Reklama

BETEL - Zakupy z sercem - Rahel Kebebe Tshay

Nasze „nie przeminęło z wiatrem”

2017-07-05 09:47

Rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 28/2017, str. 36-37

Dominik Różański
Dr Barbara Fedyszak-Radziejowska Socjolog i etnograf. Pracuje w Instytucie Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN oraz na Wydziale Administracji i Nauk Społecznych Politechniki Warszawskiej

O trudnym, ale koniecznym budowaniu wspólnoty – z dr Barbarą Fedyszak-Radziejowską rozmawia Wiesława Lewandowska

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Po katastrofie smoleńskiej z biegiem czasu zaczął narastać bardzo ostry podział między Polakami. Część elit stara się narzucić narrację: mamy dość tego Smoleńska, „sekty smoleńskiej” i politycznego wykorzystywania wypadku lotniczego, a comiesięczne spotkania modlitewne na Krakowskim Przedmieściu są dziś kontestowane w sposób agresywny, pozaprawny. Czy to, co wydarzyło się 10 kwietnia 2010 r. pod Smoleńskiem, nie stało się źródłem nowej społecznej traumy?

DR BARBARA FEDYSZAK-RADZIEJOWSKA: – Historię o przyczynach naszych obecnych podziałów i związanej z nimi narodowej traumy można zakończyć na stanie wojennym. Jednak katastrofa smoleńska – wydarzenie skrajnie traumatyczne – chociaż nie stworzyła nowych podziałów, to jednak przywróciła te stare. Ci, którzy w 2010 r. sprawowali władzę, skorzystali ze starych, agresywnych epitetów. W środowisku obrażanych niebywale wzrosło poczucie krzywdy i upokorzenia. A emocje wokół prowadzonych obecnie ekshumacji ofiar katastrofy wyraźnie pokazują, jak trwale dzielimy się wedle kryterium stosunku do wschodniego sąsiada oraz naszej suwerenności.

– To znaczy?

– Przyjmuję do wiadomości, że są w Polsce takie grupy i środowiska – mówię tu o wyborcach, nie o politykach – które dla własnego spokoju uwierzyły i nadal chcą wierzyć we wszystkie oficjalne raporty zarówno MAK, jak i komisji Millera. Ta wygodna łatwowierność jest – chcę to bardzo wyraźnie podkreślić – owocem raczej traumy niż braku rozumu. Ci ludzie bronią się przed kolejną traumą, więc nie przyjmują do wiadomości, że okoliczności katastrofy mogą być inne niż oficjalnie podawane, że możliwe jest także intencjonalne działanie. Co więcej, nie chcą zauważyć tego, co pokazują także dzisiejsze ekshumacje – że polskie państwo zostało intencjonalnie upokorzone.

– Jednakże w pierwszym odruchu Polacy chcieli przeżywać żałobę w jak największej wspólnocie, a politycy mówili nawet o odbudowaniu przyjaźni polsko-rosyjskiej „na tej krwi”...

– Mimo wspólnotowego odruchu ostatecznie pozwoliliśmy, by to tragiczne wydarzenie zostało wpisane w stary i wciąż obowiązujący podział. Trauma sprawia, że więcej w tym manipulacji niż racjonalnego wyboru.

– To wina rządzących wtedy polityków?

– Przykro mi, ale tak. Jednak przypominam, że źródła tego podziału – tak bardzo zaostrzonego po smoleńskiej tragedii – tkwią znacznie głębiej. Dramatyczny poziom emocji wyzwolonych po 10 kwietnia 2010 r. to powód, by po dobrze postawionej diagnozie przejść do poszukiwania możliwości i sposobu odbudowania wspólnoty mimo wszystko. Zachowując własną ocenę tego, co się stało, szanując opinie innych, zdobywając wiedzę, nie rehabilitując tych, którzy zawiedli – należy zacząć wychodzić z posmoleńskiej traumy i szukać spotkania mimo zastarzałych podziałów.

– W jaki sposób? Jak zainicjować ten, chyba coraz bardziej niewykonalny, proces godzenia się Polaków?

– To naprawdę zależy od każdego z nas, niekoniecznie od polityków. Musimy poznać i zrozumieć siebie, własne słabości, tragiczne doświadczenia i traumę towarzyszącą podziałom. W rozumieniu najnowszej historii znakomicie pomaga nam Instytut Pamięci Narodowej, wciąż niedoceniany, a nawet zwalczany. Co też ilustruje wagę problemu.

– Jedna ze stron uważa wręcz, że IPN rozjątrza polsko-polskie spory i należałoby go zamknąć, i dopiero wtedy można by myśleć o realnej wspólnocie narodowej.

– Nic bardziej mylnego! Przysypywanie źródeł traumy jedynie pogłębia jej objawy. Co więcej, służy jednej stronie, przyzwyczajonej do posiadania władzy nad Polakami. Sądzę jednak, że Polacy już nie zrezygnują z dochodzenia do prawdziwej opowieści o polskich obywatelach, którzy w ekstremalnie trudnych okolicznościach sowieckiej obecności próbowali za wszelką cenę uratować suwerenność i demokrację w swoim państwie. Nie udało się, bo przewaga komunistycznej władzy była ogromna, także w 1970, 1976 i 1981 r. Ale to doświadczenie sprawia, że jesteśmy w stanie – nawet bez podpowiedzi polityków – odnaleźć się we wspólnocie. Sondaże pokazują, że nasze poczucie narodowej tożsamości jest bardzo silne.

– Dlaczego w takim razie słyszymy opinie, że tak nie jest, że nasz naród jako wspólnota jest niezdolny do sensownych i konsekwentnych działań?

– Elity władzy – w PRL-u z całą pewnością, ale czasami zastanawiam się, dlaczego także w III RP – wmawiały nam, że jako naród jesteśmy do niczego, co powodowało zaniżone poczucie własnej wartości Polaków, nazywane potocznie kompleksami. Tymczasem sondaże w latach 90. XX wieku i na początku XXI wieku pokazywały, że zaniżone poczucie własnej wartości było realnym problemem. A niska samoocena sprawia, że jesteśmy bardziej podatni na reklamę, manipulację, na polityczną presję. Dzisiaj sondaże pokazują, że cenimy się bardziej, częściej bywamy dumni z siebie i nie wstydzimy się polskości. A to dobra podstawa do budowania wspólnotowej tożsamości. Zacznijmy się więc wreszcie wzajemnie szanować i wierzyć, że jest możliwe wyjście z tego traumatycznego podziału, w którym dzieci, wnuki, prawnuki i praprawnuki ofiar i katów czują się przymuszone do wzajemnej nienawiści i pogardy.

– Czy to możliwe, skoro zostaliśmy doprowadzeni do takiego stanu, że często nawet w swoich domach nie potrafimy i nie chcemy rozmawiać o sprawach dotyczących wspólnoty, państwa, Polski?

– Nie wiem, czy możliwe, ale na pewno konieczne. Po prostu zacznijmy! Zacznijmy uczciwie o tym rozmawiać, nawet jeśli nie zawsze się ze sobą zgadzamy. Ale rzecz najważniejsza: innym językiem! Takim, w którym nie ma obelżywych epitetów, poczucia wyższości budowanego na inwektywach. Mogę mieć komuś za złe, że np. sympatyzuje z ludźmi, którzy wprowadzili stan wojenny, ale powinnam starać się go przekonać, że prędzej czy później będzie musiał się odnaleźć w świecie wartości, w którym wprowadzanie stanu wojennego przeciwko społeczeństwu nie jest akceptowane, a gen. Jaruzelski nie jest bohaterem. To będzie początek budowania wspólnoty.

– Jak daleko nam do tego początku?

– To jeszcze trochę potrwa. Sondaże CBOS pokazują, jak wolno zmieniają się nasze opinie; w 1996 r. decyzję wprowadzenia stanu wojennego uznało za słuszną 54 proc. badanych, w 2016 już tylko (?!) 41 proc. W 1996 r. za niesłuszną uznało ją 30 proc., a w 2016 aż (?!) 35 proc. respondentów. Proces dochodzenia do wspólnoty trwa, może tylko zbyt wolno.

– Można go przyspieszyć?

– Naprawdę liczę tu przede wszystkim na moich rodaków! Wszyscy mamy chyba już dosyć tego języka, który sprawia, że zawsze część z nas musi się czuć gorzej – albo dlatego, że jest „moherowa”, albo dlatego, że przynależy do „resortowych dzieci”. Jak ufać sobie, gdy jedni mają nas za zdrajców, a inni za głupców? Nie lękajmy się! Być może początek będzie trudny, ale musimy dać radę, bo naprawdę nie mamy wyjścia.

– Kto powinien zacząć ten – jak się nam dziś wydaje – karkołomnie trudny proces społeczny?

– Ci, którzy wiedzą, jak ważne są w dzisiejszej Rzeczypospolitej – i przede wszystkim w tym miejscu Europy – dobro wspólne i silna wspólnota. Nie zachowujmy się więc tak, jakby Polska była wyspą na oceanie, jakby nie miała niezbyt życzliwych sąsiadów, którzy cieszą się z naszych wewnętrznych sporów, podsycają nasze traumy i na różne sposoby wspomagają rozpad wspólnoty. W relacjach zarówno z silnymi państwami w UE, jak i ze wschodnim sąsiadem podział i tkwienie w traumie i wzajemnej nienawiści zbyt nas osłabiają, byśmy mogli sobie na to pozwolić. Bo na pewno grozi to, wcześniej czy późnej, realnym osłabieniem naszej suwerenności.

– Niestety, jedna strona podziału, czyli tzw. totalna opozycja, wydaje się mieć za nic tego rodzaju zagrożenie.

– Powiem radykalnie: musi być tak, że bez względu na to, kto wybrał panią premier Beatę Szydło, dzisiaj, gdy to ona reprezentuje nasze interesy, wszyscy powinni ją wspierać. Nie ma dyskusji – jest NASZYM premierem. Dyskutujmy o rozwiązaniach i projektach, nie podważając tej oczywistej zasady. Jak inni dbajmy o swoje – polskie interesy i dobro wspólne!

– To oczywiście apel do totalnej opozycji.

– Raczej do jej wyborców, bo to oni mogą wywierać presję na „swoich” polityków. Zdaję sobie sprawę, że rzucam grochem o ścianę, jednak wierzę w mądrość naszych rodaków i ich zdolność do kontrolowania władzy wedle faktów i wartości, a nie medialnych manipulacji. Jeśli premier wzywa nas do niepłacenia abonamentu na publiczne (czyli nasze wspólne!) radio i telewizję, to obywatele państwa lekceważą takie wezwanie i nadal opłacają abonament.

– Ale to wezwanie premiera Tuska zostało spełnione! Przez całe lata Polacy jednak słuchali tego rodzaju rad. Dlaczego?

– Dlatego, że w atmosferze rozognionych emocji podzielono nas na „lepszych”, bo ufają np. Donaldowi Tuskowi, i „gorszych”, którzy ufają np. Jarosławowi Kaczyńskiemu. Bo uwierzyliśmy, także prawicowym publicystom, że kapitał nie ma narodowości, a to, co prywatne, jest zawsze (!) lepsze niż publiczne czy państwowe.

– Tę oryginalną klasyfikację należy chyba przypisać rządom PO-PSL, które niezwykle mocno przypieczętowały polsko-polski podział?

– Zaciekłość w walce politycznej rzadko grzeszy rozumem. Wystarczyło odrzucić epitety i zostawić prawdziwy podział na zwolenników liberalnej gospodarki rynkowej oraz zwolenników strategii odpowiedzialnego rozwoju, czyli większego zaangażowania państwa w gospodarkę, a także – przede wszystkim – dopuścić merytoryczną, poważną dyskusję między tymi poglądami. W większości państw tak to właśnie działa. Sporo się jeszcze w Polsce musi zmienić, ale nawet na tych różnicach, które obecnie nas dzielą, da się zbudować sprawną demokrację i wspólnotę. Zbyt wiele nam się udało, by tracić w tej sprawie nadzieję.

– Czy można jednak wyobrazić sobie dziś Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska zasiadających do wspólnototwórczej debaty?

– Sądzę, że ze względów osobistych – z powodu traumy 2010 r. – akurat między tymi dwoma politykami jest to tak trudne, iż prawie niemożliwe, aczkolwiek niczego nie można przecież absolutnie wykluczyć... Wierzę natomiast, że w obu formacjach pozostających dziś w zajadłym sporze są ludzie, którzy potrafiliby się spotkać i rzeczowo rozmawiać. W tym miejscu Europy musimy się tego nauczyć.

– Przedstawiciele elit obecnej opozycji często mówią, że narodowa zgoda byłaby możliwa jedynie wtedy, gdybyśmy unieważnili nasze najważniejsze pytania – o historię i kształt przyszłości, zaś lud mówi – warunkiem zgody jest „odpolitycznienie” dosłownie wszystkiego, chciałby polityków wypędzić z państwa...

– Powiedziałabym, że jedni i drudzy uciekają przed zrozumieniem istoty problemu. Wspólnota musi mieć tożsamość społeczną, musi umieć odpowiedzieć sobie na pytanie, kim jest i kim chce być. Pamięć o przeszłości jest fundamentem tożsamości, a człowiek, który nie wie, kim jest, i cierpi na amnezję, rzadko daje sobie radę w życiu bez pomocy i opieki innych. Ci natomiast, którzy mówią, że politycy są źródłem wszelkiego zła, zdają się nie rozumieć, że demokracja bez polityków i partii politycznych jest niemożliwa.

– A może przydałby się dziś jakiś wielki autorytet, nauczyciel, przewodnik, któremu Polacy by zaufali? Z drugiej strony, przecież jeszcze całkiem niedawno mieliśmy Jana Pawła II, którego wszyscy tak kochali, a nie bardzo chcieli słuchać...

– A może tak po prostu – wszyscy powinniśmy zacząć więcej wymagać od siebie i od innych? Od elity opiniotwórczej – czyli od tych, którzy publicznie debatują i uczą, od nauczycieli, polityków, ekspertów, dziennikarzy – wymagajmy znacznie większej odpowiedzialności. Ale przede wszystkim: zacznijmy od rozmów wśród bliskich, w rodzinach – rozmawiajmy spokojnie o ważnych sprawach!

– Ktoś musiałby o to zaapelować, wytłumaczyć... Kto, skoro elity opiniotwórcze w większości tkwią po tej drugiej stronie lustra?

– Ale po tej naszej stronie lustra mamy też wielu poetów, pisarzy, mamy czasopisma, np. katolickie tygodniki, które nigdy nie używają epitetów. Mamy Kościół, wiarę i wspólnoty parafialne, które są ważną częścią naszego społeczeństwa. A z twórcami i artystami jest tak, że oni też potrzebują czasu, by zauważyć, iż wokół są potencjalni widzowie i czytelnicy, którzy czekają na tego typu przekaz. Może wreszcie ktoś napisze nasze polskie „Przeminęło z wiatrem”?

Pierwsza część rozmowy, pt. „Polska wojna secesyjna”, ukazała się w poprzednim numerze „Niedzieli”.

Tagi:
polityka

Amerykański jastrząb pokoju

2018-06-19 11:34

Tomasz Winiarski
Niedziela Ogólnopolska 25/2018, str. 12-13

Historyczny szczyt Trump-Kim w Singapurze stał się faktem. Zdaniem wielu, to przełomowy moment w dziejach ludzkości, a szczególnie w relacjach na linii Waszyngton-Pjongjang. Pokojowy Nobel dla prezydenta Donalda Trumpa wisi w powietrzu. Otwarte pozostaje jednak pytanie, czy spotkanie realnie przełoży się na zapewnienie pokoju na Półwyspie Koreańskim.
Co tak naprawdę uzgodnili najkrwawszy dyktator na świecie oraz przywódca wolnego świata?

FORUM/REUTERS/Jonathan Ernst
Donald Trump i Kim Dzong Un na szczycie w Singapurze, 12 czerwca 2018 r.

Prezydent USA Ronald Reagan w trakcie swojej przemowy inauguracyjnej wypowiedział następujące słowa: „Pokój jest najwyższym celem narodu amerykańskiego. Będziemy dla niego negocjować, poświęcać się, ale nie poddamy się dla niego ani teraz, ani nigdy. Jesteśmy Amerykanami!”. Był styczeń 1981 r. Ameryka zmieniała swoją doktrynę polityki zagranicznej. Od teraz miała się ona opierać na zasadzie „pokoju poprzez siłę”. Po słabo ocenianej kadencji ustępliwego Jimmy’ego Cartera w Białym Domu zasiadł wreszcie prawdziwy amerykański jastrząb. Dekadę później Związek Sowiecki przestał istnieć, co dla wielu stało się potwierdzeniem słuszności strategii obranej przez Waszyngton. Ronald Reagan wierzył w to, że silna i nowoczesna armia daje Ameryce lepszą pozycję negocjacyjną. Stanowi najlepsze wsparcie dyplomacji, bo zmusza wrogów, by zasiedli przy stole i chcieli rozmawiać na zasadach i warunkach Waszyngtonu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Jan Chrzciciel - wakacje!

Ks. Adam Galek
Niedziela w Chicago 26/2006

Bożena Sztajner/Niedziela

Już od najmłodszych lat 24 czerwca, święto Jana Chrzciciela kojarzy mi się z utęsknionymi wakacjami. Powiązanie przeżywania czasu wakacji ze świętem Narodzenia Jana Chrzciciela wzmacniane było oczekiwaniem na zbieranie jagód i owoców, wczesnych czereśni, których nie wolno było zrywać przed Janem. Być może dużo było przy tym różnych zwyczajów pochodzących jeszcze z czasów pogańskich, ale chrześcijaństwo przecież przyjmowało wiele kulturowych zwyczajów i interpretowało je według zamysłu Chrystusowego. To, co prowadzi do prawdziwego Boga i uszlachetnia człowieka nie musi być traktowane jako zabobon albo magia. Poświęcanie wianków witych z różnych ziół na zakończenie oktawy Bożego Ciała to wyraz łączenia religijności ludowej z chrześcijańskimi rytuałami. W niektórych regionach Polski do dzisiaj obchodzone są zwyczaje puszczania wianków na wodę i szukanie kwiatu paproci, zakwitajacego tylko w tę jedną świętojańską noc. Noc świętojańska stała się również częścią chrześcijańskiego święta, kiedy zwracano się w modlitwach i prośbach do św. Jana Chrzciciela, aby pobłogosławił wodę, w której można było się kąpać bez obawy dopiero „po świętym Janie”. Cała przyroda zdawała się wyczekiwać tego błogosławieństwa i poświęcenia przez św. Jana Chrzciciela. Człowiek mógł się czuć wtedy bezpiecznie, kiedy obchodził święto Jana Chrzciciela, które przynosiło radość wszelkiemu stworzeniu, żyjącemu we wspaniałej harmonii. Niewątpliwie rzec można, była to owa tęsknota za utraconym rajem, to znaczy za wspaniałą symbiozą i wzajemnym wspomaganiem rzeczy niebieskich i ziemskich. Owa tęsknota kazała z radością oczekiwać święta Narodzenia Jana Chrzciciela, po którym przychodziły upragnione wakacje. Był to radosny czas, kiedy zabrzmiał w uszach ostatni dzwonek, a głos nauczycielki oznajmiał przejście do następnej klasy, albo zakończenie szkoły i pójście w daleki, nieznany świat na dalsze nauki.
W większości szkół podstawowych druga połowa czerwca była już czasem wolnym od nauki. Kalendarz na wsi odmierzany był wtedy tylko niedzielami i świętami oraz odpustami w okolicznych parafiach. Pierwsze wakacyjne święto, podczas którego, według wierzeń i ludowych rytuałów, Jan Chrzciciel poświęcał wszystko, a szczególnie bujnie rozwijającą się przyrodę. Otwierał czas wakacji, czas wolności. Przez swoją duchową obecność usuwał lęk i chronił przed niebezpieczeństwami. Miał do tego prawo, bo Bóg wybrał go, aby przygotował drogę dla Jezusa. Do tego zadania przygotował go Bóg kierując na pustynię i żywiąc dzikim miodem oraz szarańczą. Trudna do życia pustynia Judzka, a później rzeka Jordan, kształtowały osobowość Świętego. Przebywanie na pustyni wyrobiło u Jana twardy charakter ascety i człowieka, który poświęcił swoje życie wyłącznie Bogu. Wybrany już w łonie matki Elżbiety na wysłannika przygotowującego drogę Panu, zapowiedziany jako dziecię dane w późnej starości Zachariaszowi, Jan od wczesnych lat wszedł w Bożą przestrzeń wypełnienia proroctw o Mesjaszu. Dlatego u Jana Chrzciciela oddanie Bogu całego swojego jestestwa było czymś naturalnym i wynikało z jego posłannictwa. Sprawy Boże były u niego zawsze na pierwszym miejscu. Może dlatego w zwyczajach obchodzonych z racji święta Jana Chrzciciela podkreślano również ten wymiar jego osobowości, a mianowicie oddanie najpierw chwały Bogu we wszystkich czynnościach ludzkiego życia. Ten wymiar widać w dawnych zwyczajach ludzi zbierających leśne owoce. Pierwszą zerwaną jagodę darowali oni najpierw Bogu i Jego świętym, rzucając ją przez głowę jako znak ofiary. Przy tej czynności czyniono jednocześnie znak krzyża i odmawiano modlitwę na cześć Trójcy Świętej. Zwyczaj ten nawiązywał do Starego Testamentu, w którym składano Bogu ofiary dziękczynienia z pierwocin płodów ziemi. W zachowanym zwyczaju podkreślano, że najpierw należało oddać cześć Bogu i Jemu za wszystko dziękować. Obrzęd ten wykonywano zawsze po święcie Jana Chrzciciela, często po procesjach zwanych obchodem pól, podczas których modlono się o dobre urodzaje. Był to wyraz naśladowania postawy Jana Chrzciciela, o którym Jezus powiedział, że nad Jana nie powstał nikt większy zrodzony z niewiasty. Postawa Jan Chrzciciela jest godna naśladowania przez każdego chrześcijanina, bo prowadzi do uwielbienia Boga we wszystkim. Św. Paweł powiedział - czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Pana czyńcie. Jan Chrzciciel był drogowskazem pokazującym prostą drogę do Boga. Był on niejako Jego „kompasem”.
Wakacje są czasem wędrówek po różnych miejscach na ziemi. Warto zatem zabrać ze sobą „kompas” Jana Chrzciciela, który zawsze wskaże właściwy kierunek podróży i nie pozwoli zagubić się w gąszczu dzikich dróg bez Boga, które proponuje współczesny świat. „Kompas” Jana Chrzciciela pokaże nam drogę do kościoła podczas wakacyjnego wypoczynku. Pozwoli zauważyć pochyloną przydrożną kapliczkę z Matką Bożą na górskim szlaku, przyozdobioną polnymi kwiatkami. Gdy znajdziemy się w lesie, to nie tylko wskaże kierunek, gdzie rosną jagody i grzyby, ale podpowie nam, że cała przyroda stworzona jest przez Boga i Jemu trzeba okazać wdzięczność za tak wielkie dary. „Kompas” Jana Chrzciciela wskaże nam, że morza i oceany, jeziora i rzeki oddają chwałę Panu i cały nieboskłon chwali swojego Stwórcę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Poznań: festyn rodzinny na zakończenie obchodów jubileuszu 1050-lecia biskupstwa

2018-06-24 21:07

msz / Poznań (KAI)

Kilka tysięcy osób uczestniczyło w festynie rodzinnym pod hasłem „Poznań dla zdrowia i rodziny – Bądźmy razem”, który zwieńczył centralne obchody jubileuszu 1050-lecia powstania pierwszego biskupstwa na ziemiach polskich. Ostatni dzień wielkiego świętowania przebiegał pod hasłem „Jesteśmy w rodzinie”.

Monika Mężyńska / pl.wikipedia.org

„Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że od rodzin zależy ład całego społeczeństwa i jego przyszłość. Rodzinność służy temu, żebyśmy mogli się swobodnie rozwijać i dojrzewać” – powiedział abp Stanisław Gądecki na początku festynu.

Rodzinne świętowanie na placu przed katedrą zainaugurowała salwa honorowa Bractwa Kurkowego. Mimo padającego deszczu wiele rodzin zgromadziło się, by obejrzeć widowisko teatralne pt. „Madagaskar – musicalowa przygoda” w wykonaniu artystów Teatru Muzycznego. Spektakl powstał na podstawie pełnometrażowego filmu animowanego z 2005 roku – wielkiego hitu wytwórni DreamWorks.

Na scenie wystąpiła też grupa muzyczna Małe TGD, a w koncercie finałowym zagrał zespół Punto Latino. Najmłodsi chętnie brali udział w grach i zabawach o charakterze edukacyjnym, korzystali z dmuchanych zamków i trampolin, uczestniczyli w warsztaty dla młodego technika w ramach pokazów Grupy Mały Inżynier. Tradycyjnie też dużym zainteresowaniem cieszyły się wozy strażackie i jednostki ratownicze prezentowane na terenach nadwarciańskich przez Komendę Straży Pożarnej i Policję oraz pokazy pierwszej pomocy. W rozmowie z KAI bp Damian Bryl zaznaczył, że trzeci dzień jubileuszowych obchodów miał na celu podkreślenie wartości rodziny. „Pragniemy wspierać rodziny i stwarzać przestrzeń do wspólnego świętowania. Chcemy, żeby Kościół, który budujemy w naszej diecezji, miał wymiar rodzinny” – powiedział KAI.

Biskup pomocniczy archidiecezji poznańskiej podkreślił, że jubileuszowe obchody miały być nie tylko okazją do wspólnego spotkania i świętowania, ale też impulsem do refleksji nad wielowiekowym dziedzictwem i tym, jak je dalej podejmować.

„Ten czas miał pogłębić naszą identyfikację z Kościołem i twórczo nas poruszyć, żebyśmy chcieli się coraz lepiej i pełniej angażować w Kościół, który tworzymy w diecezji” – zaznaczył bp Bryl. Dyrektor Caritas Archidiecezji Poznańskiej zaznaczył, że tegoroczny festyn rodzinny wpisał się w obchody jubileuszu archidiecezji. „Festyn rodzinny Caritas organizowany z Urzędem Miasta ukazuje wartość rodziny, opartej o małżeństwo kobiety i mężczyzny, jako wspólnoty sobie bliskiej, którą Pan Bóg obdarzył szczególnym zaufaniem” – powiedział KAI ks. Marcin Janecki.

Jubileuszowe rodzinne świętowanie zakończył finał loterii charytatywnej, w której można było wygrać bardzo atrakcyjne nagrody. Dochód z loterii zostanie przeznaczony na organizację letniego wypoczynku dla dzieci i młodzieży. 

Każde dziecko na zakończenie rodzinnego świętowania otrzymało słodki upominek. W ramach „Miasteczka prozdrowotnego”, umiejscowionego wzdłuż ul. Lubrańskiego, prowadzącej w stronę Muzeum Archidiecezjalnego, można było skorzystać z bezpłatnych porad lekarzy, badań profilaktycznych oraz badania videodermatoskopem.

Podobnie jak w ubiegłych latach nie zabrakło mobilnej stacji krwiodawstwa i mammobusu. Na dziedzińcu Pałacu Arcybiskupiego można było obejrzeć zabytkowe samochody. Festyn został zorganizowany we współpracy z Wydziałem Zdrowia Spraw Społecznych Urzędu Miasta Poznania. Obchody jubileuszowe odbywały się pod hasłem „Poznań. Chrystus i my”. Ich celem było ukazanie natury i misji Kościoła, lepsze poznanie jego historii i zaangażowanie wiernych w działalność ewangelizacyjną. 

Biskupstwo poznańskie powstało w 968 r. i do roku 1000 obejmowało całe państwo polskie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 5/6 2018

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem