Reklama

100 modlitw za Polskę

Topczewska Jasna Góra

2017-08-24 10:11

Ks. Zenon Czumaj
Edycja podlaska 35/2017, str. 4-5

Archiwum parafii
Topczewska Czarna Madonna

W 300. rocznicę pierwszej koronacji Obrazu Jasnogórskiego z wdzięcznością kierują Polacy swe myśli i serca ku Częstochowie, gdzie odbywają się uroczystości ogólnokrajowe. W to dziękczynienie włącza się także diecezja drohiczyńska, pielgrzymując do jednej z najsławniejszych kopii Wizerunku Czarnej Madonny, znajdującej się w Topczewie (dekanat brański)

Kilkanaście kilometrów na północ od Brańska, na styku trzech diecezji – białostockiej, łomżyńskiej i drohiczyńskiej – w granicach tej ostatniej leży parafia Topczewo, sięgająca początkami roku 1433. Kolejnym świątyniom patronował św. Stanisław, biskup i męczennik, ale od początku podkreślano tu cześć Maryi. Bogurodzica jako Niepokalanie Poczęta była współpatronką najstarszego kościoła. W 1523 r. powstała boczna kaplica Zwiastowania Pańskiego, a sto lat później ród Łyczkowskich ufundował drugą kaplicę – Różańcową, gdzie ok. 1640 r. umieszczono kopię obrazu z Jasnej Góry.

Obraz Czarnej Madonny w Topczewie

Wizerunek Czarnej Madonny zapewne nie był pierwszym na Podlasiu, ale dziś na terenie diecezji drohiczyńskiej jest najstarszą kopią Obrazu z Częstochowy. Jej autor starał się wiernie oddać nie tylko Oblicza Maryi i Dzieciątka, ale także detale zawieszonych ozdób. To pozwala na datowanie malowidła na lata trzydzieste lub czterdzieste XVII wieku, gdy Cudowny Obraz na Jasnej Górze uwieńczyły tzw. Korony Władysławowskie (zwane też rubinowymi) – dar króla Władysława IV Wazy. Gdy w 1717 r. nowe ofiarował papież Klemens XI, klejnoty przeniesiono na sukienkę, okrywającą szatę Maryi. Trochę żal, że dar króla nie zachował się w pierwotnym kształcie, gdyż zawierał głębokie przesłanie teologiczne. Kompozycja podkreślała królewski charakter czci Matki Bożej jako Królowej Polski (jeszcze przed Ślubami Kazimierzowskimi) i wskazywała na Jej współuczestnictwo w dziele Odkupienia. W centrum korony była Pieta. Przed siedzącą postacią ukoronowanej Matki Bolesnej spoczywało martwe ciało Jezusa. Powyżej para aniołów adorowała wieńczący koronę krzyż, a na zwieńczeniu tzw. grzebienia był łaciński napis „Tibi Jesu – Tibi Maria” – „Tobie, Jezu – Tobie, Maryjo”. U podstawy znajdowały się miniaturowe, wysadzane rubinami symbole męki Pańskiej z Obliczem Zbawiciela na chuście pośrodku. To, jak wyglądała Korona Władysławowska, wiemy z opisów i rycin, ale przedstawiona jest także na niektórych kopiach Ikony Częstochowskiej, w tym również na obrazie z Topczewa.

Miłość zwycięża nienawiść

Obraz w topczewskim kościele przypominał pątnikom jasnogórskim o opiece Maryi po ich powrocie z odległego sanktuarium, zaś tym, którzy nie mogli osobiście udać się do Częstochowy, pomagał przenieść się tam duchowo. Staranność wykonania stała się też zapewne przyczyną zajadłości, z jaką rzucili się na ten obraz żołnierze szwedzcy, grasujący tu w 1657 r. podczas potopu. Przypominał im o klęsce, jaką zakończyło się oblężenie Jasnej Góry. Pocięli obraz na 76 części, które wrzucili w stertę obornika, aby wyrazić swoją pogardę dla świętości. Po dwóch latach ludzie ujrzeli światłość, bijącą z tego miejsca. Gdy znaleźli strzępy obrazu, postanowili go naprawić. Odtąd sława topczewskiego wizerunku, z bliznami po zszyciu rozerwanego płótna, rozszerzała się coraz bardziej. Wzrastała też cześć Maryi. Wkrótce po odnalezieniu zniszczonego obrazu powstało w Topczewie Bractwo Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. W założonej wówczas księdze na pierwszej karcie zapisano tekst modlitwy odmawianej przez wstępujących do bractwa. Zawiera ona słowa o oddaniu się Matce Bożej w „macierzyńską niewolę”. Ideę „Niewolnictwa Maryjnego” rozwinął św. Ludwik Maria Grignion de Montfort i często jemu przypisuje się jej sformułowanie. Tymczasem dokładnie w roku urodzenia wielkiego francuskiego świętego (1673) była ona już znana w wiosce na Podlasiu. Z tego powodu z wielkim wzruszeniem pochylał się nad księgą sługa Boży kard. Stefan Wyszyński, gdy w 1966 r. uczestniczył w uroczystościach milenijnych w Drohiczynie.

Reklama

Cuda i łaski

Obraz Matki Bożej Częstochowskiej z Topczewa nie tylko jak oryginał został sprofanowany, ale jak oryginał zasłynął też łaskami. Już w XVIII wieku zaliczono go do 18 najsławniejszych na świecie kopii Ikony Jasnogórskiej, o czym możemy przeczytać w dziele paulina o. Anastazego Kiedrzyńskiego, wydanym drukiem w 1763 r. Najgłośniejszym cudem było wskrzeszenie miejscowego proboszcza ks. Michała Pruszyńskiego, który tak to opisał, gdy 12 czerwca 1720 r. przybył na Jasną Górę: „Bogu Najdobrotliwszemu i Bogurodzicy Maryi, na Jasnej Górze żywych i zmarłych Matce i Opiekunce, ja, Michał Pruszyński, kanonik kijowski, a pleban topczewski, zeznawam i świadczę pod przysięgą na krucyfiks Zbawiciela mego. Przez 2 blisko lata chorowałem tak ciężko, że zupełnie bezwładnego przewracać mnie na łóżku musiano. Opuchłem cały, zaniewidziałem, ogłuchłem, ale rozum, pamięć i mowę zachowując, wiedziałem, że rychle mnie śmierć czeka. Czując się źle ostatecznie, wezwałem ichmościów księży proboszczów z Domanowa, Wyszek i Pietkowa, testamentu mego wykonawców. Przez nich opatrzony sakramentami świętemi dnia 8 stycznia roku bieżącego 1720 skonałem. Obleczono mnie w albę kapłańską, ułożono w trumnie, którą wiekiem zamknięto i na mróz wielki do komory wyniesiono. Tam od godziny 6 z rana, aż do 6 wieczorem leżałem umarły. Ukazał mi się sędziwy starzec, w habicie i płaszczu białym (wierzę, iż to był św. Paweł, pierwszy pustelnik, patriarcha ojców jasnogórskich), wziął mnie za rękę prawą tak, żem we wszystkich stawach i kościach boleść uczuł i rzekł: Idź, uczcij obraz Błogosławionej Maryi Panny na Jasnej Górze, a żyć będziesz! Tak w trumnie ożywszy, wzywałem Jezusa i Najświętszej Maryi, a słysząc to ubodzy, którzy siedzieli przy trumnie, uciekli, dając znać o cudzie domownikom, którzy wnet przybiegli, trumnę odbili i wyjąwszy mnie z niej, do izby ciepłej przenieśli. Tam przekonałem się, że nie tylko widzę i słyszę, ale władzę w całem ciele mam przywróconą. Doznawszy tak wielką łaskę i miłosierdzie Pana i Stwórcy mego nad sobą, za przyczyną Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej, do Jej Obrazu, którego kopia w topczewskim kościele się znajduje, pielgrzymkę teraz odprawiłem, aby podziękować Panu Bogu, Najświętszej Pannie i św. Pawłowi, pustelnikowi, za cudowne ożywienie”.

Mijają stulecia, powstają i upadają imperia, zmieniają się epoki i ideologie, a Matka Narodu Polskiego i jego Królowa wciąż czuwa w znaku Cudownego Obrazu na Jasnej Górze, wypraszając potrzebne łaski. I to samo czyni także w kopii tego Skarbu z Częstochowy, od ponad trzech wieków otoczonej czcią i szacunkiem w kościele w Topczewie.

Tagi:
Jasna Góra Matka Boża

Matka Boża z Białego Kamienia

2018-09-19 10:33

Ks. Zbigniew Chromy
Edycja świdnicka 38/2018, str. VIII

Ks. Zbigniew Chromy
Obraz Bogarodzicy z Dzieciątkiem z Kresów trafił do Wałbrzycha, na Biały Kamień

Dnia 28 sierpnia 1968 r. ówczesny proboszcz parafii św. Jerzego w Wałbrzychu ks. Julian Źrałko wysłał do arcybiskupiej kurii we Wrocławiu prośbę następującej treści: „Uprzejmie proszę o nadanie parafii i kościołowi św. Jerzego Wałbrzych – Biały Kamień, jako równorzędnego Patrona: Najświętszej Maryi Panny (Macierzyństwo NMP). Odpust parafialny będzie obchodzony 11 października; jeśli byłby to dzień pracy, nastąpi przeniesienie na najbliższą niedzielę” – [pisownia oryginalna – dop. Z.C.]. W tym czasie 11 października w kalendarzu liturgicznym obchodzono święto Macierzyństwa Najświętszej Maryi Panny, które na pamiątkę 1500-lecia Soboru Efeskiego, ogłaszającego dogmat, że Maryja jest Bogarodzicą w roku1931 encykliką „Lux veritatis” ustanowił papież Piusa XI. W odpowiedzi na pismo białokamieńskiego proboszcza Prymas Polski kard. Stefan Wyszyński, dekretem z 18 września 1968 r. (l.dz. 2595/68/P.) nadał parafii i kościołowi drugi, maryjny tytuł (titulus secundarius) Maternitatis B.M.V. – Macierzyństwa Najświętszej Maryi Panny, z odpustem przypadającym 11 października. Należy dodać, że w tamtych burzliwych czasach Prymas posiadał takie uprawnienia, które dziś zarezerwowane są dla Stolicy Apostolskiej. W ten sposób parafia na Białym Kamieniu zyskała drugi tytuł, choć po reformie liturgicznej z 1970 r. zmieniono go na Matki Bożej Różańcowej, ze względu na zniesienie święta Macierzyństwa i przeniesienie go na dzień 1 stycznia, na nowo utworzoną uroczystość Bożej Rodzicielki, co miało miejsce w roku 1971.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Franciszek w narodowym sanktuarium Łotwy

2018-09-24 16:52

tom, kg, st (KAI) / Agłona

Na Maryję stojącą u boku cierpiących, wzywającą do akceptacji drugiego człowieka, przebaczenia i budowania braterstwa wskazał Franciszek podczas Eucharystii w narodowym sanktuarium łotewskim w Agłonie. Papież nawiązał do motta łotewskiego etapu swej 25. zagranicznej podróży apostolskiej „Okaż się nam Matką!”. W Mszy św. wzięło udział kilkadziesiąt tysięcy osób nie tylko z Łotwy, ale też z Białorusi, Litwy, Polski i innych krajów.

Vatican Media

W homilii Franciszek zauważył, że św. Jan Ewangelista ukazuje nam Maryję podczas wesela w Kanie Galilejskiej oraz u stóp krzyża, kiedy Pan Jezus daje ją uczniowi umiłowanemu za matkę.

Mówiąc o obecności Maryi u stóp krzyża, Ojciec Święty zaznaczył, że stoi ona mocno u boku tych, którzy cierpią, u boku tych, od których ucieka cały świat, także tych, którzy są sądzeni, potępieni przez wszystkich, deportowani. „Są nie tylko uciskani lub wykorzystywani, ale są wprost «poza systemem», na marginesie społeczeństwa. Wraz z nimi jest także Matka, przybita razem do tego krzyża niezrozumienia i cierpienia” – stwierdził papież.

Franciszek zachęcił, aby ci, którzy borykają się z cierpieniem, odczuli, że jesteśmy z nimi, po ich stronie, w sposób zdecydowany. „Także i my jesteśmy powołani, aby «dotknąć» cierpienia innych. Idźmy na spotkanie naszych rodaków, aby ich pocieszyć i towarzyszyć im. Nie bójmy się doświadczenia mocy czułości i angażowania się oraz komplikowania sobie życia dla innych” – zaapelował Ojciec Święty.

Papież podkreślił konieczność miłosnej akceptacji drugiej osoby. Przyznał, że w naszych realiach politycznych historia konfliktu między narodami jest wciąż boleśnie świeża. „Maryja okazuje się jako kobieta otwarta na przebaczenie, odsunięcie na bok urazów i nieufności” – wskazał Franciszek. Dodał, że relacje, które nas uzdrawiają i czynią wolnymi, to te, które otwierają nas na spotkanie i na braterstwo z innymi, bo odkrywają w drugim samego Boga.

Ojciec Święty przypomniał postać Sługi Bożego, biskupa Boļeslavsa Sloskānsa, spoczywającego w bazylice w Agłonie, apelującego, aby w sercach jego najbliższych zagościły zemsta lub rozpacz, bo inaczej groziłby nam fanatyzm. „W czasach, gdy zdaje się powracać mentalność, zachęcająca do nieufności wobec innych, próbująca pokazywać przez różne statystyki, że byłoby nam lepiej, że mielibyśmy więcej dobrobytu, większe byłoby bezpieczeństwo, gdybyśmy byli sami, Maryja i uczniowie tych ziem zachęcają nas do gościnności, by na nowo postawić na brata, na powszechne braterstwo” – powiedział papież.

Franciszek zauważył, że gdy różnimy się od siebie, harmonia zawsze kosztuje. „Kiedy z wiarą słuchamy nakazu przyjmowania i bycia przyjmowanym, możliwe jest budowanie jedności w różnorodności, ponieważ nie hamują nas ani dzielą różnice, ale jesteśmy w stanie spojrzeć dalej, aby zobaczyć innych w ich najgłębszej godności, jako dzieci tego samego Ojca” – wskazał. Ojciec Święty zaapelował o wzajemną akceptację, bez dyskryminacji oraz danie pierwszeństwa najuboższym.

Modlitwy wiernych odmówiono w pięciu językach: po angielsku modlono się za Ojca Świętego Franciszka i za wszystkich naszych biskupów, aby za wstawiennictwem Matki Bożej z Agłony znajdowali zawsze siłę i światło w głoszeniu Ewangelii oraz aby prowadzili Lud Boży drogami świętości; po łotewsku za ojczyznę, rządzących i wszystkich mieszkańców Łotwy, aby za wstawiennictwem Matki Bożej z Agłony umieli budować Łotwę jako państwo dobrobytu i sprawiedliwości materialnego i duchowego, po rosyjsku za wszystkich cierpiących, chorych, zepchniętych na margines i tych, którzy czują się osamotnieni, niech za wstawiennictwem Matki Bożej z Agłony nie utracą nigdy nadziei, spoglądając na Chrystusa, który jest prawdziwą i jedyną nadzieją; po polsku za młodzież, niech za wstawiennictwem Matki Bożej z Agłony przyjmie dar młodości, ofiarując go z hojnością na służbę Panu i Kościołowi, mając odwagę radykalnie żyć Ewangelią i po łatgalsku za naszych zmarłych braci i siostry i za tych, którzy oddali życie za ojczyznę, aby za wstawiennictwem Matki Bożej z Agłony mogli zostać przyjęci do Wiecznej Ojczyzny w Niebie.

Na zakończenie Mszy św. głos zabrał biskup rzeżycko-agłoński, a zarazem przewodniczący episkopatu łotewskiego Jānis Bulis. Podziękował Ojcu Świętemu, za jego wizytę, będącą niezwykle ważnym wydarzeniem dla tamtejszej wspólnoty wierzących. Podkreślił pluralizm etniczny i wyznaniowy narodu łotewskiego, który chociaż został pozbawiony wolności, pozostał wierny swej wierze chrześcijańskiej. „Był to dla nas wielki zaszczyt i wielka radość, że mogliśmy Cię przyjąć. Dziękuję za przybycie, za odwiedzanie wiernych, za zachęcanie nas do patrzenia w przyszłość z nadzieją i przybliżanie nas do Boga. Dziękujemy Panu i wszystkim, którzy włożyli swój cenny wkład w przeprowadzenie tej wizyty” – powiedział przewodniczący łotewskiego episkopatu.

Na miejscu celebry papieża przywitał biskup Agłony Bulis i dwoje dzieci w tradycyjnych strojach, które ofiarowały mu kwiaty. Przy ołtarzu stał cudami słynący obraz agłońskiej Matki Bożej. Wśród koncelebransów byli m. in.: 87-letni kard. Jānis Pujats, abp Zbigniew Stankiewicz, metropolita Rygi, biskup diecezji rzeżycko-agłońskiej Jānis Bulis i przewodniczący Konferencji Biskupów Łotwy oraz abp Tadeusz Wojda z Polski.

Papież ofiarował agłońskiemu sanktuarium złoty różaniec i kielich.

W Agłonie zakończył się łotewski etap papieskiej wizyty do krajów bałtyckich. Stamtąd Franciszek odleciał helikopterem do Wilna.

Agłona nazywana "łotewską Częstochową" jest duchowym sercem Łotwy. Wydarzeniem historycznym w dziejach łotewskiego Kościoła była wizyta Jana Pawła II w dniach 8-9 września 1993. Spotkał się on z mieszkańcami tego kraju podczas mszy św. w Rydze i Agłonie; podczas tej drugiej ukoronował znajdujący się tam cudowny obraz Matki Bożej.

Każdego roku na uroczystość Wniebowzięcia NMP 15 sierpnia przyjeżdża tam ok. 100 tys. pielgrzymów. Od czasu upadku komunizmu jest ona transmitowana przez publiczne media. Co roku uczestniczy w niej prezydent, premier i marszałek Sejmu, nawet gdy nie są katolikami.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Dziś 65. rocznica uwięzienia Prymasa Wyszyńskiego

2018-09-25 07:42

Bernadeta Kruszyk / Gniezno (KAI)

„Człowiek bezprawny” - tak kard. Stefan Wyszyński nazywał sam siebie w czasie trzyletniego internowania. 25 września mija 65 lat od jego aresztowania. Komuniści więzili go w Rywałdzie, Stoczku Warmińskim, Prudniku na Śląsku Opolskim i Komańczy w Bieszczadach.

ARCHIWUM

Był późny piątkowy wieczór 25 września 1953 roku. Zmęczony prymas wrócił do rezydencji na ul. Miodowej po uroczystościach ku czci bł. Władysława z Gielniowa i od razu udał się na spoczynek. Pół godziny później do jego pokoju zapukał kapelan ks. Hieronim Goździewicz z informacją, że „jacyś panowie” dobijają się do bramy. – O tej porze? – zdziwił się prymas i tknięty przeczuciem, a może już pewnością wstał, ubrał się i kazał wpuścić „gości”. Schodząc z piętra na parter zapalił wszystkie światła – niech Warszawa wie, co dzieje się w domu prymasa. W tym samym czasie inna grupa „gości” przeskoczyła przez mur okalający pałac i natknęła się na sekretarza prymasa bp. Antoniego Baraniaka. – Ci panowie chcieli strzelać – relacjonował później kard. Wyszyńskiemu. – Szkoda, że nie strzelali, wiedzielibyśmy, że to napad, a tak to nie wiemy, co sądzić o tym nocnym najściu – odpowiedział prymas.

W ciągu następnych kilkunastu minut cel wizyty się wyjaśnił. Jeden z oficerów wyciągnął z teczki dokument Rady Ministrów, który nakazywał prymasowi opuścić miasto i zamieszkać w wyznaczonym miejscu oraz zakazywał mu wszelkich czynności związanych z piastowanym urzędem. „Czytałem – napisał później – by nie zaogniać napiętej sytuacji”. Po północy z różańcem i brewiarzem w ręku siedział już w samochodzie, który eskortowało sześć innych aut. „Po drodze nie mogłem odczytać żadnych drogowskazów”. Dniało, gdy konwój zatrzymał się na północnym przedmieściu Grudziądza, by chwilę później zawrócić w kierunku Jabłonowa. Ludzie szli do pracy. „Przyjechaliśmy do Rywałdu. Było to miejsce mojego przeznaczenia” – zapisał prymas.

Mówicie za mnie Różaniec

Czy kard. Wyszyński spodziewał się uwięzienia? Jego biograf Peter Raina uważa, że tak.

Za twierdzeniem tym przemawiają m.in. słowa, które wypowiedział w dniu aresztowania. Po południu prosił bliską współpracownicę Marię Okońską: „Gdyby ci mówili, że twój ojciec zdradził sprawę Bożą, nie wierz! Gdyby ci mówili, że twój ojciec ma nieczyste ręce, nie wierz! Gdyby ci mówili, że twój ojciec działa przeciwko narodowi we własnej ojczyźnie, nie wierz! Gdyby ci mówili, że twój ojciec stchórzył, nie wierz! Twój ojciec nigdy nie zdradził i nie zdradzi sprawy Kościoła, choćby miał za to zapłacić życiem i własną krwią”.

Kilka godzin później w domu rektora kościoła św. Anny pytał kapłanów: „Znacie obraz Michała Anioła Sąd Ostateczny? Anioł Boży wyciąga człowieka z przepaści na Różańcu. Mówcie za mnie Różaniec”. Wiedział więc i do tej chwili się przygotował nie tylko duchowo.

Choć w czasie aresztowania powiedział, że niczego nie potrzebuje i niczego własnego nie posiada, już wcześniej polecił zawiadującej prymasowskim gospodarstwem siostrze Maksencji, by skompletowała odpowiednie ubrania, bieliznę i kazała uszyć mocne buty. Te właśnie rzeczy zakonnica w pośpiechu spakowała do jednej walizki na polecenie oficera UB. Inny funkcjonariusz przyprowadził bp. Baraniaka, na którego ręce prymas złożył oświadczenie, że z pełnionych stanowisk nie rezygnuje. Kilka godzin później bp Baraniak również został aresztowany. Prymas wszedł jeszcze do kaplicy, a siostrze Maksencji powiedział, że gdyby został postawiony przed sądem, nie potrzebuje adwokatów, bo sam będzie się bronił. Rewizja w pałacu prymasowskim trwała do wieczora następnego dnia.

Nie wolno wyglądać oknem

W Rywałdzie nie od razu ich wpuszczono. Zakonnicy byli zaskoczeni i wystraszeni. Gdy o 5 rano jak zawsze otworzyli kościół i klasztorną bramę, funkcjonariusze zajęli całe pierwsze piętro. Tylko jeden z braci zauważył, że jest z nimi prymas. Cela, którą dostał, była niewielka i skromnie urządzona. Tak później o niej pisał:

„Rozejrzałem się w swoim pokoju, który nosi ślady niedawno zamieszkałego przez któregoś z ojców Kapucynów. Zostałem sam. Na ścianie, nad łóżkiem, wisi obraz z podpisem: Matko Boża Rywałdzka, pociesz strapionych. Był to pierwszy głos przyjazny, który wywołał wielka radość. (…) Wzrok mój zatrzymał się na biurku. Stoi tu Chrystus Miłosierny z podpisem: Jezu, ufam Tobie – fotografia znanego obrazu. Uznaję to za drugą łaskę dnia dzisiejszego. (…) Na biurku stoi jeszcze obrazek świętego Franciszka z Asyżu słuchającego muzyki anielskiej. (…) Pokój, do którego byłem wprowadzony, robi wrażenie mieszkania świeżo i pospiesznie opuszczonego. Łóżko nie jest zasłane, pozostawione osobiste rzeczy przez zakonnika, który tu mieszkał. Wśród tych rzeczy – walizka na wpół otwarta, z której wygląda najnowszy zeszyt pisma Kuźnica Kapłańska, z zaadresowaną obwolutą. Wszystkie meble są w stanie ruiny: biurko trzyma się ściany, podobnie szafka nocna, miednica z niewylaną wodą, w szafie osobista bielizna i ubranie. Na podłodze sterta książek przykrytych papierem. Podłoga brudna, po kątach pełno «kotów»”. Prymas sam musiał posprzątać.

Decyzja zapadła w Moskwie

Wiadomość o aresztowaniu kard. Wyszyńskiego szybko obiegła stolicę. W „Trybunie Ludu”, organie prasowym KC PZPR, już następnego dnia Edward Ochab ostro go atakował oskarżając o warcholstwo i politykę antypaństwową. Trzy dni później gazeta opublikowała komunikat: „Na skutek uporczywego, mimo wielokrotnych ostrzeżeń nadużywania przez ks. arcybiskupa Stefana Wyszyńskiego piastowanych przez niego funkcji kościelnych dla łamania zasad porozumienia, prowadzenia akcji podburzającej, wytwarzania atmosfery jątrzenia (…)” itd., itd.

Protestowała Stolica Apostolska. Oburzenie wyraził prezydent USA. Grzmiała angielska Izba Gmin i Izba Deputowanych we Francji. Sprzeciw wystosowali biskupi USA i Wielkiej Brytanii. Na próżno. Decyzja o aresztowaniu prymasa zapadła przecież nie w Warszawie, a w Moskwie. Jak później ujawnił na antenie Radia Wolna Europa zbiegły na Zachód wysoki funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego ppłk. Józef Światło, projekt taki Bierut przedstawił Stalinowi już wcześniej. Ten jednak powiedział, że czas jeszcze nie nadszedł, dodając jednak, że dobrze byłoby mieć w Polsce „swojego” prymasa.

Po śmierci wodza Bierut otrzymał zgodę na przeprowadzenie operacji. „W ten sposób – mówił Światło – rozpoczęła się walka o posiadanie swojego prymasa w Polsce, jak chciał Stalin”. Ujawnił też, w jaki sposób przystosowano klasztor w Rywałdzie. Każde drzwi na piętrze zaopatrzone były w specjalne urządzenie. Gdy je otwierano, w pokoju wartowników zapalała się lampka. Na podłodze i do połowy wysokości ścian zamontowano mikrofony podsłuchowe. Także ogród odpowiednio „zabezpieczono”. Specjalne siatki nie pozwalały „kierownikowi Episkopatu” jak nazywała prymasa władza ludowa, zbliżać się do muru. Kardynał nie mógł też bez zgody strażnika iść do kaplicy. „Pan w ceracie” – tak pisał o nim prymas. Cała ta operacja – stwierdził jeszcze Światło – była tylko małą cząstką wielkiego planu walki z Kościołem, który sowieci przetestowali już w stosunku do Cerkwi prawosławnej, skutecznie łamiąc jej niezależność.

W imię Boże

Prymas Wyszyński przebywał w Rywałdzie niespełna trzy tygodnie. „Postanowiłem sobie tak urządzić czas, aby zostawić jak najmniej miejsca swobodnym dociekaniom” – zanotował w Zapiskach więziennych. Czytał kilka książek na zmianę, lekturę przerywał modlitwą, a brewiarz odmawiał, chodząc po pokoju, by – jak pisał – „brak powietrza uzupełnić ruchem”. Wieczorem, gdy brakowało światła, odmawiał Różaniec, wędrując po pokoju. Później na ścianach celi wypisał stację Drogi Krzyżowej, by móc odprawiać nabożeństwo Męki Pańskiej.

W październiku kard. Wyszyński – znów w największej tajemnicy – został przewieziony do Stoczka Warmińskiego. W zapisach relacjonował: „Zebrałem dość szybko swoje rzeczy do waliz przywiezionych z Miodowej. Po ciemnych schodach idziemy na dół, po raz pierwszy od dwóch tygodni. Wokół mnie nie ma żywej duszy. Nawet żołnierzy, którzy zazwyczaj wśród nocy czynili tyle hałasu na korytarzu, ani śladu. Zajmuję miejsce w aucie wraz z panem w ceracie. Stoi kilka innych wozów w dyskretnej odległości. Ruszamy. W imię Boże. Czuję się tak bardzo rzeczą, że nie pytam o nic”.

U celu znowu budynek poklasztorny – bardzo zniszczony i zaniedbany, nazywany przez komendanturę „obiektem 123”. Półtorametrowej grubości mury, słabo ogrzewane cele, ziąb i wilgoć. Wewnątrz zainstalowana aparatura podsłuchowa opatrzona przez „strażników” równie wdzięczną nazwą co zabudowania: „truteń1”,”truteń2” i „truteń3”. Pusto, zimo i mokro. Prymas domyślał się, że nowe miejsce odosobnienia to zabudowania klasztorne. Później potwierdziło się, że gdzieś w pobliżu znajduje się kościół. Słyszał daleki śpiew ludzi.

Codzienna dyscyplina

W Stoczku Warmińskim przydzielono prymasowi dwoje współwięźniów: ks. Stanisława Skorodeckiego i s. Marie Leonię Graczyk, oboje byli wyniszczeni więzieniem: „ksiądz przesadnie chudy, siostra skóra i kości” – ocenił w Zapiskach prymas. Pierwsze dni mijały na wzajemnym poznawaniu się i organizowaniu codziennego życia. Prymas miał do dyspozycji dwa pokoje, łazienkę, korytarz i ogród. Na tej powierzchni mógł się poruszać. Szybko ustalił ścisły porządek dnia, którego przestrzegał z żelazną dyscypliną. Pobudka o 5 rano. Po modlitwach i rozmyślaniu Msza św. Po śniadaniu spacer w ogrodzie. Znów modlitwa i do obiadu praca. Po posiłku drugi spacer w ogrodzie, modlitwa brewiarzowa i do kolacji praca. Wieczorem Różaniec odmawiany ze współwięźniami, a później lektura najczęściej w języku obcym.

„Nie mogę dziś Kościołowi i Ojczyźnie służyć pracą kapłańską w świątyniach, ale mogę im służyć modlitwą. I czynię to niemal przez cały dzień” – pisał w liście do ojca. Prosił również: „Pragnąłbym, by z ust moich najbliższych nikt nie słyszał ani w domu, ani poza domem najmniejszej nawet skargi. Potrzebna jest mi wasza pogoda, spokój i modlitwa. Nie traćcie ufności w dobroć Opatrzności Bożej, w potęgę, mądrość i miłosierdzie Najmilszej Matki Jasnogórskiej”.

Kard. Wyszyński się nie skarżył. Jego stanowisko odnośnie uwięzienia było jednak niezmienne – traktował decyzję rządu jako naruszenie podstawowych praw człowieka. Wielokrotnie prosił o wyjaśnienia i możliwość ustosunkowania się do stawianych mu zarzutów i za każdym razem otrzymywał odpowiedź odmowną. Więźniów pilnował sztab strażników.

Prymas traktował ich z szacunkiem, ale i dystansem, zalecając to samo ks. Skorodeckiemu i s. Leonii. Nie próbował wchodzić w jakiekolwiek relacje. Zanotował: „Wszyscy nasi dozorcy, chociaż są oficerami, chodzą po korytarzu powłócząc nogami. W języku, którym się posługują, zwłaszcza młodzi, najczęstszym słowem jest cholera”. Strażnicy z kolei – obojętni na jakiekolwiek przeżycia duchowe – nie rozumieli zachowania prymasa: „płakał w czasie modlitwy”, „w swym fanatyzmie leżał znowu krzyżem w kaplicy” – raportowali zdegustowani.

Soli Deo

Zima 1953–1954 była mroźna. Pierwsze mrozy chwyciły już w listopadzie, a pod koniec miesiąca spadł śnieg. W budynkach poklasztornych prawie nie działało ogrzewanie. Piece dymiły. Było tak zimno, że praca przy biurku stała się niemożliwa. W łazience nie było ciepłej wody. Przynoszono ją tylko raz w tygodniu, z kuchni.

„Od dnia przyjazdu do Stoczka, do końca pobytu ani w dzień, ani w nocy nie rozgrzałem stóp” – wyznał po latach prymas Wyszyński. W uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP oddał się Matce Bożej w macierzyńską niewolę. „Wszystko cokolwiek czynić będę, przez Twoje ręce Niepokalana Pośredniczko łask wszelkich, oddaję ku chwale Trójcy Świętej – Soli Deo”.

Nadeszły święta Bożego Narodzenia, które więźniowie spędzili przy małym żłóbku. W lutym przypadała 5. rocznica ingresu do katedry gnieźnieńskiej. Prymas robił rachunek sumienia i dziękował za ten „wielki niezasłużony zaszczyt”. Wreszcie po ciężkiej zimie nadeszła wiosna. W codziennym harmonogramie dnia znalazła się jeszcze jeden punkt – praca w ogrodzie. Na końcu jednej ze ścieżek więźniowie postawili krzyż zrobiony z dwóch kijów związanych drutem kolczastym – ostatnia stacja Kalwarii.

W Wielki Czwartek Prymas celebrował Mszę św.: „Sercem i myślą jestem w Archikatedrze wśród duchowieństwa i wiernych – pisał w więziennym dzienniku. – Modlę się o to, by mój zastępca przy ołtarzu, przy konsekracji olejów i przy mandatum czynił to lepiej niż ja; by obdzielał kapłanów Ciałem Chrystusa, wszczepiając w nich ducha jedności diecezjalnej; by całował nogi ubogich, jak to czyniłem, z całkowitym oddaniem się tej czynności, tak wspaniałej a tak trudnej do wykonania jej po chrześcijańsku. Bo całować ma serce, nie usta”.

Wielka Nowenna

Trudne warunki panujące w budynkach poklasztornych w Stoczku Warmińskim i ciężka zima odbiły się na zdrowiu prymasa. Skarżył się na bóle w okolicach nerek, puchły mu ręce i powieki, bolała głowa. Lekarze zbadali go jednak dopiero w maju. Stwierdzili m.in. powiększenie wątroby, drobne zmiany kostne i bóle mięśniowe, stan nerek nie budził jednak ich niepokoju. W czerwcu, a więc blisko 10 miesięcy po aresztowaniu, pozwolono prymasowi wystosować list do rządu. Ustosunkował się w nim do wszystkich stawianych mu zarzutów. Z wysłaniem jednak był pewien problem. Komendant, od którego otrzymał zezwolenie na napisanie pisma niespodziewanie wyjechał na urlop, a zastępca postawił warunki, na które kardynał nie mógł się zgodzić. Sprawę listu odłożono. Tymczasem w kraju trwała akcja usuwania z klasztorów sióstr i braci zakonnych. Stalinizm upadł, represje jednak nie ustały.

W sierpniu prymas Wyszyński rozpoczął pracę nad swoim wielkim dziełem Wielką Nowenną Tysiąclecia Chrztu Polski. Przedsięwzięcie pochłonęło go do tego stopnia, że nie odnotował przybycia nowego komendanta: „Nie mogę sobie przypomnieć dokładnie, kiedy na terenie Stoczka pojawił się nowy kierownik – zapisał prymas. – Ukazał się w ogrodzie któregoś sierpniowego dnia, zatrzymał się pod każdym drzewem, starannie oglądał okna, parkany, druty na drzewach (…) Później zaczął interesować się kuchnią i tam pytał o potrzeby (…) Dość wcześnie zauważyliśmy, że nowy kierownik lubi chodzić w nocnych pantoflach na naszym korytarzu i zatrzymywać się pod naszymi drzwiami. Raz został wyraźnie schwytany na gorącym posterunku. Wreszcie któregoś dnia zainteresował się mieszkaniem (…) Starał się być grzeczny i troskliwy (…) Dopytywał, jakich (książek) mi brakuje. Sięgnąłem do spisów. Kierownik z wprawą indyka wyciągnął szyję, aby zajrzeć przez ramię do moich notatek. Poznałem speca od śledztwa. Trzeba było być zwięzłym. Pożegnaliśmy się szybko”.

Na południowy zachód

Nowy kierownik zwiastował zmiany. W październiku w Stoczku ponownie zjawił się lekarz, który poinformował kard. Wyszyńskiego o zmianie miejsca odosobnienia. Miejscowy klimat – jak argumentował – miał prymasowi nie służyć, w trosce o zdrowie zdecydowano więc przenieść go w bardziej przyjazne miejsce. Gdzie? Tego powiedzieć nie mógł.

Wyjazd zaplanowano na następny dzień. Ks. Skorodecki i s. Graczyk również mieli zostać przeniesieni. Ostatnie wspólne godziny wszyscy troje spędzili, pakując i porządkując swoje rzeczy. Wieczorem kard. Wyszyński zapisał: „Największym brakiem apostoła jest lęk. Bo on budzi nieufność do potęgi Mistrza, ściska serce i kurczy gardło. Apostoł już nie wyznaje. Czyż jest jeszcze apostołem? (…) Lęk apostoła jest pierwszym sprzymierzeńcem nieprzyjaciół sprawy. Zmusić do milczenia przez lęk – to pierwsze zadanie strategii bezbożniczej. Terror, stosowany przez wszystkie dyktatury obliczony jest na lękliwość apostołów. Milczenie tylko wtedy ma swoją apostolską wymowę, gdy nie odwracam swego oblicza od bijących. Tak czynił milczący Chrystus. Ale w tym znaku okazał swoje męstwo”. Czy prymas myślał o sobie?

Następnego dnia na polu pod Kętrzynem na więźniów czekał samolot. Nie wiedzieli, dokąd lecą. Prymas zorientował się tylko, że na południowy zachód. Po dwóch godzinach wylądowali. Później okazało się, że w okolicach Nysy. Do zmroku przesiedzieli w maszynie. Nikt nie mógł zobaczyć prymasa i zorientować się, gdzie jest przetrzymywany. Późnym wieczorem więźniowie dotarli do celu – pofranciszkańskiego klasztoru w Prudniku Śląskim. Tym razem przygotowano się na ich przyjazd. Teren otaczał płot wysoki na trzy i pół metra, nad którym – na wszelki wypadek – rozciągnięto jeszcze drut kolczasty, oczywiście „dla bezpieczeństwa”.

Dwa pokoje na końcu świata

Klasztor pofranciszkański w Prudniku Śląskim był trzecim miejscem internowania kard. Stefana Wyszyńskiego. Zbudowany na wzgórzu i otoczony lasem wydawał się miejscem odciętym od świata. Przed przyjazdem więźniów przeprowadzono w nim pobieżne prace remontowe. Budynek został wybielony i otoczony trzymetrowym płotem.

Prymasa umieszczono na pierwszym piętrze. Miał do dyspozycji dwa pokoje; w jednym urządzono sypialnię w drugim pracownię. Łóżko zbite z surowych desek, stół, dwa krzesła i klęcznik, na ścianie duży drewniany krzyż. Ot całe wyposażenie. Tydzień po „zakwaterowaniu” w Prudniku prymas zapisał: „Lewa strona korytarza jest przeznaczona dla nas, prawa posiada słoneczne pokoje, zamknięte na klucze i zabite gwoździami. Całość ma charakter bardziej izolowany niż w Stoczku. Stąd nie można zobaczyć żywej normalnej duszy; wszystko, co nas otacza, albo chodzi skrycie pod parkanami zewnętrznymi, albo też wałęsa się po korytarzach (…)”

„W tym nowym miejscu – notował dalej prymas – jesteśmy jeszcze bardziej skazani na siebie, gdyż nikt tu nie zagląda, ani też nikt nie może kontrolować ruchu na korytarzu. Wszystko jest tandetnie, licho pomalowane. Wszędzie jeszcze znać ślady świeżej roboty. Tu i ówdzie leżą porzucone pędzle; stoją pudełka z farbą, sterty zardzewiałych gwoździ, piłki ręczne, młotki, o które nikt się nie troszczy. Naszym zwyczajem, pozbieraliśmy to wszystko na ogrodową werandę, skąd powoli wszystko zniknęło. Będziemy tu mieli trudną sprawę ze spacerem, gdyż chodzenie po pochyłym, oślizgłym terenie, będzie uciążliwe. Natomiast dom jest korzystniejszy, na naszym piętrze suchy, o widnych oknach, starannie poosłanianych storami i firankami. Wydano polecenie, że nie należy wyglądać oknami, że przed zapaleniem światła trzeba zasłonić story. Wprawdzie wokół nic i nikogo nie widać, ale my mamy obowiązek ukrywać się przed żołnierzami, wartującymi na zewnątrz. Oczywiście, o tym obowiązku wie tylko ksiądz i siostra. Ja jestem wolny od podobnych przypomnień”.

Chory, ale zdrowy

Mimo korzystniejszych – jak pisał prymas – warunków mieszkaniowych stan jego zdrowia nie uległ poprawie. Ciągle dokuczały mu nerki, bóle głowy i nóg, nadkwasota i ogólne osłabienie. W listopadzie ponownie zbadali go lekarze. „Ogólnym stanem zachwyceni nie jesteśmy” – oświadczyli i zlecili dokładniejsze badania kliniczne. Przeprowadzono je dopiero przed Bożym Narodzeniem. Prymas był dowożony – oczywiście po zmroku – do Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Opolu, gdzie czekali specjaliści. Pobrano krew, zrobiono prześwietlenie płuc i brzucha, podleczono zęby. „Prymas jest człowiekiem zupełnie zdrowym” – brzmiała diagnoza. „Dotąd nigdy takiej opinii lekarzy o sobie nie słyszałem” – skomentował w Zapiskach prymas.

W czasie pobytu w Prudniku kard. Wyszyński mógł pisać i otrzymywać listy i paczki. Były czytane i cenzurowane przez strażników, mimo to stanowiły źródło pociechy i wiadomości o najbliższych. Z każdego słowa przebijała serdeczność i troska. W podobnym tonie odpisywał prymas. Troszczył się o zdrowie rodzeństwa, prosił, by nie wykosztowywali się na niego, pytał o dzieci i dziękował za każde napisane przez nie słowo. Najbardziej martwił się o dobiegającego osiemdziesiątki ojca, który nieustannie niepokoił się o zdrowie syna. Do siostry pisał:

„Pragnąłbym się odwołać do Twojej, Droga Stachno, roztropności i doświadczenia i prosić, byś wpłynęła na Ojca uspokajająco. Wiem, że doświadczenie, przez które przechodzi, jest zbyt ciężkie dla sędziwego wieku Ojca, ale Ty możesz wpłynąć na Ojca, by w pełni zaufał mądrości Bożej. Jestem sługą Kościoła i w mojej sprawie jest więcej dróg i planów Bożych niż woli ludzkiej. Nie trzeba na nikogo się skarżyć, ani też do nikogo mieć żalu, tylko cierpliwie i spokojnie się modlić o to, by Bóg pozwolił wypełnić zadanie chwili obecnej”.

W listach prosił też o książki i „drobiazgi gospodarcze”: grzebień, lusterko, wełniane skarpety, miód, cytryny, gorzką czekoladę i domowe suchary, które mu bardzo służyły. I jeszcze dwie koloratki – dla niego i ks. Stanisława Skorodeckiego.

Myślę zaledwie promykami świateł

W Prudniku Śląskim upłynęła druga „więzienna” Wigilia kard. Wyszyńskiego. Mimo zamknięcia, izolacji i skromnych warunków bytowych atmosfera była pogodna, a nawet radosna. Ks. Skorodecki sobie tylko znanymi sposobami zdobył i udekorował niewielkie drzewko. Na stole nie zabrakło wigilijnych potraw i tradycyjnego opłatka, który kard. Wyszyński posłał także gotującej dla nich gospodyni. Po wieczerzy trójka więźniów długo rozmawiała, a o północy udała się odprawić Msze św. – pierwszą śpiewaną, dwie następne ciche.

„Jest nam bardzo dobrze w tej ubożuchnej kapliczce, bez jednego kwiatka, z dymiącymi, lichymi świecami, wobec Chrystusa, który chciał być z nami w tym dniu” – zanotował później prymas. I reflektował: „Najskuteczniejszą drogą do zwalczenia w sobie smutku jest wspomnienie na mądrość, dobroć, miłość i doskonałość Boga, którego wszystkie dzieła są doskonałe. A więc i te, które mnie dotyczą. W każdym czynie Boga jest tylko mądrość, tylko dobroć, tylko miłość. Może nie rozumiem ich do końca, może myślę zaledwie promykami świateł. Ale pełna światłość objawia się, gdy rozumiem sens działania Bożego”.

Dwa miesiące później za „obozowe” mury dotarły pierwsze od czasu aresztowania wiadomości ze świata. Przez cały ten czas prymas nie miał dostępu do prasy, o radiu nie wspominając. Z listów od rodziny wycinano wszystko, co wydało się cenzorom podejrzane. Kardynał nie wiedział co dzieje się w Polsce, w Kościele, na świecie. We wspomnianym lutym ks. Skorodeckiemu pozwolono na widzenie z ojcem i to on przywiózł wiadomość o usuwaniu księży ze szkół, nękaniu zakonów, utrudnianiu obsadzania stanowisk kościelnych. „Nadzieja na to, że moje uwięzienie powstrzyma wyniszczanie Kościoła, zaczyna blednąć” – napisał gorzko kard. Wyszyński.

Wkrótce nadeszła kolejna zła wiadomość. Jego ojciec miał wylew. Prymas natychmiast poprosił o pozwolenie na widzenie. W odpowiedzi tydzień później usłyszał, że ojciec czuje się lepiej i wychodzi ze szpitala.

Wstań, dobrze ci to zrobi

Kard. Wyszyński był przetrzymywany w Prudniku do października 1955 roku. Pod koniec pobytu rygor znacznie zelżał. Więźniów nie pilnowano już tak starannie, a nawet zaczęto im dostarczać gazety. Odwilż była wyraźna, nie oznaczała jednak uwolnienia.

28 października kard. Wyszyński został poinformowany o zmianie miejsca pobytu. Miał zostać przeniesiony do klasztoru Sióstr Nazaretanek w Komańczy, gdzie mógł się swobodnie poruszać. Ks. Skorodecki i s. Leonia mieli zostać zwolnieni. „Taka jest obecnie linia postępowania” – oświadczył funkcjonariusz UB.

Z chwilą przywiezienia kard. Wyszyńskiego do Komańczy zmienił się status tego miejsca. Miejscowość została włączona do pasa przygranicznego, co oznaczało, że można się było do niej dostać jedynie po okazaniu przepustki. Sam prymas tak wspominał pierwsze chwile spędzone w nowym miejscu: „Na spotkanie wybiegła jakaś pani, która – jak się później okazało – przybyła tu dziś rano, aby uprzedzić siostry o moim przybyciu i przygotować mieszkanie (…) Tym razem klasztor jest z prawdziwego zdarzenia. Obszerny dom, prowadzący normalne, życie klasztorne, z prawdziwymi siostrami zakonnymi, które nie są więźniarkami, i z własnym, zakonnym trybem życia”.

Po dwóch miesiącach życia wśród sióstr kard. Wyszyński zanotował w swoim dzienniku ciekawą refleksję, której echa wielokrotnie pojawiały się w jego późniejszym życiu i posłudze: „Z woli Bożej jestem znowu wśród gromady kobiet. Zapamiętam sobie: ilekroć wchodzi do twego pokoju kobieta, zawsze wstań, chociaż byłbyś najbardziej zajęty. Wstań, bez względu na to, czy weszła matka przełożona, czy siostra Kleofasa, która pali w piecu. Pamiętaj, że przypomina ci ona zawsze Służebnicę Pańską, na imię której Kościół wstaje. Pamiętaj, że w ten sposób płacisz dług czci twojej Niepokalanej Matce, z którą ściślej jest związana ta niewiasta niż ty. W ten sposób płacisz dług wobec twej rodzonej Matki, która ci usłużyła własną krwią i ciałem... Wstań i nie ociągaj się, pokonaj twą męską wyniosłość i władztwo... Wstań nawet wtedy, gdyby weszła najbiedniejsza z Magdalen... Dopiero wtedy będziesz naśladować Twego Mistrza, który wstał z Tronu po prawicy Ojca, aby zstąpić do Służebnicy Pańskiej... Wtedy dopiero będziesz naśladował Ojca Stworzyciela, który Ewie na pomoc przysłał Maryję... Wstań, bez zwłoki, dobrze ci to zrobi”.

Śluby miliona

Pobyt w Komańczy znacznie różnił się od dotychczasowego „obozowego” życia w Stoczku i Prudniku. Prymas mógł przyjmować gości i prowadzić w miarę normalny tryb życia. Nie był już objęty dozorem Służby Bezpieczeństwa. W listopadzie odwiedzili go biskupi: Michał Klepacz pełniący od chwili aresztowania kard. Wyszyńskiego obowiązki przewodniczącego Episkopatu Polski oraz Zygmunt Choromański. Wraz z nimi przyjechał ojciec kardynała. Witali się na kolanach.

W marcu 1956 r. zmarł Bolesław Bierut. Nowy pierwszy sekretarz Edward Ochab ogłosił oczyszczenie z zarzutów członków partii prześladowanych w czasach stalinowskich m.in. Władysława Gomułki. W maju prymas skończył pracę nad tekstem Ślubów Narodu Polskiego przygotowywanych z okazji 300-lecia ślubów Jana Kazimierza. Miesiąc później wybuchł Poznański Czerwiec. Robotnicy wystąpili przeciwko władzy ludowej – dla komunistów był to szok, do którego oczywiście się nie przyznali. W sierpniu spadł na nich kolejny cios.

Na Jasnej Górze blisko milion Polaków odnowiło śluby króla Jana Kazimierza, deklarując w ten sposób przywiązanie do wiary i Kościoła. Fotel prymasa był wymownie pusty. W październiku do władzy doszedł Gomułka. Wśród Polaków zabłysła nadzieja na zmiany. Trzy dni po plenum, na którym wybrano nowego sekretarza PZPR, wiecujący na jego cześć tłum zaczął domagać się uwolnienia prymasa. Towarzysz Wiesław zadośćuczynił oczekiwaniom społeczeństwa. 26 października w Komańczy zjawili się przedstawiciele rządu, którzy oświadczyli, że konieczny jest jak najszybszy powrót prymasa do Warszawy. W czasie rozmowy ustalono konieczność zniesienia dekretu o obsadzaniu stanowisk kościelnych oraz przestrzegania zasad Konkordatu w sprawie nominacji biskupich i innych urzędów kościelnych. Jak się później okazało, wszystkie składane wówczas obietnice swobód religijnych były pisane patykiem na wodzie. Pierwsze symptomy niesłowności nowych władz pojawiły się już wkrótce, podczas rzekomych wolnych wyborów.

Za paciorki szeptane

Kard. Stefan Wyszyński wrócił do domu 28 października 1956 roku. Pod rezydencją zebrały się tłumy wiernych. Mimo zmęczenia wyszedł na balkon, by im pobłogosławić. Tego samego dnia wysłał telegram do Piusa XII z wiadomością o objęciu na powrót obowiązków w archidiecezji gnieźnieńskiej i archidiecezji warszawskiej. Przygotował także krótki list do wiernych i duchowieństwa:

„Zaciągnąłem wielkie długi wobec was wszystkich, Dzieci Boże, gdyż wspierałyście mnie nadprzyrodzoną mocą waszej wiary, niezachwianą ufnością, miłością bezgraniczną, tragicznie wytrwałą modlitwą, wyrzeczeniami, a nawet gotowością do złożenia ofiary z życia za Kościół Boży – pisał.

„Pragnę spłacić mój dług wszystkim! Wam, małe dziateczki, dziękując za paciorki w mojej intencji szeptane. Wam, młodzieży polska, zwłaszcza spod znaków akademickich, która okazała mi tyle pamięci i serca. Wam, Robotnicy, którzy wołając o poszanowanie swoich praw z taką godnością i dojrzałym spokojem, nie zapomnieliście o tym, że nie samym chlebem żyje człowiek (…) Wam, Rodzice katoliccy, którzy wraz z dziatwą waszą każdego wieczoru na kolanach wołaliście do wspólnego Ojca naszego. I Wam najmilsi Bracia Kapłani, diecezjalni i zakonni oraz Siostry tylu rodzin zakonnych, których modlitwy i umartwienia tak zwycięskie są w obliczu Boga (…) A spłacić mogę dług jedynie gorętszą modlitwą ku wam, jeszcze gorliwszą służbą pasterską i oddaniem dziełu zjednoczenia wszystkich, których ożywia pragnienie miłości, sprawiedliwości i pokoju Bożego” – pisał prymas.

Kard. Stefan Wyszyński służył gorliwie Kościołowi i Ojczyźnie do chwili śmierci 28 maja 1981 roku. W grudniu 2017 roku Stolica Apostolska wydała dekret o heroiczności cnót prymasa. Dekret taki jest orzeczeniem Kościoła, że Sługa Boży cieszy się sławą świętości i heroiczności cnót. To oficjalny głos Kościoła, że dana postać jest w chwale błogosławionych i że może być beatyfikowana.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem