Reklama

Jestem od poczęcia

Miłosierdzie Boże i nasze

2017-04-19 14:17

Katarzyna Woynarowska
Edycja częstochowska 17/2017, str. 4-5

Archiwum Caritas Diecezji Toruńskiej

Czym jest miłosierdzie? Mamy pewną trudność z wyjaśnieniem znaczenia tego terminu, chociaż tyle o nim słyszymy, i to od wielu lat

Dzieje się tak głównie zresztą za przyczyną naszych rodaków. Św. Siostra Faustyna Kowalska, nazywana Apostołką Miłosierdzia, i św. Jan Paweł II, który postarał się, by świat o Bożym Miłosierdziu nie zapomniał. Odmieniamy więc to słowo na wszelkie możliwe sposoby, opisujemy jego genezę i skutki, rozprawiają o nim teologowie i duszpasterze. Rozkładamy go niejako na czynniki pierwsze – o tym Bożym piszemy (i słusznie) – wielką literą, o tym naszym, człowieczym – z małej, powtarzając często ukuty przez polskiego Papieża termin „wyobraźnia miłosierdzia”.

Ale jak je rozumie przeciętny katolik, np. z Częstochowy, Radomska czy Wielunia? Człowiek co prawda bez wykształcenia teologicznego, ale wierzący i praktykujący, choć niespecjalnie mający głowę i czas, by się duchowo w materię zagłębić? Czyli ktoś podobny do większości z nas. Postanowiłam popytać wokoło. Łatwiej byłoby pewnie obdzwonić instytucje, które z definicji ową wyobraźnię miłosierdzia mają – jak np. Caritas, Jasnogórski Punkt Charytatywny, stołówki parafialne, furty klasztorne, pod którymi regularnie rozdaje się jedzenie miejskim biedakom itp., itd. Chciałam jednak usłyszeć o miłosierdziu pisanym z dużej i małej litery od wspomnianych już „przeciętniaków”. Oto więc krótka rozprawa między trzema osobami – opiekunką do dzieci, przedsiębiorcą i rencistką uleczoną z nowotworu.

Wierząca z odzysku

– Miłosierdzie to doświadczanie dobra, na które się nie zasłużyło – mówi Agnieszka, niania do dzieci, szczególnie ceniona za pracę z niepełnosprawnymi maluchami. Przez większą część życia była ateistką, o czym zresztą lubi przypominać otoczeniu. To, co stało się potem, nazywa „prywatnym przejściem przez Morze Czerwone”.

Reklama

Wychowana w ateistycznej rodzinie uczyła się po wielu latach „Ojcze nasz” z modlitewnika kupionego na straganie przy ul. św. Barbary. Pierwszą dorosłą spowiedź odbyła na Jasnej Górze i była to spowiedź z tzw. marszu. Oniemiały zakonnik zapytał ją tylko, czy została ochrzczona. Została – dzięki babci, w tajemnicy przed światem, bo lata 60. ubiegłego wieku i partyjny ojciec, wiadomo. Nawet u Komunii św. pierwszy i jedyny raz była w przepisowym wieku lat 9, także za przyczyną babci. Potem już nigdy.

Więc co się stało?

– Hm, banalnie pewnie zabrzmi to, co powiem. Przeczytałam sporo historii o nawróceniu, więc często odbywa się to tak, że człowiek dostaje w łeb. Nie dosłownie oczywiście. Chodzi o wstrząs. Zazwyczaj ma to miejsce po groźnej chorobie albo po wypadku, z którego wyszło się cało. Wiesz, o czym mówię? Coś spektakularnego. A mnie w ciągu tygodnia rozleciała się rodzina. Mąż zmarł w nocy z wtorku na środę. W akcie zgonu lekarz napisał: „Rozległy zawał serca”. Pochowaliśmy go kilka dni później. Zostałam wdową z kredytem we frankach na dom i dwójką synów, z których starszy studiował w USA, a młodszy przebywał chwilowo w zakładzie psychiatrycznym. Nie muszę chyba dodawać, że sama nigdy nie pracowałam zawodowo. Zajmowałam się dziećmi, domem i wspieraniem kariery męża. Następne miesiące pamiętam jak zły sen. Sprzedaż domu, ogłoszenie bankructwa firmy, zakończenie prywatnych sesji terapeutycznych dla Jaśka. Druzgocąca mnie decyzja starszego Andrzeja, że nie wraca do Polski i żąda przekazania mu jego części spadku. Jakby było co dzielić. Nocami chodziłam po mieście. Aleje, Wolności, Kopernika, Popiełuszki, 7 Kamienic i Jasna Góra. Kilka kółek w ciągu nocy. Stawałam pod murami klasztoru z rękami w kieszeniach, zadzierałam głowę wysoko i mówiłam butnie do Boga, że jeśli tam jesteś...

I tak co noc, z lękiem, że jak czegoś nie wymyślę, jeśli nie dam rady, to polegnę. Moje życie skończy się definitywnie, myślałam. Łaziłam więc po ulicach, ale pod tymi murami to trochę jak po więziennym spacerniaku. Miesiąc, dwa, trzy. Marznąc, moknąc, umykając czasem przed obcym cieniem majaczącym za winklem. Aż zauważyłam, że jak tak chodzę, to coś mówię. Mamroczę raczej, szepczę pod nosem niewyraźnie. Szorstkie, surowe i niezgrabne słowa. I że jak tak chodzę wokół Jasnej Góry, to napełnia mnie spokój. I nie ulatnia się on, gdy nadchodzi świt. Nie jest iluzoryczny, wywołany nastrojem, emocją, imaginacją zbolałej głowy. To taki rodzaj błogości, która głębiej kryje pewność, że nie jestem sama. Bo na dobrą sprawę nigdy nie byłam. Jakaż to była ulga! Jaka oczywistość! Jestem przekonana, że doświadczyłam Bożego Miłosierdzia i wszystko, co się potem wydarzyło, jest tego konsekwencją. Daję sobie więc prawo do powtarzania, że miłosierdzie jest doświadczaniem dobra, na które się nie zasłużyło. Bo ja nie zasłużyłam, a doznałam.

Miłosierdzie jest jak miłość

– Mnie się wydaje, że Bożego Miłosierdzia doświadczamy codziennie i na wiele sposobów, tylko nie umiemy go czytać, rozpoznawać, identyfikować – mówi Paweł, właściciel małej firmy rodzinnej, który zasłynął kiedyś wśród znajomych przygarnięciem pod dach bezdomnego. Większość z nas postukała się w głowę, ale Marek uparł się i kilka lat później świadkował na ślubie Edka. – Mamy za to naturalną skłonność do naśladowania. Wielu z nas nosi przecież w sobie odruch czynienia dobra. Może nas tak mama wychowała, może ksiądz przypomniał z ambony, że czas Wielkiego Postu sprzyja czynom miłosierdzia, a może jednak jest to jakaś konsekwencja, że my na Jego „obraz i podobieństwo”. Bo jak to jest, że każdy spotkał w życiu choć jedną osobę, która wykonała wobec niego gest miłosierdzia. Zrobiła coś dobrego, szlachetnego, nic na tym nie zyskując.

Na operację mojego synka złożyli się ludzie, których nigdy na oczy nie widziałem. Musieliśmy go operować w Szwajcarii i zrobiliśmy to, nie mając grosza przy duszy. Po prostu prosiliśmy w Internecie o pomoc. Gdy zawaliła się ta kamienica w Świebodzicach, to ruszyło na pomoc pół Polski. Przecież nie musieli. Ludzie wsiadali w samochody i wieźli spod Gdańska czy Lublina koce, ubrania, kołdry i co tam jeszcze. To miłosierdzie przez małe „m” jest bezcenne. Ludzie mający nawyk pomagania innym czy to w hospicjum, czy wpłacając datek na cel dobroczynny, czy robiąc zakupy swojej zniedołężniałej sąsiadce, robią to, nie myśląc o powodach. Miłosierdzie zawsze jest odruchem serca – jak w miłości. To naturalne, szczere, niewymuszone zachowanie.

Pomagać – to jak oddychać

Anka, bohaterka mojego reportażu sprzed kilku lat, po ciężkiej chorobie nowotworowej została wolontariuszką w hospicjum. Promienna Anka, której uśmiech przynosi cierpiącym wyraźną ulgę, mówi o sobie, że jest uzależniona od niesienia pomocy. – Ciągle mam uczucie, że robię za mało. Że jak sobie zrobię wolne, wyrwę chwilę dla siebie, to ktoś drugi będzie cierpiał, nie da sobie rady, będzie myślał o śmierci, podda się. Dlatego muszę pomagać systematycznie. Pokazuje mi kalendarz zapisany maczkiem. Są w nim i szkolenie dla wolontariuszy, i specjalne rekolekcje, i wyjazd na dzień skupienia. I rząd imion ludzi, których odwiedzi w najbliższym tygodniu. Na poprzednich kartach przy niektórych – krzyżyki. – Miłosierdzie to dziwna rzecz – obdarowuje nie tylko tego, kto otrzymuje, ale także tego, który daje.

Marek twierdzi, że każdy chociaż raz w życiu komuś pomógł, każdy choć raz pomoc otrzymał. Tak to działa. Mądrzy mawiają, że zło jest jak bumerang. Zawsze wraca. Na szczęście dobro też. Tylko, że ono – w przeciwieństwie do zła – ze zwielokrotnioną siłą.

Tagi:
miłosierdzie

Miłosierne społeczeństwo

2018-04-10 09:45

Antoni Szymański, senator RP

fotolia.com

Niedziela 8 kwietnia, zwana w Kościele katolickim Niedzielą Miłosierdzia, zainaugurowała w Polsce Tydzień Miłosierdzia zatytułowany „Miłosierdzie źródłem wolności”.

Miłosierdzie jest jednym z kluczowych pojęć chrześcijańskich mających zastosowanie nie tylko na gruncie religijnym, ale również społecznym.

Miłosierdzie z jednej strony oznacza przebaczenie, darowanie win, skreślenie zapisu dłużnego, z drugiej zaś – przekazanie jakiegoś dobra potrzebującemu, okazanie wielkoduszności. Często konfrontujemy miłosierdzie ze sprawiedliwością, podkreślając, że doskonała miłość zawiera oba przymioty przy czym miłosierdzie dzierży prymat nad sprawiedliwością. Przykład tego prymatu dał sam Bóg, który miłosiernie odpuścił człowiekowi grzechy, posyłając Syna na krzyż, by poniósł za nas śmierć.

Jako ludzie, którym darowano winy za tak wysoką cenę, mamy w sobie pragnienie i powinność udzielania przebaczenia tym, którzy nam zawinili, a także niesienia ulgi w cierpieniach.

Idee te zostały uwypuklone przez katolickich hierarchów podczas obchodów tegorocznej Niedzieli Miłosierdzia. Papież Franciszek w Rzymie podkreślał, by nie zniechęcać się upadkami i czerpać radość z faktu, że Chrystus przebaczył nam winy. Wtórowali mu polscy biskupi w Krakowie-Łagiewnikach. Abp Marek Jędraszewski podkreślał: – Jakże ja mogę potępiać czy odwracać się od brata, choćby on wyrządził mi krzywdę? Bp Damian Muskus wskazał wartość pojednania z samym sobą, zaś kard. Stanisław Dziwisz zwrócił uwagę na wspólnotowy i społeczny charakter miłosierdzia: – Przeprowadzając rachunek sumienia musimy uczciwie powiedzieć, że niejednokrotnie daleko nam do ducha, który ożywiał pierwszych chrześcijan. (…) Każde pokolenie uczennic i uczniów Chrystusa powołane jest do składania mu świadectwa miłości Boga i bliźniego.

Nawiązując do ostatnich słów stawiam sobie pytanie w jaki sposób dzisiejsze pokolenie może włączać się w okazywanie czynnego miłosierdzia? Może to czynić osobiście, okazując konkretną pomoc w potrzebie bliskim, sąsiadom czy osobom dotkniętym przez los. Może czynić to w formie społecznościowej, uczestnicząc w różnorakich formach wolontariatu socjalnego, medycznego, senioralnego, hospicyjnego, parafialnego itp. Może również realizować miłosierdzie za pośrednictwem zrzeszeń i organizacji, wspierając je finansowo. Ta ostatnia forma stała się w ciągu ostatnich lat bardziej popularna miedzy innymi dzięki możliwości przeznaczenia 1proc. podatku na działanie wybranego przez siebie stowarzyszenia lub fundacji, posiadającej status organizacji pożytku publicznego.

Jak wykazują badania międzynarodowej firmy audytorskiej KPMG Polska (przeprowadzone w ubiegłym roku), swój 1 proc. na działalność organizacji pożytku publicznego przeznacza prawie 80 proc. Polaków. Jest to wartość wyższa o 4 punkty procentowe w porównaniu do poprzedniego roku. Liczba osób aktywnie zarządzających swoim „jednym procentem” rośnie z roku na rok i co ciekawe okazuje się, że nie jest prawdą, iż dostatek sprzyja egoizmowi. Badania wskazują, że im wyższy dochód netto tym większa chęć przekazywania pieniędzy. Warto też zauważyć, że niespełna trzy czwarte respondentów wybiera organizacje kierując się poleceniem lub prośbą znajomych i rodziny. Świadczy to o tym, że nie lubimy anonimowości. Wyborem losowym kieruje się tylko 14 proc. badanych zaś kampanie medialne stanowią inspirację zaledwie dla 13 proc.

Pouczająca jest analiza głównych powodów, dla których niektórzy Polacy nie decydują się na wsparcie jednym procentem żadnej organizacji pożytku publicznego. Na czele listy znajduje się brak zaufania w stosunku do organizacji (21 proc.) oraz przekonanie, że nasze działanie nic nie zmieni (15 proc.). 10 proc. twierdzi, że przekazywane środki są zagospodarowywane nieefektywnie. Te liczby oznaczają, że aby rozwinąć w Polsce wyobraźnię miłosierdzia, gros energii powinniśmy skierować na odbudowę zaufania społecznego i wiary w skuteczność zorganizowanego działania. Zdecydowanie potrzebujemy wzmocnienia przekonania o obywatelskiej sprawczości jednostki, gdy działa razem z innymi, nawet jeśli jej zaangażowanie nie wydaje się spektakularne.

W rozpoczętym w niedzielę Tygodniu Miłosierdzia zachęcam siebie i Czytelników, by zadać sobie pytanie: co przeszkadza nam w praktykowaniu miłosierdzia na gruncie społecznym? Czego brakuje polskiemu społeczeństwu, by można było nazwać je „społeczeństwem miłosiernym”? Aby zwiększyć motywację do praktykowania miłosierdzia, warto uświadomić sobie, że okazując wielkoduszność nawet w stosunku do osób nieżyczliwych, oszustów, nieuczciwych konkurentów czy politycznych adwersarzy, czynimy to niejako we własnym interesie. Jak wielokrotnie wspominał św. Jan Paweł II, miłosierdzie okazywane drugiemu jest korzyścią nie tylko dla tego, kto je otrzymuje, ale również dla samego udzielającego. Warto wreszcie zauważyć, że cnotą jest dawać, ale sztuką jest również dar przyjmować. To ostatnie wymaga pokory i nieraz może okazać się trudniejsze. Oby w roku świętowania 100-lecia niepodległości udało się nam odkryć, że miłosierdzie jest prawdziwie źródłem wolności.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Bp Dec: za mało czerpiemy z darów i łaski Ducha Świętego

2018-04-23 16:23

Ks. Daniel Marcinkiewicz

Ks. Daniel Marcinkiewicz

„Dzisiejszy świat, zaślepiony pogonią za nowoczesnością, techniką, ludzkim pięknem i szczęściem, za mało czerpie z darów i łaski Ducha Świętego” – mówił bp Ignacy Dec. Biskup świdnicki 23 kwietnia, przewodniczył uroczystej Mszy św. w kaplicy seminarium duchownego w Świdnicy na rozpoczęcie Ogólnopolskiej Konferencji Naukowej pt.: „Sakramentalne i poza sakramentalne działanie Ducha Świętego”.

Podczas homilii bp Dec podkreślał, że św. Wojciech całe życie działał w mocy Ducha Świętego i czuł się świadkiem Chrystusa, czerpiąc z darów i łaski płynącej od Boga.

„Święty Wojciech bardzo dokładnie wypełniał słowa Pana Jezusa powiedziane do pierwszych uczniów, aby działając w mocy Ducha Świętego być każdego dnia Jego świadkami” – mówił hierarcha.

Zwrócił także uwagę na fakt, że mało dzisiejszy człowiek docenia to, co miało miejsce w historii, i co zostało przekazane przez świadków Chrystusa. „Często musimy sobie uświadamiać, że tak wiele dobra pozostawili nam poprzednicy w wierze. Powinniśmy doceniać piękne dziedzictwo nam przekazane, dziedzictwo wiary. Nie możemy ulegać poprawności politycznej, poprawności medialnej, panującej opinii publicznej. Często musimy w naszym życiu iść pod prąd, aby podobać się Bogu, a nie ludziom” – podkreślał biskup świdnicki.

Ogólnopolska Konferencja Naukowa została zorganizowane przez Papieski Wydział Teologiczny we Wrocławiu oraz Wyższe Seminarium Duchowne Diecezji Świdnickiej.

Prelegentami konferencji, której przewodniczył ks. Marcin Dolak, ojciec duchowny WSD w Świdnicy, byli: ks. dr hab. prof. US Janusz Bujak (US Szczecin), który przedstawił temat: „Wybrane aspekty pneumonologii Kościoła Rzymskokatolickiego”; ks. prof. dr hab. Mariusz Rosik (PWT we Wrocławiu), który zaprezentował: „Duch Święty – źródło w głoszeniu Słowa Bożego”; ks. dr hab. Andrzej Kobyliński (UKSW Warszawa), wygłosił prelekcję pt.: „Uzielonoświątkowienie katolickich grup charyzmatycznych”; o. dr Dominik Jurczak OP (PIL Rzym), przedstawił: „Obecność Ducha Świętego w liturgii” oraz ks. dr hab. prof. UO Dariusz Krok (UO Opole) zaprezentowała temat: „Rola Ducha Świętego w przemianie/ uzdrowieniu człowieka z perspektywy psychologicznej”.

Ks. Daniel Marcinkiewicz

Uczestnicy sympozjum doszli do ważnych wniosków dotyczących sakramentalnego i poza sakramentalnego działania Ducha Świętego w życiu człowieka. Wysunięto postulaty, że należy zrobić wszystko, aby propagować działanie Ducha Świętego we wspólnotach i grupach parafialnych oraz by nauka o Duch Świętym, nie była zakłamywana, gdyż Tradycja Kościoła stwierdza, iż Duch Prawdy działa w sercu człowieka rozbudzając ów „zmysł wiary”, poprzez który, Lud Boży pod przewodnictwem świętego Urzędu Nauczycielskiego niezachwianie trwa przy wierze raz przekazanej świętym, wnika w nią głębiej z pomocą słusznego osądu i w sposób pełniejszy stosuje ją w życiu. Zauważono także, że otwarcie się na dary Ducha Świętego pozwala całej wspólnocie Kościoła żyć i realizować zadanie ewangelizowania wszystkich, bez wyjątku. Ponieważ język Ducha Świętego, język Ewangelii oznacza głoszenie i życie, jako pojednanie, przebaczenie, pokój, jedności i wzajemna miłości.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Przed historycznym szczytem: Kościoły w Korei modlą się o pokój

2018-04-24 18:17

ts / Seul (KAI)

Światowa Rada Kościołów w porozumieniu z Krajową Radą Kościołów w Korei (NCCK) zaapelowała do chrześcijan na całym świecie o modlitwę w intencji owocnego wyniku szczytu pokojowego między Koreą Południową i Północną. Zaproponowano, aby do czasu historycznego spotkania prezydentów: Korei Południowej - Moon Jae-ina i Północnej - Kim Dzong-una, pierwszego od ponad 10 lat spotkania na tym szczeblu szefów obu państw, wierni odmawiali każdego dnia w południe krótką modlitwę o pokój na Półwyspie Koreańskim.

ARCHIWUM KS. PAWŁA ZAWADZKIEGO SAC

Niech spotkanie na szczycie Północ-Południe przyniesie „pojednanie i pokój”, a także niech „zapoczątkuje nową erę pokojowego współżycia na Półwyspie Koreańskim”, czytamy w krótkim tekście modlitwy, umieszczonym również na stronie internetowej Światowej Rady Kościołów.

W intencji pokoju modlili się już w ubiegłym tygodniu przedstawiciele Kościołów członkowskich NCCK podczas nabożeństwa ekumenicznego w Seulu. W dniu, kiedy rozpocznie się konferencja, tzw. komitet zjednoczeniowy Rady Kościołów zamierza odwiedzić miejsce pamięci nieopodal Imjingak w pobliżu linii demarkacyjnej między obiema Koreami.

Spotkanie przywódców obu Korei odbędzie się 27 kwietnia w Panmundżomie, wsi położnej na linii demarkacyjnej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem