Reklama

BETEL - Zakupy z sercem - Rahel Kebebe Tshay

Spragnieni radości

2017-07-19 10:19

Ks. dr Marek Dziewiecki
Niedziela Ogólnopolska 30/2017, str. 49

minice73/fotolia.com

Jezus pragnie, żeby Jego radość była w nas i żeby była pełna. Każdy człowiek tego pragnie. Czas wakacji sprzyja odczuwaniu tęsknoty za szczęściem. Nasz głód radości jest tak wielki, że nie musimy cierpieć, by życie stało się ciężarem. Wystarczy, że nie czujemy się szczęśliwi.

Kto oddala nas od szczęścia?

Przynajmniej w jednej sprawie wszyscy ludzie zgadzają się z Bogiem: chcemy – podobnie jak On tego chce – wybierać błogosławieństwo i życie, a nie przekleństwo i śmierć. Mimo to żaden człowiek nie jest w pełni szczęśliwy. Wielu ludzi przeżywa głęboki smutek. Są i tacy, którym nie chce się już żyć. Kto przeszkadza nam w byciu szczęśliwymi? Czynią to przede wszystkim ci, którzy sami są nieszczęśliwi. Niektórzy z całą premedytacją dążą do tego, by wciągnąć nas w nieszczęście, gdyż nieznośne jest dla nich bycie nieszczęśliwymi w pojedynkę. Tacy ludzie są mistrzami wyrachowania i przewrotności. Ukazują zło pod pozorem dobra. Obiecują to, co w rzeczywistości odbierają: wolność, miłość i radość.

Jest też druga grupa ludzi nieszczęśliwych. To ci, którzy mają dobrą wolę. Oni szczerze myślą, że swoją postawą chronią nas przed utratą szczęścia. W rzeczywistości ich zachowania ranią nas, a ich rady czy żądania oddalają nas od radości. Przykładem jest „nowoczesny” rodzic, który myśli, że kocha dziecko wtedy, gdy od niego niczego nie wymaga czy gdy akceptuje wszystkie jego cechy i zachowania. W drugą skrajność popada rodzic, który wmawia dziecku, że ono nie poradzi sobie z życiem i że może być szczęśliwe tylko na tyle, na ile ślepo będzie wypełniać polecenia matki czy ojca. Paradoksalnie trudniej jest bronić się przed kimś, kto odbiera nam radość, bo jest niedojrzały, niż przed tymi, którzy celowo nam szkodzą. Osoby nieszczęśliwe i naiwne szantażują nas twierdzeniem, że cierpią z naszej winy, gdyż nie chcemy wypełniać poleceń, które w ich przekonaniu są dla nas dobre i prowadzą nas do szczęścia.

Reklama

Zagrożeni własną słabością

Biblia ukazuje fakt, że człowiek potrafi sam sobie odbierać radość, mimo że tego nie chce. Przykładem jest syn marnotrawny z przypowieści Jezusa (por. Łk 15, 11-32). Pod jego domem nie było dilerów narkotyków. Nie oglądał on stron internetowych epatujących agresją czy wyuzdaniem. Nie krzywdził go nikt z bliskich. Przeciwnie – miał ojca, który go kochał i solidnie wychowywał. Ów młody człowiek sam siebie drastycznie skrzywdził, gdyż wmówił sobie, że będzie szczęśliwy bez miłości, bez małżeństwa i rodziny, bez wysiłku i pracy nad własnym charakterem. Chciał żyć na zasadzie: najpierw łatwo zdobyte pieniądze, a później to już tylko wino, kobiety i śpiew. Pomylił to, co dobre, z tym, co przyjemne. Obietnica tak łatwo osiągniętego szczęścia to największa pułapka, jaką człowiek może zastawić na samego siebie. Raczej nikt nie oddala się od szczęścia w sposób świadomie zamierzony. Radość tracimy wtedy, gdy szukamy szczęścia tam, gdzie nie można go znaleźć.

Jezus drogą do radości

To nie przypadek, że nieczęsto spotykamy ludzi, którzy promieniują radością i pogodą ducha. To ci, którzy odkryli, że drogą do szczęścia jest Jezus. On jedyny uczy nas bycia szczęśliwymi nawet w twardej rzeczywistości. Warunkami radości są nawrócenie i trwanie w tej miłości, jaką Jezus pierwszy nas pokochał. To jedyna miłość prawdziwa, a nic innego niż taka miłość nie prowadzi do radości. Wśród ludzi biednych, starszych, schorowanych czy wyczerpanych zmęczeniem spotykamy takich, którzy są radośni, podczas gdy wielu młodych, pięknych, utalentowanych i bogatych popada w bolesne uzależnienia czy ulega rozpaczy. Ci pierwsi kochają, a ci drudzy kochać nie chcą lub nie potrafią. Własną mocą jesteśmy w stanie zapewnić sobie wykształcenie czy emeryturę, ale nie radość. Im bardziej ktoś skupia się na dążeniu do radości, tym bardziej się od niej oddala, gdyż tym bardziej koncentruje się na sobie i swoich potrzebach, zamiast na tym, by kochać Boga nade wszystko, a bliźnich tak jak siebie samego.

Radość to stan ducha

Radość to nie kwestia miłego samopoczucia psychicznego czy dobrego zdrowia fizycznego. Szczęśliwy może być tylko człowiek, który wypływa na głębię ducha. Radośni są tylko ludzie dojrzali duchowo, którzy potrafią kierować się miłością i odpowiedzialnością, stając się mądrym i ofiarnym darem dla bliźnich. Miejscem doświadczania największej radości jest kontakt z tymi, z którymi łączy nas najsilniejsza miłość. To dlatego szczególnie szczęśliwi czujemy się wtedy, gdy przyjmujemy miłość od Boga i gdy z Jego miłością odnosimy się do samych siebie i bliźnich. Miłość, której uczy Jezus, to nie uczucie, zakochanie, tolerancja, akceptacja, „wolny związek” czy naiwność. To szczyt mądrości, a nie tylko szczyt dobroci. To miłość bezwarunkowa, wierna i nieodwołalna, a jednocześnie roztropna i czasem z konieczności twarda. Ludzi, którzy kochają taką właśnie miłością, Bóg zaskakuje radością, jakiej się nie spodziewali.

* * *

Ks. dr Marek Dziewiecki
Duszpasterz rodzin i popularny rekolekcjonista, psycholog, terapeuta uzależnień

Tagi:
wiara

Bóg jest fascynujący

2018-07-04 11:07

Rozmawia Agnieszka Bugała
Niedziela Ogólnopolska 27/2018, str. 16-17

Graziako
Mozaika przedstawiająca św. Józefa (XXI wiek) w kościele pw. św. Józefa w Nazarecie

Agnieszka Bugała: – Ojcze, św. Józef nie miał książek, psychoterapeuty, nie chodził na kursy i nie miał Internetu...

O. Augustyn Pelanowski OSPPE: – I to go uratowało!

– A jednak perspektywę rozumienia spraw najważniejszych miał doskonałą...

– Dlatego że skierowaną na Boga!

– W jaki sposób przekierować naszą perspektywę? Tak od razu precyzyjnie, bez pomyłek? Jak to się robi w człowieku? Kto za to namierzenie na Boga odpowiada? Kościół, rodzice?

– Najpierw oni, mama i tato. Prosty obrazek z domu. Jest wieczór i rodzice mówią do Janka: Słuchaj, idziemy się modlić. Janek mówi: Nie chcę. Mama i ojciec skupiają na nim uwagę, tłumaczą, ganiają po pokojach, strychach i piwnicach, mówią mu, dlaczego ta modlitwa jest taka ważna, martwią się, dzwonią do doradców, psychologów z pytaniami, co zrobić, żeby Janek chciał się modlić. Kto jest wtedy w centrum uwagi? Drugi wariant. Ojciec i matka mówią: Janek, idziesz się modlić? Janek mówi: Nie. To oni idą, zamykają drzwi i po prostu się modlą. Co się wtedy dzieje? Kto dla rodziców jest najważniejszy?

– Kolejnego wieczoru Janek po prostu przychodzi...

– Tak. To zrobił Eliasz, gdy przyszedł do domu wdowy w Sarepcie Sydońskiej. Był głód, a on mówi: Zrób dla mnie najpierw mały podpłomyk. A ona nie ma męża, ma tylko dziecko, pełna symbioza, żyje tylko dla syna! Chłopak, syn wdowy, siedzi przy stole i patrzy, jak jakiś chłop je pierwszy, a nie on. Wcale się nie dziwię, że następnego wieczoru się rozchorował i o mało co nie umarł. To był koniec narcyzmu, bardzo bolesny. Ale tradycja mówi, że ten chłopak to nie kto inny, tylko Jonasz. Po takim spotkaniu z Eliaszem, wstrząsającym, przejął charyzmat prorocki, ale też zrodził się w nim bunt. Po co o tym mówię? Chcę pokazać, że to jest proste. Nie trzeba jeździć na kursy i przeczytać tony książek, szukać doradców i zdobywać certyfikaty – Józef i Maryja tego nie robili. Wychowanie, w gruncie rzeczy, też jest proste: trzeba zająć się Bogiem. Nic nie zabezpieczy dziecka lepiej niż dobra pobożność rodziców.

– Józef i Maryja mieli jednak łatwiej: Jezus na pewno zawsze przychodził na wspólną modlitwę.

– Tu możesz mieć rację, ale popatrz na Rodzinę z Nazaretu. Czy to nie jest dziwne? Idą co roku w pielgrzymce, z Synem, przez kilka dni. Jednego roku nagle okazuje się, że zniknął. Nie ma Nastolatka przez cały dzień, a Oni dopiero wieczorem zaczynają pytać! Co to oznacza? Że Jezus był wolny... Wiedzą, że jest Synem Bożym, ale to Dziecko nie jest zniewolone Ich miłością i opiekuńczością. Ufają Mu. Zaufaniem zawsze się obdarza, a ono uczy odpowiedzialności. Jeszcze jeden przypadek: Młoda Kobieta, Żona, mówi swojemu Mężowi: Słuchaj, muszę odwiedzić moją krewną, potrzebuje mnie, wrócę za kilka miesięcy. I pobiegła 150 km do Ain Karim, sama, nie prosząc go o pomoc! Dlaczego Mąż Jej na to pozwala? Niczego się nie bali? To były trudne czasy, niebezpieczna okolica, Żona jest w ciąży... Jak wielkie muszą być miłość i zaufanie do Boga, że w Nim się już niczego nie boimy. Maryja i Józef dobrze wiedzieli, na Kim Im najbardziej zależy. To dało Im taki rodzaj zaufania i taką moc, że Jezus miał świetne warunki do wychowania – zdrową Rodzinę.

– W której nie rodzina była najważniejsza, tylko Bóg był najważniejszy...

– I dlatego ta Rodzina była taka, jaka była. I jest Rodziną Świętą.

– Czy mamy jakąkolwiek szansę na to, aby dorównać, we własnych rodzinach, temu ideałowi?

– A po co mielibyśmy to robić? Nie da się żyć, naśladując. Nie powinniśmy naśladować ani Świętej Rodziny, ani świętych. Nie da się żyć tak samo jak ktoś inny. Ale można żyć w więzi z kimś, do tego stopnia, że czyjeś życie wpłynie na nasze życie tak, iż niezauważalnie staniemy się do niego podobni. Córka mojego przyjaciela, gdy miała trzynaście lat, lubiła nosić ubrania ojca. Czemu to robiła? Bo podobało jej się to, co nosił, bo go w tym kochała. I nie mówiła sobie każdego dnia rano: Muszę pamiętać, żeby dziś włożyć jego marynarkę, nie robiła sobie takich postanowień. Było to dla niej fascynujące, a nie utrudniało codziennego życia. Abym chciał kogoś naśladować, najpierw muszę go poznać i musi mnie on sobą zachwycić, zafascynować. A wtedy, gdy mnie zafascynuje, to już działa zasada: „Z kim przestajesz, takim się stajesz”.

– Przekładając ten obraz na życie duchowe: dobrze z Panem Bogiem przebywać więcej, żeby się Nim zachwycić?

– Tak. I dobrze też dużo przebywać w towarzystwie św. Józefa. Nie z postanowienia, ale z pragnienia poznawania. Józef chciałby, żebyśmy skupiali się nie na nim, ale na Bogu. Żaden z aniołów nie zdradza swego imienia, aby nie odbierać chwały Bogu. Aniołowie i święci działają jak szkło w oknach: samego szkła nie widać, tylko to, co jest za oknem. Ale patrzysz w szkło...

– Gdy słucham Ojca, to świat duchowy, i świat w ogóle, nagle staje się prosty i czytelny.

– Bo on taki jest, tyko my, skażeni grzechem, z podkopanym zaufaniem do Boga, wszystko komplikujemy. Wchodzimy w detale, zastanawiamy się, co będzie jutro, za sto lat, czy się uda, czy nie, i jak to wpłynie na nasze życie. A najważniejsze jest pierwsze przykazanie. Fragment z Mt 6, 33 dobrze to opisuje w praktyce: „Zadbajcie wpierw o królestwo Boże, a wszystko inne będzie wam dane”. Zadbaj o to, a akcydensy same przyjdą. I teraz najważniejsza kwestia: Co mnie naprawdę w ciągu 24 godzin pociąga? Alkohol? Seks? Ja sam? Pociąga mnie pisanie kazań, żeby ludzie mnie podziwiali? Czy obżarstwo, a może nowe ciuchy? Adoracja? Różaniec? Biblia? Muszę sobie zadać to pytanie i na nie odpowiedzieć, bardzo uczciwie.

– A jeśli się okaże, że nie pociągają nas te trzy ostatnie?

– Może Oni przez te trzy rzeczy mnie pociągają... Wychowałem się w środowisku raczej niepobożnym. Wiedziałem, że jestem katolikiem, ale nie za bardzo wiedziałem, co to znaczy. Nie lubiłem księży. Czasami chodziłem do kościoła, niekiedy się modliłem – tak wszyscy robili w moim blokowisku. A jednak nie mogłem bez Niego żyć...

– Jak to się objawiało? Skąd to się wie, że nie można bez Niego żyć?

– Bez przerwy mnie do Niego ciągnęło. Nawet jeśli całą noc byłem pijany, to i tak nad ranem szedłem do kościoła, choćby na pięć minut, żeby sobie z Nim porozmawiać. Nawet jeśli byłem w izbie wytrzeźwień, to i tak z Nim rozmawiałem. Nawet jeśli Go nie prosiłem o uwolnienie od grzechów, to i tak był jedynym rozmówcą. Nawet gdy się kochałem w dziewczynie, to i tak bardziej pragnąłem Jego. Nikt ani nic mnie tak nie pociągało jak On. Czytałem mnóstwo książek, ale kiedy wziąłem do ręki Biblię, żadna nie mogła się z nią równać.

– A to jest łaska czy właśnie dobijanie się do człowieka?

– Nie wiem, być może właśnie to jest łaska. Jedno wiem na pewno: to nie ja Go wybrałem, to On wybrał mnie. I może nawet było tak, że robiłem wszystko, aby z tego nie skorzystać? Przeszkadzałem Mu, a On się na mnie uparł? Kiedy poszedłem do zakonu, to nie wiedziałem, co to jest brewiarz, i kiedy pierwszy raz go odmawiałem, z braćmi w kaplicy, to myślałem, że trwa wieczór poezji. Nie wiedziałem, co to jest Różaniec, i pierwsze dziesiątki odmawiałem w ukryciu, bo wstydziłem się tego, jak odmawiam. Nie wiedziałem, co to jest adoracja, ale trudno mi było wyjść z kaplicy. On jest pociągający... Nie widziałem Go i jest pociągający, więc co będzie, gdy Go zobaczę?

– Dlaczego wybrał Ojciec zakon Paulinów?

– Powiedziałem Panu Bogu, że jest mi wszystko jedno, dokąd pójdę. Postanowiłem, że pierwszy adres, który wpadnie mi w ręce, to będzie to miejsce. Zacząłem szukać w domu jakichś adresów i znalazłem ten – w porządku, idę do paulinów. Nie miałem pojęcia, co to za zakon.

– To uczciwe.

– Musi być tak-tak, nie-nie. Wezwali mnie do wojska. I wtedy mówię: No dobrze, ale wiesz, że jak mnie teraz wezmą, to już za dwa lata pewnie takiej tęsknoty metafizycznej nie będę miał... A jeśli mnie teraz odroczą, to idę do zakonu. Do WKU w Starachowicach było wezwanych 200 chłopaków, 198 przyjęto na pobór, 2 nie, w tym mnie. Pomyślałem: rozumiem, wszystko jasne. Odkrywanie kroków, które Bóg podejmuje, aby przeprowadzić swój plan, jest zachwycające. Myślę, że Józef też dostawał sygnały, ale było ich więcej, były wyraźniejsze, bo to był on. I w żadnym wypadku nie czuł się osaczony. Czuł się pociągany, ważny, wartościowy, wybrany. Są ludzie, którzy, gdy im się mówi: Ale ty jesteś kochany... mówią: Nie, nie jestem. Józef chyba reagował podobnie. „Chodź, będziesz opiekował się moim Synem”. Nie, nie nadaję się. I tak w kółko, aż się dogadali. Może po prostu znów chciał usłyszeć, że On go wybrał, że mu ufa?

– Ale Pan Jezus też chciał to usłyszeć kilka razy. „Czy mnie miłujesz? Czy miłujesz mnie bardziej?”...

– Ten to dopiero ma Serce! Aż człowiek nie może dojść do siebie, to jak zakochanie. Chodzi się, jakby się było upojonym, a głos Jego nie milknie we wnętrzu, uciec przed Nim nie można.

– Teresa z Ávila mówiła, że On ma jeden słaby punkt, prawda?

– Tak... I że to jest właśnie Serce.

– Tyle że Teresa wcale Mu nie folgowała, kochała z hiszpańskim temperamentem i wymagała adekwatnie do tej miłości.

– To już w Biblii dobrze widać, że ci, którzy byli w zażyłych stosunkach z Bogiem, to sobie z dwóch stron na dużo pozwalali. Tak było z Mojżeszem – jest przecież tyle zabawnych dialogów między Bogiem i Mojżeszem, kłótni, wyznań, przysiąg.

– A jednak gdy posłucha się, w jaki sposób Maryja mówi o Bogu, to wyczuwa się inną rzeczywistość, tam jest pełnia nabożeństwa. Nawet we współczesnych objawieniach Maryja nie mówi o Synu jak o kumplu, z którym dobrze się zna.

– Między Nimi nigdy nie było żadnych kłótni, Oni rozumieją się w ciemno. Ale jest też dużo humoru, nie tylko dramatu. Popatrz na Kanę Galilejską, jak Ona mówi, że nie mają wina. A co nas to obchodzi? – On Ją pyta. Na to Ona każe zrobić sługom wszystko, cokolwiek On powie. W ogóle nie zwróciła uwagi na to, że Jej właśnie odmówił!

– Ale Ona znała Jego Serce!

– No właśnie! Tu się ujawnia poziom zażyłości: rozumieją się bez słów, pozorne odmowy Ich nie zwodzą. To jest taki stopień zażyłości, w której pozorna odmowa oznacza zgodę. Tylko ludzie, którzy się kochają, mogą mieć taki układ.

Koniec tryptyku

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 5/6 2018

Licheń: Warsztaty liturgii tradycyjnej Ars Celebrandi

2018-07-18 11:23

Robert Adamczyk

W Sanktuarium Maryjnym w Licheniu Starym trwają warsztaty liturgii tradycyjnej „Ars Celebrandi”. Bierze w nich udział 200 osób z Polski i zagranicy: księży, ministrantów i osób świeckich.

Biuro Prasowe Sanktuarium Maryjnego w Licheniu Starym

Każdy dzień warsztatów wypełniony jest celebracjami Mszy św. w starej formie rytu rzymskiego, ćwiczeniami praktycznymi oraz śpiewem gregoriańskim.

Warsztaty organizuje stowarzyszenie „Una Voce Polonia” - polski oddział Międzynarodowej Federacji „Una Voce”, organizacji uznawanej przez Stolicę Apostolską za oficjalną reprezentację katolików świeckich przywiązanych do tradycyjnej liturgii łacińskiej.

„Najważniejszym tegorocznym wydarzeniem będzie wizyta abp. Guido Pozzo, sekretarza Papieskiej Komisji Ecclesia Dei, odpowiedzialnej za katolików przywiązanych do tradycyjnej liturgii na całym świecie. W dniu 18 lipca, tj. w środę, hierarcha odprawi uroczystą Mszę św. pontyfikalną w bazylice pw. Najświętszej Maryi Panny Licheńskiej oraz spotka się z uczestnikami warsztatów” – powiedziała dr Dominika Krupińska, rzecznik warsztatów.

Początek celebracji przed Cudownym Obrazem Matki Bożej Licheńskiej o godz. 13.40.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

XVI Światowy Festiwalu Chórów Polonijnych w Koszalinie

2018-07-18 21:21

km / Koszalin (KAI)

Ruszyły koncerty chórów polonijnych, które biorą udział w Polonijnej Akademii Chóralnej. Chóry rozpoczęły trasę koncertową od Koszalina, pojawią się także w kościołach i ośrodkach kultury innych miejscowości. Łącznie odbędzie się 9 koncertów.

Archiwum Chóru Cordiale Coro

W kościele pw. św. Wojciecha w Koszalinie 18 lipca zaprezentowały się trzy spośród siedmiu chórów biorących udział w XVI Światowym Festiwalu Chórów Polonijnych: ukraińskie chóry „Malebor” z Doniecka i Chór im. Juliusza Zarębskiego z Żytomierza oraz białoruski chór „Kraj Rodzinny” z miejscowości Baranowicze. Pozostałe chóry wystąpiły tego dnia przed publicznością w Sarbinowie i Świdwinie.

Chórzyści prezentują utwory z własnego repertuaru, a także te, które szlifują podczas towarzyszącej festiwalowi Polonijnej Akademii Chóralnej.

Pobyt w Polsce to dla nich także zetknięcie z kulturą ich przodków oraz odpoczynek, szczególnie dla osób z chóru "Malebor" z terenów we wschodniej Ukrainie. Jak mówią - ten pierwszy pobyt chóru w Polsce jest dla nich odpoczynkiem od wojny.

Po raz siódmy do Koszalina zawitał ukraiński chór im. Juliusza Zarębskiego z Żytomierza. Chór powstał w 1997 r. właśnie dzięki koszalińskiemu festiwalowi. - Te wszystkie spotkania dużo nam dają: nowy repertuar, nowe podejście do emisji głosu, nowe ćwiczenia - mówi dyrygent Jan Krasowski, który ukończył w Koszalinie studium dyrygenckie. - Ale pobyt tutaj to też wynagrodzenie dla chórzystów.

Dyrygent dba, by polskość nie została zapomniana. Jego podopieczni śpiewają w swoim kraju niemal wyłącznie polskie pieśni. I nie brak im publiczności - obwód żytomierski to największe skupisko ukraińskiej Polonii, liczącej tu 40 tysięcy Polaków. - Nikomu nie pozwalam pisać transkrypcji, wszyscy muszą czytać i śpiewać po polsku. W ten sposób ćwiczymy też polski język, bo wielu młodych zna go słabo - mówi pan Jan.

Henryk Chiniewicz z chóru Kraj Rodzinny przyjechał czeka na dogodną chwilę, by pojechać do Słupska, gdzie mieszkają jego kuzyni, których ojcowie trafili do Polski w latach 50. w ramach repatriacji. Zależy mu szczególnie na tym, by nawiedzić, grób babci. - Mnie jest bardzo przyjemnie, że wszędzie w Polsce ludzie spotykają nas ze szczerością serca - mówi zaciągając na wschodnią nutę. - Ale myślę, że także wam jest miło spotkać nas, ludzi z terenów, gdzie polskość jeszcze istnieje. Przyjemnie, kiedy Polak zostaje Polakiem, gdziekolwiek żyje. Że jednoczy nas kultura, język, no i śpiew.

- Jeżeli mielibyśmy się uczyć polskości, to nie z telewizji czy podręczników - mówi opiekun festiwalu Paweł Mielcarek ze Stowarzyszenia Wspólnota Polska. - Tylko patrząc na tych ludzi, którzy przyjeżdżają tutaj, do Koszalina, opuszczają go ze łzami w oczach i uczą nas szacunku do Polski, do flagi, godła.

To dopiero początek polonijnej trasy koncertowej. 19 lipca o godz. 19 wszystkie chóry zaprezentują się w białogardzkim kościele pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa.

W kolejnych dniach wystąpią w innych miejscowościach:

20 lipca:

- Dobrzyca, kościół pw. Świętej Trójcy, godz. 17 - Chór im. Juliusza Zarębskiego, Żytomierz, Ukraina

- Bobolice, MGOK, godz. 18 - Chór „Malebor”, Donieck, Ukraina

- Świeszyno, MCK Eureka, godz. 18 - Chór „Kraj Rodzinny”, Baranowicze, Białoruś

- Koszalin, kościół pw. Ducha Świętego, godz. 18 - Chór Cantica Anima, Bar, Ukraina; Chór mieszany Zgoda, Brześć, Białoruś

21 lipca:

- Filharmonia Koszalińska, godz. 19 - koncert galowy, wszystkie chóry

22 lipca:

- Koszalin, kościół pw. Ducha Świętego, godz. 10.30 - Msza św. w intencji rodaków

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem