Reklama

Kalendarz katolika patrioty 2019

PiS poparł ten projekt owacją na stojąco

2017-08-16 10:23

Z Kają Godek – członkiem zarządu Fundacji Życie i Rodzina – rozmawia Artur Stelmasiak
Niedziela Ogólnopolska 34/2017, str. 46-47

Artur Stelmasiak
Jeśli ktoś może we wrześniu, październiku i listopadzie zbierać podpisy, to niech się do nas zgłosi. Formularz i wszelkie informacje znajdują się na stronie: www.zatrzymajaborcje.pl – zachęca Kaja Godek, pełnomocnik komitetu obywatelskiego #ZatrzymajAbor

Z Kają Godek – członkiem zarządu Fundacji Życie i Rodzina – rozmawia Artur Stelmasiak

ARTUR STELMASIAK: – Składa Pani do marszałka Sejmu obywatelski projekt poprawki do ustawy o planowaniu rodziny. Teraz marszałek będzie miał dwa tygodnie na zarejestrowanie komitetu i rusza zbiórka podpisów. Co jest w Waszym projekcie, czego się domagacie?

KAJA GODEK: – Postulujemy drobną od strony technicznej poprawkę, która będzie chroniła życie dzieci chorych, z wadami, m.in. z zespołem Downa. Chodzi o wykreślenie z ustawy zapisu, który zezwala na aborcję dzieci z powodów eugenicznych. W naszym państwie ponad 1000 dzieci rocznie jest zabijanych tylko dlatego, że ich „jakość” uznawana jest za zbyt słabą.

– Pani już składała taki projekt zakazu aborcji eugenicznej w 2013 r., podpisało się pod nim 500 tys. Polaków. Jaka była wówczas reakcja parlamentarzystów?

– Dobrze, że Pan przypomina identyczny projekt z 2013 r., bo był on już procedowany, tym razem nie powinno być żadnych problemów. Ale ważne jest również przypominanie reakcji posłów Prawa i Sprawiedliwości. Gdy go uzasadniałam, były z ich strony owacja na stojąco i jednomyślne poparcie zakazu aborcji eugenicznej. Choć zakaz zabijania chorych dzieci poparło wówczas także kilkunastu posłów PO i PSL, to jednak został on odrzucony w pierwszym czytaniu. Od tamtego czasu zginęło ok. 4 tys. dzieci – tylko dlatego, że zdiagnozowano u nich chorobę lub wadę.

– Dziś PiS ma samodzielną większość, można się też spodziewać poparcia sporej grupy posłów Kukiz’15 oraz kilku posłów Platformy Obywatelskiej i PSL-u. Czyli nie powinno być problemu?

– Mam taką nadzieję... Ale słyszałam już wiele deklaracji i pięknych słów z ust polityków. My przyniesiemy podpisy kilkuset tysięcy Polaków, aby uświadomić posłom, że oczekujemy konkretnych działań i spełniania deklaracji, które wielokrotnie słyszeliśmy.

– Ale w programie PiS nie było obietnicy zakazu aborcji.

– Wszyscy znamy publiczne deklaracje pro-life osób, które dziś piastują najważniejsze stanowiska w państwie i mają realny wpływ na stanowione prawo. Słyszeliśmy to zarówno od prezydenta, pani premier, jak i od prezesa PiS. Rozpoczynamy zbieranie podpisów, aby można było deklaracje przełożyć na realne decyzje ustawodawcy.

– Po zeszłorocznych tzw. czarnych protestach, gdy większość parlamentarna odrzuciła całkowity zakaz aborcji, również słyszeliśmy z ust polityków, że są za życiem. Wówczas zrzucono winę na to, że w obywatelskiej ustawie jest zapis o karalności kobiet. Czy tym razem nie będzie podobnie?

– W ustawie, którą przynosimy, nie ma mowy o karalności kobiet. Wykreślamy możliwość aborcji na chorych dzieciach, nie zmieniamy dwóch pozostałych przesłanek aborcyjnych. Choć jesteśmy za całkowitym zakazem zabijania ludzi, to przygotowaliśmy projekt będący krokiem naprzód, aby dać mu jak największe szanse na powodzenie. Bardzo wiele mówi się o tolerancji, a więc opowiadamy się za tolerancją wobec dzieci niepełnosprawnych. Uchwalenie takiego projektu wyeliminuje aborcję w ponad 95 proc. i ocali życie ok. 1000 niewinnych dzieci rocznie. Co z tego, że są one inne niż my? Czy to powód, żeby mordować?

– W zeszłym roku popełniono kilka błędów w projekcie inicjatywy obywatelskiej pro-life. Wówczas podzieliły się środowiska obrońców życia. Także Episkopat Polski miał mocne zastrzeżenia do zapisu o karalności kobiet. Jak jest tym razem?

– Nie chcę się wypowiadać na temat zeszłego roku, celem naszego działania jest obrona dzieci, a nie cokolwiek innego. Cieszą nas akceptacja i poparcie biskupów, czego jednoznacznym potwierdzeniem jest czerwcowy komunikat Konferencji Episkopatu Polski. Obserwujemy dużą życzliwość różnych środowisk w całej Polsce i liczne deklaracje poparcia. Podkreślamy, że nasza inicjatywa jest świecka, ale wiemy, że rola Kościoła w obronie wartości życia jest niezastąpiona. Poza tym osoby duchowne to także obywatele i wyborcy, więc dlaczego mieliby się nie wypowiadać?

– Jest Pani nie tylko teoretykiem pro-life, ale także praktykiem i matką trójki dzieci. Dzięki otwartości na życie jedno dziecko z zespołem Downa udało się Pani już uratować.

– Zawsze schodzę z pomników, które niektórzy próbują mi stawiać (śmiech). W Polsce jest kilkadziesiąt tysięcy matek dzieci z Downem, to nic specjalnego. Oczywiście, wychowywanie dziecka z niepełnosprawnością jest trudniejsze, ale to nie oznacza, że życie się kończy, co niektórzy próbują nam wmówić. Zawsze to podkreślam – urodzenie i otoczenie dziecka opieką to normalność, a nie wyjątkowość. Jesteśmy więc zwykłą 5-osobową rodziną.

– Pamiętam, jak poznałem Wojtka podczas naszej rozmowy w 2013 r. Był radosnym, szczęśliwym dzieckiem, z którego tryskała energia. Ile ma teraz lat?

– Teraz jest 9-latkiem i ma już swoje życie, szkołę, kolegów i dwie zżyte z nim siostry. Robimy wiele, by był z nami szczęśliwy, i chyba tak jest. Nie chcę opowiadać jakichś cukierkowych historii, bo przecież Wojtek jest dzieckiem niepełnosprawnym, które wymaga większej uwagi i opieki. Wychowanie dziecka z zespołem Downa stwarza problemy, ale po to są rodzice, by je rozwiązywać, a nie żeby w związku z przewidywanymi problemami zawczasu dziecko zabić.

– Cofnijmy się w czasie o 9 lat. Jak się Pani dowiedziała o chorobie syna?

– Chodziłam sobie z dzieckiem pod sercem. Dość wcześnie okazało się, że dzieje się coś złego, ale nie wiadomo co, potem badaniami prenatalnymi potwierdzono jednostkę chorobową. Lekarz natychmiast zmienił swój język. Przestał już mówić o dziecku, a zaczął określać Wojtka terminem „płód”. Mnie takie dehumanizowanie dziecka w związku z jego chorobą bolało i dalej boli.

– Co można było zrobić?

– Była sugestia, żeby zabić, ale wyrażona tak, aby to nie brzmiało aż tak źle. Lekarze są nauczeni pewnej terminologii. Tak jak nie mówią o chorym dziecku, a o płodzie, tak samo nie mówią o aborcji, ale o „terminacji”.

– Ta opowieść brzmi trochę jak lekcja z historii eugeniki. Naziści też dehumanizowali osoby niepełnosprawne, aby je później masowo eksterminować. Czy podobne polowanie odbywa się w polskich szpitalach?

– Statystycznie trzy razy dziennie. Ale nie chcę uogólniać i stygmatyzować całego środowiska medycznego, bo znam wielu wspaniałych lekarzy, którzy naprawdę służą życiu i nie godzą się na takie praktyki.

– I są wyrzucani z pracy, jak prof. Bogdan Chazan ze Szpitala im. Świętej Rodziny w Warszawie...

– Niektórzy w jeszcze gorszy sposób, bo po cichu i nikt się za nimi nie wstawia. Niestety, tak też wygląda rzeczywistość służby zdrowia. Zmiana ustawy jest więc obroną tysięcy małych polskich obywateli, ich matek, ale także pracowników szpitali, którzy chcą leczyć, a nie zabijać.

– Czy Pani postawa pro-life jest związana z przyjściem na świat Wojtka?

– Na szczęście zawsze miałam takie poglądy. Gdy dowiedziałam się, że Wojtek ma zespół Downa, od razu znałam odpowiedź na pytanie: Dlaczego ja?

– Dlaczego?

– Bo miał się urodzić, a nie zostać zabity tak jak setki jego chorych rówieśników. Wcześniej wiedziałam o tzw. wyjątkach aborcyjnych w ustawach, ale osobiste przejście tej drogi uświadomiło mi, jak naprawdę wygląda rzeczywistość w Polsce. Diagnozuje się chorobę u dziecka i nakłania do jego zabicia, a przecież on wówczas był już duży, ja czułam jego ruchy, widziałam go na ekranie USG... Widziałam małego człowieka, a nie zespół chorobowy.

– W którym miesiącu dowiedziała się Pani o chorobie Wojtka?

– U mnie diagnoza była w 5. miesiącu ciąży i lekarze cieszyli się, że udało im się wykryć to tak wcześnie. Często jest to 6., a nawet 7. miesiąc. Znany jest przykład ze Szpitala im. świętej Rodziny, że dziecko z zespołem Downa przeżyło aborcję i płakało godzinę. Ale jeszcze bardziej drastyczny przypadek miał miejsce 3 lata temu w Opolu – dziecko przez 4 godziny konało i nikt mu nie pomógł, bo zaleceniem lekarskim była śmierć. Późne aborcje są normą w przypadkach eugenicznych i pewnie są dziesiątki takich przypadków, o których się nie dowiemy, bo pracownikom szpitali ten płacz przestał przeszkadzać.

– Czy wiadomo, ile procent aborcji eugenicznych dokonuje się ze względu na zespół Downa?

– To jest najczęściej diagnozowany zespół genetyczny, najłatwiejszy do wykrycia, i cały system diagnostyki prenatalnej nastawiony jest na wyłapanie tej choroby.

– A czy w Polsce na świat przychodzi mniej dzieci z zespołem Downa?

– Gdy zapisywałam Wojtka do przedszkola integracyjnego, to usłyszałam, że nie ma już miejsc m.in. dla dzieci autystycznych. Dla Wojtka znalazłam miejsce bez problemu, bo okazało się, że takich jak on jest mało. Dlaczego? Przecież nie wymyślono leku na tę chorobę. Po prostu zabito wiele dzieci z zespołem Downa, które pewnie byłyby w tym przedszkolu! Są już zaawansowane badania nad autyzmem i może za kilka lat będzie można go zdiagnozować prenatalnie, więc i dla autystyków zrobi się miejsce w przedszkolach...

– Wróćmy jednak do obywatelskiego projektu ustawy. Jak mogą pomóc osoby, którym zależy na życiu bezbronnych dzieci?

– Teraz jest doskonały moment, aby włączyć się w akcję ustawodawczą. Gdy tylko marszałek Sejmu zarejestruje komitet (najprawdopodobniej na początku września) – ruszamy ze zbieraniem podpisów. Czasu będziemy mieć mało, bo tylko trzy miesiące. Zdaję sobie sprawę, że nie docieramy do wszystkich, którzy chcieliby się podpisać. Tu każdy może pomóc. Wystarczy ściągnąć dokument ze strony internetowej, wydrukować i zbierać podpisy. Proszę się nie zrażać i nie mówić, że nie liczy się zebranych 10-15 podpisów. Naprawdę wszystkie się liczą!

Tagi:
dziecko rozmowa

Konsulaty honorowe w Szczecinie

2018-08-28 12:10

Rozmawia Leszek Wątróbski
Edycja szczecińsko-kamieńska 35/2018, str. VII

Z dr Julią Sienkiewicz – honorowym konsulem Bośni i Hercegowiny w Szczecinie – rozmawia Leszek Wątróbski

Leszek Wątróbski
Wizyta papieża Franciszka w Bośni i Hercegowinie (6 lipca 2015)

Leszek Wątróbski: – Konsulat honorowy został zarejestrowany w listopadzie 2016 r.…

Dr Julia Sienkiewicz: – Dokładnie 21 listopada. W Polsce działają jeszcze dwa inne konsulatu honorowe Bośni i Hercegowiny – w Poznaniu i Białymstoku. Ponieważ nie ma w północnej części Polski obywateli tego kraju, dlatego chciałabym się, w swojej działalności jako konsul honorowy, skupić na promocji Bośni i Hercegowiny oraz na złamaniu stereotypów myślowych dotyczących tego państwa, tak aby obywatele polski zaczęli go zupełnie inaczej postrzegać. Wówczas relacje Polsko-Bośniacko-Hercegowińskie (gospodarcze, turystyczne, kulturalne, społeczne) nabiorą właściwego tempa i intensywności.

– Skąd wzięło się Pani zainteresowanie Bośnią i Hercegowiną?

– Od zawsze interesowałam się Bałkanami. Bardzo dużo podróżowałam w te rejony. Moja przygoda z Bałkanami zaczęła się w Chorwacji, już po rozpadzie Jugosławii. Poznałam tam ciekawych obywateli Bośni i Hercegowiny, z którymi zawarte przyjaźnie trwają do dziś. Moja fascynacja tym krajem rozpoczęła się z momentem wizyty w Tuzli. I stało się ono odskocznią do dalszego poznawania społeczeństwa Bośni i Hercegowiny. Dla obserwatora z zewnątrz, w tym także z Polski, łatwo zauważalnym był fakt ogromnych spustoszeń, jakie stały się następstwem wojny po rozpadzie byłej Jugosławii. Dotyczy to także sfery materialnej.

– I wtedy zaczęła Pani im pomagać?


– Moja działalność charytatywna spotkała się z wielkim zrozumieniem i wdzięcznością. Jej odbiorcy zaakceptowali ją, zrozumieli i przyjęli. To była pomoc płynąca przecież z serca.
W roku 2014 dowiedziałam się, że Bośnię nawiedziła wielka powódź. Pojechałam więc tam, aby zobaczyć jak to na miejscu wygląda i w jaki sposób mogę im pomoc. Okazało się, że wylała wówczas rzeka Sawa, szczególnie w miejscowości Szamac. Miasto, podobnie do miast Polskich zalanych przez powódź Odry, było w opłakanych stanie. Większość budynków było zalanych do pierwszego pietra, ludzie nie wiedzieli, co mają zrobić ze sobą i swoimi rodzinami, a szczególnie dziećmi, które były największymi ofiarami powodzi. Widząc ten ogrom nieszczęść zadeklarowałam, że dla dzieci poszkodowanych rodzin zorganizuję wakacje w Polsce. Moja pomoc to kropla w morzu ich potrzeb.

– Na jak długo zaprosiła Pani bośniackie dzieci?

– Dzieci, w liczbie ok. 50, przyjechały na 12 dni. Zamieszkały w Piwnicznej-Zdroju, blisko słowackiej granicy. Były bardzo zadowolone z pobytu w Polsce.

– Potem była pomoc humanitarna…

– Udało się zorganizować transport, który zabrał do Bośni i Hercegowiny dary zebrane przez Ambasadę tego kraju w Warszawie. Obserwując z boku moje działania Ambasador Bośni i Hercegowiny w Warszawie skonstatował, iż stałam świetnym rzecznikiem interesów jego państwa.

– Wpadła też Pani na inne pomysły współpracy…


– Współpraca Polsko-Bośniacko-Hercegowińska jest naturalna, ponieważ nasz partner ma naprawdę wiele atrakcyjnych turystycznych miejsc. W kraju tym jest zlokalizowanych dużo uzdrowisk, sanatoriów i miejsc wartych odwiedzenia: pomników przyrody, walorów historycznych i antropogenicznych… Dla obserwatorów życia społecznego Bośni i Hercegowiny jest warte zauważenia, że to kraj wielowyznaniowy i wielokulturowy, miejsce, w którym obok siebie żyją i współpracują katolicy, prawosławni i muzułmanie. Jest oczywiste, że zaproponowałam dla naszych polskich biur podróży zorganizowanie wyjazdowego study tour. Na początek jedna z uczestniczących firm podjęła się organizacji wyjazdów turystycznych do Bośni i Hercegowiny. Następnym krokiem była zorganizowana przeze mnie kampania bilardowa, finansowana ze środków własnych, mająca na celu popularyzację turystyki wyjazdowej do tego państwa. Uważam, że takich kampanii powinno być w Polsce więcej i nie należy spodziewać się zbyt szybkiego odzewu, musimy być cierpliwi i wierzę, iż w najbliższej przyszłości sytuacja ulegnie zmianie.
W ramach tej kampanii spotkałam się ze znanym popularyzatorem kuchni europejskich Robertem Makłowiczem. Odwiedziłam go w Krakowie i namówiłam na wyjazd do Bośni Hercegowiny, aby po przyjrzeniu się na miejscu tamtejszej kuchni spopularyzować ją w Polsce. Koncepcja telewizyjnej promocji spotkała się z przychylnością Pana Ambasadora. Jak dotychczas nakręcono 5 odcinków, planujemy kolejne…
Biorąc powyższe przykłady mojej dzielności pod uwagę, Ambasador Bośni i Hercegowiny w Polsce wysunął moją kandydaturę do akceptacji przez Rząd Bośni i Hercegowiny w Sarajewie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Rusza Akcja „Czary mary okulary”

2018-09-18 08:44

Rusza Akcja „Czary mary okulary” organizowana przez Fundację Pomocy Humanitarnej „Redemptoris Missio”. Akcja jest zbiórką okularów, które trafią na misje.


Okulary mogą być zarówno używane jak i nowe, najlepiej by były to okulary do czytania. Większość ludzi z krajów Globalnego Południa nigdy nie miała styczności z lekarzem okulistą. Z pogarszającym się wzrokiem nikt do lekarza nie chodzi, ponieważ nawet jeśli udałoby się ustalić wadę wzroku – pacjentów nie byłoby stać na zakup odpowiednich okularów. Dla miejscowych to naturalne, że z wiekiem widzą coraz gorzej. Muszą zaniechać pracy (jak np. szycie) z której do tej pory utrzymywali swoje rodziny.


W Afryce koszt zakupu jednej pary okularów jest bardzo wysoki. A w Republice Centralnej Afryki sklep optyczny znajduje się tylko w stolicy. Trudno nawet określić ile wynosi średnia pensja w tym rejonie, ponieważ miejscowa ludność utrzymuje się z pracy na roli, a kilkanaście euro jest dla nich kwotą niebotyczną. Okulary przysłane z Polski mogłyby pomóc wielu ludziom.

Z wiekiem starsi ludzie widzą coraz słabiej, ale uczą się z tym żyć nie wiedząc nawet, że kiedyś mogą zobaczyć przedmioty, którymi się posługują. Nie widzieć i nagle zobaczyć to dla miejscowych jak czary – stąd nazwa Akcji.

Okulary zostaną zbadane (ustalenie mocy), opisane, zabezpieczone, spakowane do paczek, paczki zostaną obszyte płótnem przez wolontariuszy Fundacji i posłane do misje. Akcja potrwa do 15 października. Wtedy to no Republiki Centralnej Afryki wyruszą wolontariusze Fundacji, którzy planują zabrać ze sobą część zebranych okularów. Od 2004 roku państwo to pogrążone jest w nieustającej wojnie domowej. Działania wojenne prowadzone na terenie całego kraju sukcesywnie prowadziły do upadku politycznego i gospodarczego. W chwili obecnej według ostatnich raportów ONZ Republika Środkowoafrykańska zajmuje ostatnie 188 miejsce w klasyfikacji rozwoju społecznego i klasyfikowana jest jako państwo upadłe.

Misjonarze, z którymi od lat współpracuje Fundacja Pomocy Humanitarnej „Redemptoris Missio” relacjonują o skrajnie trudnej sytuacji mieszkańców, ubóstwie, braku opieki medycznej, rozpadzie szkolnictwa oraz nieustannych napadach rebeliantów. Niełatwą sytuację miejscowej ludności dodatkowo komplikuje fakt występowania na tym terenie filarioz, a w szczególności ślepoty rzecznej. Eliminacja tej choroby jest procesem długotrwałym i wymaga od kilku do kilkunastu lat masowego podawania leków wszystkim mieszkańcom żyjącym w zagrożonych terenach.

Założeniem projektu jest zorganizowanie wyprawy pilotażowej celem rozeznania się w rzeczywistej sytuacji w i stworzenia podwalin pod wprowadzenie stałej profilaktyki przeciwko filariozie, co w dłuższym okresie doprowadzi do spadku liczby zachorowań. Wyprawa została zaplanowana na drugą połowę października 2018 roku (najlepsza pora ze względu na zakończenie się pory deszczowej), weźmie w niej udział między innymi poznańska okulistka - prof. Krystyna Pecold. Pani Profesor nie tylko planuje przebadanie osób niewidomych z powodu ślepoty rzecznej, ale również badanie przesiewowe dzieci uczęszczających do szkoły podstawowej przy misji oraz mieszkańców okolicznych wiosek. Tym, u których zostanie stwierdzona wada wzroku zostaną podarowane okulary z Akcji „Czary mary okulary”

Wszyscy, którzy chcieliby aby ich okulary służyły potrzebującym mogą je wysłać na adres Fundacji. Akcja potrwa do połowy października. „Redemptoris Missio” ul. Junikowska 48 60-163 Poznań

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Spotkanie z Jerzym Filipem Sztuką

2018-09-18 21:06

Ks. Mariusz Frukacz

Jak pamiętać? Jest pamięć indywidualna, zbiorowa i narodowa, mówił Jerzy Filip Sztuka, artysta plastyk, rzeźbiarz, medalier, który 18 września wieczorem był gościem 79. spotkania z cyklu "Z Janem Pawłem II ku przyszłości" w Muzeum Monet i Medali Jana Pawła II w Częstochowie.

Marian Florek/Niedziela

„Jerzy Filip Sztuka, to ważna postać dla kultury polskiej. Jest dla nas wyróżnieniem, że jego prace możemy dzisiaj pokazać w naszym muzeum” - mówił na początku spotkania Krzysztof Witkowski, twórca i dyrektor muzeum.

W spotkaniu wzięła udział m. in. najbliższa rodzina artysty. Spotkanie było połączone z jubileuszem 50 – lecia pracy zawodowej i artystycznej Jerzego Filipa Sztuki.

„Ojciec stworzył cały świat, w którym się wychowałem i uczyłem się patrzenia także na kulturę. To dzięki ojcu dzisiaj potrafię tak a nie inaczej patrzeć na świat” – mówił syn artysty Marcin.

Zobacz zdjęcia: Spotkanie z Jerzym Filipem Sztuką

„Tata jest wiarygodny poprzez swoje człowieczeństwo” – dodał syn Jacek.

Natomiast żona Krystyna podkreśliła m. in. że małżeństwo to pewna forma ciągłej kreacji”.

W części artystycznej spotkania wystąpili członkowie rodziny artysty.

Jerzy Filip Sztuka opowiadając o swojej twórczości podkreślił m. in. fascynację twórczością Haliny Poświatowskiej, Dantego. – Szczególną postacią, która jest obecna w mojej twórczości jest św. o. Pio. Medal z wizerunkiem padre Pio podarowałem Janowi Pawłowi II, podczas spotkania w Watykanie. – mówił Jerzy Filip Sztuka i dodał, że „ważne jest ciągłe poszukiwanie, pogłębianie wiary”.

Podczas spotkania został otwarty wernisaż wystawy jubileuszowej „Pamięć zapisana w brązie”. Na wystawie zaprezentowane zostaną medale, rzeźby i reliefy Jerzego Filipa Sztuki, m. in. dotyczące Jana Pawła II.

Jerzy Filip Sztuka to artysta ur. 1943 roku w Częstochowie, specjalista z zakresu reklamy wizualnej, projektowania graficznego, wzornictwa przemysłowego i kształtowania przestrzeni. Absolwent, a od. 2000 r. profesor Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Do 2012 r. był pracownikiem naukowo-badawczym uczelni częstochowskich, warszawskich i radomskich. Współorganizator i pierwszy dyrektor Wydziału Artystycznego Wyższej Szkoły Pedagogicznej (obecnie Uniwersytetu Humanistyczno-Przyrodniczego im. Jana Długosza) w Częstochowie. Wykładowca Politechniki Częstochowskiej. Swoje prace prezentował na licznych wystawach indywidualnych i zbiorowych na całym świecie.

W twórczości artysty obecny jest wymiar sakralny, tak jak m. in. w medalu przedstawiającym modlitwę codzienną „Ojcze nasz”. Dzieła artysty pokazują także piękno świata, przyrody, stawiają pytania o sens ludzkiego życia, obecność Tajemnicy, Boga.

Wystawa w Muzeum Monet i Medali Jana Pawła II jest wystawą przekrojową, pokazującą dokonania Jerzego Filipa Sztuki na przestrzeni lat 1968 - 2018.

Pierwsze spotkanie w ramach cyklu „Z Janem Pawłem II ku przyszłości” odbyło się 18 marca 2012 r. Jego gościem był abp Mieczysław Mokrzycki metropolita lwowski i wieloletni sekretarz papieża.

W ramach spotkań, które odbywają się każdego 18. dnia miesiąca, swoimi wspomnieniami o Janie Pawle II dzielili się m.in. Arturo Mari – fotograf papieski, abp Stanisław Nowak, Eugeniusz Mróz - kolega szkolny Karola Wojtyły, ks. Roman Szpakowski – prezes Stowarzyszenia Wydawnictw Katolickich, dr Roberto Mari, Stanisław Markowski, Mariusz Drapikowski, dr Wanda Półtawska, prof. Gabriel Turowski, Jan Pietrzak, o. Jerzy Tomziński, dr inż. Antoni Zięba, ks. inf. Ireneusz Skubiś, br. Marian Markiewicz, Karolina Kaczorowska, bp Antoni Długosz, ks. prof. Waldemar Chrostowski.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kalendarz pielgrzyma 2019

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem