Reklama

Zniszczenia lasów jak po bombie atomowej

2017-09-13 11:20

Z dr. inż. Konradem Tomaszewskim – dyrektorem generalnym Lasów Państwowych – rozmawia Artur Stelmasiak
Niedziela Ogólnopolska 38/2017, str. 28-29

Artur Stelmasiak
Lasy Państwowe działają na podstawie prawa i w jego granicach – mówi dr inż. Konrad Tomaszewski

ARTUR STELMASIAK: – Panie Dyrektorze, czym w kalendarzu leśnika jest coroczna pielgrzymka na Jasną Górę?

DR INŻ. KONRAD TOMASZEWSKI: – Z punktu widzenia czysto formalnego jest to narada generalna braci leśnej z całej Polski – czyli wydarzenie wewnątrzorganizacyjne – która jest połączona ze strawą duchową. Dla zdecydowanej większości wierzących leśników najważniejszymi punktami wyjazdu są natomiast Msza św. na jasnogórskich błoniach oraz możliwość nawiedzenia Kaplicy Cudownego Obrazu Matki Bożej. Dla nich pielgrzymka to swoiste ładowanie akumulatorów przed całoroczną pracą dla dobra przyrody.

– Czy praca w lesie sprzyja otwieraniu się na Pana Boga?

– Obserwowanie procesów zachodzących w przyrodzie, ogromnego bogactwa przyrodniczego w lasach, rozmaitych zależności zachodzących w ekosystemach – wszystko to ułatwia odkrywanie tajemnicy stworzenia, wprawia w podziw dla Bożego zamysłu, przybliża do prawa naturalnego. Leśnicy z racji natury swojej pracy są więc bliżej Boga, są na Niego otwarci, pielęgnują też rodzime tradycje. Pewnie dlatego nie odwrócili się od Kościoła nawet w najciemniejszych stalinowskich czasach.

– Wasza praca jest też powołaniem, bo dla lasów i środowiska naturalnego jesteście jak lekarze dla człowieka. Leśnikom pewnie stanęły łzy w oczach, gdy zobaczyli zniszczenia po sierpniowych nawałnicach. Czy poradzicie sobie z tak wielkim wyzwaniem?

– Dla leśników z terenów objętych klęską, spośród których wielu pracowało tam wiele dekad, ten obraz jest druzgocący. Ale jako cała organizacja nie zostaliśmy zaskoczeni. Śledząc różne wydarzenia klęskowe w przeszłości, spodziewaliśmy się, że pod wypływem zmian klimatycznych do takich zjawisk będzie dochodziło coraz częściej. Dlatego byliśmy przygotowani i mamy wdrożone procedury na wypadek takich klęsk.

– Do czego można porównać te zniszczenia?

– To największa klęska leśna w historii nowoczesnej Europy. Zniszczony został obszar 80 tys. hektarów, czyli zrównana z ziemią jest powierzchnia trzy razy większa od miasta Gdańska lub jak półtorej Warszawy. Powalonych jest 10 mln m3 drzewa, a przecież w lasach na terenie całej Polski pozyskujemy rocznie niecałe 40 mln m3 drzewa. Klęskę można porównać do zrzucenia bomby atomowej na Nagasaki i Hiroszimę, gdy wokół fala uderzeniowa położyła wielkie połacie drzew. Areał terenu zniszczeń jest bardzo podobny.

– Usuwanie tych zniszczeń pewnie dużo kosztuje. Czy Lasy Państwowe stać na tak dużą operację?

– Jest to możliwe, bo Lasy Państwowe mają zdolność przesuwania środków finansowych, kadry leśnej i specjalistycznego sprzętu z jednego regionu Polski do drugiego. Również dochód wypracowany w innych częściach Polski przez nasze jednostki będzie przeznaczony na sfinansowanie tej gigantycznej operacji w częściach dotkniętych kataklizmem. W tym miejscu chciałbym bardzo podziękować „Niedzieli”, która w przeszłości broniła struktury organizacyjno-prawnej Lasów Państwowych. Gdyby Lasy Państwowe zostały sprywatyzowane i podzielone na mniejsze podmioty, to dziś musielibyśmy prosić ministra finansów o pomoc. A tak poradzimy sobie samodzielnie. Co więcej, pomożemy w porządkowaniu lasów prywatnych właścicieli. Tylko na ten cel przeznaczamy 35 mln zł z funduszu leśnego, bo ci ludzie sami sobie nie poradzą.

– Jakie działania podejmują leśnicy w pierwszej kolejności?

– Pierwszym działaniem było oczyszczanie ze zwalonych drzew dróg publicznych, ważniejszych dróg leśnych, dojazdów przeciwpożarowych oraz pasów pod liniami energetycznymi. Nadleśniczowie od razu wprowadzili też zakazy wstępu do lasu tam, gdzie plątanina połamanych i wywróconych drzew stwarza ogromne niebezpieczeństwo dla ludzi. Podzielimy całą powierzchnię klęsk na obszary, które sukcesywnie, jeden po drugim, będą uprzątały nowoczesne maszyny leśne wraz z ekipami pilarzy. Będziemy pracować praktycznie non stop, aby do czerwca 2019 r. uporządkować teren, a następnie przygotujemy grunt pod nasadzenie nowych drzew. Skala tego zjawiska jest jednak tak ogromna, że dziś do końca nie wiemy, jakie procesy biologiczne się tam uruchomią. Możemy się spodziewać zarówno stepowienia niektórych terenów, jak i zabagniania. Prawdopodobna jest też eksplozja gatunków różnych owadów i gradacje, które będą niebezpieczne także dla ocalałych w okolicy drzewostanów.

– A teraz przytoczę opinię popularnego wśród tzw. ekologów dr. Michała Żmihorskiego z krakowskiego oddziału PAN – twierdzi on, że z przyrodniczego punktu widzenia nic wielkiego się nie stało. Jego zdaniem, wiatrołomy i powalone drzewa powinno się pozostawić naturze.

– Każdy ma prawo do głoszenia swoich poglądów, nawet gdy są one irracjonalne, egzotyczne i niszowe. Po pierwsze – nam nie wolno tego zrobić, bo do usuwania skutków nawałnicy jesteśmy zobowiązani przez prawo. Także komendant główny Państwowej Straży Pożarnej wezwał nas do jak najszybszego usunięcia powalonych drzew, bo przecież tam może wybuchnąć megapożar, z którym nikt sobie nie poradzi. Za kilka lat potrzebne będzie wielkie sadzenie, by odtworzyć te lasy. W tym miejscu nie odrodzą się wyłącznie siłami natury, bo warunki glebowe są za słabe, presja zwierzyny zbyt duża, a teraz jeszcze dochodzi ryzyko gradacji szkodników owadzich.

– A więc te najnowsze prądy „ekologiczne”, propagowane m.in. przez Greenpeace Polska, mogą wyrządzić niespotykane szkody w środowisku naturalnym. Mnie bardzo zastanawia dwulicowość ich przedstawicieli, bo z jednej strony walczą z emisją CO2 do atmosfery, a z drugiej – bronią martwych lasów.

– My, leśnicy, mamy tę przewagę nad demagogami ekologicznymi, że za nami stoi twarda nauka, a nie ideologia. Przeprowadziliśmy nowoczesne badania owadów drewnożernych. Naukowo udowodniliśmy ponad wszelką wątpliwość, że nadmiar martwego drewna nie oddaje węgla do gleby, a jedynie emituje CO2 do atmosfery i pogłębia efekt cieplarniany.

– Zagadnienie ochrony martwych drzew łączy Bory Tucholskie z najsłynniejszym lasem w Polsce, czyli z Puszczą Białowieską. Tam mamy nieustające protesty tzw. ekologów, którzy stają w obronie martwych i chorych drzew. Jaki jest plan działania Lasów Państwowych w puszczy?

– Będziemy robić dokładnie to, co teraz robimy. Lasy Państwowe działają na podstawie prawa i w jego granicach. Komisja Europejska domaga się od nas zaprzestania wycinki drzew i zaprzestania aktywnej gospodarki leśnej. Z prawnego punktu widzenia nasze działanie jest zbieżne z postulatami Brukseli, bo usuwamy drzewa w ramach realizacji zadań ochronnych, aby utrzymać stan siedlisk chronionych programem Natura 2000, co uznajemy za nieaktywną formę gospodarki leśnej. Komisja Europejska i Trybunał Sprawiedliwości UE pozostawiły nam też wyraźnie wskazaną możliwość wycinki, której celem jest zachowanie bezpieczeństwa publicznego. I dokładnie to robimy – ogromna większość usuwanych drzew to martwe lub osłabione świerki, które stoją przy szlakach komunikacyjnych lub miejscach często uczęszczanych przez osoby odwiedzające Puszczę Białowieską.

– O właśnie... Chyba ten termin prawny jest kluczowy.

– Pojęcie „bezpieczeństwa publicznego” jest bardzo mocno osadzone w polskiej konstytucji oraz polskim i unijnym prawie. Przecież nadleśniczy jest odpowiedzialny za usuwanie drzew martwych, bo one stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa publicznego. Komisja Europejska bardzo szybko się zorientowała, że Polacy wiedzą, co oznacza pojęcie bezpieczeństwa publicznego w lesie, i rozpoczęto rozpaczliwą próbę redefiniowania tego pojęcia. W efekcie komisarz Frans Timmermans napisał pismo do ministra środowiska, w którym tłumaczy, co KE miała na myśli, mówiąc o bezpieczeństwie publicznym w skardze do Trybunału. I jeszcze jedno – obecnie w Puszczy Białowieskiej teren jest ubogacony takim nagromadzeniem suchej biomasy, że jakby – nie daj Boże – doszło do zaprószenia ognia, to z dymem poszłoby pół Hajnówki... I niech mi ktoś powie, że leśnikom nie chodzi o bezpieczeństwo publiczne!

– Ponoć nie można tknąć dziewiczego lasu...

– O czym my rozmawiamy... Oczywiście, leśnicy tak pracowali, aby zachowywać i pielęgnować najstarsze drzewostany i puszczańską przyrodę. My mamy dokumentację już szóstego Planu Urządzenia Lasu dla tych terenów, a każdy z nich obejmuje okres ok. 10 lat, czyli ten las był przebudowywany ludzką ręką już co najmniej sześć razy. A teraz słyszę, że mamy do czynienia z zachwycającą różnorodnością biologiczną. Pytam więc: Skąd się wzięła ta różnorodność? W jaki sposób Lasy Państwowe od ponad 90 lat rzekomo niszczą puszczę, a jednocześnie doprowadziły ją do tak znakomitego pod kątem przyrodniczym stanu, że według ekologistów w całości powinna być parkiem narodowym?

– Czyli to piękno natury zostało utworzone ręką człowieka?

– Ten las był wielokrotnie eksploatowany, ale stał się oczkiem w głowie wybitnych leśników, którzy sześciokrotnie go przebudowywali w ten sposób, by jego walory przyrodnicze zachwycały świat. Nie ma lepszej metody kształtowania różnorodności biologicznej i pielęgnowania starodrzewu od tej, którą stosują leśnicy. My naśladujemy naturę w mikroskali, ale też pozyskujemy drzewo z lasu, bo przecież człowiek jest częścią tego środowiska naturalnego. Metodami gospodarki leśnej doszliśmy do takiej perfekcji, że „ekolodzy” uznali to za przyrodę pierwotną i nietkniętą ludzką ręką...

– Czy można powiedzieć, że leśnicy stali się zakładnikami zbyt dobrze wykonanej pracy?

– Gdy po 2010 r. praktycznie zakazano leśnikom działań ochronnych, bioróżnorodność w Puszczy Białowieskiej zaczęła się drastycznie zmniejszać. Dlatego niektórzy ekolodzy już się wycofali z hasła ochrony bioróżnorodności, bo zauważyli, że ona w puszczy zanika. Powiedzieli więc, że teraz wielką wartością jest samo śledzenie procesów naturalnych.

– Mówimy o nowej „ekologicznej” modzie. Ale oni tak często zmieniają zdanie, że nie wiadomo, co tak naprawdę chcą chronić...

– Posłużę się przykładem. Jeżeli ktoś zachoruje na nieuleczalną chorobę, to też jest proces naturalny. Tak samo w puszczy choroba świerków jest procesem naturalnym, ale on nie jest pierwotnie naturalny. Przecież Puszcza Białowieska jest tylko maleńką wyspą. Dla tego kompleksu leśnego to jest nowotwór, który trawi cały organizm. Gdyby cała Europa była lasem pierwotnym, to wówczas moglibyśmy biernie obserwować procesy naturalne gradacji kornika, bo gdzieś wielkie obszary lasów by zamierały, ale jednocześnie gdzieś rodziłyby się nowe. A tak obserwujemy zjawisko o skali katastrofalnej dla niewielkiego ekosystemu puszczy.

– Świerk jest tylko jedną z komórek tego lasu... Czy za nim będą umierać kolejne komórki, czyli gatunki drzew?

– To jest choroba łańcuchowa. Jeżeli świerk nam się rozpadnie, to nastąpi rozrzedzenie drzewostanu, a wtedy z kolei powstają warunki do ataku przypłaszczka i kornika ostrozębnego, który atakuje sosnę. Sosna natomiast jest leśną pompą ssąco-tłoczącą, której brak powoduje wychodzenie wody na powierzchnię. Wówczas spora część drzew jest skazana na zamarcie, bo choć lubią one pobierać wodę przez korzenie, to stanie w wodzie jest dla nich śmiertelne. To jest efekt domina, bo od świerka zacznie się rozpad całych drzewostanów w Puszczy Białowieskiej. Tych, którzy pokochali puszczę taką, jaka ona była kilkanaście lat temu, mogę zapewnić, że jeżeli leśnicy nie będą mogli działać, to takiego pięknego lasu w Białowieży już nie będzie przez dziesiątki lat.

– Ile zarabiacie na wycince w puszczy i sprzedaży drewna?

– ... (śmiech). My nie zarabiamy i pewnie nigdy nie będziemy zarabiać na puszczy. Do tej pory dokładaliśmy ok. 20 mln zł rocznie na potrzeby trzech nadleśnictw w Puszczy Białowieskiej. Oczywiście, drewno usuwane stamtąd sprzedajemy, ale to i tak jest kropla w morzu tego, co wydajemy, aby puszczę pielęgnować.

1050-lecie pierwszego biskupstwa w Polsce z udziałem Metropolity Krakowskiego

2018-06-24 09:53

Justyna Walicka | Archidiecezja Krakowska

Abp Marek Jędraszewski uczestniczył w uroczystych obchodach 1050-lecia archidiecezji poznańskiej. Mszy św., sprawowanej z tej okazji na placu przed bazyliką archikatedralną pw. Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Poznaniu, przewodniczył i homilię wygłosił Legat Papieski kard. Dominik Duka OP, metropolita praski. Liturgię poprzedziła procesja ulicami miasta z wizerunkiem Matki Bożej w Cudy Wielmożnej Pani Poznania z kościoła farnego do katedry.

Joanna Adamik | Archidiecezja Krakowska
Joanna Adamik | Archidiecezja Krakowska

W skierowanym do zebranych słowie kard. Dominik Duka zwrócił uwagę na fakt, iż zarówno w języku polskim jak i czeskim słowo „chrześcijanin" pochodzi od słowa „chrzest", a nie jak w innych językach europejskich od słowa „Chrystus". Podkreślił jednak, że wyraz „chrześcijanin" nie jest utworzony od chrztu oznaczającego zanurzenie w wodzie, ale od krzyża („crux").

- Dla naszych przodków symbolem Kościoła i cywilizacji chrześcijańskiej był krzyż. (...) Dlatego krzyż jest naszym znakiem! To jest symbol, i to jest więcej niż logo, to jest symbol miłości, wolności, życia i sprawiedliwości. Sprawiedliwości, która chociaż była w Chrystusie podeptana, pokonała wszystkie przeszkody i śmierć w Jego Zmartwychwstaniu.

Joanna Adamik | Archidiecezja Krakowska

Metropolita praski zaznaczył zarazem, że nasz Bóg, będący źródłem wszelkiego bytu jest także miłością. I to nie rozumianą na sposób współczesny jako uczucie, emocje czy instynkt. Boża miłość jest o wiele głębsza.

- Miłość wychodząca z esencjonalnej płaszczyzny Bożej istoty, jest nie tylko przyczyną naszego istnienia, ale jest bezwarunkową istotą naszego życia.

W dalszych słowach kardynał podkreślił znaczenie rodziny i konieczność jej obrony.

- Bez rodziny nie ma ani rodu, ani narodu, nie ma życia, dlatego nasz kontynent to jest wiara i życie! Tu jest jasny dowód, że współczesne ideologie, które zaprzeczają jedynemu w swoim rodzaju rozumieniu człowieka jako mężczyzny i kobiety, nie są przyszłością, ale są w zaniku.

Legat papieski przypomniał także, że pierwsi chrześcijanie przyjmując chrzest, otrzymywali zarazem sakramenty bierzmowania i Eucharystii.

- I to właśnie te trzy sakramenty i ich przyjęcie w pełnej świadomości i dyspozycji, oznaczają przyszłość Kościoła nie tylko w Poznaniu, nie tylko w Polsce, nie tylko w krajach Wyszehradu, ale i w całej Europie. To jest wielkie zadanie dla Kościoła w XXI wieku, zwrócić tym sakramentom ich miejsce, nie tylko w życiu jednostki, parafii, czy diecezji, ale w ramach całej naszej kultury i cywilizacji.

Joanna Adamik | Archidiecezja Krakowska

Metropolita praski wspomniał także wielkie postaci ludzi, którzy od początków państwa polskiego odegrali ogromną rolę, w kształtowaniu się polskiej wiary katolickiej: biskupa Jordana, św. Wojciecha, św. Stanisława, Prymasa Tysiąclecia kard. Stefana Wyszyńskiego oraz św. Jana Pawła II.

Podczas uroczystości odczytane zostało także przesłanie papieża Franciszka, w którym Ojciec św. przypomniał początki państwa polskiego, chrzest w 966 roku oraz ustanowienie pierwszej diecezji w Poznaniu, której biskupem został Jordan. Papież wspomniał także Dobrawę, która sprowadziła ze sobą kapłanów i własnym przykładem chrześcijańskiego życia sprawiała, że Mieszko, jej „co dopiero ochrzczony małżonek uświęcał się przez niewiastę".

Następnie w liście Ojciec św. wyjaśnił, że mianował metropolitę praskiego jako swojego wysłannika na tę uroczystość, ponieważ to właśnie Czechy odegrały kluczową rolę u początków ewangelizacji narodu polskiego.

W krótkiej rozmowie z biurem prasowym archidiecezji krakowskiej abp Marek Jędraszewski podkreślił wagę dzisiejszej uroczystości.

- Dzisiejsza uroczystość 1050-lecia diecezji poznańskiej stawia nas u samych źródeł hierarchii Kościoła katolickiego w Polsce. Jordan to był pierwszy biskup, który przyszedł na polskie ziemie zaledwie dwa lata po przycięciu chrztu. To było sprawą wyjątkową, zwykle trzeba było czekać wiele lat, czasem dziesięciolecia, żeby na ziemiach, które już przyjęły chrzest pojawił się biskup.

Metropolita krakowski wyjaśnił, że oznaczało to silną pozycję Mieszka I oraz dynamicznie rozwijające się chrześcijaństwo w Polsce skoro Stolica Apostolska skierowała do Polski bpa Jordana. Do Czech bowiem, które jak wiemy przyjęły chrzest dużo wcześniej niż Polska biskup przybył znacznie później.

- Tutaj zaczynało się chrześcijaństwo i tutaj także zaczęły się dzieje, jak to wielokrotnie podkreślał Jan Paweł II, polskiego narodu i polskiej państwowości. Stąd szczególna waga tych dzisiejszych uroczystości, a także liczna obecność polskich biskupów, którzy czują się spadkobiercami tego co się tutaj 1050 lat temu zaczęło.

Następnie abp Jędraszewski wspomniał odbywające się 50 lat temu obchody 1000-lecia diecezji poznańskiej, w których uczestniczył jako kleryk pierwszego roku, a także koronację papieskimi koronami Obrazu Matki Bożej w Cudy Wielmożnej Pani Poznania.

- Trudno było wyobrazić sobie wtedy, że minie 50 lat, a będę tutaj mógł świętować kolejny jubileusz i to jako arcybiskup metropolita krakowski, chociaż moje korzenie są tutaj, urodziłem się w Poznaniu i święcenia przyjmowałem w tej katedrze. I niższe święcenia, subdiakonat, diakonat, prezbiterat i na koniec sakrę biskupią. Stąd wywodzą się moje korzenie także jeśli chodzi o posługę kapłańską i biskupią, korzenie, które sprawiły, że z woli Stolicy Apostolskiej teraz niejako przedłużam misję biskupów krakowskich, misję, która zaczynała się od biskupów pracujących tutaj w Polsce w Poznaniu. Dlatego tutaj jestem i stąd moja wielka radość, że mogę brać udział w tych uroczystościach jubileuszowych.

Metropolita krakowski wyznał także, że najbliższe jego sercu miejsca w katedrze to Kaplica Najświętszego Sakramentu oraz krzyż, który w Poznaniu jest bardzo czczony, a który kiedyś znajdował się na jednej z bram miasta. Arcybiskup wspomniał także miecz, który Mieszko I otrzymał od Ojca św. i według tradycji jest to miecz, którym posługiwał się św. Piotr kiedy chciał bronić Pana Jezusa w Ogrójcu. Nie ma pewności że to ten miecz, ale na podstawie ekspertyz wiemy na pewno, że takich właśnie używali rybacy nad Jeziorem Galilejskim w czasach Chrystusa.

Arcybiskup potwierdził wreszcie, że rzeczywiście w ostatnim czasie pojawia się w miejscach, w których bywał Jan Paweł II podczas swoich pielgrzymek i w tym szczególnym roku 40. rocznicy wyboru kard. Wojtyły na Stolicę Piotrową przypomina jego słowa wypowiedziane przed laty w tych miejscach. A są to: Siedlce, Sandomierz , Święta Góra Gostyńska, Wrocław, a teraz Poznań.

- Tak się składa, że podążam śladami kard. Karola Wojtyły i Jana Pawła II. Myślę, że to jest wspaniałe przygotowanie do uroczystości, jakie będziemy przeżywać 16 października tego roku.

Hierarcha zaznaczył jednak, że do myśli Karola Wojtyły i Jana Pawła II nawiązuje nie tylko w tym roku, ale od lat, co potwierdzić mogą choćby jego dawni studenci.

Metropolita krakowski przypomniał na koniec, że Karol Wojtyła w Poznaniu oficjalnie był 10 razy. Jako papież raz, w 1983 roku, kiedy wspominał początki chrześcijaństwa w Polsce, bpa Jordana, a także abpa Antoniego Baraniaka, którego relikwie znajdują się w podziemiach katedry.

Bazylika archikatedralna Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Poznaniu to najstarsza polska katedra (od 968 roku). Prawdopodobnie to tutaj Mieszko I przyjął chrzest. Obecna budowla pochodzi z XIV/XV wieku, choć częściowo została zrekonstruowana po zniszczeniach II wojny światowej. Katedra w Poznaniu jest miejscem pochówku pierwszych władców Polski, m.in. Mieszka I, Bolesława Chrobrego, Mieszka II i Kazimierza Odnowiciela. W 1962 roku papież Jan XXIII nadał jej tytuł bazyliki mniejszej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Po mistrzostwach pozostaną złe wspomnienia

2018-06-25 15:00

Ślepy los albo inaczej mówiąc przypadek sprawił, że w ostatnim czasie tematem naszych - Polaków - rozmów stał się Senegal, Kolumbia i Japonia. Owszem o Japonii mówiliśmy pewnie wcześniej od czasu do czasu. Tęskniliśmy choćby za ich poziomem rozwoju, szczególnie technologicznego.

Robert Lewandowski/Facebook

Byli nawet tacy politycy, którzy obiecywali nam, że staniemy się drugą Japonią, ale niewielu w to wierzyło, a na pewno możemy powiedzieć, że nic z tego nie wyszło.

Kolumbię i Kolumbijczyków przeciętny Polak utożsamiał i prawdopodobnie nadal utożsamia z kolumbijskimi kartelami narkotykowymi, a najbardziej znanym Kolumbijczykiem pozostaje Pablo Escobar, bo premiowany w 1982 r. Noblem z literatury Gabriel José de la Concordia García Márquez ma na bank mniejszą rozpoznawalność nad Wisłą.

Senegal z kolei – chyba się nie mylę - nie interesował nas absolutnie nigdy. Przeciętny Polak, w tym ja, nie miał żadnego powodu aby o Senegalu myśleć i mówić, chyba, że przy okazji skojarzeń z rajdem Paryż - Dakar. Mówiąc nieco brutalnie. Do tej pory Senegal był dla większości z nas zupełną egzotyką. Teraz mamy okazję i powód aby o Senegalu, Kolumbii i Japonii mówić częściej, bo drużyny z tych państw były – Japonia jeszcze będzie - rywalami naszej reprezentacji w grupie na piłkarskich mistrzostwa świata w Rosji. Połączyła nas piłka. Zrealizowało się hasło pod którym od jakiegoś czasu występuje Polski Związek Piłki Nożnej.

Zacząłem pisać ten tekst jeszcze przed meczem z Kolumbią. Dla wszystkich było już jasne, że Senegal nie zapisze się w pamięci Polaków tak samo jak równie egzotyczne w swoim czasie Haiti z którymi na Mundialu w NRF w 1974 r. wygraliśmy 7:0 czy choćby Peru, które nasza reprezentacji pokonała osiem lat później także wysoko. Z Senegalem po 2018 r. związane będą złe wspomnienia, bo przegraliśmy i to z jedną ze słabszych drużyn turnieju. Przegraliśmy także z Kolumbią. Na pewno jest to drużyna lepsza od pierwszego przeciwnika, ale na to, że zdobędzie mistrzostwo świata bałbym się postawić nawet małe pieniądze. Po laniu, które spuścili nam Rodriguez, Falcao, Cuadrado i spółka dla wielu kibiców sama myśl o Kolumbii na długo będzie się wiązała z bolesnymi wspomnieniami. Został jeszcze mecz z Japonią, ale nie spodziewałbym się, że w spadku po nim zostanie w naszych głowach przekonanie, że może Japończycy mają wspaniała technologię, ale w piłkę potrafią kopać lepiej nasi nad Wisłą.

Chcę docenić, że po meczu z Kolumbią i trener i zawodnicy mówili szczerze. Nawet nie to, że Kolumbia była lepsza – bo była, ale że my nie tyle, że nie trafiliśmy z formą, ale, że po prostu piłkarsko jesteśmy o wiele, wiele słabsi. Tego się nie dało ukryć. To po prostu było widać, słuchać i czuć. Mam tylko jedną pretensję i to wielką. Po co było tak bardzo podgrzewać atmosferę, pompować balon nadziei, roztaczać wizję sukcesu, prężyć muskuły skoro kto jak kto, ale oni na pewno wiedzieli o tym wcześniej? Czy nie uczciwiej byłoby od czasu do czasu studzić co bardziej rozpalone głowy. Może byłyby straty w audience, ale i rozczarowanie mniejsze. Naród byłby zdrowszy. Rozumiem też, że większe zainteresowanie ludu było atutem przy podpisywaniu kontraktu reklamowego. Szkopuł w tym, że w istocie jego płatnikami tych kontraktów były miliony Kowalskich i Nowaków, którzy przez długie miesiące dali się robić, bo świadomie byli robieni w konia. „Wydaliśmy” tę kasę, bo mieliśmy nadzieję. Mieliśmy nadzieję, bo siłą nam wmówiono, że powinniśmy ją mieć. Krótko: Orżnięto nas na grube miliony.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem