Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.
Zamknij

Reklama

Jeszcze raz poszedłbym do powstania

2017-08-02 09:45

Mateusz Wyrwich

Kiedy słyszę czasem wypowiedzi „mądrali”, co to mówią, że powstanie nie było potrzebne, to odnoszę wrażenie, że oni nigdy nie byli w Polsce w czasie okupacji, a tym bardziej w Warszawie. Że nie widzieli tej krwi – podkreśla Zygmunt Gasiuk

Cmentarz Powstańców Warszawy, Wola

Polub nas na Facebooku!

– Im starszy jestem, tym mniej chętnie opowiadam o powstaniu… – mówi ze smutkiem Zygmunt Gasiuk. – Przytłaczają mnie te wydarzenia. Właściwie prześladują. Przed oczyma stają obrazy jak żywe – budynków, ulic, okopów. Widzę zburzony kościół Dominikanów na Freta, gdzie z rodziną chodziliśmy na niedzielną Mszę św. I całą tam poległą rodzinę: babcię, rodziców, dwie siostry i małego, sześcioletniego braciszka. Rodzice byli w konspiracji, siostry, choć młodsze ode mnie, też. Wszyscy zginęli jednego dnia pod gruzami kościoła. Moja siostra Basia, kolporterka podziemnej prasy, miała jeszcze bibułę pod pachą, kiedy ją odkopano. Czasem budzę się i stają mi przed oczyma ci zabici. Jak jakaś armia. Również moi koledzy z powstania. Nawet Niemcy, których widziałem, jak ginęli. Tak... wojna czyni spustoszenia. Przez całe życie wszystkich ich pamiętam. Idą tak za mną, jakby w procesji za karawanem.

Pięć lat podziemia

W czasie okupacji Zygmunt Gasiuk na co dzień pracował w firmie transportowej. W 1940 r., jako szesnastolatek, został zaprzysiężony do Związku Walki Zbrojnej. Uczęszczał na wykłady teoretyczne, brał również udział w ćwiczeniach w podwarszawskich lasach. I tak płynął nastolatkowi dzień za dniem w okupowanej Warszawie – w towarzystwie Niemców; łapanek, murów zbryzganych krwią rozstrzelanych Polaków. Przechodził z kolegami koło tych miejsc straceń w upokorzeniu, z zaciśniętymi pięściami. I chęcią zemsty za mordowanie rodaków – starszych, rówieśników.

– Więc kiedy słyszę czasem wypowiedzi „mądrali”, co to mówią, że powstanie nie było potrzebne, to odnoszę wrażenie, że oni nigdy nie byli w Polsce w czasie okupacji, a tym bardziej w Warszawie. Że nie widzieli tej krwi – podkreśla Zygmunt Gasiuk.

Reklama

Na kilka dni przed powstaniem Zygmunt odbierał z grupą chłopaków broń z alianckich akcji zrzutowych. Wozili ją na umówione punkty. 1 sierpnia 1944 r. ruszył z tą samą „kompanią” do oddziału. Obwieszeni bronią ukrytą w workach i pod płaszczami jechali na mokotowski Zagościniec. Stamtąd mieli wyruszyć na swoją zwycięską wojnę z Niemcami.

Powstanie

– Mieliśmy opanować tereny wyścigów konnych na Służewcu, żeby alianci mogli tam lądować – opowiada pan Zygmunt. – Miałem pistolet i granat „filipinkę”. Niektórzy koledzy byli uzbrojeni podobnie. Mieliśmy też kilka pistoletów maszynowych i karabin maszynowy. Tymczasem Niemcy, kiedy nas zauważyli, od razu pruli z CKM. Nasz dowódca dał rozkaz zdobycia bunkra, który pozwoliłby nam opanować wyścigi konne. Nieopodal stał dom. Jeden z kolegów powiedział, że ja najlepiej chodziłem po dachach w czasie ćwiczeń, więc padło na mnie, żebym stamtąd rzucił wiązką granatów. Trafiłem. Ale nie wszedłem do tego bunkra. Kątem oka tylko spostrzegłem powyginany CKM, jak z plasteliny. Któryś powiedział, że podobno trudno tam było odnaleźć całego człowieka. Na ścianach bunkra było czerwono od krwi, strzępy ciał poprzyklejane do muru. Nie wszedłem tam. Mimo to wyobraźnia do dziś podpowiada mi, jak to mogło wyglądać. Żal mi się zrobiło tych moich przeciwników. Pomyślałem sobie: już nie wrócą do rodzin. Nie mogłem sobie znaleźć miejsca przez jakiś czas.

Kolejne oddziały „Baszty” częściowo opanowały wyścigi konne. Zgromadzone tam bardzo liczne konne oddziały SS broniły zacięcie terenu, który stanowił zapasowe lotnisko dla niemieckich Junkersów. Powstańcy zdobyli niemieckie baraki, ale trudno im było je utrzymać pod ostrzałem Niemców. Zdobyto jednak kilkadziesiąt karabinów i kilkanaście skrzynek amunicji. Mimo to kiedy SS-mani z bronią ciężką zaczęli otaczać kilkusetosobowe bataliony „Baszty”, powstańcy wieczorem musieli się całkowicie wycofywać z wyścigów, zabierając ze sobą kilkudziesięciu rannych. Pogrzebali blisko stu. Wycofali się na kilkanaście dni do Lasu Kabackiego. Później wrócili na Mokotów.

– Wycofaliśmy się, byliśmy przybici. Mieliśmy zająć wyścigi konne pod samoloty RAF-u, co mogło zmienić losy powstania, a tu... – opowiada Zygmunt Gasiuk. – Wielu z naszych kolegów już nie szło wśród żywych. Tak nie do końca układało nam się w głowach, co to znaczy, że kogoś już nie ma... Mieliśmy po szesnaście, siedemnaście, dziewiętnaście lat. Byliśmy młodzi. I nagle ktoś znika. Niby wiesz, że nie żyje. Ale co to znaczy: nie żyje? Rozumiem, jak ktoś ma siedemdziesiąt czy więcej lat, ale: naście? Uważałem, że to niesprawiedliwe.

Cud przeżycia

Po powrocie z lasów oddział został zaatakowany na Mokotowie przez silnie uzbrojoną jednostkę „Hermann Goering”, jednak powstańcy, broniąc się z determinacją, odparli atak. Niemcy uciekli w popłochu. Wrócili jednak już wsparci przez niemieckie lotnictwo.

– Najpierw pojawiał się samolot rozpoznawczy. Obserwowali nas z góry, następnie precyzyjnie zrzucali bomby na budynki, które zajmowaliśmy – wspomina pan Zygmunt. – Wydawało się, że tak może być tylko w piekle. Domy się rozpadały jeden za drugim. Często już nie udawało się przejść piwnicami, bo były pozasypywane przez gruzy. To cud, że przeżyłem. Co chwila ktoś koło mnie padał ranny albo zabity. Ja też zostałem ranny, ale wolałem nadal walczyć, byle nie wpaść w łapy Niemców. Już docierały do nas informacje, że rannych rozstrzeliwują. Zajęliśmy kamienicę, jeszcze niewykończoną, na Woronicza, która potem przechodziła z rąk do rąk – przez kilkanaście dni siedem razy. W końcu nas przerzucili na bastion „Alkazar” w Alejach Niepodległości. Tam dopiero zaczął się koszmar. Traciliśmy jeden dom, a potem znów go odzyskiwaliśmy. Znów kolejne podwórko. Kamienica w naszych rękach, a później – Niemców. I tak w kółko. Po kilku dniach walk zostałem kolejny raz lekko ranny. Kiedy już nieco wydobrzałem, wróciłem na barykadę. Znów na „Alkazar”. Później wyniosło nas stamtąd na jakiś kolejny budynek. Walczyliśmy zażarcie, bo niedaleko broniła się kolejna nasza reduta „Westerplatte”. Wiedzieliśmy, że jak upadnie, to koniec, po nas. Waliliśmy tam w Niemców właściwie na oślep, oni czynili podobnie. Znów nie wiem, jak ja tam przeżyłem. To był cud. Opatrzność Boża. W pewnym momencie zostało nas trzech i nagle odpadły ściany. Byliśmy więc na widoku, jak nadzy. Zbiegliśmy na parter. Patrzymy, a tam nikogo z naszych nie ma. Dopiero po kilku miesiącach dowiedzieliśmy się, że był tam nasz łącznik z rozkazem, by się wycofywać, ale nie mógł do nas dotrzeć z powodu tej zaciekłej strzelaniny... Idziemy. Cisza. Ostrożnie posuwamy się rowami łącznikowymi, a tu nagle czołg i z czołgu pada w naszym kierunku seria z CKM. Tak wielka, że wyrwało bryły darniny. I one nas osłoniły. Udało nam się przez te sekundy uciec rowem kilka czy kilkanaście metrów. Dopadliśmy wnętrza, a tam znów nikogo z naszych. Za to z pobliża dochodzą niemieckie głosy i zaraz potem widzę, jak prowadzą cywili z łopatami. Myślę, że będą do nich strzelać, więc mówię do kolegów: wywalmy w Niemców granaty albo serię. Powstrzymują mnie jednak, bo w oddali widać mnóstwo szkopów. Tymczasem kolega, który dobrze znał niemiecki, zrozumiał, że cywile mają zasypywać rów przeciwczołgowy. Decydujemy się schować broń i dołączyć do nich. Wychodzimy, udajemy cywili. Rozpoznają albo nie rozpoznają...? Rozstrzelają albo nie? Jesteśmy jednak bez łopat. Złapaliśmy więc jakieś deski. Przychodzi Niemiec i pyta, dlaczego zasypujemy rów deskami. Kolega tłumaczy, że zabrakło dla nas łopat. Więc dali nam.

Dopiero tego dnia Zygmunt Gasiuk dowiedział się, że to 22 września. Z dwoma kolegami dołączył do ludności cywilnej prowadzonej do obozu w Pruszkowie. Dostali się do niewoli. Po miesiącach pobytu w niemieckich fabrykach i obozach pan Zygmunt wrócił do Warszawy w marcu 1945 r. Dom, w którym wcześniej mieszkał, już nie istniał. Od sąsiadów ze Starówki dowiedział się o rodzinnej tragedii. Przez długie lata omijał to miejsce i do dzisiaj nie chce tam bywać.

– Pod gruzami zostało moje dzieciństwo. Zginęli moi rodzice, moje ukochane rodzeństwo. Nie wyzwoliliśmy Warszawy od Niemców. Przyszli nowi, sowieccy okupanci. Czyż potrzeba jeszcze większej tragedii? – pyta cicho pan Zygmunt. – Ale nie chciałbym tak kończyć. Żyjemy z żoną razem kilkadziesiąt lat. Mamy wspaniałe dzieci, wnuki. Maluję z pamięci czy z fotografii moich powstańczych przyjaciół. Piszę o nich wiersze i wspominam ich, gdzie tylko mam okazję, chcąc w ten sposób oddać im hołd.

Niedziela Ogólnopolska 32/2017 , str. 24-25

E-mail:
Adres: ul. 3 Maja 12, 42-200 Częstochowa
Tel.: +48 (34) 365 19 17

Działy: Społeczeństwo

Tagi: Powstanie Warszawskie

Tagi
Nasze serwisy
Polecamy
Zaprzyjaźnione strony
Najpopularniejsze
24h7 dni

Reklama

Lidia Dudkiewicz, Red. Naczelna

Polityk, który pozostał człowiekiem EDYTORIAL

Wśród czynów i dzieł Boga nie ma ani jednego, który by nie wypływał z miłosierdzia. »
Abp Stanisław Budzik

Reklama

Kalendarze 2018


Adresy kontaktowe


www.facebook.com/tkniedziela
Tel.: +48 (34) 365 19 17, fax: +48 (34) 366 48 93
Adres redakcji: ul. 3 Maja 12, 42-200 Częstochowa


Wydawca: Kuria Metropolitalna w Częstochowie
Redaktor Naczelny: Lidia Dudkiewicz
Honorowy Red. Nacz.: ks. inf. Ireneusz Skubiś
Zastępca Red. Nacz.: ks. Jerzy Bielecki
Sekretarz redakcji: ks. Marek Łuczak
Zastępca Sekretarza redakcji: Margita Kotas