Reklama

Prezydent nie pozwala

2017-08-02 09:45

Artur Stelmasiak
Niedziela Ogólnopolska 32/2017, str. 20-21

Wikipedia

Dwa prezydenckie weta wobec trzech ustaw reformujących sądownictwo oprócz przesłanek merytorycznych mają także drugie dno – to apel Andrzeja Dudy o szacunek dla urzędu głowy państwa

Decyzja prezydenta Andrzeja Dudy o zawetowaniu ustaw o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym wywołała prawdziwą burzę na polskiej scenie politycznej, a szczególnie w szeroko rozumianym obozie rządzącym. – Zdecydowałem o tym, że zwrócę do rozpatrzenia Sejmowi, czyli zawetuję, ustawę o Sądzie Najwyższym, jak również ustawę o Krajowej Radzie Sądownictwa, albowiem Sejm doprowadził do tego, że są one ze sobą powiązane. A ja powiedziałem, że sędziowie do Krajowej Rady Sądownictwa nie mogą być wybierani zwykłą większością głosów, niestety, w obecnym stanie byliby – wskazał prezydent Duda.

Weto wywołało burzę w całym rządzie oraz w kierownictwie PiS. Tego samego dnia, 24 lipca br., premier Beata Szydło wystąpiła z orędziem telewizyjnym, w którym nie zgodziła się z decyzją prezydenta. Szefowa rządu oceniła, że weto Andrzeja Dudy zostało potraktowane jako zachęta przez tych, którzy walczą o utrzymanie niesprawiedliwego systemu. Powiedziała, że zawetowanie ustaw mogło wydać się niezrozumiałe tym, którzy czekali na dobrą zmianę. – Skuteczne zmiany muszą mieć nie tylko charakter instytucjonalny, ale także, zgodnie z naszymi zapowiedziami, szeroki charakter personalny – podkreśliła premier Szydło.

Prezydencka reforma

Nie są znane wszystkie zagrożenia, które zostały uruchomione, ale całkiem możliwe, że prezydenckie weto uchroniło obecny obóz władzy przed katastrofą. Sytuacja przypominała tzw. czarne protesty z jesieni 2016 r., gdy Prawo i Sprawiedliwość ugięło się pod naporem ulicy.

Reklama

Przy okazji ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa mieliśmy powtórkę z politycznej rozrywki. Na ulicę wyszły takie same tłumy, które były wspierane przez te same media i organizacje. Skala protestów i ulicznej histerii również była porównywalna. Wówczas Prawo i Sprawiedliwość wycofało swoje poparcie, a teraz spiralę niebezpiecznych emocji przerwało weto prezydenta. – Nie chcę, żeby ta sytuacja się pogłębiała, dlatego że to pogłębia podział w społeczeństwie. A Polska jest jedna i Polska potrzebuje spokoju. I ja czuję za to współodpowiedzialność jako prezydent – powiedział Andrzej Duda.

Nie oznacza to jednak, że reformy sądownictwa w ogóle nie będzie. Prezydent podpisał najważniejszą z trzech ustaw o reformie sądownictwa powszechnego, a kolejne dwie obiecał, że napisze w ciągu dwóch miesięcy. – Wymiar sprawiedliwości z całą pewnością wymaga w Polsce naprawy na wielu płaszczyznach. Ale zmiana musi nastąpić w taki sposób, aby nie doszło do rozdzielenia społeczeństwa i państwa, bo to rozdzielenie następuje wtedy, gdy ludzie mają poczucie niesprawiedliwości ze strony wymiaru sprawiedliwości, ale także wtedy, gdy państwo staje się wobec nich opresyjne, gdy zaczynają się bać swojego państwa – podkreślił prezydent Duda. – Chcę dokonać poprawy tych ustaw w ramach prezydenckiej inicjatywy ustawodawczej, tak aby polski wymiar sprawiedliwości i życie w tym zakresie w Polsce były naprawiane, żeby Polska była lepsza, bardziej przyjazna dla swoich obywateli, a jednocześnie żeby mogła stawać się coraz silniejszym państwem, sprawiedliwym, bezpiecznym i takim, w którym ludzie będą się dobrze czuli.

Efektami prezydenckiego weta są uspokojenie nastrojów na ulicy, wytrącenie argumentów z rąk opozycji oraz osłabienie ataków z zagranicy. Mimo braku argumentów Komisja Europejska nadal chce atakować Polskę w sposób, który już dawno przestał być merytoryczny. – Ustawa w sprawie sądów powszechnych została podpisana przez prezydenta Andrzeja Dudę, co uzasadnia rozpoczęcie procedury o naruszenie praworządności w momencie jej publikacji – powiedział wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans. Bruksela jest więc w opozycji do Polski, a jednym z argumentów, który został użyty przez komisarza, jest rzekome nierówne traktowanie w sądach kobiet, które w świetle polskiego prawa mogą przejść na emeryturę wcześniej niż mężczyźni. Sam Timmermans wykazał się na tyle dużą ignorancją, że nie wiedział nawet, ile aktów prawnych o reformie sądownictwa jest procedowanych – mówił o czterech niebezpiecznych ustawach.

Podzielone opinie

Niestety, decyzja prezydenta podzieliła obóz rządzący, jego zwolenników i prawicowych publicystów. Dla jednych Andrzej Duda uratował Polskę przed katastrofą, a inni wprost nazywają prezydenta zdrajcą. Choć totalna opozycja z uznaniem wypowiadała się o wecie, to jednak nadal nawoływała do ulicznych protestów. Te jednak z dnia na dzień słabły.

Wśród Zjednoczonej Prawicy weto spotkało się z poparciem Prawicy Rzeczypospolitej Marka Jurka i Polski Razem wicepremiera Jarosława Gowina. „Ze zrozumieniem przyjmujemy weto Pana Prezydenta Andrzeja Dudy do ustawy o Sądzie Najwyższym. Krytyczne argumenty podniesione przez Głowę Państwa są zbieżne z zastrzeżeniami, jakie nasza partia podnosiła na forum koalicyjnym wobec projektu ustawy” – czytamy w oświadczeniu Polski Razem.

Słowa uznania dla prezydenta wyraził również przewodniczący KEP abp Stanisław Gądecki w specjalnym liście. „Pragnę podziękować panu Prezydentowi za postawę zajętą w sprawie ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa” – podkreślił. Wskazał, że demokratyczna władza ma prawo, a nawet obowiązek reformowania sądownictwa, ale trzeba pamiętać także o zachowaniu równowagi. Przypomniał nauczanie św. Jana Pawła II, który mówił, że jest konieczna równowaga między władzą ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą, z których każda ma określone kompetencje i zakres odpowiedzialności – tak że jedna nie dominuje nigdy nad drugą – i że to jest gwarancja prawidłowego funkcjonowania demokracji.

Decyzję głowy państwa skomentował również ordynariusz warszawsko-praski abp Henryk Hoser. – Ktoś powiedział mi w tych dniach protestów, że środowisko rządzące nie ma „asów”, mężów stanu. Pan prezydent zajął stanowisko męża stanu, co cechuje ludzi, którzy mają bardzo dalekosiężne projekty społeczne i polityczne – podkreślił.

O wiele bardziej sceptyczne i często negatywne komentarze można usłyszeć ze strony partii rządzącej, której liderzy nie kryli swojego zaskoczenia i poirytowania z powodu prezydenckiego weta. Początkowa reakcja była emocjonalna i ostra, ale stopniowo studzono polityczne emocje. Największy atak na prezydenta posypał się z Ministerstwa Sprawiedliwości i ze strony polityków Solidarnej Polski. – Uczciwie mówię, że decyzje prezydenta mnie zaskoczyły i nie uważam ich za trafne z punktu widzenia polskiego obywatela i dobra sądownictwa – podkreślił min. Zbigniew Ziobro, w którego resorcie została przygotowana ustawa o KRS. Jeszcze bardziej krytyczni wobec prezydenta byli zastępcy ministra sprawiedliwości. – Pan prezydent publicznie powiedział, że jeśli jego poprawki zostaną wprowadzone do ustaw, to je podpisze. Złamał publiczną obietnicę – stwierdził sekretarz stanu Michał Wójcik.

Razem idziemy do przodu

Zawetowanie ustaw o sadownictwie oznacza, że prezydent stanowczo mówi: Nie pozwalam! Teraz przyszedł czas na chłodną analizę całego wydarzenia. Andrzej Duda wskazał na kilka wątków merytorycznych, m.in. zastrzeżenia konstytucyjne i zbyt dużą władzę Ministra Sprawiedliwości, która godziła w prerogatywy prezydenta. Najważniejszy zarzut dotyczył nieuwzględnienia jego poprawek, które zgłosił jako warunek podpisania ustaw. Andrzej Duda uznał, że ustawy o Sądzie Najwyższym i KRS są ze sobą powiązane i warunek 3/5 większości parlamentarnej nie został uwzględniony. Były też poważne zastrzeżenia co do sposobu i stylu legislacji. W efekcie ustawy zawierały zapisy prawa ze sobą sprzeczne. – Przyznam, że decyzja prezydenta specjalnie mnie nie zdziwiła. Gdy obserwowało się dyskusję nad tymi ustawami, można się było zorientować, że są w nich błędy o charakterze czysto prawnym. Mieliśmy do czynienia z bublem prawnym – ocenia były premier Jan Olszewski, który jest niekwestionowanym autorytetem w obozie rządzącym.

Drugim i bardzo istotnym powodem zawetowania był ekspresowy sposób prac legislacyjnych nad ustawą o reformie Sądu Najwyższego. – Ubolewam nad tym, że projekt ustawy o SN przed jego złożeniem w Sejmie nie został mi przedstawiony jako Prezydentowi Rzeczypospolitej i że w związku z tym nie mogłem w tej sprawie odbyć konsultacji – wskazał Andrzej Duda. Prezydenckie weto jest więc przede wszystkim sprzeciwem wobec powszechnie panującego przekonania, że prezydent podpisze wszystko, co większość parlamentarna przyniesie do jego kancelarii. Głowa państwa apeluje o szacunek dla najważniejszego urzędu w Polsce oraz jasno wskazuje, że chce mieć realny wpływ na kształt stanowionego prawa, a ministrowie i posłowie powinni częściej konsultować z nim swoje ustawodawcze pomysły.

Do sytuacji w obozie władzy odniósł się również Jarosław Kaczyński, który stwierdził, że decyzja prezydenta była dla niego wielką niespodzianką. – Nie mogę zgodzić się z osobami, które mówią, by tego nie komentować, by załatwić sprawę w czterech ścianach. Poważnie traktuję obywateli i prezydenta. Dlatego mówię: to był poważny błąd i na tym trzeba skończyć. Trzeba pomyśleć, jak z tego wyjść. Oby to był incydent, który zostanie zapomniany – powiedział prezes PiS na antenie Radia Maryja. – Potrzebna jest radykalna reforma, bo tylko ona coś zmieni. Potrzebne jest poczucie, że razem idziemy do przodu, razem z panem prezydentem.

Teraz Andrzej Duda wziął sprawy w swoje ręce i pod koniec września do Sejmu trafią ustawy napisane w jego kancelarii. Choć niemal wszyscy są zgodni, że reforma sądownictwa jest bardzo potrzebna, to jednak prezydentowi nie uda się pogodzić partii rządzącej z opozycją oraz polityków z korporacją sędziowską. Miejmy tylko nadzieję, że tym razem emocje będą przynajmniej o kilka stopni niższe, a nowe ustawy pogodzą tzw. mały pałac zarówno z dużym, jak i z Nowogrodzką.

Tagi:
sądownictwo

Nie będzie, jak było

2017-11-22 12:42

Z posłem na Sejm RP Stanisławem Piotrowiczem rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 48/2017, str. 36-37

O przeszkodach w reformowaniu polskiego sądownictwa z posłem na Sejm RP Stanisławem Piotrowiczem rozmawia Wiesława Lewandowska

Wikipedia

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Opozycja zarzuca reformie wymiaru sprawiedliwości proponowanej przez rząd Zjednoczonej Prawicy, że nie chodzi w niej o naprawę i zmianę standardów w systemie sądownictwa, ale przeciwnie – o upolitycznienie, wręcz upartyjnienie jego instytucji. Co Pan o tym sądzi?

STANISŁAW PIOTROWICZ: – Pytam: czy dziś wymiar sprawiedliwości nie jest upolityczniony? W moim przekonaniu – jest. Znaczna część środowiska sędziowskiego, tego najbardziej wpływowego, prezentuje bardzo mocne zaangażowanie polityczne, występuje przeciwko demokratycznie wybranemu rządowi, organizuje akcje protestacyjne, a przedstawiciele KRS uskarżają się w niemieckiej ambasadzie. Niektórzy sędziowie dają temu wyraz nawet w konkretnych orzeczeniach. W tych kategoriach należy również postrzegać ostatni sprzeciw KRS wobec nominacji 265 asesorów. Pretekstem miały być rzekome braki formalne, a tak naprawdę chodziło o to, że o nominacji (zgodnie z obowiązującym prawem) zdecydował minister sprawiedliwości, a nie sędziowie w KRS. Środowiska sędziowskie, by bronić swej uprzywilejowanej pozycji przy wsparciu totalnej opozycji, zasłaniają się niby-troską o prawa obywatela, o niezawisłość sędziowską itd. Czy ktoś z tych środowisk oburzał się, gdy prezes dużego sądu okręgowego, myśląc, że rozmawia z przedstawicielem ówczesnego premiera Donalda Tuska, zapewniał, że dobrał „właściwy” skład sędziowski i że czeka na stosowne dyspozycje co do przebiegu procesu? Ten sędzia, chociaż nie jest już prezesem, nadal orzeka. Dla nieuczciwych sędziów, a także tych wchodzących w rolę polityków nie może być miejsca w wymiarze sprawiedliwości. Jest takie stare przysłowie: „Sądzę ciebie według siebie”. Być może tym powodowane są zarzuty dzisiejszej opozycji. Szczególnie kuriozalnie brzmią zarzuty o rzekomej próbie upolitycznienia KRS, a tym samym o zamachu na niezawisłą władzę sądowniczą lub na samorząd sędziowski. Muszę tu przypomnieć, że KRS – której reforma jest warunkiem koniecznym całej dobrej zmiany w wymiarze sprawiedliwości – nie jest, jak często się sądzi, organem samorządu sędziowskiego, nie jest także organem wymiaru sprawiedliwości.

– Czym zatem jest?

– W założeniach konstytucyjnych jest instytucją skupiającą przedstawicieli wszystkich trzech władz, a więc władzy ustawodawczej, sądowniczej i wykonawczej. A zatem gdy ktoś stawia zarzut upolitycznienia Rady, to tak naprawdę nie wie, o czym mówi, albo cechuje się złą wolą. W tej sprawie opozycja wprowadza w błąd nie tylko polską ulicę, ale także zagranicę. Komisja Wenecka się oburzała, a Organizacja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie w swoim raporcie napisała, że niedopuszczalna jest „ingerencja władzy ustawodawczej w organ samorządu sędziowskiego, jakim jest KRS”! Z mównicy sejmowej przypominałem wtedy, że KRS nie jest ani organem samorządu sędziowskiego, ani organem wymiaru sprawiedliwości. Smutne jest to, że te szacowne międzynarodowe ciała formułują opinię o stanie praworządności w Polsce, opierając się na nieprawdziwych danych. Zwrócili na to uwagę również eksperci powołani przez marszałka Sejmu.

– Dlaczego cała reforma wymiaru sprawiedliwości wywołuje tak wielki, niemalże globalny strach, dlaczego jest tak ostro zwalczana?

– Bo to dobry pretekst, by uderzyć w polski rząd. Nie łudźmy się, że ci, którzy to czynią, troszczą się o nasze dobro. Ten wielki krzyk i protest przeciwko polskiej reformie sądownictwa nie tylko w Polsce, ale także za granicą podnoszą kręgi zainteresowane Polską jako krajem, w którym można było dotąd prowadzić wielkie, często nieuczciwe interesy. Świadczą o tym liczne afery, które miały miejsce w Polsce za poprzednich rządów, a także to, że z nieszczelności VAT-u największe zyski czerpali Niemcy i Holendrzy i to właśnie oni są teraz najbardziej zaniepokojeni rzekomym „nieprzestrzeganiem praworządności” w Polsce. Po prostu przeszkadza im obcy ideologicznie rząd prawicowy, który przemawia własnym głosem na arenie międzynarodowej, skutecznie zabiega o interesy własnego państwa i narodu i nie przyzwala na okradanie. Wykorzystują do tego totalną opozycję, bo jest w tej walce użyteczna, ale myślę, że w duchu źle oceniają tych, którzy im donoszą na własny kraj...

– Czy ma Pan na to jakieś dowody?

– Prowadziłem niedawno rozmowę z przedstawicielem ONZ, uczestniczyłem też w kolejnym spotkaniu z Komisją Wenecką i tym razem odniosłem wrażenie, że rozmówcy patrzą już z niejakim niesmakiem i politowaniem na skargi polskiej opozycji, choć zapewne nie odbije się to jeszcze na ich raportach na temat Polski. Sądzę jednak, że polska polityka już odnosi sukces, a nawet ma coraz wyraźniejszy wpływ na kształtowanie nastrojów w pozostałych krajach unijnych.

– Co, Pańskim zdaniem, najbardziej niepokoi krytyków reformy polskiego sądownictwa?

– Prawdopodobnie to, że zapowiadamy nie tylko istotne zmiany strukturalne w wymiarze sprawiedliwości, przybliżające nas do rozwiązań europejskich, ale także wymianę personalną. A to najbardziej godzi w rozliczne interesy. Dla ochrony interesów państwa polskiego ważne jest, by doszło do zasadniczej przemiany mentalnościowej polskiej klasy sędziowskiej, aby dotarło do niej to, że nie jest nadzwyczajną kastą, lecz jej działanie ma być służbą.

– To praca u podstaw i chyba na pokolenia…

– Problem polega na tym, że ta stara „panująca” kadra wciąż kształci młodą kadrę. Młodzi polscy sędziowie wyrastają w poczuciu panowania, a nie służby. Trzeba więc zmieniać polskie sądownictwo od samych podstaw.

– Dlaczego tak istotne znaczenie reformatorzy przypisują wymianie składu Sądu Najwyższego?

– Ryba psuje się od głowy. Sąd Najwyższy odgrywa istotną rolę w dziedzinie zarówno wykładni prawa, jak również praktyki jego stosowania, a jego sędziowie powinni świecić przykładem. Każdy z początkujących sędziów, nawet jeśli jest pełen szlachetnych ideałów, w dzisiejszej praktyce jest „korygowany”, sprowadzany na ziemię przez starszych kolegów, którzy rozpatrują odwołania od jego orzeczeń, od których zależy jego zawodowa kariera. Naturalną rzeczą jest, że każdy młody sędzia chce być dobrze postrzegany przez zwierzchników, dostosowuje się więc do ich oczekiwań, bo chce awansować. Dostosowuje się do nacisków i zasad poprawności obowiązujących w hermetycznej grupie.

– Opozycja twierdzi, że wcale nie chodzi o podwyższenie standardów Sądu Najwyższego, lecz o czystkę, a potem o upolitycznienie tego organu, o obsadzenie go sędziami PiS-owskimi. Prezydent Andrzej Duda, wetując przyjęte już przez Sejm ustawy o KRS i SN, niejako podzielił powyższe obawy.

– Absurdalne zarzuty. Nam chodzi właśnie o odpolitycznienie Sądu Najwyższego, gdyż obecnie jest on wyrazicielem bardzo określonych poglądów politycznych. Nasze pierwotne zamierzenia były takie, aby z SN odeszli w stan spoczynku wszyscy sędziowie. Warto podkreślić, że takie rozwiązanie pozostaje w zgodzie z art. 180 ust. 5 konstytucji, który stanowi, że „w razie zmiany ustroju sądów lub zmiany granic okręgów sądowych wolno sędziego przenosić do innego sądu lub w stan spoczynku z zapewnieniem mu pełnego uposażenia”. Gdy w lipcu br. prace nad ustawą zmierzały ku końcowi, prezydent wypowiedział się publicznie, że ustawy nie podpisze, jeżeli nie upoważni go ona do opracowania i wydania regulaminu SN i nie wyposaży go w prawo zdecydowania o tym, którzy sędziowie pozostaną w SN. Te stanowcze oczekiwania prezydenta zostały zapisane w uchwalonej przez Sejm lipcowej ustawie, tej, która ostatecznie i tak została zawetowana... Obecnie obowiązuje regulamin opracowany przez środowisko sędziowskie.

– Dlaczego Prezydent Duda nie zgadza się na rozwiązanie zaproponowane przez rząd?

– Nie czuję się upoważniony do wypowiadania się za prezydenta.

– Projekt ustawy zaproponowany przez Andrzeja Dudę nie przewiduje całkowitej wymiany składu Sądu Najwyższego. Nie będzie więc istotnej przemiany tego organu?

– Rzeczywiście, całkowita wymiana składu Sądu Najwyższego okazuje się w obecnej sytuacji niemożliwa. Według prezydenckiego projektu, z SN w stan spoczynku przejdą ci sędziowie, którzy uzyskali wiek emerytalny, a takich, według mojego rozeznania, jest 38. Gdyby tak się stało, to na stanowiskach sędziowskich pozostałoby 48 dotychczasowych sędziów. Prezydent Duda w swoim projekcie ustawy o SN wprowadza zapis, aby ci, którzy osiągnęli wiek emerytalny, mieli prawo ubiegać się u prezydenta o pozostawienie ich na stanowisku. Z tego też względu dziś nie można powiedzieć, ilu sędziów ostatecznie odejdzie, a ilu pozostanie.

– Wielki sprzeciw wywołuje zamiar powołania odrębnej instytucji dyscyplinującej pracę sędziów. To przejaw uzasadnionego strachu?

– Zapewne, bo można się domyślać, że najgłośniej protestują ci, którzy mają wiele na sumieniu. Brak skutecznej kontroli doprowadził do licznych wynaturzeń wymiaru sprawiedliwości, dlatego chcemy, aby w ramach Sądu Najwyższego powstała całkiem nowa izba – Izba Dyscyplinarna, niezależna od układów koleżeńskich i towarzyskich; proponowana przez nas wcześniej Izba Dyscyplinarna znalazła się również w projekcie prezydenckim. Będziemy zabiegać o to, aby miała dużą autonomię w ramach SN, a jej prezes, podobnie jak prezes SN, otrzymywał nominację z rąk prezydenta RP. Zmierzamy do tego, aby postępowania dyscyplinarne stały się bardziej obiektywne i skuteczne. Uważamy też, że oskarżycielami w postępowaniach przeciwko sędziom powinni być prokuratorzy, tak jak w niektórych krajach unijnych, a nie koledzy sędziowie, jak to jest teraz.

– Największy kłopot dla reformatorów wymiaru sprawiedliwości stanowi chyba jednak warunek postawiony przez prezydenta Dudę w sprawie KRS, że wybór jej członków ma być dokonywany przez Sejm niemożliwą dziś do osiągnięcia większością 3/5 głosów. Czy nie czas przestać wierzyć w możliwość naprawdę realnej zmiany?

– Mimo różnych przeciwności nadal jestem przekonany, że uda nam się przeprowadzić rzeczywistą reformę, taką, jakiej oczekuje społeczeństwo. Nas nie interesuje pozorna reforma, tzw. pudrowanie. To prawda, że prezydent postawił trudny, wręcz niemożliwy do spełnienia warunek, nie ma dziś bowiem takiej większości w Sejmie. Stąd próby wyjścia ze spodziewanego klinczu parlamentarnego, czyli poszukiwania tzw. drugiego kroku. Kilka naszych dotychczasowych propozycji nie spotkało się z akceptacją. Podczas naszej ostatniej rozmowy min. Paweł Mucha z Kancelarii Prezydenta RP zaproponował rozwiązanie będące modyfikacją jednej z naszych poprawek i myślę, że będzie ono przedłożone na etapie prac legislacyjnych.

– Zatem co dalej?

– Myślę, że na najbliższym posiedzeniu Sejmu rozpocznie się proces legislacyjny. Mam nadzieję, że uda się uchwalić obie ustawy do końca tego roku.

– Podziela Pan rozgoryczenie elektoratu PiS, że Andrzej Duda skutecznie podciął skrzydła tej najważniejszej dobrej zmianie, którą miała być reforma wymiaru sprawiedliwości?

– Proszę mnie zwolnić z dokonywania takich ocen. Ale chcę podkreślić, że obarczanie Prawa i Sprawiedliwości brakiem tych reform mimo upływu dwóch lat od objęcia rządów jest nieuprawnione. Nie da się wszystkiego naraz reformować, ważna jest też kolejność, a wszyscy chyba dobrze pamiętają kluczową dla wielu reform – w tym wymiaru sprawiedliwości – reformę Trybunału Konstytucyjnego. Warto też podkreślić, że w lipcu br. parlament uchwalił ustawy o KRS i SN. Podejmiemy ten wysiłek na nowo, bo obiecaliśmy to Polakom i słowa dotrzymamy.

– Jak długo jeszcze przyjdzie nam czekać na urzeczywistnienie tej kluczowej zmiany, którą jest rzeczywista i głęboka reforma sądownictwa?

– Trzeba na to patrzeć w kategoriach procesów, które teraz staramy się zapoczątkować. Wiele też może się zmienić w ciągu krótkiego okresu. Już zmieniają się prezesi sądów w oparciu o ustawę o ustroju sądów powszechnych, zmienił się sposób przydzielania spraw – tak, że prezesi nie mają wpływu na to, który sędzia będzie rozpatrywał daną sprawę – będzie też bardziej równomierne obciążenie sędziów pracą. Dalsze zmiany będą mogły następować po reformie Sądu Najwyższego i Krajowej Rady Sądownictwa.

Pierwsza część wywiadu została wydrukowana w poprzednim numerze „Niedzieli” – 47/2017.

***

Stanisław Piotrowicz, polityk, prokurator, senator VI i VII kadencji, poseł na Sejm VII i VIII kadencji, sekretarz stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów (2007), członek Krajowej Rady Prokuratorów (2011-15), członek Krajowej Rady Sądownictwa, przewodniczący sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Św. Maksymilian Maria Kolbe – Rycerz Niepokalanej

2018-08-01 10:32

Al. Rafał Oleksiuk
Edycja podlaska 31/2018, str. VII

Z pewnością większości kojarzy się przede wszystkim z obozowym pasiakiem i oddaniem życia za współwięźnia, jednak jego męczeńską śmierć poprzedziło wiele lat równie heroicznej walki, aby zdobyć cały świat dla Chrystusa przez Niepokalaną

Archiwum Ojców Franciszkanów w Niepokalanowie

Dwie korony

Święty urodził się 8 stycznia 1894 r. w Zduńskiej Woli. Na chrzcie otrzymał imię Rajmund. Rodzice byli przesiąknięci duchem katolickim i polskim. Należeli do Trzeciego Zakonu św. Franciszka. Od najwcześniejszych lat Rajmund wyróżniał się szczególnym nabożeństwem do Matki Bożej. Gdy miał ok. 12 lat objawiła mu się Najświętsza Maryja Panna. Tak relacjonował to wydarzenie swojej mamie Mariannie: „Matka Boża pokazała mi się, trzymając dwie korony: jedną białą, a drugą czerwoną. Z miłością na mnie patrzała i spytała, czy chcę te korony? Biała znaczy, że wytrwam w czystości, a czerwona, że będę męczennikiem. Odpowiedziałem, że chcę. Wówczas Matka Boża mile na mnie spojrzała i zniknęła”.

Militia Immaculatae

W 1910 r. wstąpił do Zakonu Franciszkanów i otrzymał imię Maksymilian. Dwa lata później zostaje wysłany na dalsze studia do Rzymu, gdzie spędzi 7 lat. W 1917 r. Maksymilian jest świadkiem obchodów 200-lecia powstania pierwszej loży wolnomularskiej. Ulicami Rzymu przetoczyły się wielkie manifestacje antykatolickie, a masoni jawnie zapowiadali walkę z Kościołem, głosząc, iż „diabeł będzie rządził w Watykanie, a papież będzie mu służył za szwajcara”. Maksymilian wstrząśnięty tymi wydarzeniami dochodzi do wniosku, że tylko Najświętsza Maryja Panna, która miażdży głowę szatana, jest w stanie doprowadzić do nawrócenia masonów i heretyków. 16 października 1917 r., Maksymilian wraz z sześcioma klerykami franciszkańskimi zakłada stowarzyszenie pod nazwą Militia Immaculatae, czyli Rycerstwo Niepokalanej, którego istotą i celem jest osobiste oddanie się Niepokalanej, aby pod Jej wodzą i opieką pracować nad uświęceniem własnego życia i nawracaniem wszystkich grzeszników.

Dziennikarz

Po powrocie do Polski o. Maksymilian oddał się bez reszty pracy duszpasterskiej i wydawniczej. Ze względu na wzrastającą liczbę osób zapisanych w szeregi MI, w styczniu 1922 r. wydał pierwszy numer czasopisma „Rycerz Niepokalanej”. Rycerz stale zwiększał swój nakład. W ciągu pięciu lat z 5 tys. wzrósł on do 70 tys. egzemplarzy, a przed wojną nakład doszedł do 750 tys. egzemplarzy! W 1927 r. o. Kolbe założył pod Warszawą klasztor – wydawnictwo Niepokalanów, zostając jego pierwszym gwardianem. Wybudował go zaczynając od zera, na gruncie podarowanym przez księcia Jana Druckiego-Lubeckiego. W ciągu kilku lat Niepokalanów stał się największym katolickim klasztorem na świecie, który liczył ok. 700 mieszkańców. O. Kolbe nie chciał ograniczać się w dziele ewangelizacji tylko do terenu ojczyzny. W kwietniu 1930 r. dotarł do Japonii, gdzie przyjęty życzliwie przez biskupa Nagasaki, nie znając języka japońskiego, założył klasztor i zaczął wydawać japońską wersję „Rycerza”.

Czas wojny

1 września 1939 r. wybucha II wojna światowa. O. Maksymilian przyjął nowe warunki z heroicznym poddaniem się woli Bożej. Otworzył bramy klasztoru dla uciekinierów, rannych, chorych, głodnych, chrześcijan i Żydów. Niemcy zdawali sobie sprawę z ogromu siły duchowej płynącej z Niepokalanowa. 17 lutego 1941 r. o. Kolbe zostaje aresztowany przez gestapo i przewieziony do więzienia na Pawiaku, skąd 28 maja trafia do obozu koncentracyjnego Auschwitz. Tutaj krzepił upadłych na duchu, spowiadał, potajemnie odprawiał Mszę św., dzielił się z innymi tym, co miał. Pod koniec lipca 1941 r. z obozu uciekł jeden z więźniów. W odwecie za ucieczkę Niemcy wybrali dziesięciu więźniów na śmierć głodową. Jednym z wyselekcjonowanych był Franciszek Gajowniczek, który rozpaczał, że zostawi żonę i dzieci. Wtedy z szeregu wyszedł o. Maksymilian i zgłosił się dobrowolnie pójść na śmierć zamiast Gajowniczka. O. Kolbe w bunkrze głodowym spędził dwa tygodnie, pomagając reszcie skazanych dobrze przygotować się na śmierć. Sam zmarł jako ostatni, 14 sierpnia 1941 r. dobity zastrzykiem fenolu. Jego ciało zostało spalone w krematorium następnego dnia. Franciszek Gajowniczek przeżył wojnę i zmarł śmiercią naturalną wiele lat później. Zaraz po wojnie rozpoczęto starania o wyniesienie na ołtarze o. Maksymiliana. Został beatyfikowany przez papieża Pawła VI w 1971 r., natomiast kanonizacji dokonał Jan Paweł II 10 października 1982 r. W naszej diecezji możemy spotkać trzy świątynie pw. św. Maksymiliana Kolbe. Są to kaplice w Hucie Gruszczyno, Rytelach Wszołkach oraz Tołwinie. Poza tym odpust ku czci świętego jest obchodzony również w parafii Nieciecz oraz Chojewo.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kalendarz pielgrzyma 2019

„Z Maryją wolni” - na Jasną Górę dotarło ok. 6 tys. warszawskich pielgrzymów

2018-08-14 17:32

it / Jasna Góra (KAI)

Z wielkim wołaniem za Polskę, wierna złożonym w 1711 r. ślubom, na Jasną Górę dotarła 307. Warszawska Pielgrzymka Piesza. „Z Maryją wolni” wołało ok. 6 tys. pątników. W drodze odmawiali Litanię Narodu Polskiego i Akt Oddania w Macierzyńską Niewolę Miłości za wolność Kościoła. Wpisywali się do Księgi Niepodległości przekazanej przez prezydenta RP Andrzeja Dudę.

Fenomen pielgrzymki warszawskiej polega na jej ciągłości, wierni wypełniali śluby nawet w czasie rozbiorów, wojen i komunizmu. - Kompania nazywana jest „matką” pielgrzymek - przypomina o. Marek Tomczyk.

Kierownik wyjaśnia, że to z tej pielgrzymki wyrastają inne, które pielgrzymują na Jasną Górę. - Warszawska pielgrzymka oczywiście nie jest najstarsza, ale jedną z najstarszych. To właśnie tutaj wielu przewodników uczyło się pewnego stylu pielgrzymowania, zapożyczało pewne metody duszpasterskie. Kiedyś nie było aż tyle pielgrzymek, dlatego byli u nas przedstawiciele różnych miast i diecezji - przypomniał paulin. Z dumą podkreślił, że pielgrzymka warszawska w sposób „nieprzerwany, ciągły i trwały wpisuje się w krajobraz naszej Ojczyzny i w ten sposób zachowana jest piękna tradycja ojców”. - Nie ma takiej siły, by nas ktoś zatrzymał w drodze, bo jest zew w ludzkim wnętrzu i w naszych sercach - podkreśla o. Tomczyk.

Kierownik zauważył, że tegoroczna pielgrzymka wpisała się w świętowanie jubileuszu stulecia odzyskania niepodległości, który przeżywany był w wymiarze duchowym. - Przede wszystkim próbowaliśmy odkrywać i odczytywać znaczenie Matki Bożej i Jasnej Góry w czasie zaborów i przypominać sobie wydarzenia z 1918 r. - powiedział kierownik. - Chcemy naszą cząstkę pielgrzymowania czyli modlitwę, ofiarę, pokutę, cierpienie, zawierzenie, ofiarować w intencji naszej Ojczyzny. Ufamy, że Pan Bóg przyjmie naszą ofiarę – dodał.

Na pątniczym szlaku obecna była w tym roku Księga Niepodległości, którą specjalnie pielgrzymom warszawskim przekazał prezydent RP Andrzej Duda. Wierni wpisywali do niej swoje życzenia i modlitwy za Polskę i jak zauważa kierownik, „były one bardzo wzruszające”.

W pielgrzymce przyszło ok. 6 tys. osób. Paulini zauważają tendencję wzrostową, co jest dla nich radością. Warszawską kompanię tworzyły 23 grupy, podzielone na trzy kolumny: grupy zasadnicze, dziesiąte i piętnaste.

Do odprawiających rekolekcje w drodze dołączyli ci, którzy nie mogli wyruszyć fizycznie, ale zobowiązali się do codziennej łączności z pielgrzymami, udziału we Mszy św. i podejmowania dodatkowych wyrzeczeń. Prawie 300 osobową grupę duchową stanowili słuchacze Radia Jasna Góra, którzy przekroczą progi Jasnej Góry wraz z „15 purpurową”, niosącą ich intencje.

Duchowi pielgrzymi, zamiast tzw. wpisowego, przynosili środki czystości, które zostaną przekazane biednym rodzinom, podopiecznym Jasnogórskiego Punktu Charytatywnego.

Wielu podkreśla, że pielgrzymowanie duchowe bywa trudniejsze od tego fizycznego, ale jego owoce są nie do przecenienia. - Czuję się szczęśliwa, że mogę z nimi duchowo pielgrzymować, to kosztuje, ale ma wielki sens - powiedziała p. Maria z Kochłowic, która kolejny raz wybrała się duchowo na pielgrzymkę.

Niektórzy, jak Joanna z Częstochowy, starają się zaznać chociaż trochę pielgrzymiego trudu: "Jak rusza pielgrzymka warszawska, to my zbieramy się w małej grupce i rozpoczynamy naszą drogę z miejsca zamieszkania na Jasną Górę, codziennie rano pielgrzymujemy kilka kilometrów, by modlić się w intencji tych, którzy wyruszyli z Warszawy. Odmawiamy po drodze modlitwy, różaniec, koronkę i inne a w Kaplicy Matki Bożej uczestniczymy we Mszy."

Intencje duchowych pielgrzymów przekazywane są przez przewodnika grupy zaraz na początku drogi, a więc w Warszawie. Ci, którzy napisali na kartkach swój adres, nieraz dostają specjalne pozdrowienia z trasy pielgrzymki z podpisem osoby, która niesie ich intencje. Czasami pielgrzymi „odszukują się” w Częstochowie i razem wkraczają na Jasną Górę. Większość intencji jest jednak anonimowa. Dominują w nich prośby o wyrwanie z nałogu, nawrócenie dzieci, jedność w rodzinie, o cudowne uzdrowienie z ciężkiej choroby.

W tym roku do grupy duchowej przy Radiu Jasna Góra zgłosiło się ok. 300 osób. To głównie starsi i chorzy, ale nie brakuje też tych, którzy muszą w tym czasie pracować.

Wszystkim duchowym pielgrzymom, także tym, którzy dzień i noc trwali na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem, za wsparcie podziękował kierownik. - Jesteśmy wam bardzo wdzięczni, to dla nas wielkie umocnienie, odwdzięczamy się modlitwą u Pani Jasnogórskiej i podczas drogi - powiedział o. Tomczyk.

Warszawska Pielgrzymka Piesza nazywana także paulińską, początkami sięga XVIII w. i jest najstarszą wyruszającą ze stolicy. W 1711 r. Bractwo Pana Jezusa Pięciorańskiego przy paulińskim kościele św. Ducha w Warszawie poprowadziło pielgrzymkę na Jasną Górę w imieniu miasta, prosząc o ocalenie przed szalejącą epidemią. Do dziś w częstochowskim Sanktuarium przechowywana jest srebrna tablica - wotum mieszkańców Warszawy, złożone z prośbą o oddalenie zarazy. Bractwo organizowało i odbywało pielgrzymki aż do połowy XX wieku, nawet w czasach zaborów. W 1792 r. wojska zaborcze na odcinku trasy z Woli Mokrzeskiej do Krasic wymordowali wszystkich uczestników pielgrzymki. Pątnicy do dziś w trakcie wędrówki zatrzymują się przy ich zbiorowej mogile. W 1963 r. władze nie zgodziły się na wyruszenie warszawskich grup, motywując swoją decyzję epidemią ospy, na niektórych obszarach Polski. Mimo to do Częstochowy wyruszyła "nielegalna pielgrzymka", którą na Jasnej Górze przywitał Prymas Polski kard. Stefan Wyszyński.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem