Reklama

Związki bł. o. Czartoryskiego z Będzinem

2017-04-06 09:46

Agnieszka Raczyńska
Edycja sosnowiecka 15/2017, str. 8

Archiwum parafii Świętej Trójcy w Będzinie
O. Michał Czartoryski wpisuje się do Księgi Pamiątkowej Żywego Różańca w Będzinie

Książę Jan Chrzciciel Franciszek Czartoryski, Ojciec Michał – kapelan III Zgrupowania Armii Krajowej „Konrad”, jeden z bohaterskich kapłanów powstania warszawskiego został rozstrzelany przez Niemców przy powstańczej barykadzie. Nie chciał porzucić ciężko rannych, którymi się opiekował. W 2017 r. przypada 120. rocznica urodzin jednego ze 108 męczenników beatyfikowanych w Warszawie 13 czerwca 1999 r. przez Jana Pawła II. Był też jednym z założycieli Stowarzyszenia Katolickiej Młodzieży Akademickiej „Odrodzenie” – wielkiego ruchu, który przyczynił się po latach niewoli do odnowy inteligencji katolickiej w Polsce. To właśnie w „Odrodzeniu” działał razem z dr. Adamem Bilikiem – „lekarzem ubogich” z Zagłębia. Nie jest to jedyny związek o. Michała z Będzinem.

7 maja 1939 r. miała miejsce ostatnia przedwojenna uroczystość różańcowa w kościele Świętej Trójcy w Będzinie związana z poświęceniem sztandaru Żywego Różańca. Przez 3 dni poprzedzające tę uroczystość specjalne nauki głosił zaproszony dominikanin o. Michał Czartoryski, dziś już błogosławiony. Nikt wtedy nie mógł nawet przypuszczać, że ten wspaniały kaznodzieja zostanie zastrzelony... Była to historyczna chwila – będzińscy parafianie słuchali kazań, rozważań i rozmawiali z przyszłym błogosławionym męczennikiem; pozowali też wraz z nim do zdjęć przed wejściem do kościoła.

Liść laurowy

„Siódmy maja roku pańskiego 1939 przejdzie do historii naszej parafii i Będzina. Jest to w dziejowej przestrzeni jeszcze jeden liść laurowy dorzucony do sławy naszego grodu (…) jak ongiś przed wiekami, tak i teraz rozjaśniają jej wnętrze białe szaty dominikańskie ojca Michała Czartoryskiego. Zasłuchane rzesze wsłuchują się w słowa ubogiego zakonnika, który dla tych słów właśnie, dla Boskiej nauki wzgardził mitrą książęcą. Ileż pokrzepienia, ileż umocnienia spłynęło w ciągu tych czterech błogosławionych dni do serc słuchających – to tylko im samym i Bogu wiadomo” – napisał w tekście pt. „Historyczna chwila” ks. Leon Stasiński w dniu 14 maja 1939 r. w „Życiu Parafialnym”.

Reklama

Spotkanie z błogosławionym

Ciekawy jest fakt, jak doszło do tego, że dominikanin o. Michał Czartoryski przyjechał na kilka dni do Będzina, by w tutejszej świątyni w dniach 4-7 maja 1939 r. wygłosić historyczne rekolekcje. Otóż inicjatorem tego spotkania był będziński wikariusz ks. Leon Stasiński, który w „Życiu Parafialnym” dokładnie wspomina poznanie o. Michała: „Było to przed 5 laty. Ze swoim serdecznym przyjacielem, kolegą z seminaryjnej ławy, wybrałem się w daleką podróż do Morszyna, aby mu towarzyszyć w jego kuracji. Zatrzymaliśmy się w skromnym, nowo zbudowanym pensjonacie Sióstr Notre Dame. Pamiętam, że pora już była tak późna, iż tylko na głośne szczekanie psa wpuszczono nas do wnętrza. Pierwsza noc na cudzym łóżku zawsze jest dość długa, toteż właśnie udałem się do kaplicy sióstr, aby odprawić Mszę św. Mimo wczesnej pory, zastałem już przy ołtarzu wysokiego księdza odprawiającego Msze św. Po krótkiej chwili uderzył mię odmienny ryt podczas sprawowania Najświętszej Ofiary i biały kaptur spadający na plecy kapłana. Tego jeszcze rana dowiedziałem się, że odprawiającym tak odmiennie Mszę św. był dominikanin. (…) Podczas obiadu nastąpiło pierwsze zapoznanie się z kuracjuszami, chwilowymi mieszkańcami pensjonatu. I wtedy to właśnie po raz pierwszy miałem szczęście poznać osobiście w osobie ojca dominikanina księcia Michała Czartoryskiego, którego tak pilnie obserwowałem podczas porannej Mszy św. Podczas trzytygodniowego pobytu w Morszynie miałem możność bliżej poznać o. Michała. Jego niezwykła prostota, pobożność i wszechstronna wiedza uderzały każdego przy bliższym się z nim zetknięciu”.

Ks. Leon pisze też o tym, jak doszło do zaproszenia przyszłego Błogosławionego do Będzina: „Mając w naszej parafii obchodzić 325-lecie istnienia Różańca św., pragnąłem tej chwili nadać nie piętno dzisiejszych czasów, ale dawnych, starych, których ślady znajduję w pożółkłych dokumentach naszego archiwum. Toteż na tę chwilę nie mogło braknąć przedstawiciela Ojców Dominikanów, którzy Różaniec w naszej parafii założyli i tak bogatymi przywilejami obdarzyli. Osobiście uważam to za wielką łaskę Bożą, że będziemy mieli szczęście widzieć i słyszeć o. Michała Czartoryskiego. Już sam jego przyjazd będzie dla nas wielkim kazaniem. Człowiek, który tak dostojnie urodzony w świecie, ubóstwo przenosi nad bogactwo, biały habit nad jedwabie i gronostaje, pas skórzany i różaniec nad zaszczyty i medale, uświęcenie duszy własnej i duszy bliźnich nad dostojeństwa i sławę. Wymowny przykład ukochania Boga ponad wszystko inne, wzbudzi w naszych duszach poważne myśli i troskę nad środkami zmierzającymi do uświęcenia naszych dusz”.

Tagi:
kapelan

Reklama

A może odpocząć od cudu

2018-07-25 11:42

Agnieszka Sroczyńska
Edycja zielonogórsko-gorzowska 30/2018, str. 6,7

Kapelani szpitalni. Co o nich wiemy? Czy postrzegamy ich jedynie przez stereotypy – niezdartych duchownych od pocieszania, wyprawiających w ostatnią drogę duszę, której nie udało się żadnym cudem zatrzymać dłużej w ciele? Jeśli tak, to tym bardziej powinniśmy pozwolić jednemu z nich – ks. Jerzemu Hajdudze – zabrać siebie do świata jego „poezji szpitalnej” zamkniętej w tomie pt. „Odpocząć od cudu” (Warszawa 2015)

Poprowadzi nas przez szpitalne korytarze do sal pacjentów, a nawet na cmentarz. Po czym nieoczekiwanie uchyli drzwi do jeszcze bardziej zamkniętego, nieznanego nam świeckim świata klasztoru – do swojego pokoju-celi, w którym „dwa krzesła o jedno za dużo” („Dodatkowy talerz”, s. 40), albo zaprosi nas do „rozpalonego” ogrodu, w którym szuka „siebie nie siebie” („Nikogo tutaj”, s. 21).

Przełamać zamknięcie

Pierwszym kapelanem-poetą, który przed 11 laty otworzył mi oczy na trud swojej pracy, był ks. Lucjan Szczepaniak SCJ, do dzisiaj pełniący funkcję kapelana-lekarza w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Krakowie-Prokocimiu. Swoją poezją zaprowadził mnie „tam,/Gdzie inni nie chcą chodzić./Gdzie boją się/I ogarnia ich wstręt” (Lucjan Szczepaniak SCJ, Bo byłem chory... (Mt 25, 36) Poezje szpitalne”, Wydawnictwo Księży Sercanów DEHON, Kraków 2005). Jak napisała we wstępie tej książki Alina Aleksandrowicz, „To świat artes moriendi, niepowtarzalny, odrębny, inny od tego, w którym żyją «tamci» – zdrowi, zadowoleni, nierzadko bogaci. Jak przekroczyć ową zamkniętą przestrzeń, pokonać ją, przełamać zamknięcie?”.

Jerzy Hajduga tomem „Odpocząć od cudu” również pomaga nam przełamywać owo mentalne zamknięcie. Wielu z nas ma doświadczenie pobytu w szpitalu jako pacjentów lub czuwających przy chorych bliskich. Jednak doświadczenie pracy w tym miejscu jest czymś jeszcze innym. I tym doświadczeniem podzielił się z nami szczodrze ks. Jerzy. Napisałam „szczodrze”, bo mimo że zamieszczone w tomie 40 wierszy jest bardzo ascetycznych pod względem liczby użytych słów, to ich głębia, intymny charakter są poruszające. I, co bardzo ważne, autor znalazł balans w ukazaniu tej intymności. Pisanie wierszy o cierpieniu, śmierci jest bardzo trudne. Bo z jednej strony można popaść w „językowe łkanie”, nie trzymając emocji na wodzy, a z drugiej – można spłycić temat, za bardzo dystansując się do niego. Tadeusz Różewicz powiedział w jednym z wywiadów, że „nie pisze się cierpieniem (...) cierpienia nie napisały za mnie książek. One były, one tam tkwią”, ale „poddawanie się emocjom podczas pisania? – mogłoby się zmienić w sentymentalne gadulstwo”. Ks. Jerzy grzechu „sentymentalnego gadulstwa” na pewno nie popełnia jako poeta.

Tytuł – początek/puenta

Tom otwiera wiersz zatytułowany „Żadną łzą”. I właśnie ten tytuł jak przytoczony dalej w wierszu pyłek, co utkwił w oku, od pierwszego przeczytania wciąż nie daje mi spokoju. Czy poeta już na początku zastrzega, że nie będzie żadnych łez w tym tomie? A może tylko jego łez nie będzie? Bo kapelan szpitalny nie płacze publicznie? A kapelan-poeta tym bardziej nie powinien? A może chce już na wstępie nam powiedzieć, że żadną łzą nie opowie się tego cierpienia, samotności, które widział u innych i których doświadczył sam? Jedno jest pewne – Hajduga przywiązuje dużą wagę do wyboru tytułów. Są albo bezpośrednim wprowadzeniem do wiersza, jak tytuł „Gdy” („padasz przy mnie/na cztery łapy...”, s. 19), albo jego kwintesencją, jak w przypadku „Sacrum gestów” („mury klasztorne kruszą się/spacerujemy po ogrodzie//im bliżej nam im dalej/już nie wiem jak//położyć dłoń na ramieniu”, s. 12).

Bywają cytatem, głosem bohatera wiersza – „To dziecko jest moim mężem” (s. 39) albo puentą – „Samotność nie zadaje pytań” (s. 46-47) czy „Dobrze jest czekać” (s. 63).

Biel i cisza

Wspomniany już wcześniej ascetyzm wierszy, polegający na oszczędnym, by nie powiedzieć wręcz „aptekarskim odmierzaniu” słów, nie zubaża ich przekazu, ale przeciwnie – wzmacnia go. Biel i cisza są dla mnie dwoma głównymi emblematami szpitala. Jednym i drugim przesiąknięty jest ten tom. Królująca w nim biel, przywołująca na myśl sterylność i kolor szpitalnych ścian, łóżek, ubrań personelu, jest zasługą głównie Marii Kuczary. Opracowała graficznie książkę, wstawiając do niej biało-czarne grafiki przedstawiające zarysy rekwizytów oraz miejsc szpitalnego i klasztornego świata. Ilustracje nie dominują. Przeciwnie, sprawiają wrażenie, jakby chowały się po kątach tego tomu. I to również ma swoją ważną wymowę. Może nawet głębszą, gdyby krzyczały do nas makabryczne obrazy z sal operacyjnych i prosektorium. Umieszczenie grafiki prostego krzesła centralnie na przedniej okładce uważam za genialne w swojej prostocie. Każdy, kto doświadczył długich godzin czuwania przy kimś chorym w szpitalu, wie, że bez tego krzesła czuwanie byłoby jeszcze bardziej męczące, jeśli w ogóle możliwe. Chociaż sam motyw krzesła pojawia się tylko w jednym wierszu „Dodatkowy talerz”, to jednak krzesło jest ważną metaforą całego tomu, metaforą odpoczynku, o który tak ciężko głównemu bohaterowi w jego szpitalno-klasztornym świecie.

Odpocząć od cudu

W jednej z zamieszczonej na koniec tomu notatce „z przychodni wierszy” wyznaje: „Odpocząć od cudu. Ale jak? Jeszcze słyszę krzyk chorego. W moją stronę, w stronę krzyża. Szybko zamknąłem za sobą drzwi na plebanii, rzuciłem się na łóżko, okryłem kocem. Jeszcze tej nocy telefon, to on. Zdążył się wyspowiadać” (s. 66). Ks. Jan Twardowski o tym krzyku w stronę krzyża, niespełnionych prośbach o cud, z którymi musi mierzyć się kapłan, tak pisał w wierszu „Zbawia przez...”: „Chrystus przez wierzących jeszcze nie poznany –/zbawia znów/ (...)/przez nowenny nie wysłuchane/ (...)/przez chorób niewyleczenie/choć tyle włożyłeś trudu/przez niespełnienie cudu/choć jak Matka prosiłeś w Kanie/ (...)/przez twoje własne cierpienie/ (...)/przedłuża się ramię krzyża”.

A jednak w innym wierszu Twardowski prosi Boga, żeby nie musiał tłumaczyć „stale cierpienia – niech zostanie jak skała ciszy”. I tę ciszę słyszymy bardzo wyraźnie w tomie Jerzego Hajdugi. „Panuje cisza, jakby przed chwilą umilkł dzwon pozgonny albo ktoś z chorych przestał pytać: ciekawe, kiedy ja” (s. 66).

Próżno w nim szukać „złotych myśli”, jak poradzić sobie z cierpieniem własnym i czyimś. Nie znajdziemy też w nim żadnych słów pocieszenia, z którymi najczęściej kojarzymy osobę kapelana szpitalnego. Główny bohater nie jest miłosiernym herosem. Jest zmęczonym (prośbami o cud? swoją bezradnością?) zwykłym człowiekiem, którego też nie ominęła choroba. I paradoksalnie proponuje: „a może choć na chwilę/odpocznij od cudu” („Wstań”, s. 38). Jego samotność jest równa tej, do których przychodzi, a może jeszcze większa? Skoro jedyną osobą, na której „przytulenie” może liczyć, jest zmarła matka: „mamo już/późno//a ty/z dłonią//na mojej/poduszce//przytul się/przytul” („Zawsze”, s. 56).

Dwa wiersze zatytułowane „Samotność nie zadaje pytań” nie pozostawiają złudzeń, że te dwa światy – szpitalny i klasztorny – łączy bardzo wiele, na czele z poczuciem osamotnienia, które uczy między innymi milczenia. Jeśli wierzyć ks. Janowi Twardowskiemu, że „wiary uczy milczenie” („Uczy”), to ks. Jerzy jest wzorowym uczniem w tych dwóch trudnych „szkołach wiary”.

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu: poecipolscy.pl .

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Całodzienna spowiedź w Warszawie

PIOTR CHMIELIŃSKI
Edycja warszawska (st.) 30/2002

Wojciech Łączyński

Tylko w kilku kościołach warszawskich można skorzystać z całodziennej posługi w konfesjonale. Są to głównie świątynie prowadzone przez zgromadzenia zakonne: jezuitów, kapucynów, pallotynów oraz misjonarzy.

Kościół usilnie zachęca proboszczów do wprowadzenia codziennej praktyki słuchania spowiedzi poza godzinami sprawowania Eucharystii. " Tak jak we wszystkich parafiach istnieje ustalony porządek Mszy św., tak też powinny być podawane do publicznej wiadomości godziny dyżurów w konfesjonale. Z tych samych racji, zwłaszcza w większych ośrodkach miejskich, należy pomnażać liczbę miejsc, w których sakrament pokuty jest sprawowany cały dzień" - czytamy w dokumentach II Polskiego Synodu Plenarnego.

Jednak miejsc, gdzie trwa całodzienna spowiedź, jest w Warszawie bardzo mało. "Spowiedź podczas Mszy św." - taką informację można przeczytać na tablicach ogłoszeń większości świątyń w Warszawie. Najlepiej sytuacja wygląda na Starym i Nowym Mieście. Tutaj większość kościołów jest w ciągu dnia otwarta, w niektórych trwa całodzienna spowiedź, a także adoracja Najświętszego Sakramentu. Często odprawiane są także Msze św.

Chyba najbardziej znanym w Warszawie miejscem, gdzie przez cały dzień można skorzystać z sakramentu pokuty, jest sanktuarium Matki Bożej Łaskawej przy ul. Świętojańskiej. Spowiedź trwa tam w dni powszednie w godzinach: 6.30-12.45, 15.00-18.45 i 20.00-20.15. W niedziele kapłani spowiadają od 7.00 do 13.50 oraz od 20.00 do 20.50. Przez cały ten czas trwa adoracja Najświętszego Sakramentu w kaplicy adoracyjnej. Spowiedź odbywa się właśnie w tej kaplicy. Ustawiono tam ogromny konfesjonał, z zewnątrz przypominający nieco szafę. Penitent otwiera drzwiczki i wchodzi do niewielkiego pomieszczenia z klęcznikiem i kratką. Umieszczona na zewnątrz lampka informuje, czy konfesjonał jest zajęty, czy nie. A zajęty jest praktycznie cały czas. - Codziennie mamy bardzo dużo penitentów - twierdzą jezuici ze Świętojańskiej.

Całodzienna spowiedź trwa również w kościele Przemienienia Pańskiego Braci Mniejszych Kapucynów przy ul. Miodowej. Posługa sakramentu pokuty to szczególny charyzmat kapucynów. Wśród wielu wybitnych spowiedników pochodzących z tego zakonu można wymienić chociażby bł. o. Honorata Koźmińskiego czy św. o. Pio. Na Miodowej spowiedź trwa w godz. 6.30-12.00 i 15.30-19.00. Tutaj także przychodzi bardzo dużo ludzi. Niektórzy wstępują przypadkowo i widząc kapłana w konfesjonale decydują się na spowiedź. Większość jednak doskonale wie, że w kapucyńskiej świątyni jest możliwość wyspowiadania się przez cały dzień. Zdarzają się nawrócenia po wielu latach trwania w grzechu. - Spowiedź wtedy odbywa się często z wielkim żalem, bólem, płaczem. Zdarzyło mi się nieraz, że chłop jak dąb, którego nie można podejrzewać, że jest mięczakiem, ryczy jak bóbr u kratek konfesjonału podczas właśnie takiej spowiedzi. Nie ma w tym nic udawanego, jest to autentyczna spowiedź nawrócenia - opowiada o. Dariusz Sosnowski.

Od godz. od 6.00 do 12.00 oraz od 16.30 do 19.30 można skorzystać z sakramentu pokuty w Bazylice Świętego Krzyża przy Krakowskim Przedmieściu. Tę świątynię, położoną w ścisłym centrum miasta, odwiedza szczególnie wiele osób, wśród których dużą część stanowią studenci pobliskiego Uniwersytetu Warszawskiego.

Studenci chętnie też korzystają z posługi duszpasterzy akademickich w kościele św. Anny przy pl. Zamkowym. Tutaj ze spowiedzi można skorzystać codziennie w godz. 15.00-18.00. W pozostałym czasie o sakrament pokuty można zawsze poprosić dyżurującego w rektoracie świątyni kapłana. Jak podkreśla rektor kościoła ks. Bogdan Bartołd, bardzo wielu penitentów to, oprócz studentów, narzeczeni przygotowujący się do sakramentu małżeństwa. - W naszej świątyni odbywa się bardzo wiele ślubów, po prostu młodym parom podoba się to miejsce. Może także decyduje to, że św. Anna jest patronką małżeństw - wyjaśnia ksiądz rektor. Dodaje, że w posłudze duszpasterskiej w kościele św. Anny pomaga wielu zaprzyjaźnionych kapłanów, w tym np. z Opus Dei.

W kościele św. Marcina na Piwnej co prawda nie ma całodziennej spowiedzi, ale na dwóch konfesjonałach wiszą kartki z dokładnymi godzinami dyżurów spowiedników. Są tam nawet ich nazwiska. Jest to więc doskonała okazja, żeby praktykować regularną spowiedź u tego samego kapłana. Jak podkreślają duszpasterze, jest to bardzo ważne dla rozwoju życia duchowego. U św. Marcina z sakramentu pokuty można skorzystać np. w soboty od godz. 19.30 do 20.30.

W kościołach na Starym i Nowym Mieście Msze św. odprawiane są bardzo często, nie tylko rano i wieczorem. To także dobra okazja do spowiedzi. I tak np. u franciszkanów konwentualnych na Zakroczymskiej spowiednicy posługują w konfesjonale podczas Mszy św. o godz. 10.00, a u dominikanów na Freta - o 12.00.

Na terenie diecezji warszawsko-praskiej całodzienna spowiedź odbywa się w kościele św. Wincentego Pallottiego przy ul. Skaryszewskiej. Posługują tu pallotyni. Z sakramentu pokuty można skorzystać codziennie w godz. 8.00-12.30 i 15.00-17.30. Spowiedź odbywa się w specjalnym pomieszczeniu połączonym z kaplicą adoracyjną, gdzie przez cały dzień wystawiony jest Najświętszy Sakrament. - Przyjeżdżają do nas ludzie z całej Warszawy. Wielu ma stałych spowiedników. Sporo jest także podróżnych, gdyż w pobliżu znajduje się Dworzec Warszawa Wschodnia - mówi ks. Edmund Robek, proboszcz parafii.

Szkoda, że miejsc w Warszawie, gdzie trwa całodzienna spowiedź, jest tak mało. W dodatku większość z nich znajduje się na terenie Starego Miasta i okolic, gdzie dominują kościoły zakonne. Praktycznie nie zdarza się, żeby całodzienna spowiedź odbywała się w świątyni prowadzonej przez księży diecezjalnych. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. W klasztorach jest więcej kapłanów. - Na plebaniach diecezjalnych zwykle jest ich mało i w dodatku mają różne czasochłonne zajęcia, jak np. katechezę - wyjaśnia ks. Bartołd.

Wydaje się jednak, że w wielu parafiach diecezjalnych, zwłaszcza tam, gdzie świątynie szczycą się tytułami sanktuariów, wprowadzenie spowiedzi w ciągu dnia, choćby przez 2-3 godziny, byłoby możliwe bez uszczerbku dla innych obowiązków księży. Potrzeba może jedynie trochę dobrej woli. Doświadczenie pokazuje bowiem, że kiedy się naprawdę chce usłużyć drugiemu człowiekowi, czas zawsze się znajdzie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Papież umył nogi więźniom w podrzymskim Velletri

2019-04-18 20:11

pb (KAI/vaticannews) / Velletri

Papież dokonał tradycyjnego obrzędu umycia nóg na pamiątkę czynu Chrystusa z Ostatniej Wieczerzy. W tym roku Franciszek zrobił to w więzieniu w podrzymskim mieście Velletri, gdzie odprawił wielkoczwartkową Mszę św. Wieczerzy Pańskiej. - Bycie sługą to reguła Ewangelii - mówił w homilii. Przeszedł też przez Drzwi Święte, które powstały w więzieniu w 2015 r. z okazji ogłoszonego przez Ojca Świętego w całym Kościele Jubileuszowego Roku Miłosierdzia.

Papież symbolicznie umył nogi 12 więźniom pochodzącym z czterech krajów: 9 z Włoch, 1 z Brazylii, 1 z Wybrzeża Kości Słoniowej i 1 z Maroka. W czasie liturgii używał drewnianego pastorału.

W krótkiej, improwizowanej homilii Franciszek przypomniał słowa Jezusa, że Ojciec dał Mu „wszelką władzę”. Ten, który jest Panem zrobił coś, co w tamtej epoce należało do obowiązków niewolnika - umył innym stopy i zalecił, żebyśmy robili to samo, służąc sobie nawzajem, będąc „braćmi w służbie”, a nie dominując nad innymi czy ich depcząc. Na tym polega braterstwo, które „zawsze jest pokorne i służebne”, stwierdził papież.

Podkreślił, że każdy biskup choć raz w roku imituje ten gest Jezusa, by samemu sobie uświadomić, że nie jest najważniejszy, lecz jest najbardziej sługą. - Każdy powinien być sługą innych. To jest reguła Ewangelii - wskazał Franciszek, dodając, że w naszych sercach powinna być „miłość służebna”.

Zauważył, że wśród uczniów Jezusa ma być inaczej niż wśród władców narodów, którzy dominują nad innymi. - Największy powinien służyć najmniejszemu. Ci, którzy czują się najwięksi, powinni być sługami - zaznaczył Franciszek. Zachęcił, byśmy wszyscy byli dla siebie nawzajem coraz bardziej sługami, przyjaciółmi i braćmi.

Po Mszy św. papieżowi podziękowała dyrektorka więzienia Maria Donata Iannantuono. Przedstawiła mu realia życia i pracy w zakładzie karnym w Velletri. Mówiła m.in. przepełnieniu ośrodka, w którym jest miejsce na ok. 400 więźniów a przebywa obecnie ponad 570. Wspomniała też o braku wystarczającej liczby personelu więziennego i trudnościach w realizowaniu programów reedukacyjnych. Wyraziła nadzieję, że papieska wizyta w tym miejscu zwróci uwagę odpowiednich władz na braki w obecnym systemie. „Chcielibyśmy, aby nasze więzienie stało się kuźnią legalności” – podkreśliła Iannantuono.

Następnie przedstawiciele więźniów i służby więziennej wręczyli Franciszkowi prezenty. Papież otrzymał w darze m.in. wykonany przez osadzonych krzyż.

Już po raz piąty Ojciec Święty sprawował liturgię Wieczerzy Pańskiej pośród więźniów. Tym razem w więzieniu w Velletri, 40 km na południe od Rzymu. Jest to jeden z najnowszych zakładów penitencjarnych we Włoszech. Jedna trzecia osadzonych to obcokrajowcy. W więzieniu mogą korzystać z bogatej oferty oświatowej, poczynając od kursów alfabetyzacji przez szkoły zawodowe i średnie, aż po kursy jogi czy degustacji wina.

Sprawowanie wieczornej liturgii Wielkiego Czwartku w więzieniach to zwyczaj, który obecny papież zapoczątkował już w Argentynie jako arcybiskup Buenos Aires.

Przed rokiem Franciszek przewodniczył liturgii Wieczerzy Pańskiej w rzymskim więzieniu Regina Coeli”; w 2017 r. w więzieniu w Paliano na terenie diecezji Palestrina nieopodal Rzymu; w 2016 r. w ośrodku dla uchodźców ubiegających się o azyl (CARA) w Castelnuovo di Porto; w 2015 r. w rzymskim więzieniu Rebibbia; w 2014 r. w domu opieki Santa Maria della Provvidenza, należącym do Fundacji ks. Gnocchiego, zaś w 2013 r. w zakładzie karnym dla nieletnich Casal del Marmo.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem