Reklama

Podkarpacki wolontariat w Abchazji

2017-03-16 08:02

Zdzisław Wójcik
Edycja przemyska 12/2017, str. 4-5

Archiwum autora
Ekipa budowlana z Podkarpacia w placówce Ojców Kamilianów w Tbilisi

Po raz pierwszy do suchumskiej parafii zawitali wolontariusze-budowlańcy z Podkarpacia w ubiegłym roku. W tym roku do gruzińskiej wspólnoty wyjechała kolejna grupa wolontariuszy

W lutym ubiegłego roku w suchumskiej parafii przebywali Jacek Stochmal, Wacław Balewander i Artur Szczutek – członkowie OSP Harta w gminie Dynów oraz uczeń pana Jacka – Grzegorz Wójcik. W ciągu dwóch tygodni wyrównali posadzkę i ułożyli ponad 100 metrów kwadratowych płytek w miejscowym kościele, który aż „prosił się” o remont. W 2017 r. Jacek Stochmal, prezes klubu S HDK RP przy OSP w Harcie, z zawodu nauczyciel w rzeszowskim Zespole Szkół Zakładu Doskonalenia Zawodowego, zorganizował następną ekipę, która pracowała społecznie w Suchumi od 13 stycznia do 5 lutego. Jacek Stochmal z Grzegorzem Wójcikiem zajęli się przygotowaniem pomieszczenia na tzw. cele socjalne w parafii. Panie Beata Solecka-Ligęza, plastyk i nauczyciel, oraz Maria Kozak, nauczyciel historii i wiedzy o społeczeństwie, obie uczące w ZS ZDZ w Rzeszowie, oddały się pracom we wnętrzu kościoła w Suchumi. Na przełomie stycznia i lutego tego roku u Ojców Kamilianów w Gruzji pracowali społecznie także dwaj uczniowie ZS ZDZ w Rzeszowie: Sławomir Wrotniak i Bartłomiej Jemioł, wspólnie z Józefem Sieńko i Tomaszem Gudyką – członkami OSP Harta.

Nowe wyzwania

– Po dotarciu na lotnisko w Tbilisi czekała nas jeszcze jazda pociągiem na granicę z Abchazją. Ks. Jerzy Piluś, misjonarz z parafii w Suchumi czekał na nas w przygranicznym miasteczku Zugdidi. Zabraliśmy ze sobą zdemontowany krzyż i ogromną ikonę Chrystusa Pantokratora. Gdy dotarliśmy do parafii, poczułem się jak u siebie. Rok temu byłem tutaj z Wackiem Balawendrem i Arturem Szczutkiem. Celem tegorocznej wizyty była zdecydowana zmiana wnętrza świątyni. Na mnie i kolegę czekało pomieszczenie na parterze Domu Parafialnego, które do tej pory było niewykorzystane – wspomina Jacek Stochmal.

W czasie naszego pobytu pani Beata namalowała na ścianach ikony św. Szymona z Kany i Matki Bożej. Pomiędzy nimi został zawieszony wizerunek Chrystusa Pantokratora wraz z krzyżem, przygotowane przez panią Beatę w Polsce. Świątynia nabrała zupełnie nowego wyglądu. Blasku dodały jej także witraże wklejone na szyby okien oraz obramowania każdego okna. Nad zapewnieniem niezbędnych ciału sił czuwała pani Magdalena Wiśniewska, wolontariuszka z Lublina.

Reklama

Przykłady pociągają

– Jacek Stochmal zafascynował mnie opowieściami o Abchazji. Także Marysia Kozak zapragnęła tam pojechać. 14 stycznia już byliśmy w Suchumi, stolicy Abchazji, w kościele pw. św. Szymona Apostoła – opowiada pani Beata. – Bardzo chciałyśmy, aby z pustego, na biało wymalowanego pomieszczenia zrobić chociaż namiastkę świątyni godnej Pana Boga. Miałam na to tylko 9 dni ferii. Jak ktoś maluje polichromie w dużych rozmiarach, to wie, ile trzeba czasu na ich realizację. Wcześniej musiałam zaprojektować wystrój kościoła. Projekt musiał być zatwierdzony przez ks. Jerzego Pilusia, proboszcza w Suchumi, i biskupa w Gruzji. Drewniane części dekoracji wykonałam w Polsce – namalowałam ikonę Chrystusa Pankratora (100x160 cm), wyrzeźbiłam płaskorzeźbę Baranka, a mój mąż pomógł mi wykonać duży drewniany krzyż stanowiący tło dla Jezusa. Wszystko to zostało w częściach zabrane samochodem ks. Jerzego przez Turcję do Gruzji – wspomina pani Beata. Po chwili dodaje: – Nie planowałam, że będę w Abchazji malować freski. Cieszy mnie to, że tam, gdzie o Panu Bogu ludzie zapomnieli, mogłam coś dla Niego zrobić. Warunki, w jakich pracowaliśmy, nie napawały optymizmem. Często nie było prądu, brakowało wody, wszechobecna była przenikliwa wilgoć i panował okropny ziąb. Ale i tak było super!

Pani Maria wspomina rozkład dnia: – Suchumi. Ósma rano. Jutrznia i Eucharystia z ks. Jerzym Pilusiem, potem śniadanie i praca w kościele. Nie było łatwo, zwłaszcza że najstarsi Abchazowie nie pamiętają tak zimnego stycznia, co analogicznie przekładało się na temperaturę w kościele. To ogromny zaszczyt dla mnie, że mogłam pozostawić mały ślad w tak odległym od Polski miejscu. Mimo że jestem 50+, bez problemu poruszałam się po rusztowaniach. Ogromna w tym zasługa mojego Anioła Stróża, którego bardzo prosiłam o opiekę. Spisał się na medal. Beatka zajmowała się ołtarzem, ja natomiast oknami, które należało ozdobić łuczkami i witrażami. Efektem końcowym naszych prac parafianie byli usatysfakcjonowani. Bardzo nam dziękowali. Dotknęłam tam również śladów polskości. Poznałam panią, której praprababcia była zesłana do Abchazji za udział w powstaniu styczniowym. Dziękuję Bogu za możliwość pełnienia posługi wobec tej społeczności, poznania wielu wspaniałych ludzi, zachwytu nad miejscem, w którym żyją – podkreśla.

Wielu parafian wyrażając swoje uznanie dla pracy wolontariuszy z Polski zaznaczało, że „ich kościół coraz bardziej zaczyna przypominać świątynię”.

Pan Bóg działa przez ludzi

Po zakończeniu prac panie Beata i Maria ruszyły do Tbilisi, aby zdążyć na samolot. Zaraz po ich odjeździe nastała sroga zima, która sparaliżowała całą Abchazję. – Zostaliśmy we trójkę, Grzegorz, Magdalena i ja – opowiada pan Jacek. – Warto zaznaczyć, że wcześniej z Grzegorzem Wójcikiem położyliśmy 33 metry kwadratowe glazury na ścianach i ok. 30 metrów kwadratowych płytek na posadzkach. I jeszcze więcej gładzi na ścianach, płyt GK na suficie i kilka metrów kwadratowych tynku. Jesteśmy bardzo wdzięczni Firmie Greinplast z Rzeszowa, która sfinansowała farby do malowania ołtarza, pięć naklejanych witraży oraz ubrania robocze dla wolontariuszy – podkreśla.

Zapytany o jakieś szczególne wydarzenie, opowiada: – Bezpośrednio po zakończeniu prac w Suchumi pojechałem z czterema kolegami wolontariuszami wykonać prace remontowe na terenie katedry pw. Wniebowzięcia NMP w Tbilisi. Miłym akcentem naszego pobytu była wizyta u bp. Giuseppe Pasotto, podczas której. przekazaliśmy Księdzu Biskupowi monstrancję ufundowaną przez Katolickie Stowarzyszenie Energetyków.

Dwa tygodnie po wyjeździe polskich wolontariuszy w wyremontowanym przez nich pomieszczeniu socjalnym ruszył projekt „Obiady dla ubogich”. W każdą sobotę przygotowuje się około dwudziestu porcji podwójnego obiadu, tak by wystarczył na dwa dni. To skromna pomoc, ale jest znakiem, że ci, którzy żyją w ubóstwie, nie są pozostawieni samym sobie. – Cieszę się, że wraz z Grześkiem Wójcikiem mieliśmy także swój wkład w poprawę warunków w tym dalekim, mało znanym miejscu – podsumowuje Jacek Stochmal.

Kapłan niezwykły

Wolontariusze zgodnie twierdzą, że ks. proboszcz Piluś to kapłan niezwykły, obdarzony charyzmą, od którego emanuje dobroć i pokój. Nie ma dla niego znaczenia wyznanie czy narodowość, każdemu niesie pomoc, doradzi, wysłucha problemów. – Pomagał nam, wolontariuszom, pracując fizycznie, mimo że systematycznie odwiedzał osoby starsze, chore, osierocone dzieci, rodziny z problemami, niosąc dobre słowo i pomoc materialną. Ten wspaniały kapłan (na Kaukazie od 18 lat) znakomicie rozumie skomplikowane stosunki w tym regionie i doskonale się w tym wszystkim odnajduje. Ogromny szacunek należy się katolikom w Abchazji, którzy trwają przy swej wierze w kraju, gdzie jest 80 proc. prawosławnych i ok. 20 proc. muzułmanów. Nie jest im łatwo.

Wolontariusze składają również podziękowanie fundacji „Pro Spe” prowadzonej przez ks. Macieja Gierulę, która niesie nadzieję chrześcijanom w Guzji. – Niesiemy pomoc dzieciom, dorosłym i samotnym starcom. Chcemy pokonać niezawinioną biedę. Mamy wielu ambasadorów Gruzji. Są nimi księża misjonarze pracujący na Kaukazie, a także wolontariusze, którzy co roku tam przybywają – wyjaśnia ks. Maciej.

Tagi:
wolontariat

Licealiści podjęli wolontariat na rzecz palestyńskich sierot

2018-02-15 14:17

km / Koszalin (KAI)

Caritas zaprosiła koszalińskich licealistów do podjęcia "Wolontariatu pokoju i miłości dla Betlejem". Do Palestyny wyruszyło 9 wolontariuszy z V LO w Koszalinie, by pracować m.in. w sierocińcu polskich elżbietanek w Betlejem. Wrócili z przekonaniem, że pomaganie ma głęboki sens. - Chciałabym tam wrócić i przeznaczyć na pracę 100 proc. czasu, nawet kosztem zwiedzania - powiedziała jedna z nich, Paulina Jodłowska.

badwanart0/pixabay.com

W ramach kilkunastodniowego pilotażowego programu Caritas, który zakończył się 9 lutego, licealiści wyjechali wraz z opiekunami do Betlejem.

- Celem projektu było poznanie życia chrześcijan żyjących jako mniejszość w otoczeniu świata muzułmańskiego - wyjaśnia ks. Tomasz Roda, dyrektor Caritas diecezji. - Zależało nam, by młodzi zobaczyli nie tylko, w jak skromnych warunkach żyją mieszkańcy Palestyny, ale też dali się formować przez spotkanie z miejscami mówiącymi o Ewangelii i przez to zrozumieli, że w pomaganiu nie chodzi o filantropię czy rekordy, ale naśladowanie Chrystusa.

Prócz zajęć w Domu Pokoju u elżbietanek, koszalinianie pomagali także w innym ośrodku prowadzonym przez argentyńskie zakonnice dla 30 głęboko upośledzonych dzieci. Nie mniej ważna była integracja z rówieśnikami z katolickiej parafii, Msza św. sprawowana po arabsku czy jednodniowe rekolekcje spędzone u mieszkających vis-à-vis meczetu zakonnic, których misją jest modlitwa o pokój.

Pierwszym ważnym doświadczeniem nastolatków było zderzenie z realiami pracy w ośrodkach opiekuńczych. Młodych zaskoczyło nie tylko to, że przygotowane przez nich jeszcze w Polsce zajęcia dla sierot okazały się w pewnej części nietrafione, choćby ze względu na ich stopień upośledzenia, ale głównie to, z jakim poświęceniem pracują polskie i argentyńskie zakonnice.

- Jedyne co mogliśmy, to wycierać tym dzieciom ślinę z kącików ust oraz je karmić - relacjonuje pobyt w ośrodku dla dzieci głęboko upośledzonych Monika Bryła, opiekunka SKC. - Pamiętam, że kiedy tak patrzyliśmy na nie ze łzami w oczach, dostrzegłam niezwykły uśmiech na twarzy siostry, gdy brała na ręce jedno z dzieci, żeby zanieść je do mycia.

Spotkania z dziećmi zrobiły tak duże wrażenie na Monice Kozie, że nastolatka planuje już powrót do Betlejem, być może jeszcze w te wakacje. - Tam zrozumiałam, że wolontariat jest dla mnie - mówi z przekonaniem. - Chcę nawiązać z tymi dziećmi silniejszą więź, a od sióstr uczyć się okazywać miłość tak pięknie jak one.

Podobne deklaracje składa Paulina Jodłowska. – Chciałabym tam wrócić i przeznaczyć na pracę 100 proc. czasu, nawet kosztem zwiedzania.

Nastolatkom także samo zwiedzanie dało dużo do myślenia. Roksanie Gajdzie przed oczami staje mur wzniesiony na granicy Autonomii Palestyńskiej, odkąd dowiedziała się o dramatach rozdzielonych nim rodzin. Wśród nich jest odłączona od swoich bliskich arabska wdowa i jej córka Sara, u których Roksana była w gościnie. - Mama Sary opowiadała, jak przed dwoma laty straciła męża oraz jak obok ich bloku wybuchła bomba. Teraz co dnia boją się, gdy wracają do domu - wspomina przejęta licealistka, nazwana przez gospodynię "córką".

Natalię Wilk ujęło, że katolicy arabskiego pochodzenia widzieli w nich bliskich, bo w Palestynie zaproszenie do domu właśnie to oznacza. - Przy obiedzie porównywaliśmy problemy, którymi żyjemy w naszych krajach, zwyczaje, kuchnię, szkołę - opowiada o innej wizycie. Natalia chciałaby swoich gospodarzy zaprosić do Polski. Póki co deklaruje, że będzie im wysłać paczki.

Ks. Roda nie ukrywa, że w "Wolontariacie pokoju i miłości dla Betlejem" chodziło o budzenie młodych Polaków z letargu, któremu sprzyja współczesny styl życia. Dyrektor Caritas ma nadzieję, że pobyt w Betlejem zbudował most z serc Palestyńczyków do serc młodych Polaków i że zaowocuje to ożywieniem chrześcijańskiego ducha młodzieżowego wolontariatu, którego Kościół diecezjalny tak bardzo potrzebuje.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Mój Krzyż codzienny

2018-02-23 14:41

Joanna Warońska, Częstochowa

Mój krzyż nie jest wielki. Ot, połączone dwa kawałki drewna. Od razu zwróciłam uwagę, że nie ma na nim Chrystusa, a przecież w dzieciństwie było to dla mnie niezwykle ważne. Tak jakbym potrzebowała portretu Zbawcy. Mojego Zbawcy. Później dostrzegłam powszechność braku tego wizerunku.

congerdesign/pixabay.com

Otaczały mnie miliony przewrażliwionych i rozdętych ego, wpychających się w moje oczy, uszy, zabierających moją przestrzeń. I każde z nich chciało wciągnąć mnie w swoją orbitę. Miałam stać się ich częścią i potwierdzać ich wielkość. Nic więc dziwnego, że i pusty krzyż stawał się dla nich wygodną alegorią cierpienia w ogóle, która sprowadzała pokusę zbyt łatwego płaczu nad sobą. Mogli poczuć przez chwilę jedność z cierpiącym Bogiem. To był etap pierwszy. Potem pojawiało się rozpamiętywanie swojego losu i wiele pytań: Dlaczego ja? Dlaczego mnie? Czy to fatum? Czy może Bóg o mnie zapomniał?

Ale istota krzyża nie może przecież wyczerpywać się w cierpieniu. Albo przynajmniej takie doświadczenie nie może kończyć się licytacją, czyj ból jest większy, kogo bardziej uszlachetnił i kto w opinii innych był bardziej przekonujący. Wszak cierpienie towarzyszy każdemu, a określenie jego wielkości jest często wrażeniem subiektywnym. Trzeba by uwzględnić zbyt wiele czynników nieporównywalnych, by wreszcie ustalić prawdziwą hierarchię cierpiących. Dlatego krzyż to raczej zawierzenie, pokora, które pozwalają piąć się ku niebu, i miłość obejmująca cały świat. Gdy myślę o krzyżu, zawsze wspominam wiersz niezwykle wrażliwej poetki młodopolskiej Marii Komornickiej:

W noc chmurami złowieszczymi ciemną

Leżałam jak zwalony krzyż

A duchy mocowały się nade mną

O mnie…

Poczuć się zwalonym krzyżem to doświadczenie niemal tragiczne, wzmagające odczucie cierpienia. Zwłaszcza jeśli uwzględnimy złowieszczą noc i rozgrywającą się nad głową bohaterki walkę o jej duszę. To podważenie prawdy celu wędrówki, zakwestionowanie wszelkich wyborów. To zwielokrotnione odczucie zwątpienia i samotności w przerażająco niezrozumiałym świecie. To brak woli walki w odwiecznej konfrontacji dobra i zła. A wystarczyłaby może czyjaś pomocna dłoń, by duchy pełzające po ziemi stały się zbyt odległe. Wówczas ich kuszący głos nie dosięgnąłby naszych uszu. Sytuacja tak silnie doświadczona przez Komornicką jest codziennością każdego, choć przyzwyczajenie nauczyło nas jej nie dostrzegać.

Mój krzyż nie jest wielki. Nie pozwala mi wzrastać w swoim cieniu, nie kształtuje mojego poglądu na świat, a nawet nie buduje wokół mnie wspólnoty rozumiejącego współczucia. Na co dzień nie jest zbyt uciążliwy i prawie udaje mi się o nim zapomnieć. Ot, żyję jak wszyscy. A może nawet są tacy, co patrzą na mnie z zazdrością, ponieważ jestem tą, której się udaje. Przynajmniej czasami. Ale przychodzą takie dni, zwłaszcza w czasie przedświątecznych porządków, gdy ponaglana dawnym obyczajem zaglądam w każdy kąt, pod szafy i do niemal zapomnianych szuflad, i wówczas z przerażeniem stwierdzam, że on wciąż tam jest, tylko może w ostatnim roku trochę bardziej przykrył go kurz. I po raz kolejny próbuję przyrównać do niego swoje życie…

Rozpoczynam rachunek sumienia pod odnalezionym także w swoich wspomnieniach krzyżem. Rozpoczynam swoje indywidualne rekolekcje. W ostatnim roku coraz bardziej upodabniam się do punktu, choć dla niektórych równie niewygodnego jak kamień w bucie; kurczę się w przestrzeni świata, zwijam się w sobie zamiast wzrastać, staję się odrzuconym ziarnem… A może dopiero zbieram siły, by kiedyś wreszcie zakorzenić się w próchnicy społeczeństwa i zadziwić innych swoją potrzebą wzrostu. To pokrzepiające… Tylko bez decyzji o wydaniu plonu pozostanę na zawsze dobrze zapowiadającą się potencją.

Po owocach ich poznacie… A co będzie moim owocem? Mój krzyż nie jest wielki. Każdego dnia poszukuję… Różnych rzeczy: bezinteresownego uśmiechu, także w sobie, wskazówek, gestów, które potwierdzą słuszność moich wyborów oraz słów, gdy tak jak teraz poddaję je próbie znaczenia. Wszak nie jest ważne, by były, lecz by były to te najwłaściwsze. Jak już ginąć, to spektakularnie? Na Golgocie w obecności tłumów, a zwłaszcza dziejopisów – Jana, Mateusza, Marka i Łukasza? Czy trzeba sobą zapełnić cenny czas antenowy, by poczuć się spełnionym? Ale Chrystus w momencie śmierci nie myśli o tym, czy dobrze wygląda.

Dla Niego liczy się przecież cel, a nie droga… On sam chce, by Jego krzyż stał się „Drogą, Prawdą i Życiem”. W ten sposób krzyż zaczyna funkcjonować jako znak ostateczny, do niczego nieodsyłający, znak, którego znaczenie nie jest konwencją, więc nie wymaga akceptacji. On sam jest znaczeniem.

Krzyż dla mnie oznacza Boga, a Bóg – krzyż, ale z tego nie wynika, że krzyż jest cierpieniem. Wszak Bóg nie jest cierpieniem, lecz miłością.

Mój krzyż nie jest wielki, może dlatego w natłoku wydarzeń i spraw codziennych tak łatwo zapominam, co jest naprawdę ważne w życiu, a wówczas świat, igrając moim sentymentalizmem, zmusza mnie do łez. W tym przypadkowym płaczu nieświadomie żałuję swoich straconych szans i możliwości.

Odczuwam dziś boleśnie swoje niespełnienie. Spowodowane brakiem czasu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

KSM obraduje

2018-02-23 21:02

Agata Kowalska, KSM Częstochowa

Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Archidiecezji Częstochowskiej rozpoczęło dziś punktualnie o godz. 18.00 Sesję Zarządów.

Maciej Cupiał, KSM Częstochowa

Będzie to bardzo ważny, historyczny czas - wybory nowego składu osobowego Prezydium, obrady, ale przede wszystkim jednak - Zlot KSM. W sobotę u stóp Jasnej Góry swoje życie Matce Bożej zawierzy niemalże tysiąc młodych ludzi.

Zapraszamy od godz. 14.00 wszystkich tych, którzy czują się KSM-owiczami i chcą pokazać swoją przynależność do stowarzysznia. Mszę Świętą sprawować będzie Ksiądz Arcybiskup Metropolita Częstochowski Wacław Depo. Módlmy się o światło Ducha Świętego dla wszystkich biorących udział w tych wydarzeniach!

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem