Reklama

Jestem od poczęcia

Duchowe usynowienie kapłana

2017-06-12 14:56

Witold Iwańczak
Niedziela Ogólnopolska 25/2017, str. 24-25

Magdalena Pijewska/Niedziela

Istniejące od 7 lat Dzieło Duchowej Adopcji Kapłanów ma na celu modlitewne wspieranie księży w ich niełatwej posłudze. Do tej pory modlitewną opieką czasową bądź stałą zostało objętych blisko 8,6 tys. kapłanów, a łączna liczba podjętych zobowiązań przekroczyła już 12,2 tys. Co miesiąc wpływa średnio ponad 200 zobowiązań – zarówno nowych, jak i przedłużeń już wcześniej podjętych

Kiedy w 2012 r. dowiedziałem się o DDAK, akcji zainicjowanej i prowadzonej przez młode świeckie osoby, byłem zachwycony. Znałem wówczas tylko jedną uznaną możliwość stałej modlitwy za kapłanów, którą był apostolat „Margaretka”, ale obejmował on 7 osób modlących się za danego księdza. Ta konieczność była kłopotliwa, bo coraz trudniej było znaleźć 6 osób, które przez 7 kolejnych dni w tygodniu – każda innego dnia – wspólnie modliłyby się za wybranego kapłana. Przystępując do akcji DDAK, mogę wspierać modlitewnie kapłanów na stałe (do końca życia) bądź przez wybrany dowolny okres – dni, tygodni, miesięcy, lat. Sam decyduję nie tylko o tym, na jaki czas podejmuję zobowiązanie, ale również sam wybieram modlitwy, którymi codziennie wspieram wybraną przez siebie osobę, która przyjęła sakrament święceń (diakona, prezbitera, biskupa). Kapłan może być objęty opieką wielu duchowych adopcji. Można się również modlić za kapłana, który już odszedł do Pana, aby wyprosić mu niebo.

Zasady adopcji

Podejmując się duchowej adopcji kapłana, zobowiązuję się do codziennej, wybranej przez siebie modlitwy. Każdego dnia może ona być inna. Jeśli spełniam ten warunek, adopcja jest ważna, a nawet jeśli zdarzy mi się z różnych przyczyn nie odmówić swojej modlitwy, powinienem na następny dzień dodatkowo zmówić modlitwy wynagradzające. Jest to dobrowolne zobowiązanie, dlatego niewypełnienie go „nie obciąża” grzechem. Niemniej jednak należy postępować roztropnie, bo przecież podjęcie takiego zobowiązania jest obietnicą w sumieniu składaną kapłanowi – w żadnym wypadku nie członkom DDAK. Zresztą w każdej chwili mogę zrezygnować z podjętego zobowiązania, ale koniecznie muszę o tym poinformować mailowo, bo wówczas może ktoś inny podejmie się dalszej adopcji kapłana, za którego się modliłem. Wymagana codzienna modlitwa przy duchowej adopcji jest niezbędnym minimum. Przy podjętym zobowiązaniu w DDAK zaleca się, aby dodatkowo w miarę indywidualnych możliwości co najmniej raz w miesiącu uczestniczyć we Mszy św. w intencji wybranego księdza czy zakonnika (wystarczy wzbudzić tę intencję w sercu); co najmniej raz w miesiącu odmówić Różaniec bądź jego cząstkę; co najmniej raz w miesiącu odmówić Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Zgłoszenie można wysłać w postaci formularza, który jest zamieszczony na stronie internetowej: ddak.wordpress.com/zgloszenie, lub mailowo na adres założycielki DDAK: sandra.kwiecien@gmail.com, podając wymagane informacje. Formularz automatycznie dopisuje wszystkie dane do bazy na stronie i również automatycznie wysyła informację o przystąpieniu do akcji. To oszczędza pracy członkom DDAK, którzy zaangażowali się w to dzieło z potrzeby serca, poświęcili swój czas i środki finansowe. W mailu należy podać:

• swoje imię i nazwisko

Reklama

• imię i nazwisko kapłana zgłaszanego do adopcji

• czas trwania zadeklarowanego zobowiązania z datą jego rozpoczęcia

• diecezję, w której posługuje kapłan

• informację o tym, czy adoptowany kapłan ma być powiadomiony, kto objął go opieką modlitewną, czy też nie.

Można też podać dane kontaktowe (adres bądź mail) kapłana, aby przyśpieszyć wysłanie powiadomienia. Osobom, które pragną podjąć zobowiązanie w tradycyjny sposób, proponuję wysłanie listu z wymaganymi danymi pod adresem redakcji „Niedzieli” (ul. 3 Maja 12, 42-200 Częstochowa), z dopisanym na kopercie moim nazwiskiem. Obiecuję, że wszystkie te zgłoszenia zarejestruję przez formularz na stronie DDAK, jeśli tylko w liście będą podane wszystkie wymagane informacje.

5 lat temu

Kiedy dowiedziałem się o inicjatywie wspierania modlitewnego księży i zakonników, razem z żoną zapoznaliśmy się z jej warunkami i wspólnie podjęliśmy się pierwszej adopcji. Słowo „adopcja” kojarzy się nam z rodziną i rodzicielstwem, czyli wzięciem odpowiedzialności za adoptowanego. To jest duchowe usynowienie kapłana, a we dwoje jest zdecydowanie łatwiej podołać takiemu zadaniu. Oboje pilnujemy codziennej wspólnej modlitwy i razem bądź indywidualnie uzupełniamy ją zalecanymi dodatkowymi modlitwami. Najtrudniejsze były początki, ale z czasem było łatwiej. Tym bardziej że modlitwa działa w obie strony. Okazało się, że my i nasze dzieci również otrzymujemy nieoczekiwane wsparcie w trudnych chwilach. Dzisiaj w sposób stały modlimy się za 6 księży i daje nam to dużo radości.

Dzieło DAK

DDAK rozszerza się nie tylko na Polskę, ale znane jest już na całym świecie. Wszystko dzięki Internetowi. Sandra Kwiecień, pomysłodawczyni akcji, w rozmowie ze mną podała, że obecnie ok. 6 proc. wszystkich adopcji podjęły osoby z zagranicy. Strona internetowa jest przetłumaczona na 5 obcych języków, przez co znacznie zwiększył się zasięg jej oddziaływania. Gdy pojawiły się wersje językowe strony internetowej, liczba adopcji z zagranicy wzrosła czasowo do ok. 10 proc. W Polsce na rok 2014 naliczono 31 tys. księży diecezjalnych i zakonnych, a od początku akcji adoptowano łącznie blisko 8,6 tys. kapłanów, w tym 78 biskupów i kardynałów oraz 2 papieży. Ojciec Święty Franciszek jest objęty opieką modlitewną aż 11 osób, które podjęły jego adopcję. Obecnie opieką modlitewną otoczonych jest ok. 5,3 tys. kapłanów w trwających prawie 7,4 tys. adopcjach. W przypadku adopcji stałej – po upływie 3-miesięcznego okresu przejściowego – może być wysłany do kapłana pamiątkowy dokument w postaci tzw. Karty Adopcyjnej. Dowiedziałem się od Sandry, że jest wiele osób, które włączyły się do akcji modlitewnej, kiedy usłyszały, że Dzieło DAK zostało zainicjowane i jest prowadzone wyłącznie przez katolików świeckich. Są wśród nich osoby wierzące, które odsunęły się od Kościoła i przestały korzystać z sakramentów, a po podjęciu się duchowej adopcji – powróciły. Przez ten czas 11 razy zdarzyło się, że kapłan zdecydowanie zareagował, aby go z tej akcji wyłączyć i usunąć jego dane z bazy. Przyczyny są różne, dlatego jest możliwość, aby na stronie internetowej było zamieszczone tylko imię kapłana, który został objęty duchową adopcją. Jeśli kapłan, w którego intencji chcemy podjąć modlitewne zobowiązanie, jest w trudnej sytuacji, to warto od razu przy zgłoszeniu poprosić, by jego nazwisko nie było umieszczane na stronie internetowej, a najlepiej (o ile to możliwe) skonsultować się z samym zainteresowanym.

Założyciele i współpracownicy DDAK

Dzieło Duchowej Adopcji Kapłanów istnieje od 2 lipca 2010 r. głównie za sprawą witryny internetowej: ddak.wordpress.com. Duchowymi opiekunami akcji są br. Artur Borkowski OFMCap, który przyjął na siebie obowiązki kapłana czuwającego nad Dziełem, oraz ks. Andrzej Demitrów, wikariusz biskupi ds. życia konsekrowanego (diecezja opolska), który wspiera akcję przez pomoc merytoryczną. Sandra Kwiecień, absolwentka teologii ogólnej na Uniwersytecie Śląskim, przyznała, że w ogóle nie planowała organizować niczego takiego, bo obawiała się zobowiązań. Jednak 2 lipca stało się coś niewytłumaczalnego. Były Słowo, rozmowa i nieodparta chęć działania. Sandra, nie wiedząc, jak się buduje strony internetowe, stworzyła tego dnia swoją pierwszą i najważniejszą witrynę internetową oraz napisała jej treść. Taka nowa strona musi się „rozpropagować” w sieci, aby była widoczna dla internautów, a tu, jakby wbrew logice i zasadom działania Internetu, po 3 godzinach odezwała się mailowo pierwsza osoba, która przyznała, że nie lubi księży, ale pomysł modlitwy za nich bardzo jej się podoba. Dziś przy DDAK współpracuje ze sobą 11 osób, choć główny ciężar codziennego prowadzenia akcji spada na 3 z nich. Mieszkają w różnych miejscach Polski: w Bytomiu, Gdańsku, Łodzi. Niektóre z tych osób nigdy się nie spotkały, ale łączy je wspólny cel. Odbierają kilkadziesiąt maili dziennie, wśród nich jest wiele pytań, na które cierpliwie odpowiadają; aktualizują stronę internetową; tłumaczą na obce języki; wymyślają nowe akcje w ramach DDAK; drukują i wysyłają ulotki reklamujące akcję; drukują i wysyłają (na życzenie podejmujących się stałej adopcji) Karty Adopcyjne do kapłanów; rejestrują wszelką pomoc od ludzi dobrej woli i wydatki związane z prowadzeniem dzieła, a przecież same borykają się z przeróżnymi problemami. Podziwiam ich determinację i wielką wiarę. Powinniśmy im pomóc w prowadzeniu tej inicjatywy, jak tylko potrafimy, a przede wszystkim przez duchową adopcję kapłana. Sandra podkreśla, że księża nie biorą się z kosmosu. To nasi koledzy ze szkoły, sąsiedzi. Są tacy jak my. Mamy takich kapłanów, jakich sobie wymodlimy, zatem dobrze, że są ludzie, którzy mają tego świadomość i odpowiadają na wezwanie do modlitwy.

Tagi:
kapłan kapłan kapłaństwo kapłani

Ks. dr Leon Czaja: Bycie tutaj to łaska

2018-02-16 17:21

Agnieszka Bugała

Dziś świętujemy 60. rocznicę święceń kapłańskich ks. dr. Leona Czai, wikariusza generalnego, wieloletniego kanclerza Kurii. Z tej okazji przypominamy rozmowę, którą dokładnie 10 lat temu, z okazji złotego jubileuszu kapłaństwa przeprowadziliśmy z Księdzem Jubilatem.

Ks. Rafał Kowalski

Tym, którzy przychodzą do wrocławskiej Kurii, wydaje się, że jest tam od zawsze. W ciszy pełni swe codzienne obowiązki. Ci, którzy go znają, mówią o poczuciu humoru, niezwykłej pamięci do anegdot, drobnych zdarzeń. Minęło 50 lat od chwili, gdy bp Andrzej Wronka wyświęcił go na kapłana. Z ks. dr. Leonem Czają, kanclerzem wrocławskiej Kurii, rozmawia Agnieszka Bugała

Ks. Rafał Kowalski

AGNIESZKA BUGAŁA: - Księże Kanclerzu, dzień święceń to nie był majowy, upalny dzień, ale środek lutego...

KS. DR LEON CZAJA: - Gdy kończyłem studia razem z moim kursem, w maju 1956 r., miałem zaledwie 21 lat i 4 miesiące. Byłem za młody nawet do diakonatu, mogłem go przyjąć dopiero w 1957 r., czyli blisko rok po studiach. Na kapłaństwo musiałem czekać do 1958 r. Przełożeni ustalili, że w najbliższą niedzielę po urodzinach, czyli po 10 lutego, przyjmę święcenia. Po prymicjach w mojej rodzinnej parafii, przy pięknej, surowej zimie, jechałem sankami 20 km do Bochni, aby wsiąść do pociągu i wrócić na wtorkową katechezę. Jako diakon uczyłem, nie mówiąc o tym, że nie jestem kapłanem. Kiedy spytano mnie w szkole jak spędziłem ostatki, powiedziałem, że zupełnie wyjątkowo, bo przyjąłem święcenia kapłańskie. Wywołało to konsternację w nauczycielskim gronie.

- Ale po święceniach nie było dekretu kierującego na parafię...

- Były studia rzymskie w czasie niezwykłym, bo podczas trwania soboru. Gdy wróciłem w 1967 r., zostałem wikariuszem w katedrze do 1970, a potem wszedłem w mury wrocławskiej kurii i jestem tu do dziś, czyli już 38 lat. To zdecydowanie ponad połowa życia. A jeśli do 75 roku życia tu dotrwam, to będę miał 40 lat kurii jak Izraelici pustyni.

- Duchowi mistrzowie?

- Wzrastałem u boku samych mistrzów. Najpierw był kard. Kominek, potem krótko bp Urban, przez 27 lat kard. Gulbinowicz. Bycie tutaj traktuję jako wyjątkową łaskę Pana Boga. Stawiane przez nich wymagania budzą wciąż nową energię, nowe siły.

- Gdzie widzi Ksiądz przekonanie, że kapłaństwo jest tą jedyną drogą?

- Wiele razy o tym myślałem, ale nie znajduję takiego punktu. Jak daleko sięgam w przeszłość, to właściwie nigdy nie wyobrażałem sobie innej drogi, jak tylko taką. Dziecięce, wiejskie zabawy, wielodzietna rodzina - nie chciałem inaczej. Gdy w 1951 r. przyszła matura, a był to rok szczególny, bo zetknęły się wtedy w gimnazjach dwie grupy: ostatni rok przedwojenny i pierwsze owoce powojennej jedenastolatki, w gimnazjum, do którego chodziłem w Bochni przystąpiło 230 osób. Po maturze zgłosiłem się do seminarium w Tarnowie. Przyjechałem, przedstawiłem się, ale okazało się, że rektor nie może mnie przyjąć, bo liczba kandydatów jest zbyt duża. Pozostały dwa wyjścia: albo Łódź, albo Wrocław. W 1951 r. o ziemiach zachodnich mówiło się w kategoriach dzikiego zachodu. Zgłosiłem się pisemnie do obu miast. Po czterech dniach przyszła odpowiedź z Wrocławia: proszę przyjechać. I tak to się rozpoczęło. Rektor Marcinkowski, Litwin, Wilnianin, był moim pierwszym, seminaryjnym mistrzem, a czas był szczególny, bo nie mieliśmy biskupa, aż do 1956 r. doświadczaliśmy głodu pasterza. Na wszystkie święcenia przyjeżdżali biskupi zapraszani z innych diecezji. Wiedzieliśmy, że tego nie przeskoczymy, zresztą, to nie było trwanie w próżni, przełożeni to wszystko dobrze nam tłumaczyli. Kiedy przyszedł kard. Kominek wszystko zaczęło się porządkować. To był czas, kiedy ubecja próbowała kler dzielić, niektórych udało się skaptować do pionu księży patriotów. Kard. Kominek podszedł do nich zupełnie inaczej. Na jednym ze spotkań powiedział: ja wam daję szansę na rehabilitację, znam waszą przeszłość, ale rozpoczynamy nowy odcinek.

- Ekstremalne warunki kapłańskiej formacji...

- Bojowe, ale w sumie nam, ludziom tamtego czasu, tamtego środowiska, było trochę łatwiej stanąć wobec aktualnego dzisiaj problemu lustracji. Kiedy przed dwoma laty „rzucono” się na lustrowanie duchowieństwa, to dla nas było jasne, że ten czy inny nie wytrzymał próby czasu, próby dziejów i trzeba podjąć próbę ukształtowania sobie postawy wobec tego, że wyłamał się z jedności. Tej specyficznej nauki udzielił nam kard. Kominek właśnie wtedy.

- Największy wpływ na kształtowanie kapłaństwa?

- Ludzie niezłomni. Do 1956 r. władze wygrały wszystko, co można było na tym terenie wygrać wobec Stolicy Apostolskiej. Zmusiły wikariusza kapitulnego wrocławskiego ks. Lagosza, żeby duchowieństwo poparło protest do Stolicy Apostolskiej. Większość z przełożonych i wykładowców seminaryjnych odmówiło udziału w proteście. W konsekwencji zostali zwolnieni z pracy i przeniesieni na parafie. Ale ci, którzy zajęli ich miejsce, byli ludźmi bez reszty oddanymi Kościołowi oraz nam, alumnom. Tworzyli klimat szczególny, wyjątkowy, podtrzymujący w nas entuzjazm i zapał. Mój rocznik był tym, który całą formację przeszedł w czasach ks. Lagosza. I przez następne lata nikt z tego rocznika nie wykruszył się z kapłańskiego stanu. To wydaje się niemożliwe, bo rzeczywistość naprawdę była trudna. Kiedy jechaliśmy do parafii naszego pochodzenia, księża przecież orientowali się, kto kieruje Kościołem we Wrocławiu. Byliśmy dyskredytowani z natury rzeczy. Mówiono, że pracujemy na medale dla swego ordynariusza, ks. Lagosza.

- W tym trudnym czasie przychodzili kapłani tacy, jak ks. Zienkiewicz...

- Ks. Zienkiewicz przyszedł na stanowisko rektora na fali czystek, kiedy rektor Marcinowski nie podpisał kolejnego protestu. Korzystałem z jego duchowego kierownictwa aż do momentu święceń, bo przecież jeszcze w 1958 r. ks. Zienkiewicz był rektorem seminarium.

Gdy wróciłem ze studiów, on był duszpasterzem akademickim, spotykałem go codziennie w stołówce. To był człowiek niebywałej prawości, niebywałej kultury ducha. Umiał nas podtrzymać w sytuacjach napiętych. Nie wygłaszał słów pustych, wszystkie płynęły z najgłębszych pokładów jego duszy. Człowiek modlitwy. Pod pewnym względem widziałbym analogię między Zienkiewiczem a późniejszym Janem Pawłem II.

- A spotkania z Janem Pawłem II?

- Najbardziej utkwiło mi to pierwsze, zresztą była to pierwsza jego wizyta we Wrocławiu, niedługo po tym, jak został krakowskim sufraganem. Bp Kominek zaprosił go na rekolekcje dla kapłanów. Informacje poszły w teren, zgłosiło się ponad 180 kapłanów, więc seminarium było wypełnione całkowicie. Ja byłem przydzielony bp Latuskowi do pomocy, stąd moja tam obecność. Wieczorem przychodzi Kominek do seminarium i mówi: Ja rozpocznę rekolekcje, bo Wojtyła się spóźnia i pewnie dziś też się spóźni. Rekolekcje się zaczęły. Przychodzi na portiernię młody człowiek, odziany w pelerynę z materiału imitującego koc i mówi: Przyjechałem na rekolekcje. Czy ksiądz jest zgłoszony? - pytam. Nie, ja się nie zgłosiłem. To będzie problem, bo seminarium mamy w stu procentach zajęte. A co się stało? - pyta zdziwiony. Bp Wojtyła ma prowadzić rekolekcje i przyjechało ponad 180 księży. A cóż to takiego Wojtyła? - mówi. Nie znam, odpowiadam, ale tak wygląda sytuacja. To mamy wrócić do domu? - pyta. A z daleka ksiądz przyjechał? Tak wyglądała nasza rozmowa. I oczywiście przy prośbie o podanie imienia i nazwiska usłyszałem Karol Wojtyła. To było pierwsze spotkanie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Upór, pycha, samowystarczalność to przeszkody, które człowiek stawia Panu Bogu

2018-02-22 16:48

RV / Ariccia (KAI)

Dziś piąty dzień rekolekcji, które papież Franciszek wraz ze swoimi współpracownikami odprawia w domu ojców paulistów w Aricci pod Rzymem. Wczoraj po południu wysłuchali siódmej medytacji przygotowanej przez ks. Josè Tolentino Mendonҫa. Kontynuując temat pragnienia, podkreślił, że to nasze duchowe ubóstwo jest miejscem szczególnej troski Jezusa, a wielką przeszkodą stawianą przez człowieka Bogu nie jest nasza słabość, ale upór i samowystarczalność.

Foto Vatican Media

Papieski rekolekcjonista przestrzegł, że Kościół nie może się izolować, ale powinien się uczyć, być ciągle w drodze. Istnieje bowiem ryzyko, że innym będzie wyznaczał trudną drogę do pokonania, a sam pozostanie w miejscu. Trzeba być uważnym, aby ten stan siedzenia nie stał się stanem duchowym, wewnętrzną atrofią.

Dlatego nasze życie duchowe powinniśmy przeżywać we wspólnocie, a studnią, z której będziemy czerpać, jest konkretne życie wewnętrzne, zranione przez różne przeżycia i braki.

„Człowieczeństwo, nasze i innych, które staramy się przyjąć i przygarnąć, jest człowieczeństwem, które Jezus naprawdę obejmuje, ponieważ z miłością pochyla się nad naszą rzeczywistością, nad naszym idealnym obrazem samych siebie, który sami sobie tworzymy. Tajemnica Wcielenia Syna Bożego ukazuje nam nieideologiczną, konkretną wizję życia” – powiedział ks. Tolentino.

Pogłębiając temat pragnienia, ks. Tolentino zauważył, iż dzięki niemu stajemy się bardziej ludzcy, a ono samo pomaga nam budować życie „duchowego dojrzewania”. Pomaga nam wyzbyć się wyobrażeń o rzeczach idealnych oraz błędnego postrzegania rzeczywistości.

„Wielką przeszkodą, jaką stawiamy Panu Bogu nie jest kruchość czy niemoc, ale upór i sztywność. Nie słabość i uniżenie, ale przeciwnie: pycha, samowystarczalność i samousprawiedliwienie, izolacja, przemoc, psychoza władzy. Siła, której naprawdę potrzebujemy, łaska, która jest nam niezbędna, nie jest nasza, ale Chrystusa” – powiedział papieski rekolekcjonista.

Natomiast w dzisiejszej porannej medytacji papieski rekolekcjonista odwołał się do przypowieści o synu marnotrawnym. Zaznaczył, iż jednym z wielkich niebezpieczeństw na drodze duchowej jest postrzeganie rzeczywistości poprzez własne „ja”, jakby ono było początkiem i końcem wszystkiego. Ukazuje ona także trudności w relacjach z innymi oraz delikatność braterskich więzów.

„Tak naprawdę nie nosimy w naszym wnętrzu tylko rzeczy dobrych, zharmonizowanych, jasnych. Nosimy w sobie wiele rzeczy niejasnych, niewyjaśnionych, wręcz patologicznych, niezliczone ilości nici do połączenia, jesteśmy małostkowi. Są w nas strefy cierpienia, miejsca, które wymagają pojednania, pamięć, którą trzeba pozostawić Bogu do uleczenia” – stwierdził portugalski kapłan.

Zdaniem ks. Tolentino nasze czasy są zdominowane przez „dryfujące pragnienia”, które wzbudzają w nas łatwy osąd, niezadowolenie, hedonizm. A to prowadzi do konsumizmu, który sprawia, że czujemy się zadowoleni, pełni. Ale ta sytość, którą otrzymujemy dzięki konsumizmowi, jest więzieniem pragnienia.

Kontynuując interpretację przypowieści o synu marnotrawnym, portugalski kapłan zauważył, że pragnienie wolności, które miał młodszy syn, doprowadziło go do „błędnych kroków”, natomiast jego starszy brat miał „chore oczekiwania”.

„To są te same «chore oczekiwania», które z taką łatwością przenikają i nas: trudność w braterskim życiu, roszczenie sobie prawa do wpływania na decyzje ojca, brak radości z dobra czynionego przez drugiego. Wszystko to stwarza w nim ukryty resentyment i niezdolność wejścia w logikę miłosierdzia” – mówił ks. Tolentino.

Papieski rekolekcjonista zwrócił następnie uwagę na inne niebezpieczeństwo, o którym mówi przypowieść. Jest nim zazdrość, która jest patologią pragnienia, brakiem miłości, bezpłodnym i nieszczęśliwym roszczeniem. Jej przeciwieństwem jest wdzięczność, „która tworzy i przebudowuje świat”.

Przeciwieństwem zachowań braci jest postawa Ojca, pełnego miłosierdzia. Nie jest ono czymś, na co zasłużyliśmy, ale jest współczuciem, dobrem, przebaczeniem; jest „dawaniem bardziej, więcej, jest wychodzeniem ponad”; jest nadmiarem miłości, która leczy rany. Wiara w Boga jest więc wiarą w miłosierdzie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Modlitwa lekarzy i za lekarzy

2018-02-23 19:09

AKW

Bp Andrzej Przybylski w koncelebrze z ks. inf. Marianem Mikołajczykiem odprawił 23 lutego 2018 r. w Kaplicy Cudownego Obrazu na Jasnej Górze Mszę św. dla lekarzy zrzeszonych w częstochowskim Oddziale Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy Polskich. Pielgrzymka, odbywająca się w okresie Wielkiego Postu, miała swoją specyfikę, bo jak zauważył na wstępie bp Przybylski, pielgrzymując w tym szczególnym czasie, chcemy uczyć się od Maryi bliskości Krzyża i Jej bliskości wobec Syna, który „w swoim człowieczeństwie wchodzi na drogę cierpienia i umierania”.

Anna Wyszyńska

– Módlmy się za środowisko lekarzy, którzy często stają wobec ludzi cierpiących, chorych, umierających – mówił Biskup. – Módlmy się za tych tutaj obecnych i tych nieobecnych, by całe środowisko lekarzy chciało w swojej pokorze uczyć się od Jezusa i jego Matki Maryi tego towarzyszenia ludziom. Dziękujmy za każdego lekarz, którego Bóg postawił na naszej drodze życia, bo wszyscy byliśmy, jesteśmy, albo będziemy pacjentami. Będziemy bardzo potrzebowali dobroci i służby lekarza.

Bp Andrzej Przybylski zauważył, że Chrystus występuje w Ewangelii najczęściej w roli lekarza, bardzo skutecznego lekarza, do którego przychodzili ludzie z różnymi schorzeniami, a on dotykał ich i leczył. – Każdy lekarz powinien być blisko Jezusa, aby od niego nauczyć się medycznej sztuki, nie tyle technik medycznych, nowoczesnych sposobów leczenia, nowych środków farmaceutycznych, ale czegoś dużo ważniejszego – odniesienia do człowieka chorego – kontynuował Biskup.

Nauczycielką lekarzy jest również Maryja, która „do końca towarzyszyła cierpieniu swojego Syna. Od niej możemy się nauczyć odpowiedzialnej bliskości, czyli tego, by nie zostawiać pacjenta cierpiącego, nawet wtedy, gdy medycyna zawodzi, nie skutkuje już żadna terapia”.

Bp Przybylski zauważył, że „środowisko lekarskie czasem gubi drogi Jezusa, Jezusową naukę i Jezusową moralność”. Nawiązując do sprawy eutanazji podkreślił, że „nie wolno śmierci zadawać”, ale nie wolno też jej przeszkadzać stosując, czasem pod naciskiem rodziny pacjenta, tzw. uporczywą terapię. – Mądry lekarz wie, i w swojej mądrości potrafi ocenić, że śmierci mu zadać nie wolno, ale śmierci czasem nie powinien przeszkadzać, ale spokojnie i bez niekoniecznego bólu towarzyszyć umieraniu – mówił bp Andrzej Przybylski.

Na zakończenie Mszy św. lekarze odnowili Akt Zawierzenia Maryi Polskich Lekarzy Katolickich, oddając w jej ręce swoje powołanie i swoją pracę, ślubując otoczenie troską każdego człowieka od jego poczęcie aż do naturalnej śmierci. Akt odczytała dr n. med. Wanda Terlecka, prezes Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy Katolickich w Polsce.

Anna Wyszyńska
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem