Reklama

Nowy Testament

Miłosierdzie ratuje życie

2017-04-18 14:47

Z ks. dr. Markiem Dziewieckim rozmawia Agnieszka Porzezińska
Niedziela Ogólnopolska 17/2017, str. 26-27

stephm2506/Fotolia.com

„Potrzebujemy miłosierdzia nie dopiero wtedy, gdy grzeszymy, ale już wtedy, gdy nie dorastamy do tej miary człowieczeństwa, do której jesteśmy powołani i do której z pomocą Boga jesteśmy w stanie dorosnąć”.
Z ks. dr. Markiem Dziewieckim rozmawia Agnieszka Porzezińska

AGNIESZKA PORZEZIŃSKA: – Często Ksiądz powtarza, że miłosierdzie to temat, który może nam dosłownie uratować życie. Dlaczego?

KS. DR MAREK DZIEWIECKI: – Dzieje się tak dlatego, że każdy z nas bywa w jakimś stopniu niemiłosierny dla samego siebie i rozczarowany sobą. Każdemu zdarzają się sytuacje, w których krzywdzi siebie i osoby, które kocha. Czasem popełniamy błędy, których skutków nie da się całkowicie naprawić. Gdyby Bóg i bliźni nie okazywali nam miłosierdzia i gdybyśmy sami sobie nie potrafili okazywać miłosierdzia, to błędy z przeszłości stałyby się ciężarem nie do udźwignięcia. Odbierałyby nam radość nawet wtedy, gdybyśmy w dojrzały sposób postępowali tu i teraz. Nasi bliscy i inni ludzie znajdują się w podobnej sytuacji. Oni też potrzebują miłosierdzia. Bez miłosierdzia popełniane przez nas i przez bliźnich błędy byłyby nieodwracalne w skutkach. Bez miłosierdzia raz zranione więzi byłyby nie do uzdrowienia. Piekło jest piekłem właśnie dlatego, że tam już nie ma możliwości przyjmowania i okazywania miłosierdzia. Pomimo naszych grzechów i słabości życie doczesne nie będzie piekłem tak długo, jak długo będą ludzie, którzy potrafią z wdzięcznością przyjmować i z serca ofiarować miłosierdzie, czyli naśladować miłosierną miłość Boga.

– Podoba mi się określenie: miłosierna miłość – ono podkreśla to, co najpiękniejsze i najgłębiej ukryte w obu tych słowach...

– Bóg jest miłością. Wszystko, co ponad to o Nim powiemy, będzie jakimś aspektem miłości. Słusznie mówimy, że Bóg jest mądrością, gdyż prawdziwa miłość jest mądra. Podobnie możemy powiedzieć, że Bóg jest miłosierdziem, lecz nie w znaczeniu, że byłaby to jakaś dodatkowa cecha Boga, lecz że prawdziwa miłość jest nie tylko mądra, czysta, ofiarna czy wierna, ale także miłosierna.

– Wydaje się, że Bóg dał nam już wszystko z miłości, umierając za nasze grzechy. Dlaczego zatem Bóg przyszedł do nas jeszcze ze swoim miłosierdziem?

– Bo tak bardzo nas kocha i chce, byśmy o tym wiedzieli. Miłość miłosierna to miłość do niedoskonałych i grzesznych ludzi. W miłości wewnątrz Trójcy Świętej, a zatem w miłości Ojca, Syna i Ducha Świętego nie występuje aspekt miłosierdzia, gdyż ten, kto zawsze kocha, nigdy miłosierdzia nie potrzebuje. Tymczasem żaden człowiek nie jest doskonały...

– Z wyjątkiem Maryi...

– ...i dlatego wszyscy – poza Nią – potrzebujemy miłosierdzia. Oznacza ono, że miłość Boga do błądzącego człowieka jest nieodwracalna.

– I jaka jeszcze?

– Nieskończona i czuła. Miłosierdzie jest nieskończone, ponieważ Bóg przebaczy nam nawet tysiące razy, czyli za każdym razem, gdy się szczerze nawracamy. Boże Miłosierdzie jest też niewyobrażalnie czułe, gdyż przebaczający Bóg nie wypomni nam najbardziej nawet grzesznej przeszłości, jeśli tylko odwracamy się od zła i zaczynamy kochać. Gdy syn marnotrawny powraca do ojca, ten nawet słowem nie wypomina mu przeszłości! Nie mówi też synowi o swoim cierpieniu, o nieprzespanych nocach z powodu troski o błądzące dziecko. Natychmiast rzuca się synowi ze wzruszeniem na szyję i urządza mu święto. Miłosierdzie Boga jest nie tylko nieskończone, lecz także niesłychanie subtelnie komunikowane!

– Czy każdy człowiek, nawet najbardziej pobożnie żyjący, potrzebuje miłosierdzia Boga?

– Oczywiście, że tak! Miłosierdzia potrzebują nawet wielcy święci. Wynika to z niezwykłości człowieka, czyli z faktu, że Bóg stworzył nas na swój obraz i podobieństwo. A to oznacza, że jesteśmy nie tylko kochani przez Boga, lecz także zdolni do tego, by świadomie i z wdzięcznością przyjmować miłość oraz by odpowiadać miłością na miłość. Potrzebujemy miłosierdzia nie dopiero wtedy, gdy grzeszymy, ale już wtedy, gdy nie dorastamy do tej miary człowieczeństwa, do której jesteśmy powołani i do której z pomocą Boga jesteśmy w stanie dorosnąć. Potrzebujemy miłosierdzia wtedy, gdy nie jesteśmy jeszcze podobni do Boga, czyli wtedy, gdy nie kochamy jeszcze aż tak mocno jak Jezus. To właśnie z tego powodu ludzie święci mieli wielkie poczucie własnej słabości i na różne sposoby wołali do Boga o to, by się nad nimi ulitował.

– Naturą Boga jest miłosierdzie, człowiek natomiast często wypacza rozumienie miłosierdzia. Może Ksiądz powiedzieć, w jaki sposób?

– To bardzo ważne pytanie, gdyż życie staje się nieznośne nie tylko wtedy, gdy ktoś nie wierzy w miłosierną miłość Boga albo gdy sam nie potrafi okazać miłosierdzia sobie czy bliźnim. Dramaty pojawiają się także wtedy, gdy ktoś ma błędne wyobrażenia na temat miłosierdzia. Pierwszy błąd to mylenie miłosierdzia z pobłażaniem dla zła, z rozpieszczaniem, z udawaniem, że nie widzimy błędów, które ktoś popełnia. Taka postawa to nie miłosierdzie, lecz naiwność wobec błądzącego.

– Jakie jeszcze popełniamy błędy?

– Mylimy przebaczenie z pojednaniem i z uzdrawianiem zranionych relacji. To, czy przebaczę krzywdzicielowi, zależy ode mnie i od mojej więzi z Bogiem. To, czy dojdzie do pojednania i odzyskania radosnych więzi, zależy od postępowania krzywdziciela, a konkretnie od tego, czy uzna swoje winy, czy szczerze przeprosi i czy zadośćuczyni za wyrządzone krzywdy. Naiwnością jest komunikowanie przebaczenia komuś, kto nie spełnia jeszcze warunków, by się dowiedzieć o tym, że w moim sercu dawno już mu przebaczyłem. Ojciec z przypowieści Jezusa nie poszedł do marnotrawnego syna i nie powiedział, że mu wszystko przebacza. Czekał, aż syn zastanowi się, zmieni, uzna swoje winy i wróci. Dopiero wtedy ojciec okazuje mu miłosierdzie – i ani sekundy wcześniej!

– To bardzo trudne. Nie jest też łatwo oprzeć się psychicznemu szantażowi kogoś, kto nas krzywdzi, ale twierdzi, że go nie kochamy, skoro zaczynamy się przed nim bronić...

– To prawda, jednak próba przekonywania o naszej miłości kogoś, kto bardzo błądzi, jest z góry skazana na niepowodzenie, gdyż człowiek znajdujący się w głębokim kryzysie nie oczekuje od nas miłości. Ktoś taki oczekuje czegoś zupełnie innego: naszej naiwności, pobłażliwości, bezradności czy bierności w obliczu krzywd, które nam wyrządza. Syn marnotrawny dopiero wtedy doświadczył tego, że cały czas był kochany, gdy wrócił. Naiwnością jest próba bycia miłosiernym bardziej niż Bóg. Nie mniejszą naiwnością jest przekonanie, że miłosierdzie to lekarstwo na złą teraźniejszość. Człowiek dojrzały wie, że miłosierdzie odnosi się jedynie do złej przeszłości, bo tego, co się stało, nie jesteśmy już w stanie zmienić. Miłosierdzie nie jest natomiast lekarstwem na złą teraźniejszość, gdyż ją jesteśmy w stanie zmieniać. Jeśli grzeszę tu i teraz, to nie mam prawa prosić Boga czy ludzi o przebaczenie. Jedynym lekarstwem na złą teraźniejszość jest natychmiastowe nawrócenie.

– Bardzo lubię biblijną przypowieść o miłosiernym ojcu i marnotrawnym synu. Pozornie można sądzić, że ojciec nie kocha syna, bo gdy ten cierpi, nie idzie mu na ratunek...

– Ta przypowieść ukazuje ważny aspekt miłosierdzia, a mianowicie fakt, że jest ono mądre! Ojciec z przypowieści Jezusa jest nie tylko dobry, ale też roztropny. Wie, że marnotrawny syn nie reaguje ani na jego miłość, ani na jego cierpienie. To typowe dla tych, którzy są w czynnej fazie jakiegoś uzależnienia czy okazują się skrajnymi egoistami. Tacy ludzie – jak długo pozostają w głębokim kryzysie – nie reagują na miłość i cierpienie innych. Są natomiast wrażliwi na własne cierpienie. To dlatego jedynie ich własne cierpienie może skłonić ich do uznania prawdy o sobie i do radykalnej zmiany życia. Osobiste cierpienie błądzącego jest dla niego ostatnią deską ratunku. Ojciec z przypowieści jest miłosierny właśnie przez to, że nie zabiera synowi tej ostatniej deski ratunku. Niemiłosiernie naiwni są natomiast ci, którzy liczą, że ktoś poważnie błądzący nawróci się bez doświadczenia bolesnych skutków takiego postępowania, które w radykalny sposób sprzeciwia się Dekalogowi, Ewangelii i przykazaniu miłości.

– Co znaczy być miłosiernym w praktyce?

– Najpierw powiem, co jest zaprzeczeniem miłosierdzia. Zaprzeczeniem jest zadręczanie innych ludzi czy samego siebie z powodu przeszłych błędów. Jezus nie chce naszego zadręczenia, lecz pragnie naszego nawrócenia. A to zupełnie co innego. Drugim zaprzeczeniem miłosierdzia jest pobłażliwość czy komunikowanie przebaczenia sobie albo innym ludziom, zanim winowajca się nawróci. Być miłosiernym w dojrzały sposób to kochać ludzi niedoskonałych – samego siebie też! – mimo bolesnej ceny, jaka jest z tym często związana. Miłosierdzie w praktyce to stosowanie zasady, że miłość ma pierwszeństwo przed rozwojem i doskonałością: najpierw kocham, a następnie się rozwijam czy pomagam kochanym przeze mnie osobom, by one też się rozwijały i by stawiały sobie coraz wyższe wymagania. Niemiłosierdzie to oczekiwanie, że ktoś aż tak się zmieni, iż zasłuży na miłość, zanim zostanie pokochany.

– Papież Jan Paweł II ostrzegał przed interpretowaniem miłosierdzia jako wyniosłego litowania się nad grzesznikiem. Dlaczego?

– To bardzo potrzebna przestroga świętego Papieża Polaka, gdyż wyniosłe litowanie się nad grzesznikiem to zaprzeczenie miłosierdzia. Takie niby-miłosierdzie to w rzeczywistości zamaskowana forma okrucieństwa. Wyniosłe litowanie się ma miejsce wtedy, gdy wprawdzie komunikujemy komuś nasze przebaczenie, ale czynimy to w sposób, który tę drugą osobę upokarza, poniża. Wyniosłe litowanie się to okazywanie błądzącemu przebaczania nie dlatego, że go kochamy i że z szacunkiem dostrzegamy jego nawrócenie, lecz wyłącznie dlatego, że mamy taki gest. Wyniosłe litowanie się nad grzesznikiem ma jeszcze drugie oblicze. Chodzi o sytuację, w której komunikujemy nasze przebaczenie, lecz nie wierzymy w przemianę grzesznika ani do takiej przemiany go nie mobilizujemy. Przekreślamy wtedy jego podobieństwo do Boga. Sugerujemy, że ktoś taki został stworzony jako człowiek drugiej kategorii, który jest całkowicie zdany na nasze miłosierdzie, gdyż sam nie jest zdolny do stawania się coraz bardziej Bożą wersją samego siebie.

– Czy Ksiądz uważa, że każdy z nas potrzebuje doświadczenia miłosiernej miłości Boga i miłosiernej miłości ludzi? Czy dopiero wtedy, gdy będziemy czuli się w taki sposób kochani i gdy w taki sposób sami będziemy potrafili kochać, będziemy szczęśliwi?

– Tak właśnie uważam. W odniesieniu do nas, ludzi, nie istnieje inna forma miłości niż miłość miłosierna. To nie przypadek, że na początku każdej Mszy św. wołamy: „Panie, zmiłuj się nad nami!”. To także nie przypadek, że w modlitwie „Ojcze nasz” Jezus wyjaśnia, iż możemy oczekiwać od Boga miłosierdzia na tyle, na ile my sami przebaczamy naszym winowajcom. Tylko ci potrafią przyjmować miłosierną miłość od Boga, którzy w subtelny i jednocześnie mądry sposób okazują miłosierną miłość swoim bliźnim.

* * *

Ks. dr Marek Dziewiecki
Duszpasterz rodzin i popularny rekolekcjonista, psycholog, terapeuta uzależnień

Agnieszka Porzezińska
Dziennikarka, scenarzystka, w TVP ABC prowadzi program „Moda na rodzinę”

Tagi:
miłosierdzie

Miłosierne społeczeństwo

2018-04-10 09:45

Antoni Szymański, senator RP

fotolia.com

Niedziela 8 kwietnia, zwana w Kościele katolickim Niedzielą Miłosierdzia, zainaugurowała w Polsce Tydzień Miłosierdzia zatytułowany „Miłosierdzie źródłem wolności”.

Miłosierdzie jest jednym z kluczowych pojęć chrześcijańskich mających zastosowanie nie tylko na gruncie religijnym, ale również społecznym.

Miłosierdzie z jednej strony oznacza przebaczenie, darowanie win, skreślenie zapisu dłużnego, z drugiej zaś – przekazanie jakiegoś dobra potrzebującemu, okazanie wielkoduszności. Często konfrontujemy miłosierdzie ze sprawiedliwością, podkreślając, że doskonała miłość zawiera oba przymioty przy czym miłosierdzie dzierży prymat nad sprawiedliwością. Przykład tego prymatu dał sam Bóg, który miłosiernie odpuścił człowiekowi grzechy, posyłając Syna na krzyż, by poniósł za nas śmierć.

Jako ludzie, którym darowano winy za tak wysoką cenę, mamy w sobie pragnienie i powinność udzielania przebaczenia tym, którzy nam zawinili, a także niesienia ulgi w cierpieniach.

Idee te zostały uwypuklone przez katolickich hierarchów podczas obchodów tegorocznej Niedzieli Miłosierdzia. Papież Franciszek w Rzymie podkreślał, by nie zniechęcać się upadkami i czerpać radość z faktu, że Chrystus przebaczył nam winy. Wtórowali mu polscy biskupi w Krakowie-Łagiewnikach. Abp Marek Jędraszewski podkreślał: – Jakże ja mogę potępiać czy odwracać się od brata, choćby on wyrządził mi krzywdę? Bp Damian Muskus wskazał wartość pojednania z samym sobą, zaś kard. Stanisław Dziwisz zwrócił uwagę na wspólnotowy i społeczny charakter miłosierdzia: – Przeprowadzając rachunek sumienia musimy uczciwie powiedzieć, że niejednokrotnie daleko nam do ducha, który ożywiał pierwszych chrześcijan. (…) Każde pokolenie uczennic i uczniów Chrystusa powołane jest do składania mu świadectwa miłości Boga i bliźniego.

Nawiązując do ostatnich słów stawiam sobie pytanie w jaki sposób dzisiejsze pokolenie może włączać się w okazywanie czynnego miłosierdzia? Może to czynić osobiście, okazując konkretną pomoc w potrzebie bliskim, sąsiadom czy osobom dotkniętym przez los. Może czynić to w formie społecznościowej, uczestnicząc w różnorakich formach wolontariatu socjalnego, medycznego, senioralnego, hospicyjnego, parafialnego itp. Może również realizować miłosierdzie za pośrednictwem zrzeszeń i organizacji, wspierając je finansowo. Ta ostatnia forma stała się w ciągu ostatnich lat bardziej popularna miedzy innymi dzięki możliwości przeznaczenia 1proc. podatku na działanie wybranego przez siebie stowarzyszenia lub fundacji, posiadającej status organizacji pożytku publicznego.

Jak wykazują badania międzynarodowej firmy audytorskiej KPMG Polska (przeprowadzone w ubiegłym roku), swój 1 proc. na działalność organizacji pożytku publicznego przeznacza prawie 80 proc. Polaków. Jest to wartość wyższa o 4 punkty procentowe w porównaniu do poprzedniego roku. Liczba osób aktywnie zarządzających swoim „jednym procentem” rośnie z roku na rok i co ciekawe okazuje się, że nie jest prawdą, iż dostatek sprzyja egoizmowi. Badania wskazują, że im wyższy dochód netto tym większa chęć przekazywania pieniędzy. Warto też zauważyć, że niespełna trzy czwarte respondentów wybiera organizacje kierując się poleceniem lub prośbą znajomych i rodziny. Świadczy to o tym, że nie lubimy anonimowości. Wyborem losowym kieruje się tylko 14 proc. badanych zaś kampanie medialne stanowią inspirację zaledwie dla 13 proc.

Pouczająca jest analiza głównych powodów, dla których niektórzy Polacy nie decydują się na wsparcie jednym procentem żadnej organizacji pożytku publicznego. Na czele listy znajduje się brak zaufania w stosunku do organizacji (21 proc.) oraz przekonanie, że nasze działanie nic nie zmieni (15 proc.). 10 proc. twierdzi, że przekazywane środki są zagospodarowywane nieefektywnie. Te liczby oznaczają, że aby rozwinąć w Polsce wyobraźnię miłosierdzia, gros energii powinniśmy skierować na odbudowę zaufania społecznego i wiary w skuteczność zorganizowanego działania. Zdecydowanie potrzebujemy wzmocnienia przekonania o obywatelskiej sprawczości jednostki, gdy działa razem z innymi, nawet jeśli jej zaangażowanie nie wydaje się spektakularne.

W rozpoczętym w niedzielę Tygodniu Miłosierdzia zachęcam siebie i Czytelników, by zadać sobie pytanie: co przeszkadza nam w praktykowaniu miłosierdzia na gruncie społecznym? Czego brakuje polskiemu społeczeństwu, by można było nazwać je „społeczeństwem miłosiernym”? Aby zwiększyć motywację do praktykowania miłosierdzia, warto uświadomić sobie, że okazując wielkoduszność nawet w stosunku do osób nieżyczliwych, oszustów, nieuczciwych konkurentów czy politycznych adwersarzy, czynimy to niejako we własnym interesie. Jak wielokrotnie wspominał św. Jan Paweł II, miłosierdzie okazywane drugiemu jest korzyścią nie tylko dla tego, kto je otrzymuje, ale również dla samego udzielającego. Warto wreszcie zauważyć, że cnotą jest dawać, ale sztuką jest również dar przyjmować. To ostatnie wymaga pokory i nieraz może okazać się trudniejsze. Oby w roku świętowania 100-lecia niepodległości udało się nam odkryć, że miłosierdzie jest prawdziwie źródłem wolności.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Trener piłkarzy Chorwacji modli się o zwycięstwo swojej drużyny

2018-07-13 14:05

ts / Zagrzeb (KAI)

Piłkarska reprezentacja Chorwacji cieszy się, że zagra o puchar Mistrzostw Świata. „Mistrzem” sukcesu i zwycięstwa przed kilku dniami nad reprezentacją Anglii jest trener chorwackiej kadry narodowej Zlatko Dalić, który pracuje z zawodnikami od października ub.r. i jest „odkryciem Mundialu”. Dalić jest głęboko wierzącym katolikiem i codziennie odmawia różaniec, również podczas kończących się już Piłkarskich Mistrzostw Świata w Rosji.

Анна Нэсси/pl.wikipedia.org

W rozmowie z radiem chorwackim Dalić powiedział, że także podczas meczów, które rozgrywa reprezentacja Chorwacji, nie wypuszcza z ręki różańca. Jest przekonany, że sukcesy zawdzięcza w znacznej mierze swojej głębokiej wierze. “Wszystko, co osiągnąłem w życiu i swojej karierze zawodowej, zawdzięczam swojej wierze. Jestem za to wdzięczny Panu”, stwierdził chorwacki trener i dodał, że „kiedy człowiek traci nadzieję, musi zaufać miłosiernemu Bogu i swojej wierze”.

Zwycięstwo reprezentacji swego kraju w półfinale Mundialu świętowano w całej Chorwacji, także w Radzie Ministrów. 12 lipca zamieszczono na Twitterze fotografię wszystkich członków rządu Andreja Plenokovicia ubranych w trykoty w barwach swojej reprezentacji narodowej. „Takiego posiedzenia rządu jeszcze nie widzieliście!” – takim tytułem opatrzył fotografię członków rządu „Jutarnji list”, najważniejsza gazeta kraju. W „chorwackiej” koszulce pojawił się także ambasador Wielkiej Brytanii w Zagrzebiu, Andrew Dalgleish.

Dotychczas największym sukcesem chorwackich piłkarzy była gra w ćwierćfinale Mistrzostw Świata we Francji w 1998 roku.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Co się dzieje w Trybunale Konstytucyjnym?

2018-07-16 14:40

Artur Stelmasiak

Artur Stelmasiak

Trybunał Konstytucyjny proceduje nad aborcją eugeniczną od końca października 2017 roku, a prezes Julia Przyłębska nie wyznaczyła nawet terminu rozprawy. W 1997 prezes Andrzej Zoll był w o wiele trudniejszej sytuacji, a kwestię ochrony życia trybunał rozwiązał dokładnie w 162 dni. Obecnie wniosek ponad 100 posłów o stwierdzenie niekonstytucyjności aborcji eugenicznej, leży już w trybunale od 265 dni. A przecież przez ten czas statystycznie, co osiem godzin zabijane jest dziecko, czyli życie straciło ok. 800 dzieci.

Przypomnę, że skład orzekający pod przewodnictwem prof. Andrzeja Zolla miał o wiele trudniejsze zadanie. Miał przeciwników życia nienarodzonych w rządzie SLD i w Sejmie, którzy bombardowali trybunał proaborcyjnymi opiniami oraz stanowiskiem ówczesnego prokuratora generalnego. Mimo tak wielkiego sprzeciwu sędziowie w 1997 roku orzekli, że aborcja ze względów społecznych jest sprzeczna z ustawą zasadniczą, a życie ludzkie ma prawną ochronę od poczęcia.

Wyrok z 1997 roku jest przełomowy dla całego późniejszego orzecznictwa. Sędziowie dali też jednoznaczną wskazówkę, że również aborcja eugeniczna jest niekonstytucyjna. To bardzo logiczne. Skoro według konstytucji życie ludzkie jest prawem chronione od poczęcia, to tak jak nie zabijamy dorosłych niepełnosprawnych i chorych, tak samo nie można zabijać ich przed urodzeniem. Nie ma więc wątpliwości, że nienarodzone dzieci ze stygmatem prawdopodobieństwa choroby i niepełnosprawności, zasługują na taką samą ochronę, jak ich rówieśnicy bez tego wyroku.

Obecnie na biurkach sędziów trybunału konstytucyjnego leży wniosek doktora prawa i jednocześnie posła PiS Bartłomieja Wróblewskiego, stanowisko marszałka sejmu oraz prokuratora generalnego. Wszystkie te dokumenty jednoznacznie dowodzą, że aborcja eugeniczna jest sprzeczna z konstytucją oraz dotychczasowym orzecznictwem trybunału. Politycy PiS, którzy są słusznie naciskani przez środowiska prolife, a także katolicką opinię, tłumaczą się wnioskiem w trybunale.

Sędziowie mają dziś stosunkowo łatwe zadanie. Przyznanie konstytucyjnej ochrony prawnej dzieciom ze stygmatem prawdopodobieństwa choroby lub niepełnosprawności, jest jedynie postawieniem przysłowiowej kropki nad "i" do orzeczenia sprzed 21 laty. Dlatego trzeba zadać pytanie: Co dzieje się z trybunałem i dlaczego nadal na wokandzie nie ma wyznaczonego terminu rozprawy nad stwierdzeniem niekonstytucyjności aborcji eugenicznej? Czy prawdą jest, że wniosek w trybunale ma być tylko alibi dla partii rządzącej, aby politycy PiS mogli w nieskończoność tłumaczyć się dlaczego blokują obywatelski projekt #ZatrzymajAborcję?

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 5/6 2018

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem