Reklama

Biały Kruk 2

Mam głowę pełną nowych melodii

2017-07-05 09:47

Rozmawia Artur Stelmasiak
Niedziela Ogólnopolska 28/2017, str. 20-21

Artur Stelmasiak
Ks. prał. Wiesław Kądzielą

Z ks. prał. Wiesławem Kądzielą – autorem słynnych pieśni religijnych, m.in. „Panie dobry jak chleb”, kompozytorem wielu pieśni do słów bp. Józefa Zawitkowskiego, członkiem redakcji Mszy św. radiowej nadawanej co tydzień z bazyliki świętego Krzyża w Warszawie przez Program I Polskiego Radia – rozmawia Artur Stelmasiak

ARTUR STELMASIAK: – Ile Ksiądz skomponował pieśni sakralnych?

KS. PRAŁ. WIESŁAW KĄDZIELA: – Jest tego ponad setka.

– Wśród nich prawdziwym hitem jest „Panie dobry jak chleb”. Ale nie wszyscy wiedzą, że to Ksiądz skomponował „Panie, zmiłuj się nad nami”, które zostało wykonane setki milionów razy. Zapytam więc przewrotnie: Czy Ksiądz jest bogaty?

– (Śmiech) Rozbawił mnie Pan tym pytaniem. Mój dziadek, który nauczył mnie śpiewania i miłości do muzyki, często powtarzał słowa św. Pawła: „Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują”.

– Czyli Ksiądz dopiero czeka na wynagrodzenie?

– Ja to robię z miłości do Pana Boga i Kościoła. Ta miłość jest również moim bogactwem, którego nikt mi nie zabierze. Zostałem obdarzony łaską i korzystam z niej jako człowiek, chrześcijanin i ksiądz.

– A antyklerykałowie mówią, że księża wszystko robią dla pieniędzy i uciskają bidny lud. Ksiądz jest zaprzeczeniem tej tezy, bo na rynku komercyjnym mógłby być milionerem.

– (Śmiech) Żadnych tantiem nie pobieram i bardzo się z tego cieszę. Radość sprawia mi sam fakt, że moje pieśni są śpiewane i przybliżają ludzi do Pana Boga. To dla mnie najlepsza zapłata. Od lat współpracuję z bp. Józefem Zawitkowskim, który pisze teksty za darmo. Razem stwierdziliśmy, że są w Kościele ważne tematy i wydarzenia, które trzeba ośpiewać.

– Ksiądz komponował, ale także prowadził śpiew podczas wszystkich pielgrzymek św. Jana Pawła II w Warszawie. A jak Ksiądz pamięta wybór kard. Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową?

– Wtedy byłem w seminarium i doskonale pamiętam naszą wielką radość. Tak szaleliśmy, że urwaliśmy jedyny czynny dzwon w naszym kościele.

– (Śmiech) A co Ksiądz robił w seminarium 6 lat po swoich święceniach kapłańskich?

– W swojej jedynej parafii – pw. św. Anny w Wilanowie posługiwałem przez 2 lata, a później wola władzy była inna. I jak ponownie trafiłem w 1974 r. do seminarium, to już tu zostałem.

– Uziemili Księdza?

– W pewnym sensie można tak powiedzieć. Doskonale pamiętam swoją rozmowę z prymasem Polski kard. Stefanem Wyszyńskim. Zapytał mnie, jak wyobrażam sobie swoją dalszą pracę duszpasterską. Odpowiedziałem, że moje powołanie wyrosło w duszpasterstwie młodzieży i najlepiej czuję się w pracy z młodzieżą. Prymas powiedział wówczas: – Synku, skończyłeś studia muzyczne i co by było, gdyby biskup zażądał od ciebie czegoś innego niż praca w duszpasterstwie młodzieży? Odpowiedziałem, że niech się dzieje wola nieba... (śmiech).

– Nadal pracował więc Ksiądz z młodzieżą...

– Zostałem prefektem kleryków oraz uczyłem ich muzyki i śpiewu. Oprócz tego zająłem się duszpasterstwem lektorów. Ponowne przyjście do seminarium było pięknym czasem, bo byłem niewiele starszy od kleryków i bardzo dobrze ich rozumiałem. Do tej pory mam kontakt z młodzieżą i nadal zajmuję się formacją lektorów w archidiecezji warszawskiej.

– Prymas Wyszyński był synem organisty. Czy znał się na muzyce i doceniał jej rolę w Kościele?

– Oczywiście, że tak. Dlatego posłał mnie do seminarium, abym zajmował się m.in. formacją muzyczną przyszłych kapłanów. Pamiętam, jak w 1978 r. śpiewaliśmy w katedrze po łacinie ciemne Jutrznie podczas Triduum Paschalnego. Prymas pochwalił nas, że śpiewaliśmy bardzo dobrze, ale wziął mnie na rozmowę. Powiedział wówczas, że idą nowe czasy i za rok mamy zaśpiewać jutrznie w języku polskim. Kazał mi jechać do benedyktyna o. Placyda Galińskiego, który tłumaczył teksty liturgiczne. Ja miałem napisać do nich muzykę.

– Dziękuję Księdzu, że przynajmniej Litania do Wszystkich Świętych podczas święceń kapłańskich w archikatedrze warszawskiej nadal jest śpiewana po łacinie. Język łaciński, moim zdaniem, o wiele bardziej pasuje do uroczystości i oddaje powagę chwili. Taka litania jest bardziej majestatyczna, a i tak każdy wszystko rozumie bez tłumaczenia.

– Cieszę się, że są ludzie, którzy to doceniają. Sami klerycy proszą mnie, aby ta szczególna modlitwa była śpiewana po łacinie. Oni leżą krzyżem na ziemi, a my modlimy się za nich tak samo, jak modlono się przed wiekami.

– Z których utworów jest Ksiądz najbardziej dumny?

– Z pieśni maryjnych: „Błogosławiona jesteś, Maryjo” i utworu, który napisałem dla Matki Bożej Ostrobramskiej – „O, Miłosierna z Ostrej Bramy”.

– Kiedy Ksiądz zaczął komponować?

– Komponowałem już wcześniej, gdy byłem na studiach muzycznych, i później jako kleryk. Niektóre moje pieśni z tego okresu nadal są wykonywane. Powstały wówczas m.in.: wspomniana pieśń „Błogosławiona jesteś, Maryjo”, pieśń wielkanocna „Zmartwychpowstał Pan prawdziwie” i adwentowa „Oto Pan przybywa”. Wówczas też powstała moja kompilacja Hymnu o miłości św. Pawła „Przykazanie nowe daję wam”.

– Ale wrócę do pieśni „Panie dobry jak chleb”, która obchodzi swoje 30. urodziny. Ta pieśń istnieje dla mnie od zawsze, bo właśnie w 1987 r. uczyłem się jej przed przystąpieniem do I Komunii św. Ona bardzo weszła w liturgię i świadomość polskiego Kościoła. Rozmawiałem ostatnio z osobą, która twierdziła, że pieśni tej uczyła się przed swoją I Komunią św. w 1980 r.

– Też słyszałem takie opowieści. Najlepiej mój dorobek muzyczny oraz dorobek liturgiczny ks. Jana Miazka podsumowali klerycy, gdy zostaliśmy honorowymi kapelanami Ojca Świętego. Podczas laudacji alumni powiedzieli, że jest to wyróżnienie dla ks. Miazka za to, że był ceremoniarzem podczas wprowadzenia Cudownego Obrazu Matki Bożej w 1382 r. na Jasną Górę. A ja zostałem doceniony za muzykę do Bogurodzicy, której słowa napisał bp Zawitkowski. Dzięki temu Polacy zwyciężyli pod Grunwaldem... (śmiech).

– A jak się zaczęła współpraca z ks. Józefem Zawitkowskim i jak trafiliście obaj do redakcji Mszy św. radiowych w kościele świętego Krzyża?

– Z ks. Zawitkowskim poznaliśmy się w latach 70. ubiegłego wieku, kiedy to organizowaliśmy, wówczas nielegalnie, obozy dla lektorów z archidiecezji warszawskiej. Gdy komuniści w 1980 r. zgodzili się na Msze św. radiowe, to kard. Wyszyński skierował mnie, abym zajął się oprawą muzyczną. Z tamtego starego składu redakcji zostałem dziś tylko ja.

– Pieśni religijne w okresie PRL-u miały wielką moc. Były silniejsze od słowa mówionego i towarzyszyły ludziom w trudnych chwilach.

– Tak. Szczególnie pieśni z okresu XIX-wiecznych powstań narodowych. Ale przypomnę, że na prośbę bp. Władysława Miziołka dopisałem 3. zwrotkę do pieśni „Boże, coś Polskę”, a cenzura się nie zorientowała. Nie zgadzano się na drukowanie w śpiewniku słów „Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie”, a ludzie i tak je śpiewali. Zakaz obejmował też słowa innej pieśni: „My chcemy Boga w książce, w szkole”. Tej zwrotki nie można było drukować i oficjalnie śpiewać.

– A czy cenzura interweniowała podczas Mszy św. radiowych?

– Często musieliśmy się tłumaczyć, co dziś wydaje się zabawne. Pamiętam, że mieli pretensje np. o słowa „Słuchaj, Jezu, jak Cię błaga lud/ słuchaj, słuchaj, uczyń z nami cud”. To była prawdziwa walka na słowa.

– Ostatnio wspólnie z innymi tygodnikami wydaliśmy śpiewniki na Boże Ciało. Czy takie akcje są potrzebne, czy Polacy śpiewają i potrafią śpiewać?

– Bardzo potrzebne, bo część ludzi nie zna tekstów i kultura śpiewania zanika. Kiedyś muzyka była bardziej rozpowszechniona. Dziś jest coraz więcej ludzi, którzy tylko słuchają, ale sami się nie angażują. Umiejętność śpiewania drastycznie zanika. Słyszę to często przez okno w nocy, gdy pijani ludzie wydzierają się na Krakowskim Przedmieściu. Najprostszego „Sto lat” nie potrafią zaśpiewać, aż uszy bolą.

– Ja w pracy dziennikarskiej rozmawiam z ludźmi, obserwuję rzeczywistość i ją opisuję, czasami komentuję. Ale to mi się wydaje proste w porównaniu z pisaniem muzyki, to dla mnie zupełna alchemia. Jak powstaje muzyka?

– Czytam tekst i staram się wejść w jego nastrój, a muzyka sama przychodzi. Mam głowę pełną melodii, które są jeszcze niewykorzystane. Dzięki mojemu dziadkowi mam w głowie bardzo dużo muzyki ludowej z okolic Opoczna. Ta muzyka wychodziła z kościołów. Ich melodia opowiada o świecie mistycyzmu i pobożności. Ja po prostu pielęgnuję i odtwarzam klimaty muzyczne, które wryły się w moje serce.

– Czy prawdziwą muzykę sakralną może napisać człowiek niewierzący?

– Chyba nie. Oczywiście, niewierzący może skomponować muzykę poprawną warsztatowo, ale byłaby ona daleka od tego, co jest istotą muzyki sakralnej. Trzeba żyć sacrum, aby tworzyć muzykę, która będzie ludzi prowadzić do Boga.

– Podczas naszej rozmowy przypomniałem sobie, że w tej samej seminaryjnej rozmównicy przeprowadziłem wywiad z ks. prof. Ryszardem Rumiankiem, rektorem UKSW, który zginął 10 kwietnia 2010 r. pod Smoleńskiem...

– Był moim kolegą seminaryjnym.

– I moim uśmiechniętym profesorem, którego wszyscy moi znajomi ciepło wspominają.

– Ja teraz mieszkam w mieszkaniu po Ryśku... On przeczuwał, że coś może się stać. Był dumny, że prezydent go zaprosił, ale jednocześnie bardzo się bał tej podróży. Chyba był przygotowany na najgorsze, bo przed wylotem 10 kwietnia zostawił na biurku swój testament... (Długa cisza). Dwa lata później okazało się, że jego ciało zostało zamienione.

– Przez te siedem lat sporo pisałem na ten temat i często zadaję sobie pytania o przyczyny oraz sens tej gigantycznej tragedii. Na pokładzie było wiele osób, które miałem zaszczyt osobiście poznać. Wiem, że trzeba zrobić wszystko, aby przyczyny tej katastrofy zostały wyjaśnione, bo naszego zaniechania nie wybaczą nam następne pokolenia. Dla nich ten dzisiejszy jazgot będzie zupełnie niezrozumiały. Jeden z warszawskich księży profesorów powiedział mi, że katastrofę trzeba wyjaśnić, bo inaczej czeka nas „narodowe skundlenie”.

– Niestety, już jesteśmy po części skundleni... Ratunkiem jest dla nas modlitwa.

Tagi:
wywiad rozmowa

Prymas Polski: mamy problem z wolnością

2018-07-11 10:58

rozmawiał Tomasz Królak / Warszawa (KAI)

Mamy w Polsce kłopot z właściwą realizacją wolności, to znaczy twórczym działaniem na rzecz wspólnego dobra - ocenia w rozmowie z KAI abp Wojciech Polak. Prymas Polski wyraził nadzieję, że pozytywnym przemianom w naszym życiu publicznym sprzyjać będzie wrześniowy Zjazd Gnieźnieński, który jest forum otwartej, wolnej dyskusji o teraźniejszości.

Episkopat.news

Abp Wojciech Polak: – Myślę, że Zjazd Gnieźnieński skierowany jest nie tylko do Kościoła. Można mówi, że, owszem, Kościół ma ważną rolę w wychowywaniu ludzi do pełni wolności, do jej dobrego zagospodarowywania, natomiast temat Zjazdu jest szerszy. Dotyczy on realizacji ludzkiej wolności we wszystkich wymiarach, nie tylko w ściśle religijnym (choć ten może być fundamentalny) ale też społecznym i w wymiarze „poszerzonej” ojczyzny, czyli w wymiarze europejskim. Jesteśmy bowiem wezwani do tego, by tę wolność zagospodarować na różnych polach. Stąd też refleksja zjazdowa jest tak polifoniczna. Nie dotyczy tylko jakiegoś jednego, wybranego obszaru, ale jest bardzo szeroka: od zagadnień życia społecznego, kościelnego aż do realizacji wolności w rodzinie, poprzez dialog z drugim człowiekiem, w relacjach sąsiedzkich itp.

KAI: Tegoroczny Zjazd odbędzie się na krótko przed obchodami 100. rocznicy odzyskania niepodległości. Możemy mieć nadzieję, że spotkanie w Gnieźnie wpłynie na relacje polsko-polskie, byśmy przeżyli tę rocznicę wspólnie i ponad podziałami?
– Mam nadzieję, że Zjazd, który odbędzie się na niecałe dwa miesiące przed centralnymi obchodami niepodległości odegra taką rolę. Trzeba przy tym dodać, że cały bieżący rok obfituje w różne rocznicowe wydarzenia, choćby czerwcowe Święto Dziękczynienia w Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie będące dziękczynieniem Kościoła za wolność.
Ale, rzeczywiście, mam nadzieję, że wrześniowy Zjazd może stanowić rodzaj duchowego zaplecza do dobrego przeżywania centralnych obchodów 100-lecia niepodległości.

- Tegoroczny Zjazd to idealna okazja ku temu, by natchnąć polityków do nowego stylu uprawiania polityki. To wydaje się może abstrakcyjne i nieosiągalne, ale przecież aktorzy naszej sceny politycznej odwołują się do chrześcijańskich korzeni Polski i Europy.

- – Myślę, że jest na to duża szansa. Oczywiście, ważniejsze wydaje się to, co wydarzy się pomiędzy uczestnikami zjazdu, a dodajmy, że główni wykładowcy i panelistami są osoby o różnych wrażliwościach społecznych i politycznych. Jeżeli pomimo tego wszyscy oni przyjeżdżają na wydarzenie, na którym odwołujemy się do chrześcijańskiego depozytu wartości, to mam nadzieję, że może to być ważny krok naprzód. Wszyscy liczymy na to, że będzie to twórczy dialog i początek budowy płaszczyzny pojednania, zrozumienia i polsko-polskiego dialogu.
Oczywiście tymi osobami nie są politycy zaangażowani w bieżące działania (choć są wyjątki, np. min. Konrad Szymański). Niewątpliwie natomiast Zjazd podejmie refleksję nad tym, z czego te bieżące działania wyrastają oraz w jakim kierunku prowadzą.

- A czy Zjazd nie powinien stać się miejscem spotkania głównych polskich polityków? Czy nie byłoby szczególna wartością, gdyby właśnie na tym forum mogli podyskutować ze sobą Andrzej Duda i Donald Tusk?

- – Za każdym razem organizatorzy Zjazdów Gnieźnieńskich zabiegają o obecność czołowych polityków i przypomnę, że w Gnieźnie gościło z tej okazji kilku polskich prezydentów. Problem polega na tym, że różne międzynarodowe wydarzenia niekiedy utrudniają politykom możliwość przyjazdu do Gniezna. Na szczęście obecny będzie prezydent Andrzej Duda, który tuż potem leci na forum ONZ, natomiast napięty kalendarz wydarzeń uniemożliwił przybycie Donaldowi Tuskowi.
Niemniej chcę zwrócić uwagę, że i tak będą obecni bardzo ważni przedstawiciele życia społecznego, publicznego, kościelnego. Stąd moja nadzieja, że wydarzenie poprawi relacje społeczne i polityczne w Polsce.

- A dlaczego właściwie te relacje wyglądają dziś tak słabo? Dlaczego, pomimo powoływania się na te same wartości, nasze spory są tak zajadłe i skoncentrowane na pognębieniu przeciwnika?

- – Trudno powiedzieć. Może to sprawa naszych emocji związanych z nazbyt intensywnym przeżywaniem rzeczywistości? Może decyduje to, że każdy ma swoje polityczne interesy? Dlatego nigdy dość zachęt do tego, byśmy odwoływali się do dobra wspólnego i przypominania, że możemy je osiągnąć jedynie poprzez dialog i rozmowę.
Myślę, że także w tym roku rozmowa będzie ciekawa i różnorodna. Oprócz 4 wykładów mamy 7 paneli i aż 22 warsztaty. Spotkania warsztatowe dotyczą bardzo różnych zagadnień i umożliwiają odbywanie prawdziwego dialogu a nie tylko teoretyzowanie na jego temat. To jest konkret. Tyle możemy i powinniśmy robić.
Zjazd Gnieźnieński nie pretenduje do tego, by być jedyną płaszczyzną dialogu Polaków, ale niewątpliwie pozostaje ważną okolicznością do wykorzystania: zarówno z uwagi na sporą już tradycję oraz starania organizatorów, by ich tematyka bardzo mocno wpisywała się w rzeczywistość, w której żyjemy. To jest otwarta, wolna dyskusja o teraźniejszości. Może w niej wziąć udział każdy i poczuć się czynnym współgospodarzem tego wydarzenia. Liczę na to, że Zjazd będzie prawdziwy dialogiem, że każdy będzie mógł wejść w interakcję i wypowiedzieć własne oczekiwania, niepokoje i nadzieje.

- Czy my, Polacy, mamy kłopot z zagospodarowaniem wolności?

- – Tak, mamy kłopot z jej twórczą realizacją. Bo wszystko zależy od tego, co będziemy rozumieć pod pojęciem wolności: czy wolność to tylko brak ograniczeń i poczucie, że nikt nas nie naciska czy też rozumiemy ją jako twórcze działanie na rzecz wspólnego dobra. Z tym drugim, właściwym rozumieniem wolności, mamy problem. Nie zawsze mamy świadomość, że moja wolność realizuje się zawsze w odniesieniu do innych. Nikt nie jest wolny dlatego, że jest jednostką odizolowaną od innych, ale że współtworzy rzeczywistość, w której żyje. I z tym mamy problem. Potrzebujemy namysłu i odwagi do twórczego realizowania wolności. A także zdolności do dialogu i przekonywania siebie nazwaniem do szukania i wytyczania czy odczytywania najlepszych dróg prowadzących nas do wspólnego dobra. Myślę, że jest to bardzo poważne zadanie.

- Czy dostrzega Ksiądz Prymas wpływ dotychczasowych Zjazdów na polską przestrzeń publiczną, a więc rzeczywistość szerszą niż Kościół?

- – Wydaje mi się, że ważniejsze od oddziaływania na przestrzeń publiczną jest zmiana ludzi. Na Zjazd przyjeżdża wiele osób chcących się podzielić swoimi doświadczeniami i poglądami. Największą wartością tych zgromadzeń jest to, że kształtują świadomość i mentalność. Jeżeli ludzie będą wyjeżdżać ze Zjazdów Gnieźnieńskich z większą świadomością, z większym zaangażowaniem i przekonaniem do realizowania wartościowych idei i pomysłów, to także nasza przestrzeń publiczna będzie stopniowo zmieniać się na lepsze.
*** XI Zjazd Gnieźnieński odbędzie się w dniach 21-23 września pod hasłem "Europa ludzi wolnych. Inspirująca moc chrześcijaństwa".
Zjazdy Gnieźnieńskie organizuje metropolita gnieźnieński Prymas Polski wraz z Fundacją św. Wojciecha Adalberta i kilkunastoma polskimi organizacjami katolickimi i chrześcijańskimi. Ich obecna formuła, realizowana w formie chrześcijańskich kongresów, jest odpowiedzią na apel św. Jana Pawła II z Gniezna (1997), aby Europa była wspólnotą ducha.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Rzym: młodzież z całego świata zaapelowała o pokój

2018-07-16 17:44

azr (KAI) / Rzym

Ponad 1000 młodych ludzi z 24 krajów Europy i świata przyjechało w miniony weekend do Rzymu w ramach dorocznego spotkania ruchu Młodzi dla Pokoju (Giovani per la Pace), związanego ze Wspólnotą Sant’Egidio. Wspólnie modlili się o pokój i jedność dla świata. Zapowiedzieli też, że ich przyszłoroczne międzynarodowe spotkanie odbędzie się w Polsce.

Fotolia.com/ ILYA AKINSHIN

„Globalna przyjaźń dla wspólnego życia w pokoju” – to hasło spotkania, które zgromadziło w Rzymie młodych ludzi z 24 krajów. Są oni związani ze Wspólnotą Sant’Egidio, która w tym roku świętuje 50-lecie powstania. Wśród uczestników spotkania, oprócz Europejczyków, byli m.in. młodzi ludzie z Syrii, Libanu, a także krajów azjatyckich i Ameryki Łacińskiej. Odbyła się m.in. wspólna modlitwa i apel o przywrócenie pokoju i sprawiedliwości na świecie, co młodzi ludzie popierali własnym świadectwem.

Jednym z nich był Andrej Volkov, młody Rosjanin, który na początku spotkania publicznie zwrócił się do ukraińskiej młodzieży. - Przybywamy z krajów pogrążonych we wzajemnej wojnie, ale nasza przyjaźń pokona każdą propagandę. W mediach społecznościowych zachęcamy się nawzajem, by dalej działać na rzecz pokoju i karmić nadzieję tak, aby stawała się dla nas stylem życia. Nie traćmy nadziei ani ani odwagi, ale módlmy się wspólnie - mówił.

Uczestnicy spotkania odwiedzali w Rzymie miejsca związane z działalnością Wspólnoty Sant’Egidio, m.in. Sanktuarium Nowych Męczenników w bazylice pw. św. Bartłomieja, jadłodajnię, szkołę języka włoskiego i figurę Bezdomnego Jezusa. W niedzielę rano modlili się wspólnie w Mazuoleum w Grotach Ardeatyńskich, na przemieściach Rzymu, w miejscu, w którym w 1944 r. dokonano masowego mordu 335 Włochów i Żydów. Młodzież modliła się w tym miejscu, aby antysemityzm, rasizm, ani żadne formy wykluczenia społecznego nie powodowały konfliktów w Europie ani na innych kontynentach. Odczytano też apel młodzieży o pokój między narodami.

Przyszłoroczne spotkanie, jak zapowiedział przewodniczący Wspólnoty Sant’Egidio Marco Impagliazzo, odbędzie się w Oświęcimiu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Z Maryją jestem bezpieczna

2018-07-16 19:29

Justyna Walicka | Archidiecezja Krakowska

Najświętsza Maryja Panna z Góry Karmel, Której wspomnienie liturgiczne dziś obchodzimy, bardziej może znana jako Matka Boża Szkaplerzna, szczególnie czczona jest wśród karmelitów, a Jej łaskami słynący obraz znajduje się w Czernej koło Krzeszowic. Szkaplerzem, oprócz wierzchniej części ubioru zakonnego, nazywany także szatę Maryi, którą każdy świecki może przyjąć, oddając się tym samym pod opiekę Matki Bożej. Oczywiście, jeśli tylko chce. Szkaplerz nosili wielcy święci: Jan Maria Vianney, Alfons Maria Liguori, Jan Bosco. Nosił go także św. Jan Paweł II.

Piotr Marcińczak

Obietnice

Dość dobrze znane są przywileje przysługujące tym, którzy przyjmą szkaplerz. Maryja obiecała im szczególną opiekę i ochronę w trudnych chwilach doczesnego życia oraz dobrą śmierć i zachowanie od wiecznego potępienia. Druga z powyższych obietnic w XV w. nabrała kształtu tzw. przywileju sobotniego. Wierzymy, że Matka Boża uwalnia duszę zmarłego, noszącego szkaplerz, z mąk czyśćcowych w pierwszą sobotę po jego śmierci.

Warto podkreślić także, że przyjmujący szkaplerz otrzymują udział we wszystkich dobrach duchowych Zakonu Karmelitańskiego, a więc Mszach św., modlitwach, postach, dobrych uczynkach oraz mogą uzyskać odpust zupełny w dniu wpisania do bractwa szkaplerznego, a także w niektóre święta karmelitańskie: wspomnienie św. Szymona Stocka (16 maja), uroczystość Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel (16 lipca), święto proroka Eliasza (20 lipca), święto św. Teresy od Dzieciątka Jezus (1 października), uroczystość św. Teresy od Jezusa (15 października), święto Wszystkich Świętych Zakonu Karmelitańskiego (14 listopada) oraz w uroczystość św. Jana od Krzyża (14 grudnia). Osoba przyjmując szkaplerz zobowiązuje się do noszenia go na co dzień oraz odmawiania wybranej modlitwy zawierzenia Maryi, np. „Pod Twoją obronę".

Szkaplerz to nie talizman

Trzeba jednak pamiętać, co mocno podkreślają ojcowie karmelici, że nie należy traktować szkaplerza w sposób magiczny, a więc jako zaczarowany przedmiot, który wystarczy zawsze mieć przy sobie, a on zapewni nam szczęście na ziemi i uchroni od piekła po śmierci. Żeby bowiem mieć udział we wszystkich wymienionych powyżej łaskach i obietnicach, trzeba w życiu trwać przy najważniejszym i pierwszym ze wszystkich szkaplerznych „obowiązków". Jest nim gorliwe i szczere naśladowanie Maryi we wszystkich Jej cnotach. Ponieważ przynależność do Matki Bożej i miłość do Niej wyrażać się powinna przede wszystkim w gotowości do kształtowania w sobie Jej cnót, m.in.: pokory, zawierzenia woli Bożej oraz cnocie czystości według stanu. Łaska Boża bowiem wydaje owoce w życiu człowieka tylko przy jego współpracy i szczerej woli, a nie wbrew niemu lub pomimo jego obojętności. A szkaplerz jest łaską.

Dla dzieci i dla grzeszników także

Szkaplerz można nabyć i uroczyście przyjąć każdego dnia u karmelitów w Czernej. Warto jednak wiedzieć, że o ile nałożenia szkaplerza musi dokonać kapłan o tyle nie musi on być karmelitą. Może to zrobić każdy diecezjalny ksiądz, byle zgodnie z przyjętą przez Kościół formułą. Szkaplerz można nakładać także małym dzieciom, jeszcze nieświadomym tego wielkiego znaku, jako formę obrony przed złem, a nawet umierającym grzesznikom, którzy jednak wyrażą wolę przyjęcia go na łożu śmierci.

Maryja nie pozwala mi o sobie zapomnieć

Jakub nosi szkaplerz od 20 lat. - Zafascynowałem się tym, że Maryja obiecała szczególnie chronić noszących szkaplerz. Chciałem mieć w tym udział. Przyjąłem szkaplerz i teraz tego doświadczam. Szkaplerz to jest szata Maryi, Jej godność, a także łaska. Tak to rozumiem. Jest on także znakiem przynależności do Maryi, która trwa całe życie. Bo my możemy pobłądzić, ale Ona jest wierna zawsze. I zawsze dotrzymuje tego, co obiecała, choć nigdy wbrew woli człowieka - opowiada Jakub. - Codziennie odmawiam modlitwę szkaplerzną „Pod Twoją obronę". Maryja nie pozwala mi o sobie zapomnieć - dodaje. - Kiedy patrzę na te 20 lat ze szkaplerzem, to widzę jasno, jak moja relacja z Matką Bożą rozwijała się i ewoluowała. Widzę jak Ona się mną opiekuje, dyskretnie, ale konsekwentnie. I wyraźnie doświadczam, że prawdziwe zbliżanie się do Maryi zawsze jest zbliżaniem się do Chrystusa.

Nie mogę teraz umrzeć

Maria przyjęła szkaplerz na rekolekcjach w wieku 15 lat, po tym jak usłyszała o szczególnej opiece Matki Bożej dla noszących Jej znak i zapragnęła go mieć. Opowiada, że przez cały ten czas nosiła tradycyjną formę szkaplerza, ale kilka lat temu wymieniła go na medalik, który jest o wiele wygodniejszą formą. Maria, dziś młoda mężatka, wspomina także wypadek samochodowy, który przeżyła. - Pamiętam doskonale, że kiedy całe życie przelatywało mi przed oczami, było tam m.in. wspomnienie noszonego przeze mnie szkaplerza. I pamiętam taką myśl w mojej głowie „noszę szkaplerz i Maryja ma mnie w opiece, więc nie mogę teraz umrzeć, bo nie zdążyłam iść do spowiedzi..." i rzeczywiście przeżyłam. Wiem, że uratowała mnie Matka Boża - podkreśla.

Kiedy pytam ją jakie znaczenie na co dzień ma dla niej szkaplerz, odpowiada z uśmiechem: - To jest forma mojej walki o niebo. Sama nie dam rady się tam dostać, bo jestem jako człowiek zbyt słaba. Potrzebuję pomocy, a jaką lepszą pomoc mogę sobie wyobrazić niż tę od Matki Bożej? Czuję się z Nią bezpieczna.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem