłan. - Pan Bóg poprzez nas, kapłanów, też czyni cuda. I to codziennie. Bo przez nasze ręce Pan Bóg przebacza grzechy ludziom. Poprzez nasze ręce naucza ludzi słowa Bożego. Prawdziwe cuda - większe, można powiedzieć, że ważniejsze niż uzdrowienia chorych. Pan daje nam kapłanom, bo jesteśmy drugimi Chrystusami, niesamowitą władzę. Czuć się narzędziem to bardzo dobra rzecz - o tym często mówił św. Josemaria Escriva - dodał ks. Jan.

Spotkanie zakończyło się Aktem zawierzenia kapłanów naszej diecezji Matce Bożej Rokitniańskiej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kalendarz pielgrzyma 2019

W górach uczczono 40. rocznicę wyboru kard. Wojtyły na papieża

2018-10-22 12:00

rk / Andrychów (KAI)

40. rocznicę wyboru Karola Wojtyły na papieża uczczono 21 października na Groniu Jana Pawła II w Beskidzie Małym. W kaplicy „Ludzi Gór”, w jesiennej scenerii górskiej, turyści i pielgrzymi dziękowali podczas Eucharystii za dar pontyfikatu papieża Polaka.

Aleksandra Ziółko

Mszę św. z okazji 40. rocznicy wyboru Jana Pawła II koncelebrowali: ks. Marek Śladewski z parafii pw. Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Krzeszowie – ratownik beskidzkiej grupy GOPR, oraz ks. Józef Łukaszczyk SDB – misjonarz pomagający obecnie w parafii w Gilowicach na Żywiecczyźnie.

W kazaniu ks. Śladewski przypomniał, że św. Jan Paweł II na wzór Chrystusa służył drugiemu człowiekowi. „Czym jest służba? Służba to miłość” – podkreślił i zachęcił, by uczyć się tej służby od samego Chrystusa i świętych. Zwrócił jednocześnie uwagę, że służbą jest także modlitwa za innych.

W Eucharystii uczestniczyła 50-osobowa grupa uczniów z nauczycielami z I Liceum Ogólnokształcącego im. Marcina Wadowity w Wadowicach. Uroczystość uświetniły również poczty sztandarowe OSP z Targoszowa i Krzeszowa.

Groń Jana Pawła II w Beskidzie Małym to jedyny szczyt górski w Polsce noszący imię papieża-Polaka. Wzniesienie liczy 890 metrów n.p.m. Znajduje się tu m.in. kaplica postawiona w 1995 r. oraz stalowy krzyż z 1991 r., poświęcony „ludziom gór”.

Karol Wojtyła w latach swego dzieciństwa i młodości wielokrotnie przychodził na ten szczyt, bywał tu również jako biskup. Ostatni raz wszedł na Leskowiec i Jaworzynę jako kardynał w 1970 r., po Mszy św. odprawionej w Kalwarii Zebrzydowskiej z okazji 25-lecia kapłaństwa.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem