Reklama

Jeszcze raz poszedłbym do powstania

2017-08-02 09:45

Mateusz Wyrwich
Niedziela Ogólnopolska 32/2017, str. 24-25

Mateusz Wyrwich
Cmentarz Powstańców Warszawy, Wola

Kiedy słyszę czasem wypowiedzi „mądrali”, co to mówią, że powstanie nie było potrzebne, to odnoszę wrażenie, że oni nigdy nie byli w Polsce w czasie okupacji, a tym bardziej w Warszawie. Że nie widzieli tej krwi – podkreśla Zygmunt Gasiuk

– Im starszy jestem, tym mniej chętnie opowiadam o powstaniu… – mówi ze smutkiem Zygmunt Gasiuk. – Przytłaczają mnie te wydarzenia. Właściwie prześladują. Przed oczyma stają obrazy jak żywe – budynków, ulic, okopów. Widzę zburzony kościół Dominikanów na Freta, gdzie z rodziną chodziliśmy na niedzielną Mszę św. I całą tam poległą rodzinę: babcię, rodziców, dwie siostry i małego, sześcioletniego braciszka. Rodzice byli w konspiracji, siostry, choć młodsze ode mnie, też. Wszyscy zginęli jednego dnia pod gruzami kościoła. Moja siostra Basia, kolporterka podziemnej prasy, miała jeszcze bibułę pod pachą, kiedy ją odkopano. Czasem budzę się i stają mi przed oczyma ci zabici. Jak jakaś armia. Również moi koledzy z powstania. Nawet Niemcy, których widziałem, jak ginęli. Tak... wojna czyni spustoszenia. Przez całe życie wszystkich ich pamiętam. Idą tak za mną, jakby w procesji za karawanem.

Pięć lat podziemia

W czasie okupacji Zygmunt Gasiuk na co dzień pracował w firmie transportowej. W 1940 r., jako szesnastolatek, został zaprzysiężony do Związku Walki Zbrojnej. Uczęszczał na wykłady teoretyczne, brał również udział w ćwiczeniach w podwarszawskich lasach. I tak płynął nastolatkowi dzień za dniem w okupowanej Warszawie – w towarzystwie Niemców; łapanek, murów zbryzganych krwią rozstrzelanych Polaków. Przechodził z kolegami koło tych miejsc straceń w upokorzeniu, z zaciśniętymi pięściami. I chęcią zemsty za mordowanie rodaków – starszych, rówieśników.

– Więc kiedy słyszę czasem wypowiedzi „mądrali”, co to mówią, że powstanie nie było potrzebne, to odnoszę wrażenie, że oni nigdy nie byli w Polsce w czasie okupacji, a tym bardziej w Warszawie. Że nie widzieli tej krwi – podkreśla Zygmunt Gasiuk.

Reklama

Na kilka dni przed powstaniem Zygmunt odbierał z grupą chłopaków broń z alianckich akcji zrzutowych. Wozili ją na umówione punkty. 1 sierpnia 1944 r. ruszył z tą samą „kompanią” do oddziału. Obwieszeni bronią ukrytą w workach i pod płaszczami jechali na mokotowski Zagościniec. Stamtąd mieli wyruszyć na swoją zwycięską wojnę z Niemcami.

Powstanie

– Mieliśmy opanować tereny wyścigów konnych na Służewcu, żeby alianci mogli tam lądować – opowiada pan Zygmunt. – Miałem pistolet i granat „filipinkę”. Niektórzy koledzy byli uzbrojeni podobnie. Mieliśmy też kilka pistoletów maszynowych i karabin maszynowy. Tymczasem Niemcy, kiedy nas zauważyli, od razu pruli z CKM. Nasz dowódca dał rozkaz zdobycia bunkra, który pozwoliłby nam opanować wyścigi konne. Nieopodal stał dom. Jeden z kolegów powiedział, że ja najlepiej chodziłem po dachach w czasie ćwiczeń, więc padło na mnie, żebym stamtąd rzucił wiązką granatów. Trafiłem. Ale nie wszedłem do tego bunkra. Kątem oka tylko spostrzegłem powyginany CKM, jak z plasteliny. Któryś powiedział, że podobno trudno tam było odnaleźć całego człowieka. Na ścianach bunkra było czerwono od krwi, strzępy ciał poprzyklejane do muru. Nie wszedłem tam. Mimo to wyobraźnia do dziś podpowiada mi, jak to mogło wyglądać. Żal mi się zrobiło tych moich przeciwników. Pomyślałem sobie: już nie wrócą do rodzin. Nie mogłem sobie znaleźć miejsca przez jakiś czas.

Kolejne oddziały „Baszty” częściowo opanowały wyścigi konne. Zgromadzone tam bardzo liczne konne oddziały SS broniły zacięcie terenu, który stanowił zapasowe lotnisko dla niemieckich Junkersów. Powstańcy zdobyli niemieckie baraki, ale trudno im było je utrzymać pod ostrzałem Niemców. Zdobyto jednak kilkadziesiąt karabinów i kilkanaście skrzynek amunicji. Mimo to kiedy SS-mani z bronią ciężką zaczęli otaczać kilkusetosobowe bataliony „Baszty”, powstańcy wieczorem musieli się całkowicie wycofywać z wyścigów, zabierając ze sobą kilkudziesięciu rannych. Pogrzebali blisko stu. Wycofali się na kilkanaście dni do Lasu Kabackiego. Później wrócili na Mokotów.

– Wycofaliśmy się, byliśmy przybici. Mieliśmy zająć wyścigi konne pod samoloty RAF-u, co mogło zmienić losy powstania, a tu... – opowiada Zygmunt Gasiuk. – Wielu z naszych kolegów już nie szło wśród żywych. Tak nie do końca układało nam się w głowach, co to znaczy, że kogoś już nie ma... Mieliśmy po szesnaście, siedemnaście, dziewiętnaście lat. Byliśmy młodzi. I nagle ktoś znika. Niby wiesz, że nie żyje. Ale co to znaczy: nie żyje? Rozumiem, jak ktoś ma siedemdziesiąt czy więcej lat, ale: naście? Uważałem, że to niesprawiedliwe.

Cud przeżycia

Po powrocie z lasów oddział został zaatakowany na Mokotowie przez silnie uzbrojoną jednostkę „Hermann Goering”, jednak powstańcy, broniąc się z determinacją, odparli atak. Niemcy uciekli w popłochu. Wrócili jednak już wsparci przez niemieckie lotnictwo.

– Najpierw pojawiał się samolot rozpoznawczy. Obserwowali nas z góry, następnie precyzyjnie zrzucali bomby na budynki, które zajmowaliśmy – wspomina pan Zygmunt. – Wydawało się, że tak może być tylko w piekle. Domy się rozpadały jeden za drugim. Często już nie udawało się przejść piwnicami, bo były pozasypywane przez gruzy. To cud, że przeżyłem. Co chwila ktoś koło mnie padał ranny albo zabity. Ja też zostałem ranny, ale wolałem nadal walczyć, byle nie wpaść w łapy Niemców. Już docierały do nas informacje, że rannych rozstrzeliwują. Zajęliśmy kamienicę, jeszcze niewykończoną, na Woronicza, która potem przechodziła z rąk do rąk – przez kilkanaście dni siedem razy. W końcu nas przerzucili na bastion „Alkazar” w Alejach Niepodległości. Tam dopiero zaczął się koszmar. Traciliśmy jeden dom, a potem znów go odzyskiwaliśmy. Znów kolejne podwórko. Kamienica w naszych rękach, a później – Niemców. I tak w kółko. Po kilku dniach walk zostałem kolejny raz lekko ranny. Kiedy już nieco wydobrzałem, wróciłem na barykadę. Znów na „Alkazar”. Później wyniosło nas stamtąd na jakiś kolejny budynek. Walczyliśmy zażarcie, bo niedaleko broniła się kolejna nasza reduta „Westerplatte”. Wiedzieliśmy, że jak upadnie, to koniec, po nas. Waliliśmy tam w Niemców właściwie na oślep, oni czynili podobnie. Znów nie wiem, jak ja tam przeżyłem. To był cud. Opatrzność Boża. W pewnym momencie zostało nas trzech i nagle odpadły ściany. Byliśmy więc na widoku, jak nadzy. Zbiegliśmy na parter. Patrzymy, a tam nikogo z naszych nie ma. Dopiero po kilku miesiącach dowiedzieliśmy się, że był tam nasz łącznik z rozkazem, by się wycofywać, ale nie mógł do nas dotrzeć z powodu tej zaciekłej strzelaniny... Idziemy. Cisza. Ostrożnie posuwamy się rowami łącznikowymi, a tu nagle czołg i z czołgu pada w naszym kierunku seria z CKM. Tak wielka, że wyrwało bryły darniny. I one nas osłoniły. Udało nam się przez te sekundy uciec rowem kilka czy kilkanaście metrów. Dopadliśmy wnętrza, a tam znów nikogo z naszych. Za to z pobliża dochodzą niemieckie głosy i zaraz potem widzę, jak prowadzą cywili z łopatami. Myślę, że będą do nich strzelać, więc mówię do kolegów: wywalmy w Niemców granaty albo serię. Powstrzymują mnie jednak, bo w oddali widać mnóstwo szkopów. Tymczasem kolega, który dobrze znał niemiecki, zrozumiał, że cywile mają zasypywać rów przeciwczołgowy. Decydujemy się schować broń i dołączyć do nich. Wychodzimy, udajemy cywili. Rozpoznają albo nie rozpoznają...? Rozstrzelają albo nie? Jesteśmy jednak bez łopat. Złapaliśmy więc jakieś deski. Przychodzi Niemiec i pyta, dlaczego zasypujemy rów deskami. Kolega tłumaczy, że zabrakło dla nas łopat. Więc dali nam.

Dopiero tego dnia Zygmunt Gasiuk dowiedział się, że to 22 września. Z dwoma kolegami dołączył do ludności cywilnej prowadzonej do obozu w Pruszkowie. Dostali się do niewoli. Po miesiącach pobytu w niemieckich fabrykach i obozach pan Zygmunt wrócił do Warszawy w marcu 1945 r. Dom, w którym wcześniej mieszkał, już nie istniał. Od sąsiadów ze Starówki dowiedział się o rodzinnej tragedii. Przez długie lata omijał to miejsce i do dzisiaj nie chce tam bywać.

– Pod gruzami zostało moje dzieciństwo. Zginęli moi rodzice, moje ukochane rodzeństwo. Nie wyzwoliliśmy Warszawy od Niemców. Przyszli nowi, sowieccy okupanci. Czyż potrzeba jeszcze większej tragedii? – pyta cicho pan Zygmunt. – Ale nie chciałbym tak kończyć. Żyjemy z żoną razem kilkadziesiąt lat. Mamy wspaniałe dzieci, wnuki. Maluję z pamięci czy z fotografii moich powstańczych przyjaciół. Piszę o nich wiersze i wspominam ich, gdzie tylko mam okazję, chcąc w ten sposób oddać im hołd.

Tagi:
Powstanie Warszawskie

Reduta walki o pamięć i prawdę

2017-10-04 10:21

Wojciech Bobrowski
Niedziela Ogólnopolska 41/2017, str. 36-37

Polska przegrała militarnie II wojnę światową w 1939 r., politycznie – w 1945 r., i wtedy rozpoczęła się trzecia klęska Polski – wizerunkowa, która trwa nieomal do dziś

Artur Stelmasiak
Redakcja „Niedzieli” w Muzeum Powstania Warszawskiego. Grupę oprowadza Wojciech Bobrowski, autor tekstu

Skutki wizerunkowe mogą być najbardziej dotkliwe dla naszej przyszłości, nawet w perspektywie następnych pokoleń. Określenie „polskie obozy śmierci”, przypisywanie nam współodpowiedzialności za zagładę większości europejskich Żydów – to wynik tej klęski.

Nareszcie jest

Muzeum Powstania Warszawskiego budowano długo i z wielkimi problemami. Pierwsze pomysły datują się na lata 50. ubiegłego stulecia. Niestety, popaździernikowa odwilż trwała krótko i dopiero w okresie Solidarności sprawa powołania tej instytucji powróciła, lecz stan wojenny znowu zamroził tę inicjatywę. Mogłoby się wydawać, że przełom lat 1989 i 1990 natychmiast ją odblokuje. Jednak kolejne władze Warszawy nie spieszyły się, nie wykazywały żadnej woli działania.

Przełom nastąpił dopiero w 2003 r., kiedy prezydentem Warszawy był Lech Kaczyński – syn powstańca, znający historię powstania, ale też wychowany w jego legendzie, rozumianej jako „pamięć karmiona sercem”. Po niepełnym roku prac, 1 sierpnia 2004 r., na 60-lecie Powstania Warszawskiego, muzeum zostało oficjalnie otwarte – tzn. że istnieje już 13 lat. W ciągu tego czasu zwiedziło je ponad 6 mln osób, ok. 30 proc. grup stanowią goście zagraniczni. Liczba zwiedzających jest stabilna i wynosi ponad 600 tys. rocznie – w obecnej przestrzeni jest to pułap możliwości tej placówki.

Uczy i inspiruje

Muzeum Powstania Warszawskiego dokonało przełomu w polskim muzealnictwie. Pociągnęło za sobą pojawienie się dziesiątków nowych muzeów, także prywatnych, a na wielu uniwersytetach powstały kierunki muzealnictwa. Prawdopodobnie twórcy tego muzeum nie spodziewali się takiego sukcesu. Zaistniała w Polsce pewna „moda na historię”, realizuje się coraz więcej rekonstrukcji historycznych wydarzeń i prawda znowu zaczyna wygrywać z fantastyką pseudohistoryczną, bo przecież „tylko prawda jest ciekawa”. Film opowiadający o naszej walce o wolność, zrealizowany przez IPN – „Niezwyciężeni” miał na portalach społecznościowych prawie 2 mln wyświetleń w 3 dni po opublikowaniu.

Do roku 2004 muzeum kojarzyło się głównie z kapciami i senną atmosferą, przerywaną niekiedy tylko gwarem szkolnych wycieczek. Tutaj też muzeum dokonało zasadniczej zmiany: wykorzystano współczesne środki techniczne, ekrany i projektory komputerowe, nagłośnienie pomieszczeń imitujące pole walki, jest nawet film trójwymiarowy o zniszczonej Warszawie. Jednak środki te ożywają dopiero za sprawą słowa wypowiedzianego przez muzealnych przewodników.

Przewodnicy pasjonaci

– Od przewodników oczekujemy, aby byli pasjonatami historii, a Warszawę nosili w swoim sercu – powiedział dr Szymon Niedziela, szef Działu Ekspozycji. Joanna Król, przewodnik wolontariusz, tak opowiada o swoim powołaniu: – Urodziłam się w Warszawie 10 tygodni przed powstaniem. Moi rodzice mieszkali na Woli, tam też zginęła cała moja rodzina – my ocaleliśmy tylko dlatego, że ojciec na czas zdążył nas przenieść do kuzynów na Żoliborz. Po kapitulacji tej dzielnicy w dniu 30 września przez Obóz Przejściowy w Pruszkowie opuściliśmy Warszawę i tak ocaleliśmy. Mojej rodziny już nie ma, a dla mnie kontakt z muzeum ma wymiar symboliczny, gdyż pozwala mi być bliżej nich...

Przewodników, którzy znają powstanie i okupacyjną Warszawę z własnych wspomnień, też już prawie nie ma. Jednak jeszcze do niedawna powstańcy niemal codziennie gościli w muzeum. Szkoda, że nie powstało ono co najmniej 10 lat wcześniej, wówczas żyło znacznie więcej powstańców, byli młodsi, wnieśliby jeszcze więcej wspomnień jako uczestnicy powstania, jego naoczni świadkowie.

– Opowiadałem grupie młodzieży szkolnej o walkach na Czerniakowie i wtedy na schodach pojawił się Andrzej Pląskowski – uczestnik tych wydarzeń. Trudno opisać wzruszenie i radość młodych ludzi, kiedy mogli z nim porozmawiać. Była to scena jak z filmu – zauważył Andrzej Komuda, przewodnik. Młodzież jest jednak bardzo słabo zorientowana w historii Polski z okresu II wojny światowej i lat następnych. Programy szkolne są – a właściwie i na szczęście już były – tak dziwnie zbudowane, aby wiedzy tej nie przekazywać wcale lub przekazać ją w minimalnym stopniu. Często najlepiej przygotowane do zwiedzania muzeum okazują się dzieci z VI klasy szkoły podstawowej, kiedy pani od polskiego lub historii, a nawet od muzyki przy okazji śpiewania powstańczych piosenek robiła im solidne wprowadzenie historyczne. Zdarzają się pozytywne wyjątki znakomicie zorientowanych 14-latków.

Na pytanie: Czy ty się bardzo interesujesz historią? usłyszałem od jednego z nich odpowiedź: „Proszę pana, ja się nie interesuję historią, ja się interesuję polityką”. Pomyślałem: Dobrze, że mamy i takich nastolatków.

Punkt obserwacyjny

Przewodnik Jacek Kałużny: – Praca w muzeum nie powoduje wypalenia zawodowego. Mamy kontakt z młodymi ludźmi, z ich emocjami, często z prawdziwym wzruszeniem i zainteresowaniem. Z dorosłymi gośćmi zdarzają się niekiedy różne niespodziewane sytuacje. Powiedziałem kiedyś o tym, jak Hitler wprowadził na okupowanym obszarze Polski całkowitą dostępność aborcji, bez żadnych ograniczeń. Wówczas jeden ze zwiedzających zaczął mnie nagrywać i filmować. Kiedy zapytałem go, dlaczego to robi, odparł, że wypowiadam się na tematy polityczne, a nie wolno mi tego robić, ponieważ to on finansuje moją pracę w muzeum ze swoich podatków, i mogę za to odpowiadać.

Inny przewodnik wspominał epizod, gdy został zapytany przez grupę anglojęzycznych gości, czy w muzealnej księgarni są książki napisane przez autorów ze środowisk LGBT. Nic innego ich nie interesowało – ani walki, ani ofiary, o historii nie wspominając. Muzeum jest więc ciekawym punktem obserwacji dzisiejszego świata.

Misja muzeum

W upowszechnianiu polskiego doświadczenia związanego z okresem II wojny światowej muzeum przy ul. Grzybowskiej w Warszawie odgrywa wielką rolę.

Szkoda, że utworzone kosztem prawie jednej czwartej miliarda złotych Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku zadania tego nie posuwa nawet o milimetr, a polskie doświadczenie II wojny światowej było czymś zupełnie unikalnym na tle ówczesnej Europy.

Dobrze różnicę tę obrazują dwa zdania z autobiografii Stephena Hawkinga, angielskiego fizyka i popularyzatora najnowszych osiągnięć tej dyscypliny, znanego powszechnie także z powodu niepełnosprawności. W swojej autobiografii „Moja krótka historia” napisał tak: „Urodziłem się w Oksfordzie, chociaż rodzice mieszkali w Londynie. Podczas wojny obowiązywała umowa, że Niemcy nie będą bombardować Oksfordu i Cambridge, a w zamian za to Brytyjczycy nie będą zrzucać bomb na Heidelberg i Getyngę. Szkoda, że taką cywilizowaną umową nie można było objąć także innych miast”. Zestawmy to choćby z losem profesorów krakowskich czy lwowskich, rozstrzeliwanych i prześladowanych ze szczególną zajadłością. Popatrzmy w dane statystyczne. Przed rokiem 1939 w Polsce żyło ok. 120 tys. ludzi z wyższym wykształceniem, według spisu powszechnego z roku 1946 pozostało ich 30 tys. – to jest czwarta część. Skutki tego odczuwamy do dziś. Rozszerzając znaczenie pojęć, można powiedzieć, że po latach okupacji niemieckiej i bolszewickiej polski naród był w stanie traumy. Czy potrafiliśmy opowiedzieć o tym całemu światu, przepracować traumę, aby szybciej z niej wychodzić? Czy powstały przekłady dzieł literackich, filmy o zagładzie i bohaterstwie naszych matek i ojców? Nie istnieje nawet angielska wersja „Kamieni na szaniec” Aleksandra Kamińskiego. W obszarze relacji polsko-żydowskich nie ma filmu o Janie Karskim, rodzinie Ulmów, a najodważniejsza z bohaterów – Zofia Kossak-Szczucka jest dziś zupełnie zapomniana. W tę pustkę wciska się kabotyńska narracja Jana Tomasza Grossa, a także scenariusza „Pokłosia” oraz „Idy”. Ostatnie dwadzieścia kilka lat to czas szczególnie aktywnej „pedagogiki wstydu”, kiedy to polskojęzyczne media produkowały sensacje historyczne uderzające w „pamięć i tożsamość”, tak umiłowane przez Papieża Polaka. Oczernianie nie ominęło także żołnierzy Powstania Warszawskiego. W 1993 r. opublikowano w „Gazecie Wyborczej” artykuł, w którym zarzucano powstańcom mordowanie Żydów podczas trwającego powstania. Kłamstwo zdemaskował i ostatecznie wyjaśnił Leszek Żebrowski w książce „Paszkwil Wyborczej”, z przedmową prof. Marka Chodakiewicza.

Początek drogi

Zdarza się jednak, że otrzymujemy zupełnie niespodziewane wsparcie. Prezydent USA Donald Trump podczas wizyty w Warszawie 6 lipca 2017 r. przez kilka minut opowiadał o walkach w obronie wąskiego przejścia przez Aleje Jerozolimskie. To wydarzenie było szeroko komentowane w światowych mediach, a teraz często jest wspominane przez nas, przewodników, w rozmowach z gośćmi, szczególnie pochodzącymi ze Stanów Zjednoczonych. Podobnie wizyta brytyjskiej pary książęcej w muzeum stała się przykładem roli, jaką odgrywa ono w polityce historycznej dzisiejszej Polski.

Ciągle toczy się walka o pamięć i prawdę, a na Muzeum Powstania Warszawskiego należy spojrzeć jako na redutę tej walki. W jakimś sensie jego utworzenie stało się też zalążkiem obecnych przemian, w których uczestniczymy w naszym państwie od dwóch lat, początkiem podróży, której celem jest osiągnięcie Polski naszych marzeń – może także było to celem Lecha Kaczyńskiego przy jego powołaniu.

Autor tekstu jest inżynierem elektronikiem, który został przewodnikiem wolontariuszem w Muzeum Powstania Warszawskiego po ponad 40 latach pracy przy komputerach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Anioł Stróż i jego działanie

2018-07-16 20:23

Salve TV

Kim są aniołowie? Czy Siostry od Aniołów mają szczególną relację z aniołami? Czy siostry bezhabitowe mogą się malować, czy nosić biżuterię?

- Wszyscy aniołowie są blisko, ale szczególnie nasi patroni, to Aniołowie Stróżowie. Są dla nas wzorem. Na wzór Anioła Stróża, który jest przy człowieku, który służy Bogu, ale w taki niewidoczny sposób, ukryty - mamy tak samo służyć jak Anioł Stróż - mówila s. Joanna Andruszczyszyna.

- Nasze zgromadzenie liczy około 150 sióstr. Każdy z nas jest ukochany przez swojego anioła stróża. Każdy z nas jest strzeżony na rozkaz Boga przez anioła. Jemu bardzo zależy na to, żebyśmy z nim rozmawiali. On chce nam pomagać - mówiła s. Agnieszka Mazur.

- Mój anioł stróż pomógł mi zdać prawo jazdy. Anioł stróż nie tylko jest karetką pogotowia od takich nagłych wypadków. Pomógł mi też zrealizować moje marzenie - opowiadała.

- Na Syberii jesteśmy jako wspólnota sióstr od Aniołów od trzech lat. Zostałyśmy zaproszone do współpracy przez polskiego księdza. Jest to olbrzymia parafia, jedna z największych na świecie. Terytorialnie co najmniej taka jak trzy razy Polska. Tam, że mogłam tam pojechać, to jest łaska - podkreślała s. Joanna.

- Na Syberii jest dużo katolików, którzy pojechali tam do pracy. Nie mają żadnej opieki duchowej. Na tym terytorium jest dużo miast, gdzie ksiądz dojeżdża i tak odbywa się Msza Święta - zaznaczyła.

- Nasze Zgromadzenie w charyzmacie ma bycie tam, gdzie utrudniona jest posługa kapłanów. Mamy wiele takich miejsc, choćby w Afryce, na Litwie, Białoruś, Ukraina - podsumowała s. Agnieszka.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 5/6 2018

Włochy: proces beatyfikacyjny matki, która oddała życie, aby ratować dziecko

2018-07-18 16:21

vaticannews / Rzym (KAI)

W Rzymie rozpoczął się proces beatyfikacyjny 28-letniej matki, która oddała życie, by ratować swe nienarodzone dziecko. U Chiary Corbello Petrillo zdiagnozowano raka, gdy była w ciąży. Aby móc urodzić upragnione dziecko, zrezygnowała z chemioterapii. Zmarła 13 czerwca 2012 r.

ACKI/pixabay.com

„Świecka kobieta i matka rodziny, żona i mama o ogromnej wierze w Boga” – czytamy w dokumencie ogłaszającym rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego sługi Bożej Chiary Corbello Petrillo. Podkreśla się w nim, że „jej ofiara jest latarnią światła nadziei, świadectwem ogromnej wiary w Boga, który jest dawcą życia, a także przykładem miłości większej od lęku i od śmierci”. Dokument podkreśla, że w ciągu minionych lat znacznie umocniła się fama świętości tej bohaterskiej matki. Już w czasie ceremonii pogrzebowej wikariusz papieski dla diecezji rzymskiej, kard. Agostino Vallini, nazwał ją „drugą Joanną Berettą Mollą”.

Chiara Corbello Petrillo bardzo pragnęła zostać matką. Przed zachorowaniem na raka urodziła już dwoje dzieci – Marię i Dawida, oboje jednak zmarli zaraz po porodzie na skutek wrodzonych upośledzeń. Gdy po raz trzeci zaszła w ciążę lekarze powiedzieli jej, że ma szanse urodzić zdrowe dziecko. Tym razem jednak to ona zachorowała na złośliwego raka jamy ustnej.

Aby jej synek mógł przyjść zdrowy na świat, konieczne było poświęcenie matki. W czasie ciąży Chiara zrezygnowała całkowicie z terapii ratującej jej życie. Postępy choroby nowotworowej spowodowały, że straciła oko. Po narodzinach syna przeszła chemioterapię i naświetlania, było już jednak za późno. Przed śmiercią napisała list do swego synka: „Idę do nieba, aby zaopiekować się Marią i Dawidem, ty zostajesz tutaj z tatusiem. Będę się za ciebie modlić”. Jej mąż podkreśla, że nigdy nie miała wątpliwości co do tego, że podjęła słuszną decyzję.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem