Reklama

Boży architekt – bŁ. Honorat Koźmiński na naszej ziemi

2017-07-12 14:40

Ks. Zenon Czumaj
Edycja podlaska 29/2017, str. 4-5

Ks. Zenon Czumaj

W okresie wakacyjnym Serpelice odwiedza rzesza turystów i urlopowiczów. 15 lipca br. zawitał tu wyjątkowy gość – bł. Honorat Koźmiński, którego relikwie przybyły na dobę do nadbużańskiej wioski.

Stąd jego ród

Bł. Honorat Koźmiński mógłby powiedzieć, że wrócił w rodzinne strony i nie dlatego, że w należących do dekanatu sarnackiego Serpelicach od kilkudziesięciu lat jest klasztor Ojców Kapucynów, a właśnie do tego zakonu on należał i jest chlubą Warszawskiej Prowincji tej gałęzi Braci Mniejszych. Ta okolica to ziemia, gdzie żyli jego przodkowie. Od 1747 r. aż do wojen napoleońskich kolejnymi pasterzami unickiej wtedy parafii w Chłopkowie byli jego pradziadek Michał i dziadek Leon (w Kościele greckokatolickim duchowni, zgodnie z tradycją grecką, zakładają rodziny). W nieistniejącej już świątyni, poprzedniczce obecnej, został ochrzczony ojciec błogosławionego – Stefan Koźmiński. Jego ojcem chrzestnym był ówczesny proboszcz rzymskokatolickiej parafii w Sarnakach, stąd przez długi czas sądzono nawet, że właśnie tam został włączony do Kościoła. Stefan zamieszkał później w Białej Podlaskiej i tam 16 października 1829 r. urodził się jeden z jego czterech synów z małżeństwa z Aleksandrą z d. Kahl – Wacław, który później jako zakonnik przyjął imię Honorat. Warto wspomnieć, że część krewnych pozostała w rodzinnych stronach i zapewne błogosławiony ich tu odwiedzał, a nawet jeśli nie, to z pewnością o nich nie zapomniał. Korzenie w parafii chłopkowskiej dawały o sobie znać, gdy w działalności apostolskiej na Podlasiu szczególnie troszczył się o prześladowanych unitów. Szykan doświadczył jego stryj – ks. Symeon Koźmiński, który jako proboszcz greckokatolicki w Korninie k. Bielska Podlaskiego podpisał się pod protestem do cara przeciw likwidacji unii w Cesarstwie Rosyjskim w 1839 r. Wacław Koźmiński, będąc synem urzędnika, otrzymał dobre wykształcenie jako architekt, lecz we wczesnej młodości odwrócił się od Boga i Kościoła. Wiarę odzyskał, gdy – aresztowany przez władze carskie – przebywał w Cytadeli Warszawskiej. Owocem nawrócenia było wstąpienie do Zakonu Kapucynów, a w 1852 r. przyjęcie święceń kapłańskich.

Reklama

Misjonarz i zakonodawca

W krótkim czasie o. Honorat z Białej, jak o nim mówiono w XIX wieku, zasłynął jako wspaniały duszpasterz – spowiednik, kierownik duchowy, kaznodzieja misyjny i założyciel wielu zgromadzeń zakonnych żeńskich (16) i męskich (2). Większość z nich to tzw. zgromadzenia ukryte, bezhabitowe, gdyż w drugiej połowie XIX wieku pod zaborem rosyjskim życie konsekrowane było skazane na zagładę. W związku z tą działalnością przybywał także na tereny obecnej diecezji drohiczyńskiej, z czego przynajmniej dwa pobyty są udokumentowane. Pierwszy trwał dwa tygodnie, gdy na przełomie września i października 1857 r. w Sterdyni k. Sokołowa Podlaskiego trwały misje parafialne, które nie bez przesady zasługują na miano Wielkich Misji Podlaskich. Ówczesny biskup janowski Beniamin Szymański, wykorzystując zgodę władz carskich na jednorazowe przeprowadzenie misji (w tym czasie udzielaną wyjątkowo), w porozumieniu z hr. Ludwikiem Górskim postanowił je zorganizować we wspomnianej parafii, położonej na granicy z diecezją wileńską. Dzięki temu w nabożeństwach ewangelizacyjnych mogli uczestniczyć także mieszkańcy wschodniego Podlasia – okolic Ciechanowca, Brańska, Bielska i Drohiczyna, którzy wówczas nie mieli nawet cienia nadziei na możliwość misji u siebie. Z kolei wierni północnej części diecezji podlaskiej – od Sarnak i Łosic po Węgrów przybywali do Sterdyni w kompaniach (pielgrzymkach) wraz ze swymi pasterzami. Współprowadzącym te misje był o. Koźmiński. W nabożeństwie na zakończenie ćwiczeń duchowych uczestniczyło ok. 40 tys. ludzi. Jeden z uczestników tak opisuje to wydarzenie: „Gdy ostatniego dnia misyi, po odbytej procesyi, tak jak przy wejściu swojem kapucyni z krzyżem na czele niesionym przez o. Honorata z cmentarza kościelnego się oddalali, lud cały z płaczem i jękiem rzucił się za niemi, nie chcąc ich puścić. W końcu ktoś krzyż nawet z ręki mu wyrywał, sądząc że tym sposobem zatrzymać ich potrafi. Tak się skończyła ta misya, która dla okolicy całej zostanie długo pamiętną, zaszczepiając we wszystkich obecnych niedającą się wysłowić wdzięczność dla czcigodnego pasterza dyecezyi i dla Ojców Kapucynów, którzy z tak niezmordowaną gorliwością od świtu do nocy przez dni piętnaście nauczali, spowiadali i modlili się z niemi”. Podczas tych misji o. Honorat poznał się z hr. Górskim, a znajomość ta przerodziła się później we współpracę, gdy dziedzic włości sterdyńskich i ceranowskich wspierał błogosławioną działalność gorliwego kapucyna. Jednym z pierwszych wymiernych owoców współpracy Koźmińskiego i Górskiego było sprowadzenie do Ceranowa w lipcu 1859 r. sióstr felicjanek – nowego zgromadzenia, którego Honorat był współzałożycielem. Przybył on osobiście na uroczystość otwarcia oraz poświęcenia domu-klasztoru i pozostał w Ceranowie przez kilka miesięcy, apostołując wśród miejscowej ludności.

W duchu honorackim

Bł. Honorat działał nie tylko bezpośrednio, osobiście, ale jak pierwsi uczniowie Pańscy budował królestwo Boże na ziemi także przez korespondencję, a przede wszystkim organizując ukryte wspólnoty zakonne, jak już to zostało wspomniane. Różnych zgromadzeń było tak dużo, ponieważ i potrzeby były różne, a uduchowiony kapucyn potrafił dobrze rozpoznawać charyzmaty, jakie posiadały konkretne osoby. Wśród zgromadzeń żeńskich były więc odpowiednie do pracy na wsi i w mieście, z dziećmi i dorosłymi, bardziej kontemplacyjne i bardziej czynne – wszak musiały one zastąpić wygaszane klasztory zakonów, pełniących różne zadania. Na terenie dzisiejszej diecezji drohiczyńskiej jeszcze za życia założyciela powstało aż dziewięć placówek sióstr służek, w tym istniejące do dzisiaj domy w Sokołowie Podlaskim i Węgrowie. Ponadto były jeszcze w Białobrzegach (parafia Sterdyń), Jabłonnie Lackiej, Korytnicy, Ruchnie i Ruchence, Starejewsi oraz w Szarutach (parafia Węgrów). Po jego śmierci założono jeszcze domy w Czekanowie, aż trzy w Drohiczynie i jeszcze jeden w Sokołowie. Na przełomie XIX i XX wieku w Węgrowie działały również mariawitki, które niestety później porzuciły Kościół katolicki, a w ich miejsce przybyły posłanniczki, które tutaj ostatecznie połączyły się ze służkami. We wschodniej części naszej diecezji swoją obecnością ubogaciły lokalny Kościół siostry sercanki, które na początku okresu międzywojennego przybyły do Bielska Podlaskiego, a następnie założyły domy w Orli, Boćkach, Serpelicach oraz Brańsku i dwie placówki w Drohiczynie. Dziś sercanki pozostały już tylko w tych dwóch ostatnich miastach i – podobnie jak służki czy felicjanki – modlą się i pracują dla zbawienia dusz w duchu św. Franciszka i bł. Honorata, o którym bp Antoni Pacyfik Dydycz napisał: „Z podlaskiej ziemi wezwany...”.

Tagi:
bł. Honorat Koźmiński

O bł. Honoracie Koźmińskim i objawieniach w Gietrzwałdzie

2017-12-13 11:06

Aleksandra Jędryszka
Edycja lubelska 51/2017, str. V

O. Bogdan Augustyniak OFM Cap.
Podczas peregrynacji relikwii bł. o. Honorata w Lubartowie

Kapucyn związany z Lubartowem i Lubelszczyzną jest wciąż mało znany, natomiast patrząc na liczbę zgromadzeń, które powstały za jego sprawą, możemy mówić o człowieku gigancie. W Lubartowie powstała więc wystawa o bł. Honoracie Koźmińskim i powędrowała w Polskę. Bł. Honorat Koźmiński pozostawił po sobie 60 tys. zapisanych drobnym maczkiem stron, a wśród nich przesłanie związane z objawieniami w Gietrzwałdzie. Działał, nie wychodząc z miejsca swojego pobytu, z klasztoru. Konfesjonał był dla niego swoistym miejscem dowodzenia; stąd posyłał penitentów do działania w zgromadzeniach. Wszystko to działo się w czasie zaboru rosyjskiego. Pomimo prześladowań i represji wobec Kościoła, zdołał powołać do życia blisko 30 zgromadzeń bezhabitowych.

Wystawa krąży po Polsce

„Bł. Honorat Koźmiński, kapucyn 1829 – 1916 – zakonnik, kapłan, patriota, pedagog, pisarz, założyciel zgromadzeń” – to tytuł wystawy o niezwykłej postaci. Na kilkunastu planszach widać etapy życia błogosławionego od młodości w Białej Podlaskiej, po jego odejście w Nowym Mieście nad Pilicą. Dzięki zaangażowaniu o. Grzegorza Filipiuka OFM Cap. wystawa powstała w redakcji Tygodnika „Lubartowiak” w maju. Po raz pierwszy pokazana została w Lubartowskim Ośrodku Kultury. Towarzyszyła uroczystościom peregrynacji relikwii bł. Honorata Koźmińskiego w Lubartowie. Później zawędrowała na Podlasie i do Muzeum Archidiecezji Warszawskiej. W listopadzie odwiedziła Nakło n. Notecią i Bydgoszcz.

Przesłanie z Gietrzwałdu

Otwarcie wystawy w Warszawie połączone było z prezentacją książki pt. „Przesłanie z Gietrzwałdu. Chwała Jezusowi przez Maryję Niepokalanie Poczętą”. To niepublikowany do tej pory rękopis bł. Honorata, który po 139 latach od powstania został wydany przez wydawnictwo „Fronda”. Redaktorem książki jest o. Grzegorz Filipiuk OFM Cap. W dyskusji na temat książki udział wzięli: ks. dr Mirosław Nowak – dyrektor Muzeum Archidiecezji Warszawskiej, Anna Śmigielska – koordynator projektu ze strony wydawnictwa „Fronda”, o. Gabriel Bartoszewski OFM Cap. – wicepostulator sprawy kanonizacji bł. Honorata, prof. Wiesław Jan Wysocki z UKSW w Warszawie i o. Grzegorz Filipiuk OFM Cap. – dyrektor archiwum i koordynator obchodów Roku bł. Honorata Koźmińskiego. Rozmowę z gośćmi poprowadził Marek Zając, dziennikarz i publicysta. Książka opowiada o wydarzeniu, do jakiego doszło we wsi Gietrzwałd na Warmii. W 1877 r. od czerwca do września Matka Boża objawiała się dwóm dziewczynkom. Jest to jedyne zatwierdzone przez Kościół objawienie w Polsce.

Błogosławiony zauważony

O wadze tekstu, jakim jest rękopis bł. Honorata Koźmińskiego, podczas promocji książki mówił o. Bartoszewski, który odegrał ogromną rolę w procesie beatyfikacyjnym. Wicepostulator napisał referat w 1977 r., wygłoszony podczas sesji, której przewodniczył kard. Karol Wojtyła. Tekst posłużył jako wstęp do książki „Przesłanie z Gietrzwałdu”. – Dla mnie odkrycie tego rękopisu okazało się opatrznościowe, bo owocem tej sesji naukowej jest dekret zatwierdzający kult Matki Bożej jako autentyczny. W tym dekrecie jest napisane, że sługa Boży o. Honorat Koźmiński, kapucyn, pod wpływem objawień Matki Bożej w Gietrzwałdzie założył w 1878 r. zgromadzenie Sióstr Służek Najświętszej Maryi Panny Niepokalanej, obejmujące swoją działalnością całą Polskę. O. Honorat w tym dekrecie został zauważony i dla historii pozostał jako świadek – mówił o. Bartoszewski.

Honorat – atleta

Kiedy zbliżała się 1050. rocznica chrztu Polski, marszałek Sejmu zaproponował kilku historykom, żeby przygotowali historię Polski dla obcokrajowców. W kontekście bł. Honorata Koźmińskiego mówił o tym prof. Wysocki.

– To było trudne zadanie. Bo jak pokazać dzieje Polski kategoriami ludzi o Polsce właściwie niewiedzących? Mnie przypadł okres XIX wieku, od utraty niepodległości do jej odzyskania. Siłą rzeczy postać Honorata Koźmińskiego wyrastała tam bardzo wyraźnie. To jest atleta, a kiedyś mówiono athleta Christi. Postać gigantyczna, człowiek który prawie nie ruszał się z miejsca swojego „internowania”. Przebywał w klasztorze, a zebrał dzięki konfesjonałowi i epistolografii rzesze ludzi, 10 tysięcy, którzy uważali go za swojego patrona. Dla mnie to jeden z gigantów czasów zniewolenia. Nie doczekał wolnej Polski, odszedł w przedświcie, ale bardzo się przysłużył temu, co nazywamy procesem odzyskania niepodległości – mówił prelegent.

O. Filipiuk wspominał o bł. Honoracie, który po dziś dzień przeciwdziała zniechęceniu, a jego przesłanie możemy traktować jako odezwę do całego narodu polskiego, aby się obudził.

– Widzimy Honorata, który nigdy się nie poddał; to jest człowiek nadziei, człowiek który nigdy nie był w sytuacji beznadziejnej w sensie duchowym – podkreślał.

***

Honorat Koźmiński (Florentyn Wacław Jan Stefan Koźmiński) urodził się 16 października 1829 r. w Białej Podlaskiej. Podczas studiów w Warszawie przeżył głęboki kryzys wiary. Po nawróceniu wstąpił do zakonu Kapucynów; nowicjat odbył w Lubartowie, a studia w Lublinie. Święcenia kapłańskie otrzymał w 1852 r. Zmarł 16 grudnia 1916 r. w Nowym Mieście n. Pilicą. W 1988 r. został beatyfikowany przez Jana Pawła II. Sejm Rzeczypospolitej Polskiej ustanowił 2017 r. Rokiem bł. Honorata Koźmińskiego.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Krzyże Miasta

2018-02-20 11:49

Maria Sołowiej, Ruda Śląska

Wskakuję do autobusu, który jedzie przez miasto. Opadam na siedzenie. Znużenie przydaje szarości twarzom wokół mnie, a pewnie mojej także. Pomodlę się. To jedyna szansa na przemienienie w coś dobrego tych chwil jednostajnych, wyrwanych z życiorysu. Słyszę przekleństwa, na które już nikt nie reaguje, choć pewnie trzeba by…

Karolina Pękala

Widzę głodne oczy młodych dziewcząt, ich palce stukające niecierpliwie po klawiaturach komórek. Za przybrudzoną szybą opuszczone, zniszczone domy. Rwą się myśli, rwie się modlitwa. Panie, wybacz, chciałam, ale nie mogę. Nie tutaj i nie teraz. Nie wśród „brzydoty spustoszenia”. A może jednak spróbuję… Najpierw to zuchwałe: Nie. Niezuchwałe przecież, skoro wszyscy jesteśmy ludem kapłańskim: „Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo…”. A potem: „Dla Jego bolesnej Męki…”.

Agresywna twarz matki, krzykiem próbującej wymusić spokój na dziecku, które wlecze gdzieś o tej porze. Obrzmiałe twarze mężczyzn stojących na chodniku pod sklepem. Opadający tynk – wszystko zlewa się w jedno z obliczem Chrystusa, Tego „najpiękniejszego spośród synów ludzkich”, który w rękach katów „stał się niepodobny do ludzi”. Wyzierający z każdego kąta grzech oddawany jest wprost w ręce Tego, który umarł za grzeszników. Powoli z ciemności wyłaniają się także krzyże tego miasta. Dawne i współczesne świadectwa wiary. Tej, która życie przenika i Bogu powierza.

Najpierw krzyż przydrożny, niepozorny, prawie ukryty. Potem ten na kościelnej wieży, pięknie podświetlony, widoczny z daleka. A potem krzyż niespodziewany. Autobus przystaje na chwilę. Ktoś z pasażerów najwyraźniej jest zbulwersowany: „Też sobie wymyślili! Dlaczego na ulicy? Od czego właściwie mają kościoły?”. To Droga Krzyżowa – śpiew, głośniki, świece. Dwie zbite belki kołyszą się na ramionach tłumu. Wierni wyszli od wilgotnego barokowego kościoła, od domów w ruinie, od pustych wieczorem szkół. Minęli odrestaurowane kamieniczki przy rynku, tam, gdzie przy fontannie przystają młodzi, gdzie już za parę tygodni wyrosną parasole ogródków piwnych. Potem przeszli obok opustoszałego o tej porze targowiska. A teraz przed nimi jeszcze krótki odcinek na wprost i w górę. Cel ich Drogi Krzyżowej. Druga świątynia. Piękna. Podobno zbudowana przez architekta, który zapatrzył się na kościoły w Ziemi Świętej. Dzisiaj miejsce Ukrzyżowania. „Dla Jego bolesnej Męki…”.

Jadę dalej autobusem w rytmie modlitwy. Zakołysało lekko. To szyny, po których w ciągu dnia jeździ archaiczny tramwaj. Wozi dzieciaki do szkoły. No i babcie, wybierające się, by podlać kwiaty na grobach, bo tam, na prawo, rozciąga się dzielnica cmentarzy. Nocą przy końcu torów z daleka widać świetlisty krzyż na domu żałoby. Byłam tu już na kilku pogrzebach, ale teraz pamiętam tylko jeden – ostry wiatr zacina w twarz, nad grobem stoją dzieci – zwolnione na ten czas z domu dziecka. Ojciec, chwiejąc się na nogach, powtarza, że chciałby umrzeć. Wzbudza zniecierpliwione politowanie, a przecież umrze niebawem… Księdzu płyną łzy z oczu – może to przez stłoczone nad grobem dzieci, a może przez wiatr? „Miej miłosierdzie nad nami”.

Na lewo kościół – jego gotycka wieża uparcie pnie się w niebo. Obok powstaje betonowy olbrzym – stropy, okna, filary, dźwigi. Do końca roku dźwigi znikną, a wnętrze betonowego kolosa zaleje światło. Centrum, nowoczesna „świątynia”, będzie miała atrakcje, kina, galerie z galeriankami, swoich użytkowników i zapewne także wyznawców. Rozrastający się betonowy blok coraz bardziej przysłania kościół, ale jeszcze można dostrzec wieżę pnącą się do nieba. Trzeba tylko spojrzeć z odpowiedniej perspektywy.

Kolejny krzyż przyklejony do ściany domu. Spokojnie odsunął się od drogi, by nie przeszkadzać potokom samochodów, które jednokierunkowymi ulicami objeżdżają centrum miasta. Daleko stąd, gdzieś na peryferiach, stoi stary krzyż pokutny, zgodnie z dawnym obyczajemu wyrzeźbiony przez zbrodniarza narzędziem zbrodni. Niema prośba o miłosierdzie.

Dworzec autobusowy. Wysiadam. Między przystankami, supermarketem, budką z hamburgerami i świetlistą reklamą mojej wyobraźni nagle narzuca się niepokojący obraz. Krzyże powoli znikają z przestrzeni miasta. Najpierw znika ten niesiony w Drodze Krzyżowej z jednego kościoła do drugiego – któż to zauważy, skoro zakłócał ruch uliczny tylko raz w roku? Potem krzyż pokutny odnajduje swoje miejsce gdzieś w bezpiecznym wnętrzu muzeum, tam, gdzie zaglądają tylko wycieczki szkolne. Ten zwykły, przydrożny, nie zdołał się oprzeć kolejnemu poszerzeniu drogi. Nie pomogło nawet rozpaczliwe przylgnięcie do ściany domu.

Krzyż na domu żałoby pozostaje – w końcu śmierć ma swoje nadzwyczajne prawa. Tylko nie świeci już nocą. Cóż za oszczędność energii! Betonowy kolos, podniesiony o kolejne dwa piętra, zasłania wieżę kościoła jeszcze szczelniej. Krzyż ustąpił już miejsca iglicy, a może blaszanej chorągiewce obracającej się z wiatrem albo blaszanemu kogutowi, który nie zapieje ani razu. Najdłużej trwa ciche odejście krzyży cmentarnych, powoli ustępujących miejsca gustownym tablicom z lekko zaznaczonymi symbolami nadziei. Takiej mizernej nadziei na śmierć nie do końca.

Co zrobić, żeby krzyże przetrwały w pejzażu miasta? Modlić się. Cicho rzucać w tę ziemię błaganie o Boże miłosierdzie – w domu, tramwaju, autobusie, na ulicy, na dworcu autobusowym. I powtarzając „Dla Jego bolesnej Męki”, nie zapomnieć, że On kona naprawdę na ołtarzach w naszych kościołach. W tym barokowym, w którym zakonnicy zawsze śpieszą się nieco, zapewne próbując uchronić parafian przed przenikającą do szpiku kości wilgocią. I w tym, którego architekt zapatrzył się na kościoły w Ziemi Świętej. W neogotyckim, uderzającym iglicą w niebo zza betonu nowoczesnego centrum. W tym najsędziwszym, z obrazem Maryi. W najnowszym. I w szpitalnych kaplicach. Pamiętać. Nie czekać, aż gazety doniosą o kolejnym cudzie, w którym materia Hostii splotła się z tkanką konającego Serca. Wierzyć.

Maria Sołowiej, Ruda Śląska

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Bp Bronakowski: polskość nie może kojarzyć się z pijaństwem

2018-02-20 20:04

jk / Toruń (KAI)

- Kościół nie walczy z alkoholem, ale o godność człowieka. Polskość nie może kojarzyć się z pijaństwem - mówił bp Tadeusz Bronakowski na rozpoczęcie ogólnopolskiej konferencji pt. „Wolni w Chrystusie” zorganizowanej w Toruniu w dniach 20 i 21 lutego przez Zespół Komisji Episkopatu Polski ds. Apostolstwa Trzeźwości, Wyższą Szkołę Kultury Społecznej i Medialnej oraz Fundację Rozwoju Polski. Konferencja przybliża i promuje ogłoszony 13 lutego w Warszawie „Narodowy Program Trzeźwości”.

Katarzyna Cegielska
Bp Tadeusz Bronakowski

Konferencję „Wolni w Chrystusie” rozpoczęto Mszą św. pod przewodnictwem bp. Tadeusza Bronakowskiego sprawowaną w sanktuarium Najświętszej Maryi Panny Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i św. Jana Pawła II w Toruniu.

Część wykładową, która odbyła się w Auli WSKSiM w Toruniu rozpoczął bp Tadeusz Bronakowski, przewodniczący Zespołu Komisji Episkopatu Polski ds. Apostolstwa Trzeźwości, która „w roku jubileuszu stulecia odzyskania niepodległości przez Polskę, w trosce o trzeźwość, która jest fundamentem wolności osobistej i narodowej, jako dar i zadanie Narodowego Kongresu Trzeźwości, wszystkim rodakom w kraju i za granicą” ogłosiła Narodowy Program Trzeźwości (NPT). - Kościół nie walczy z alkoholem, ale o godność człowieka. Polskość nie może kojarzyć się z pijaństwem - podkreślił na wstępie bp Bronakowski i zauważył, że NPT jest swoistą syreną alarmową mającą wybudzić społeczeństwo ze szkodliwego snu. Ma być przyczynkiem do dyskusji oraz wołaniem o mobilizację społeczną.

O realizacji NPT w polskich parafiach i wśród Polaków za granicą opowiadał ks. prof. KUL dr hab. Piotr Kulbacki. Prelegent zwrócił uwagę na to, że proponowany program jest długofalowy, obliczony na okres jednego pokolenia, gdyż ma na celu „trwałe przekształcenie kultury i zmianę postaw”. Przybliżył także kilka aspektów akcji „Nie piję, bo kocham”, która propaguje m.in. dobrowolną abstynencję i przypomina o okresach szczególnej intensyfikacji działań pro abstynenckich w Kościele, jakimi są np. Tydzień Modlitw o Trzeźwość Narodu, Wielki Post, czy miesiąc sierpień. Podkreślił również, że rolą NPT jest ożywienie prac trzeźwościowych na poziomie diecezji i parafii, a co za tym idzie - zwrócenie się w kierunku rodziny, która jest podstawowym miejscem do wychowania w trzeźwości.

Kolejny temat w telekonferencji przybliżył ks. dr Marek Dziewiecki, który skupił się na zdefiniowaniu pojęć wolność i trzeźwość oraz przedstawił alkoholizm jako zjawisko występujące w sferze psychologicznej, społecznej i duchowej funkcjonowania człowieka.

Ks. dr Marek Dziewiecki podkreślał, że wolność została dana człowiekowi po to, by mógł kochać. W tym kontekście należy patrzeć w sposób szeroki na trzeźwość, która jest wolnością w myśleniu, przeżywaniu emocjonalnym, podejmowaniu decyzji i budowaniu więzi z Bogiem, samym sobą i drugim człowiekiem. Alkoholizm niszczy te wszystkie wymiary wolności.

Agonią człowieka uzależnionego jest zranienie w wolności przyjmowania miłości – alkoholik nie chce przyjmować miłości, bo ten, kto kocha, stawia wymagania. W efekcie uzależniony zatraca zdolność wrażliwości na cierpienie kochających i używa wolności, by od tej miłości uciekać. – Tu nie wystarczą tłumaczenia, że umiera na raty – podkreślał ks. dr Dziewiecki. Jedynym ratunkiem jest cierpienie własne, czyli pozostawienie uzależnionego z wszelkimi konsekwencjami jego postępowania tak, by miał szansę powiedzieć sobie „zmieniam się albo umieram”.

Jako dar i zadanie NPT przedstawił prof. nzw. dr hab. Krzysztof Wojcieszek, który podkreślał, że obecne pijaństwo w Polsce jest spuścizną historii naszego kraju. Badania pokazują, że wyraźnie rosło od lat 50-tych XX wieku, czyli w czasie ustroju totalitarnego. Nie ma też większego znaczenia fakt, że aktualnie w Polsce funkcjonują jedne z najbardziej restrykcyjnych przepisów dotyczących trzeźwości, bowiem 200 lat zaborów wykształciło w Polakach wewnętrzny sprzeciw wobec prawa i mimo, że surowe, nie jest przestrzegane np. 75% osób łamie zakaz sprzedaży alkoholu osobom poniżej 18 roku życia.

– Potrzeba środowiskowego wzmocnienia działania prawa – mówił prof. Wojcieszek. NPT w takim ujęciu jawi się jako dar i szansa na wyjście z tzw. „grzechu cudzego”, który dominuje w alkoholizmie jako cudze niedopatrzenie, brak reakcji, czy złe wzorce i w efekcie wepchnięcie kogoś w dramat uzależnienia. Prelegent podkreślił, że przyjęcie takiego daru stawia określone wymagania przed społeczeństwem, gdyż skłania po pierwsze do promocji NPT, a następnie wprowadzania go w życie najlepiej poprzez jeden dobrze wybrany projekt praktyczny do realizacji rocznej.

Prelegenci podkreślali, że Kościół – kapłani i świeccy, głównie ci zaangażowani w życie ruchów i wspólnot, są szczególnie powołane do realizacji tego programu, gdyż spojrzenie na alkoholizm tylko w kategoriach choroby jest spłaszczeniem problemu i pominięciem sfery duchowej i sumienia. Jak zaznaczyli prelegenci, jednym z wymiarów alkoholizmu jest zaprzeczanie jego istnienia oraz bycie współuzależnionym, co z kolei, mimo cierpienia, blokuje chęć zmian.

Druga część ogólnopolskiej konferencji „Wolni w Chrystusie” odbędzie się 21 lutego w Auli WSKSiM w Toruniu. Poruszone zostaną m.in. kwestie uzależnienia behawioralnego, czy kosztów uzależnień.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem