Reklama

Biały Kruk 1

Cykl: Mistyka Ciała

Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała! (Rdz 2, 23)

2017-08-30 09:00

Paweł Zuchniewicz, dziennikarz, pisarz, tutor i nauczyciel w szkole „Żagle” Stowarzyszenia „Sternik”.
Niedziela Ogólnopolska 36/2017, str. 44-45

Artur Stelmasiak
Małgorzata i Tomasz Terlikowscy

„Zdaje się, że jest nieodzowna wielka praca dla kształtowania duchowości małżeństwa, moralności i życia duchowego małżonków” - powiedział św. Jan Paweł II podczas Mszy św. dla małżeństw i rodzin 11 czerwca 1987 r. w Szczecinie. Pewną próbą odpowiedzi na to wezwanie jest cykl artykułów „Mistyka ciała”, który rozpoczęliśmy w czerwcu 2017 r. Artykuły oparte są na audycjach prowadzonych przez Pawła Zuchniewicza, emitowanych pod tym samym tytułem w Radiu Warszawa.
Redakcja

Oboje są filozofami i dziennikarzami. Przede wszystkim jednak to kochające się małżeństwo, któremu przyszło długo czekać na pierwsze dziecko. Dziś Małgorzata i Tomasz Terlikowscy cieszą się pięcioma owocami swojej miłości: Marią, Zofią, Mikołajem, Janem i Urszulą.

Dekalog małżeński

Tomasz: – To było pół roku przed maturą. Jak to młody chłopak rozeznawałem swoją drogę, jeździłem na rekolekcje do ojców pijarów i wydawało mi się, że wstąpię do ich zgromadzenia. Wybierałem się na wyjazd do Wiednia, gdzie miało się odbyć Europejskie Spotkanie Młodych organizowane przez Wspólnotę z Taizé. Dziś wiem, że nie należy Pana Boga wystawiać na próbę, ale wtedy powiedziałem Mu: „Jakbyś bardzo nie chciał, żebym został pijarem, to na tym wyjeździe powinienem poznać swoją żonę”.

Małgorzata: – Zobaczyliśmy się pierwszy raz w autokarze do Wiednia. Zresztą mało brakowało, a nie pojechałabym, bo strasznie się rozchorowałam. Babcia bardzo się o mnie martwiła: „Mój Boże, dziecko, jest zima”. A ja na to: „Przecież już jest opłacone”. Babcia zrobiła mi ogromny termos herbaty z sokiem malinowym. Wzięłam ten termos, naszprycowałam się lekami i wybrałam się w drogę.

Reklama

Tomasz: – Miałem takie zdjęcie, którym się chwaliłem dziewczynom. Byłem na nim w sutannie. Nie, nie byłem klerykiem, ale kiedyś w Kalwarii Zebrzydowskiej pewien ksiądz powiedział mi: „Przymierz, czy ci będzie pasować”. Więc przymierzyłem i zrobili mi zdjęcie. Popisywałem się nim przed dziewczynami. Jedną z nich była właśnie Małgosia. Trzy dni później, w sylwestra, zaczęliśmy ze sobą chodzić. Nigdy nie mieliśmy wątpliwości, że to się skończy małżeństwem. Później, po ślubie, także nie mieliśmy wątpliwości, że mamy być ze sobą przez całe życie.

– Gdy pytają o nasz stosunek do rozwodów, odpowiadamy, cytując pewnego pastora: „Rozwieść się? Nigdy! Udusić? Wielokrotnie” – dodaje Małgorzata.

Tomasz: – Kłóciliśmy się bardzo widowiskowo, ale jakoś Pan Bóg oszczędził nam wielkich kryzysów, takich kryzysów, które by nas przeczołgały tak na maksa.

Małgorzata: – Wyglądało to w ten sposób, że przy eskalacji różnicy zdań Tomek po prostu wychodził i krążył dookoła domu. Po pewnym czasie ja do niego dzwoniłam i wracał. Kiedyś postanowiłam, że nie zadzwonię, i w końcu on przyszedł, i spytał zdziwiony: „Dlaczego nie dzwonisz?”. Na początku musieliśmy włożyć dużo pracy i energii w dopracowanie własnej wizji małżeństwa. Wydawało nam się, że coś powinno wyglądać w jakiś sposób, bo tak się robiło w naszych domach, bo tak mówili nasi rodzice. Mojego męża np. doprowadzało do szału to, że w sobotę sprzątałam. Dla mnie to było oczywiste, bo przecież w moim domu sprzątano w sobotę, no to w swoim nowym domu również powinnam sprzątać tego samego dnia. A mój mąż zupełnie nie mógł tego zrozumieć: „Po co, po co?” – pytał.

Na potrzeby budowania małżeńskiej jedności wypracowali sobie – jak mówią – subiektywny dekalog małżeński:

1. Miłość nie jest uczuciem, a wzięciem odpowiedzialności.

2. Fizycznie każdy pasuje do każdego, psychicznie i duchowo nikt nie pasuje do nikogo.

3. Małżeństwo jest na zawsze, a zatem musimy się ze sobą męczyć już do końca.

4. Gniewajcie się, lecz niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce.

5. Miejcie dla siebie czas.

6. Współmałżonek ważniejszy od dzieci (i rodziców też).

7. Do małżeńskiego łoża dzieciom wstęp wzbroniony.

8. Flirtuj... z żoną. Innym nie otwieraj nawet furtki.

9. Modlitwa krzepi związek.

10. Zawsze można zacząć od nowa.

– Nigdy bym nie pomyślał, że to nie jest to – mówi Tomek. – Powiedziałbym raczej, że nasze małżeństwo jest jak wino – im dłużej trwa, tym jest lepsze. Coraz bardziej jestem zachwycony tym, co Pan Bóg przygotował dla mnie i dla Małgosi. A jeszcze bardziej jestem zaskoczony, jak bardzo darmowy jest ten dar. Po drodze była masa różnych upadków, grzechów, błędów, trwania w tych błędach, a Pan Bóg nas razem nieustająco obdarowywał, dawał nam nowe szanse, leczył to, co zrobiliśmy złego, otwierał nam oczy na to, co jest nie tak. I to jest wielki dar. Niczym sobie na to nie zasłużyliśmy, a Pan Bóg przygotował nam taki prezent.

Mężczyzna zostaje obdarowany kobietą, a kobieta obdarowana mężczyzną

Prezent, dar – te słowa nie są obce teologii ciała Jana Pawła II. Pierwsze strony Księgi Rodzaju to właściwie historia jednego wielkiego podarunku Pana Boga, który stwarza świat dla człowieka. W końcu obdarowuje mężczyznę kobietą i na jej widok Adam wykrzykuje z zachwytem: „Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała!”.

– Papież mówi, że to jest pierwszy odruch radości w Piśmie Świętym i nazywa to taką małą Pieśnią nad Pieśniami – zaznacza ks. prof. Piotr Mazurkiewicz, który prowadzi rekolekcje dla małżeństw w oparciu o katechezy Jana Pawła II o małżeństwie. – Te słowa to pierwsza pieśń miłosna zapisana w Piśmie Świętym. Mężczyzna dostrzega ten dar, patrząc na ciało kobiece. Jan Paweł II zwraca uwagę, że my, którzy czytamy te słowa, jesteśmy już po grzechu pierworodnym i w związku z tym nie jest dla nas dostępne spojrzenie pełne niewinności, które miał człowiek przed grzechem. Papież natomiast uczy nas patrzeć na relację między mężczyzną a kobietą z punktu widzenia Pana Boga. Bóg postanowił stworzyć mężczyznę i niewiastę, to znaczy dwie różne istoty podobne sobie i będące dla siebie uzupełnieniem, ale nie jako aniołów, tylko jako istoty cielesno-duchowe. I w związku z tym w drogę człowieka do świętości wpisana jest ludzka cielesność. Kiedy Adam patrzy na Ewę, to nie mówi: „intelekt z mojego intelektu” albo „dusza z mojej duszy”, tylko: „ciało z mojego ciała”. Papież stawia pytanie, jak osoba ma przeżywać swoją cielesność, aby ona nie oddalała jej od Boga, ale do Niego przybliżała. Aby nie była przeciwko miłości, ale służyła miłości. Adam, patrząc na Ewę, poznaje, że jest ona podobna do niego i zarazem inna.

Biblia używa słowa „poznanie” na określenie współżycia małżeńskiego.

– Owo „poznanie” prowadzi do poczęcia dziecka i narodzenia się Abla, a to wszystko dzieje się za pośrednictwem ciała – mówi ks. Piotr. – Ono jest nie tylko narzędziem komunikacji między Adamem i Ewą, między mężczyzną i kobietą, ale też ma pewne zadanie do spełnienia w relacji do Pana Boga i do innych ludzi. Może stać się widzialnym znakiem niewidzialnej rzeczywistości. Bóg z miłości stwarza człowieka, a człowiek jako mężczyzna i kobieta obrazuje miłość, która powołała go do życia. Także inni ludzie, gdy patrzą na to, co łączy męża i żonę, mogą zobaczyć tajemnicę miłości Boga do człowieka.

Do głębokiego spotkania między nimi dochodzi za sprawą ciała

– Jestem dwanaście lat młodszy od swojej siostry, moja żona jest jedenaście lat starsza od swojego brata – mówi Tomasz. – Wychowywaliśmy się więc trochę jak jedynacy. Od zawsze wiedzieliśmy, że nie chcemy powtórzyć tego modelu wobec naszych dzieci. Zawsze chcieliśmy mieć większą rodzinę, w związku z tym nigdy nie było sporu o to, czy mamy mieć następne dzieci, tylko przy ostatnim pojawiło się pytanie: czy to już?

Małgorzata: – Czytałam zwierzenia matek wielodzietnych, które mówiły, że są zarobione po kokardkę, że mają mnóstwo pracy, dzieci ciągle przy nodze, ciągle ktoś coś chce. I w pewnym momencie one czują, że kogoś brakuje. Trudno było mi to sobie wyobrazić. A kiedy mieliśmy trójkę, to sama powiedziałam Tomkowi: Słuchaj, fajnie, że jest troje, ale kurczę, kogoś jeszcze brakuje. I potem, zanim byłam w ciąży z Ulą, czyli naszą najmłodszą córką, znowu przyszło takie przynaglenie. Ciąża była bardzo trudna, a mnie się cały czas w tyle głowy kołatało zdanie pewnego lekarza, ojca jedenaściorga dzieci, który opowiadał o swojej żonie i coraz trudniejszych ciążach. Mówił, że ten trud jest po to, aby z tego cierpienia rodziło się nowe życie. Tak jak ofiara Pana Jezusa na krzyżu była po to, abyśmy zostali zbawieni, tak moja ofiara jest po to, aby urodził się człowiek. Przy piątym dziecku odkryłam mistykę porodu.

Tomasz: – Na pierwsze dziecko czekaliśmy długo, pięć lat. W końcu udaliśmy się na pielgrzymkę. Jak tylko z niej wróciliśmy, moja żona chciała jeść truskawki. Dziewięć miesięcy później urodziła się Marysia. Pamiętam moment, kiedy lekarze mi ją podali i powiedzieli, że mam się nią zająć. Był środek nocy, chodziłem po korytarzu i wtedy sobie uświadomiłem, że wszystko się zmieniło. Oczywiście, zawsze wiedziałem, że Pan Bóg jest moim ojcem i że mnie kocha, ale jak patrzyłem na Marysię, to zaczynałem rozumieć wewnętrznie, co to znaczy. Cokolwiek ona nie zrobi – a niestety nie wiem, co ona zrobi – to przecież i tak będę ją kochał. I wtedy uświadomiłem sobie, że tysiąc, milion razy bardziej, nieskończenie bardziej, jak mówił Pseudo-Dionizy Areopagita, tak bardzo, że nawet nie potrafię tego wyrazić, Bóg kocha mnie niezależnie od tego, co zrobię. Potem widziałem to za każdym razem, kiedy udawało mi się uczestniczyć w cudzie stworzenia. Czasami rozmawiałem o tym z moimi przyjaciółmi księżmi. Mówiłem im: przy zachowaniu wszelkich proporcji – jak Pan Jezus przez was przemienia chleb i wino w siebie, tak do pewnego stopnia podobnie dzieje się w małżeńskim łożu. To, co ludzkie i przyziemne, staje się cudem nowego życia. Takie doświadczenie przemienia.

Współpraca: Anna Zuchniewicz

Tagi:
rodzina świadectwo

Chęć bycia księdzem – tylko to się liczy

2018-05-02 09:46

Agnieszka Bugała
Edycja wrocławska 18/2018, str. VI

Maj to miesiąc szczególny dla przyszłych kapłanów. Klerycy czekają na święcenia diakonatu, diakoni na dzień, w którym wreszcie zostaną namaszczeni i posłani. W prezencie dla jednych i drugich drukujemy wspomnienie kapłanów, których Bóg dużo wcześniej wywołał z szeregu

Kriskros/CCB SA 3.0.pl
Wrocławskie seminarium

Dziś stoją już z Nim twarzą w twarz, ale ich opowieść może być pomocna młodym, którzy dopiero wyruszają w drogę.

Bp Józef Pazdur zmarł 7 maja 2015 r., jego rocznikowy kolega, ks. prał. Jan Czapliński – 8 maja, ale cztery lata wcześniej. Byli kapłanami pierwszego, powojennego rocznika wrocławskiego seminarium.

Józef na Dzikim Zachodzie

Spotkałam się z Ojcem Biskupem i Księdzem Prałatem tuż przed jubileuszem ich święceń. Mijało 55 lat od tej chwili, a oni wciąż nosili żywe wspomnienia. 23 grudnia 1951r. wyświęcił ich Prymas Polski kard. Stefan Wyszyński. Przyjechali do Wrocławia jesienią 1947r. Ojciec Biskup nie przyjechał jako repatriant ze wschodu. Pochodził z diecezji tarnowskiej, z województwa krakowskiego, z powiatu Limanowa. Zdawał maturę w Szczyrzycu, u cystersów, którzy w czasie wojny zorganizowali tajne nauczanie. Rodziny nie było stać, aby po wojnie pojechać do innego miasta i kontynuować naukę. Dlatego tamten rocznik jego kolegów był dłużnikiem cystersów – zgodzili się na zorganizowanie szkoły. W czasie, gdy zdawał maturę, przyszła wiadomość, że Wrocław wrócił do Polski. To była wielka radość. I stanął przed decyzją, czy dalsza edukacja w Krakowie, do którego właściwie mógł dojechać rowerem, czy też w innym miejscu. Zwyciężyła ciekawość i wybrał Wrocław. Jego mama mówiła: „O laboga, gdzie ty na ten dziki zachód chcesz jechać!” Ale decyzja zapadła i przyjechał. Zapisał się na Uniwersytet i Politechnikę, bo agronomia wtedy była na obu uczelniach, i zamieszkał przy ul. Ofiar Oświęcimskich.

Jan ze Wschodu

– A ja przyjechałem do Wrocławia właśnie ze wschodu, mniej więcej z tych terenów, z których pochodził również ks. Zienkiewicz – mówił ks. prał. Czapliński. Zamieszkał u sióstr elżbietanek, w parafii św. Bonifacego. A księdzem chciał być od dziecka, zawsze wiedział, że to dla niego, że tego pragnie. W Różanymstoku, 40 km od Białegostoku było męskie gimnazjum salezjańskie. Tam uczęszczał. Gdy wspominał tamten czas, to wydawało mu się, że zdarzył się mały cud. Sowieci weszli na te ziemie w 1939 r., ale nie wywieźli salezjańskich profesorów. Wierzył, że Matka Boska wstawiła się w tej sprawie i profesorowie zostali z nimi aż do Bożego Narodzenia. To byli wspaniali nauczyciele. Nazwiska ich pamiętał aż do końca, wymieniał je bez zająknienia. Wiele im zawdzięczał. Po wojnie, w 1946 r. wyjechał do Krakowa. Ale pobyt tam nie trwał długo. Po miesiącu Ksiądz otrzymał list od nieżyjącego już dziś kolegi, który pisał, że we Wrocławiu wielkie, nowe możliwości. Nie myślał długo, spakował się i na początku lipca 1946 r. wyruszył do Wrocławia. Przyjechał na parę godzin, a został na 65 lat...

Ludzie, którzy nie mieli księdza

Powołanie Ojca Biskupa Józefa nie urodziło się od razu. Uczył się na agronomii, brał udział w odgruzowywaniu uczelni. Po roku studiów w kościołach pojawiły się plakaty, że jest nabór na pierwszy rok do polskiego seminarium we Wrocławiu. Patrzył na nie z pewną ciekawością, ale nie budziła się żadna decyzja. Wszystko, co zdecydowało o jej podjęciu, stało się w kościele św. Michała Archanioła... którego przecież prawie nie było...

– To było gruzowisko budowli – wspominał. Zwały kamieni usunięto tylko na tyle, aby dało się dojść do ołtarza. Przyszedłem, stanąłem na środku i wszystko, co tam zobaczyłem, jest początkiem mojej decyzji. Ołtarz był po lewej stronie, zbity z osmolonych desek, ze śladami trawiącego je ognia, przykryty białym obrusem. Paliły się żółte, woskowe świece, wetknięte w lichtarze. Nie było wątpliwości, że wyciągnięto je z pogorzeliska. Byli też ludzie. Siedzieli na deskach opartych o cegły. Czekali i to ich czekanie było początkiem. Myślałem: Ołtarz jest, ludzie są, ale księdza nie ma. A może ty byś był księdzem?

Góral idzie na księdza

Najpierw zwierzył się kolegom. W tym czasie był prezesem Samopomocy Podhalan studiujących we Wrocławiu, mieszkał przy Chrobrego. Kupił po drodze butelczynę „czystej, ojczystej, co duszy nie plami” i zwołał zgromadzenie studentów. Zaniemówili. O co chodzi? Takich spotkań przecież nie zwoływał. A on postawił butelczynę na stół i mówi: Idę do seminarium. Zapadła cisza, zaraz szepty: Albo zwariował, albo się romantycznie zakochał. Potem pojechał do domu. Siostra nie była zadowolona – już zdążyła go wyswatać, więc pokrzyżował jej plany. Mama, rozumna góralka, powiedziała „Dobrze, dziecko, tak zrób”. Była zadowolona, choć nigdy nie sugerowała mu takiej drogi.

Seminarium, którego nie było

Do seminarium przyjmował ich wtedy... Ks. prał. Jan Czapliński mówił, że chyba Anioł Stróż, skoro tak ładnie wytrwali, a tak naprawdę to ks. rektor Marcinowski, na ul. Strzeleckiej, u sióstr elżbietanek, w parafii św. Bonifacego. Rektorat to był korytarz, stolik i dwa krzesła pod oknem. Budynek seminarium zaczęto dopiero odbudowywać, od parteru. W czasie zimy w tych odkrytych częściach budynku, gdzie nie było stropu, było lodowisko. Jeździli w wojskowych butach po korytarzach, po lodzie. 1 października 1947 r. otwarto seminarium. Było ich 24. Z tej grupy doszło do kapłaństwa dziewięciu. W sumie wyświęcono wtedy czternastu, bo pięciu dołączyło z innych seminariów.

1 października ks. inf. Karol Milik otworzył seminarium, 8 rozpoczęły się rekolekcje prowadzone przez o. Franciszka Sąsiadka, jezuitę. Zapamiętali, że mówił, aby nie bali się tej służby, że to tak będzie mijać, jak z bicza trzasnąć.

Profesorowie z klasą

Mieli dobrych profesorów. Na Ojcu Biskupie zrobił wielkie wrażenie i kierował nim przez długi czas o. Albert Wojtczak, franciszkanin. Bywało tak, że brakowało profesorów i on, w wyjątkowych sytuacjach, potrafił tę lukę zapełnić, ucząc filozofii, kaznodziejstwa, liturgiki. Poprosił go o kazanie prymicyjne i pojechał z nim na Podhale. Mieli też dług u jezuitów. O. Sąsiadek, który poza wszystkim, co duchowe, uczył też wyczucia rzeczywistości. To byli ludzie solidnie wykształceni jeszcze przed wojną – mówił ks. Czapliński.

Bp Urban, ks. Jelito, biblista. Przez cztery lata kazał im czytać Pismo Święte po hebrajsku! Ale nie mieli mu za złe, bo przecież, gdy ktoś rzeczywiście jest rozmiłowany w swojej dyscyplinie, to próbuje i innych zapalać. Najlepiej z nich znał hebrajski alumn Pazdur. Chętnie też dzielił się swoją wiedzą, podpowiadając tym mniej w hebrajskim rozkochanym.

Modlitwa i... łopata

Alumni rocznika 1951 pracowali fizycznie, odgruzowywali seminarium. Wszystko zaczęło się wtedy, gdy rektor Marcinowski obchodził jubileusz kapłaństwa. Nie mieli prezentu, ale widzieli jego spacery po podwórzu i to, jak patrzy na trzy wielkie hałdy gruzu wywiezionego z seminarium. Alumn Józef Pazdur zwołał więc kolegów – było ich już wtedy trzy roczniki, i postanowili, że zostaną w wakacje na taki czas, jaki będzie potrzebny i wywiozą ten gruz. Wywieźli ponad 300 furmanek. To był ich dar.

Drugie odgruzowywanie było wtedy, gdy byli już kapłanami, brali udział w odgruzowywaniu całego Ostrowa Tumskiego.

Ks. Jan Czapliński malował meble w seminarium: ławki, szafy, stoły – cały miesiąc to trwało. Ale pracowali też w gospodarstwie rolnym. To był czas, kiedy i kuria i seminarium musiały mieć zaplecze gospodarcze. Nadarzyła się okazja: majątek w Trestnie, ale musiał ktoś tam gospodarzyć. Proweniencje rolnicze alumna Pazdura były znane, więc wezwał go Ksiądz Rektor i poprosił o pomoc. Trochę mu było przykro, bo przecież nie po to zostawił agronomię, aby do tych dusz śmiertelnych kwiczących i ryczących wracać, ale starał się tam angażować całą duszą. Alumni wyjeżdżali kursami na tydzień i tak pracowali. Najtrudniej było w czasie egzaminów – skrypty chowane ukradkiem podczas pielenia buraków nikogo nie dziwiły.

Co trzeba zrobić, żeby wytrwać?

Formacja kleryków w tamtym czasie zasadniczo nie różniła się od dzisiejszej, natomiast dyscyplina była zupełnie inna. W jakiś sposób wymuszały ją trudne czasy. Wszystkie listy, które otrzymywali i wysyłali były kontrolowane. Decydowały o tym względy praktyczne – właśnie czasy. Bali się w swoich szeregach ludzi podsuwanych przez władze. Przed każdym wyjazdem kleryków do domu wybuchał jakiś skandal – albo ktoś coś komuś ukradł, albo zniszczył. Przed dniami otwartymi dla rodziców ktoś smarował klamki fekaliami. Wszystko po to, aby rzucić cień na to święte miejsce. Od święceń kapłańskich przyjętych 23 grudnia 1951 r. w katedrze wytrwali do końca.

Co trzeba zrobić, żeby wytrwać?

– Trzeba wciąż pamiętać, po co się tu jest. I odpowiadać na to pytanie: Muszę, bo chcę. A chcę, bo kocham – mówił Ojciec Biskup. W tamtych trudnych czasach miałem przekonanie, że uda się wytrwać, nie wypaść z dziejowego zakrętu tylko wtedy, gdy będziemy wiedzieć, po co tu przyszliśmy. Podjąłem trud bycia księdzem i tylko to się liczyło.

Dziś jest trochę inaczej – mówił ks. prał. Jan. My mieliśmy inny początek. Byliśmy dojrzali. Wielu z nas brało udział w walkach partyzanckich. Wielu przyszło do seminarium w mundurze. I potem zamieniło ten mundur na sutannę. Ale gdy już zostajesz księdzem, to tylko to musi się dla ciebie liczyć: jak nim być najlepiej i do końca.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Jak powstała Litania Loretańska?

Justyna Wołoszka
Edycja szczecińsko-kamieńska 18/2007

Miesiąc maj, poświęcony jest w szczególny sposób Matce Bożej. Jest to miesiąc nabożeństw, podczas których rozbrzmiewa w kościołach, przy kapliczkach czy figurach przydrożnych Litania do Najświętszej Maryi Panny, nazywana popularnie Litanią Loretańską.

BOŻENA SZTAJNER

Miesiąc maj, poświęcony jest w szczególny sposób Matce Bożej. Jest to miesiąc nabożeństw, podczas których rozbrzmiewa w kościołach, przy kapliczkach czy figurach przydrożnych Litania do Najświętszej Maryi Panny, nazywana popularnie Litanią Loretańską.
Termin „litania” (gr. lite, łac. litanea = prośba, błaganie) oznacza dosłownie modlitwę błagalną. Od innych modlitw błagalnych różni się specyficznym układem. Złożona jest z szeregu wezwań-inwokacji, po których następuje stała odpowiedź, np.: „Módl się za nami” - w litaniach do Matki Bożej i świętych, a jeśli zwracamy się do Chrystusa lub innych Osób Boskich - „Zmiłuj się nad nami” lub „Wysłuchaj nas, Panie”.
„Wśród form modlitwy do Najświętszej Dziewicy zalecanych przez Kościół znajdują się litanie. Polegają one na dość długiej serii wezwań do Maryi, następujących po sobie w jednakowym rytmie i stwarzających jakby modlitewny strumień uwielbień i błagań. Wezwania bowiem, przeważnie bardzo krótkie, składają się z dwu części: pierwsza jest wychwalaniem (Panno łaskawa), druga - błaganiem („Módl się za nami”) („Dyrektorium o pobożności ludowej i liturgii”).

Przeczytaj także: Nowe wezwanie w Litanii Loretańskiej

Geneza Litanii Loretańskiej jest trudna do ustalenia. Najprawdopodobniej w swej charakterystycznej formie i podstawowym zarysie pojawiła się w manuskrypcie paryskim z końca XII wieku Można również wykazać, że niektóre wezwania skierowane do Maryi znajdowały się w Litanii do Wszystkich Świętych, z biegiem czasu dodawane nowe tytuły maryjne stawały się coraz liczniejsze i stopniowo utworzyły nową grupę, która oderwała się od początkowego pnia. Litania zwana jest „Loretańską” od miasteczka Loreto, położonym w prowincji Ancona, we Włoszech, gdzie znajduje się słynne sanktuarium maryjne. Wierzono, że w XIII wieku został przeniesiony przez aniołów do Loreto Domek Nazaretański, w którym przyszła na świat Matka Boża. Faktem jest, że litania była szczególnie propagowana i odmawiana przez pielgrzymów w tym sanktuarium maryjnym. Przybrała tam ostateczną formę i zaczęła promieniować na cały Kościół. Z roku 1531 pochodzi świadectwo używania jej w tym sanktuarium. Po raz pierwszy ukazała się drukiem w 1572 r. we Florencji i zawierała 43 wezwania. Do końca XVI wieku jeszcze co najmniej 20 razy, co świadczy o jej wielkim rozpowszechnianiu.
W dokumentach papieskich pojawiła się o niej wzmianka w 1581 r. w bulli „Redituri” papieża Sykstusa V, który udzielił za jej odmawianie 200 dniowego odpustu i zachęcał wiernych do jej odmawiania. Kolejne odpusty przypisali do niej Pius VII oraz Pius XI w 1932 r. Natomiast papież Benedykt XIV urzędowo ją zatwierdził i zezwolił stosować w publicznym kulcie Kościoła.
Wezwania Litanii Loretańskiej podlegały zmianom (dzisiejsza wersja litanii zawiera 52 wezwania). Usuwano lub wzbogacano ją nowymi wezwaniami w zależności od potrzeb i okoliczności. I tak w ciągu wieków oficjalnie dodano następujące inwokacje: „Wspomożenie wiernych” przypisywana Piusowi V w związku ze zwycięstwem nad Turkami pod Lepanto (1571); „Królowo bez zmazy pierworodnej poczęta” - Piusowi IX, dzień przed ogłoszeniem dogmatu o Niepokalanym Poczęciu NMP (1854); Leon XIII wprowadził wezwanie „Królowo Różańca świętego” (1883) oraz „Matko dobrej rady” (1903). W 1908 r. Kościół w Polsce uzyskał zgodę na włączenie tytułu „Królowo Korony Polskiej” (przekształcone po drugiej wojnie światowej w „Królowo Polski”). „Królowo pokoju” włączył Benedykt XV (1917), a papież Pius XII - „Królowo wniebowzięta” (1950) w związku z ogłoszeniem dogmatu o Wniebowzięciu NMP; „Matko Kościoła” (tytuł nadany przez Pawła VI w czasie Soboru Watykańskiego II) Jan Paweł II przyznał prawo Konferencji Episkopatów do włączenia go do litanii (1980); Janowi Pawłowi II zawdzięczamy też wezwanie „Królowo Rodziny” (1995). Oprócz zezwoleń na powszechne wprowadzenie inwokacji, wydano wiele zezwoleń ograniczonych do poszczególnych diecezji lub zgromadzeń zakonnych. I tak np. franciszkanie uzyskali pozwolenie na umieszczenie (na ostatnim miejscu) własnego wezwania „Królowo zakonu serafickiego” (1910), a karmelici stosują od 1689 wezwanie „Królowo szkaplerza świętego”.
Co do pobożnej praktyki odmawiania lub śpiewania Litanii warto przytoczyć fragment „Dyrektorium o pobożności ludowej i liturgii”. Czytamy tam: „W wyniku rozporządzenia papieża Leona XIII o kończeniu odmawiania różańca w październiku śpiewem Litanii Loretańskiej liczni wierni byli przeświadczeni, że litania jest tylko rodzajem dodatku do różańca. W rzeczywistości jednak jest ona czymś niezależnym. Litanie bowiem mogą stanowić samodzielny element hołdu składanego Maryi, być śpiewem procesyjnym, stanowić część nabożeństwa Słowa Bożego lub innych aktów liturgicznych”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Dr Wanda Półtawska: chciałam nauczyć ludzi, że nie są urodzeni, tylko stworzeni

2018-05-23 21:46

abd / Warszawa (KAI)

Ja chciałam nauczyć ludzi, że nie są urodzeni, tylko stworzeni. Ale to nie jest moja nauka, tylko nauka Kościoła rzymskokatolickiego, w wydaniu ks. Karola Wojtyły, którego spotkałam zaraz po tym, jak skończyłam studia – tak o swojej misji mówiła dr Wanda Półtawska podczas spotkania autorskiego zorganizowanego w duszpasterstwie oo. dominikanów w Warszawie przy ul. Freta. Odbyło się ono z okazji promocji najnowszej książki dr Półtawskiej „Genealogia divina. Boże pochodzenia człowieka”, wydanej nakładem Edycji św. Pawła.

B. M. Sztajner/Niedziela

Tłumy warszawiaków zebrały się w środowy wieczór w sali prowincjalskiej duszpasterstwa oo. dominikanów przy ul. Freta w Warszawie na spotkaniu autorskim z dr. Wandą Półtawską, przyjaciółką św. Jana Pawła II, obrończynią życia i specjalistką w dziedzinie psychiatrii. Okazją do spotkania była promocja najnowszej książki dr. Półtawskiej pt. „Genealogia divina. Boże pochodzenie człowieka”, będącej zbiorem wykładów poświęconych małżeństwu i rodzicielstwu.

Wprowadzając w temat spotkania, jego moderator o. Stanisław Tasiemski OP przypomniał na wstępie, że przez całe życie, w różnych jego kontekstach, dr Wanda Półtawska stawia pytanie o to: „kim jest człowiek” i wokół tego pytania buduje nauczanie o wartości ludzkiego życia i podejmowanych przez człowieka wyborów.

„Gdzie tkwi tajemnica szczęścia, powodzenia, sukcesu ludzkiego życia, do którego często dążymy za wszelką cenę? (…) Jak być w pełni kobietą, mężczyzną i ojcem?” - wyliczał możliwe do zadania w tym kontekście pytania dominikanin, zaznaczając zarazem, że wszystkie słowa wydają się zbędne w sytuacji, w której nadarza się okazja, by oddać głos dr. Półtawskiej.

W swoim wystąpieniu autorka wyjaśniała genezę powstania książki, a także inspiracje, które towarzyszą jej w wieloletniej pracy z młodzieżą i młodymi małżonkami.

„Na początku, kiedy wróciłam z wojny po różnych perypetiach, postanowiłam, że będę lekarzem, choć wcześniej nie miałam takiego zamiaru. Wojna mnie do tego namówiła. Z medycyny postanowiłam wybrać najbardziej humanitarną dziedzinę: psychiatrię juwenilną. Ja jestem specjalistka od młodzieży” - wyjaśniała na wstępie, podkreślając, że to właśnie ludzie młodzi i znajdują się w centrum jej zainteresowania i prowadzili ją od tzw. trudnej młodzieży, do trudnych rodziców i rodzin. Podkreślała też, że rozwój człowieka, który jest przedmiotem jej zainteresowań naukowych, jest wpisany w boskie pochodzenie człowieka, który – stworzony z jednej komórki – jest przez Boga powołany do rozwoju.

„Ja chciałam nauczyć ludzi, że nie są urodzeni, tylko stworzeni. Ale to nie jest moja nauka, tylko nauka Kościoła rzymskokatolickiego, w wydaniu ks. Karola Wojtyły, którego spotkałam zaraz po tym, jak skończyłam studia” - mówiła, zaznaczając, że jako młody ksiądz, Karol Wojtyła opiekował się służbą zdrowia i medycyną, a więc obszarami, które znajdowały się także w jej zainteresowaniu, co zapoczątkowało ich wieloletnią współpracę i przyjaźń budowaną na wspólnej trosce o człowieka.

Mówiąc o osobistych inspiracjach zaczerpniętych od Karola Wojtyły, dr Półtawska wspominała też zainteresowania przyszłego papieża filozofią personalistyczną, która stała się dla niej inspiracją do stworzenia sposobu pracy z trudną młodzieżą i trudnymi rodzinami. Przywołała też dwa zdania Wojtyły, skierowane do uczestników małżeństw przeżywających trudności, które dla niej stały się podstawą wieloletniej pracy z małżonkami: „Najpierw zróbcie sobie program minimalny. Niczego sobie wzajemnie nie niszczcie. To nie jest program pozytywny, to jest program minimalnie negatywny. (…) A drugie zdanie brzmiało: jest jedno wyjście: furtka pokory. Niechaj każde z was uklęknie i powie: moja wina. Bo póki mówisz: twoja wina, nie masz żadnego wyjścia”.

Przechodząc od osobistych inspiracji, do motywów, które kierowały nią podczas pisania książek, podkreślała, że chciała, zachęcić młodych ludzi do czytania dokumentów przygotowywanych najpierw przez biskupa, a następnie przez papieża Wojtyłę, które były owocem jego wieloletnich doświadczeń pracy, m.in. z młodzieżą. Wśród tych dokumentów wymieniła m.in. „Miłość i odpowiedzialność”, papieską publikację, którą określiła określiła jako lekturę obowiązkową, a także list Jana Pawła II do rodzin.

„Ta książka, to jest po prostu skrypt dla moich dawnych studentów” - mówiła, zdradzając, że składają się na nią wykłady, które niegdyś głosiła studentom, a których treść skrzętnie udokumentowała Ewa Ablewicz-Rzeczkowska. Przekonywała, że poznawanie nauczania Kościoła o człowieku, wykładanego m.in. przez Jana Pawła II, to droga do szczęścia i świętości dla każdego.

„Jeżeli nie rozumiecie, kim jesteście, nie możecie być szczęśliwi” - mówiła, zwracając uwagę, że to nie entuzjazm względem osoby papieża, ale świadome zgłębianie jego nauczania jest najistotniejsze.

„Po raz pierwszy w historii świata papież Jan Paweł II wymyślił Światowe Dni Młodzieży. I wy wszyscy chcecie tam jechać, śpiewać mu Barki, ale dalej go nie chcecie czytać i nic nie wiecie!” - mówiła. Przypominała, że w tym nauczaniu jest zawarta papieska recepta na świętość rodziny, jaką jest świętość rodziców, której świadkami są dzieci. „Dzieci mają obserwować świętość rodziców, a nie awantury i krzywdy”. Za Karolem Wojtyłą przypominała także o świętości ciała ludzkiego. „Człowiek nie jest materią. Człowiek ma ciało, ale nie jest ciałem. Jest duchem ucieleśnionym” - mówiła. Przypominała, że wszelkie życie pochodzi od Boga przez mężczyznę, a kobieta jest sanktuarium tego życia, które ma tylko jedno zadanie: strzec tego życia.

Dr Półtawska mówiła też o obowiązku bronienia świętości życia i o tym, że ta obrona powinna być świadomym i konsekwentnym wyborem każdego człowieka. „Wybór, to nie: że coś sobie wziąłeś, ale: że coś musisz zostawić. (…) Życie chrześcijanina jest ciągłą ascezą” - przekonywała, zwracając uwagę, że Sakrament Bierzmowania niesie ze sobą konsekwencje takiego wyboru, które wyrażają się m.in. w przyjmowanych postawach i bronionych wartościach. Zwróciła też uwagę na trudności młodzieży w konsekwentnym podążaniu za dokonywanymi wyborami. „Młodzież rezygnuje dziś zupełnie z wolnej woli, bo wygodniej jest nie wiedzieć, nie umieć, nie rozumieć i zrzucić winę na trudne dzieciństwo i rodziców” - mówiła, dodając, za św. Janem Pawłem II, że jedynym zadaniem młodego człowieka powinno być świadome dążenie do świętości. Wielokrotnie podkreślała też, żemłodzi ludzie nie używają dziś rozumu, wolnej woli i sumienia i, że żyją w czasach, w których etyka została wyparta przez technikę.

„Masz być święty, wszyscy macie być święci. I ta książka ma pójść do wszystkich maturzystów, bo oni są w tym wieku, kiedy wydaje się, że już wszystko można” - podsumowała, zachęcając do lektury zbioru wykładów, wydanych pod wspólnym tytułem „Genealogia divina. Boże pochodzenie człowieka”.

„Nie chodzi o czytanie. Chodzi o przyjęcie poglądów, które tam są zawarte. W tej książce zawarta jest nauka personalizmu, pewnego filozofa, a konkretnie: świętego filozofa Karola Wojtyły” - zachęcała.

„Genealogia divina. Boże pochodzenie człowieka”, to zbiór wykładów dr. Wandy Półtawskiej wygłoszonych głównie w roku akademickim 2012/2013 dla słuchaczy bielskiego oddziału Instytutu Teologii Rodziny, założonego przy krakowskiej kurii przez ówczesnego bp. Karola Wojtyłę. Na publikację składają się wykłady nt. kobiety i mężczyzny, małżeństwa i rodziny, a także wykłady o tematyce uzupełniającej. Publikacja ukazała się nakładem wydawnictwa Edycja św. Pawła.

Wanda Półtawska z d. Wojtasik urodziła się 2 listopada 1921 r. w Lublinie. W młodości, podczas II wojny światowej była więźniem obozu koncentracyjnym w Ravensbrück. Po zakończeniu wojny rozpoczęła studia medyczne. Jest doktorem nauk medycznych oraz specjalistką w dziedzinie psychiatrii juwenilnej, profesorem Papieskiej Akademii Teologicznej i znaną obrończynią życia. Przez kilkadziesiąt lat przyjaźniła się i współpracowała z Karolem Wojtyłą, począwszy od czasów, gdy był on krakowskim duszpasterzem. Odznaczona m.in. Orderem Orła Białego.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem