Reklama

Cud w Sztokholmie

2017-09-19 14:55

Z ks. Ryszardem Flakiewiczem rozmawia Krzysztof Tadej
Niedziela Ogólnopolska 39/2017, str. 36-37

pressmaster/fotolia.com
Ks. Ryszard Flakiewicz SDB na tle portretu św. Jana Bosko

O Polskiej Misji Katolickiej w Szwecji oraz o tym, co się dzieje z krzyżem, który Jan Paweł II trzymał podczas Drogi Krzyżowej w Wielki Piątek 2004 r., z ks. Ryszardem Flakiewiczem, salezjaninem – rektorem Polskiej Misji Katolickiej w Sztokholmie i dyrektorem wspólnoty zakonnej salezjanów w tym mieście – rozmawia Krzysztof Tadej, dziennikarz TVP

KRZYSZTOF TADEJ: – O księżach salezjanach pracujących w Polskiej Misji Katolickiej w Sztokholmie wierni mówią nieraz, że to kapłani, którzy nic nie mają. To prawda?

KS. RYSZARD FLAKIEWICZ SDB: – Rzeczywiście, nie mamy prawie nic własnego, w zasadzie wszystko wynajmujemy.

– Także kościół, w którym odprawiane są w niedzielę Msze św.?

– To przepiękny kościół w parafii św. Jana Chrzciciela w centrum Sztokholmu. Na niedzielne Msze św. przychodzi ok. 2,5 tys. wiernych. Wynajmujemy go od protestantów. A w innej części miasta wynajmujemy pomieszczenia, w których znajdują się kaplica i oratorium. W kaplicy Msze św. odprawiane są dwa razy dziennie. W oratorium natomiast gromadzą się przede wszystkim dzieci i młodzież. Odbywają się tam zajęcia komputerowe, kursy tańca, gry na gitarze, zajęcia fotograficzne, różne spotkania.

– Podobno kapłani mieszkają w wyjątkowo skromnych warunkach...

– W malutkich pokoikach. Mieści się w nich łóżko, stolik i niewiele więcej. Chyba w najmniejszym mieszka były rektor Polskiej Misji Katolickiej – ks. Marian Chojnacki. Mamy jeszcze pokój gościnny do wspólnego odpoczynku, bo jest nas 6 kapłanów, w tym 2 emerytów. To wspomniany ks. Marian Chojnacki oraz ks. Bogdan Wegnerowski, a także ks. Włodzimierz Kruczkowski, ks. Paweł Drążyk, ks. Adam Żbikowski i ja.
Polscy salezjanie opiekują się również parafią diecezjalną w Fittji, czyli w jednej z dzielnic Sztokholmu. Tam na Msze św. przychodzą wierni reprezentujący aż 48 narodowości. W parafii Fittja pracują ks. prob. Zdzisław Lepper i ks. Krystian Zacheja. Ks. Krystian urodził się w Szwecji w polskiej rodzinie i był ministrantem w Polskiej Misji Katolickiej. Później wstąpił do zakonu. Po otrzymaniu święceń i 2-letniej pracy w Polsce od kilku lat pracuje w Szwecji. Od września jest proboszczem parafii w dzielnicy Jakobsberg. To druga parafia, która została nam powierzona w stolicy Szwecji.
W Polskiej Misji Katolickiej nie narzekamy na warunki mieszkaniowe. Jak powiedział nasz założyciel – ks. Jan Bosko, pokój mieszkalny ma wypychać zakonników do ludzi. Zalecał, żeby nie przygotowywać sobie miejsca, w którym będziemy się bardzo dobrze czuli i z którego nie będziemy wychodzili na zewnątrz. Mamy iść do ludzi. Nieraz księża tworzą jakiś swój świat, zamykają się jak w twierdzy odgrodzonej murem i ludzie nie mogą się do nich dodzwonić poza godzinami pracy kancelarii parafialnej. Wierni nie mogą przyjść i normalnie porozmawiać. W Szwecji jest to nie do pomyślenia. Bardzo ważne jest też pozytywne nastawienie do człowieka, zainteresowanie się nim i jego problemami. Nasz kardynał Anders Arborelius jest przykładem takiej postawy i staramy się go naśladować.

– Jaki jest cel Polskiej Misji Katolickiej?

– To przede wszystkim opieka duchowa nad Polonią. Obecnie bardzo często społeczeństwo jest wymieszane, wielonarodowościowe. Jesteśmy otwarci na innych i zapraszamy do nas nie tylko katolików. Nieraz do oratorium przychodzą młodzi Szwedzi. Mówimy wówczas tylko po szwedzku, żeby dobrze się czuli, i myślę, że doceniają naszą otwartość i życzliwość.
W Polskiej Misji Katolickiej ogromną wagę przywiązujemy do prowadzenia katechez. W soboty dwa razy w miesiącu nauczamy 850 dzieci w wynajętym gimnazjum. Nie byłoby to możliwe bez 17 wolontariuszy, którzy uczą dzieci i młodzież. To ludzie wielkiego serca, którzy bezinteresownie poświęcają swój czas dla innych. Jesteśmy im za to bardzo wdzięczni. Robią to bezpłatnie, rezygnując ze swojego wolnego czasu, np. jesienią czy w zimie, gdy dzień trwa bardzo krótko. Oni właśnie w ciągu tych kilku godzin, kiedy jest jasno, idą ewangelizować.
Prowadzimy również kolonie i półkolonie dla dzieci. W tym roku na wakacje do Polski wyjechało 100 dzieci. Opiekunami są również m.in. wolontariusze, którzy sprawują opiekę nad dziećmi w ramach urlopu.

– Działalność Polskiej Misji Katolickiej nie ogranicza się tylko do centrum Sztokholmu...

– W czasie 3 niedziel jeździmy odprawiać Msze św. również poza Sztokholm, do: Norrköping, Linköping, Gävle, Jakobsberg i Uppsala.
Opieka duchowa nad Polakami to kontynuacja wspaniałych działań św. Urszuli Ledóchowskiej, która przybyła tu w 1914 r. Prowadziła działalność religijną, społeczną, edukacyjną i podkreślała swoje polskie pochodzenie w czasie, gdy Polski nie było na mapach świata. To również kontynuacja wysiłków wielu polskich kapłanów, m.in. ks. Hermana Burczyka, ks. Czesława Chmielewskiego, ks. Jana Buczkowskiego.
Nie należy również zapominać, że oprócz salezjanów pracuje w Szwecji wielu polskich księży diecezjalnych i kapłanów z innych zakonów. Są tu np. polscy kapucyni.

– Ilu Polaków mieszka obecnie w Szwecji?

– Ocenia się, że ponad 100 tys. Niektórzy podają, że 150 tys., a nawet więcej. Ale trudno dokładnie to oszacować, bo wielu naszych rodaków przyjeżdża tylko na kilka miesięcy. Trochę popracują i wyjeżdżają.

– Czy Polacy, którzy przyjeżdżają do Szwecji, oddalają się od Kościoła?

– Moje doświadczenie jest inne. Dzieje się coś przeciwnego. Bardzo często wielu z nich mówi, że dopiero tutaj powróciło do Kościoła i Pana Boga. W Szwecji tęsknią za ojczyzną i ludźmi, z którymi mogliby porozmawiać po polsku. U nas odnajdują wspólnotę, w której dobrze się czują. Są oczywiście też tacy, którzy przyjeżdżają i duchowo są nieobecni. Ale mija czas, przychodzą trudności i powracają do Kościoła. Przychodzili – i przychodzą – do mnie i tacy, którzy mówili, że w Szwecji ciężko pracują, zarabiając na rodzinę, a w kraju żona lub mąż jest już z kimś innym. Małżeństwo się rozpada. Są załamani, szukają pomocy u nas i wracają do Kościoła.

– Znając m.in. takie sytuacje, co Ksiądz zaleciłby tym, którzy chcą wyjechać do pracy w Szwecji?

– Jeśli ktoś nie ma naprawdę dramatycznej sytuacji, a chce przyjechać tylko po to, by zarobić trochę pieniędzy, to zawsze mówię, żeby został w kraju. Pracujmy dla dobra Polski i spędzajmy czas z rodziną. Tego czasu nikt później nie zwróci i żadne pieniądze nie są warte utraty rodziny. Jeśli jednak ktoś decyduje się przyjechać, to powinien mieć gwarancję miejsca zamieszkania i pracy. Zdarzały się bowiem sytuacje, że ludzie przyjeżdżali i następowało rozczarowanie. Zobaczyli, że ceny są tu szokujące, a oni nie zarabiali, i z każdym dniem pogrążali się w depresji. Przychodzili do nas i domagali się, żebyśmy załatwiali im pracę i tanie mieszkanie. Pojawiały się pretensje, że nie prowadzimy hotelu dla Polaków.

– Jak Księża wówczas reagują?

– Tłumaczymy, że nie prowadzimy hotelu, nie mamy mieszkań do wynajęcia. Jeśli możemy komuś pomóc, to pomagamy, ale nasze możliwości są ograniczone. Pamiętam rodzinę, która przyjechała do Szwecji maluchem. Byli bardzo zadłużeni w Polsce, nie mogli znaleźć pracy. W desperacji przyjechali do Sztokholmu i koczowali z małym dzieckiem w samochodzie. Tej rodzinie pomogliśmy. Zdarza się też, że pytamy znajomych, którzy prowadzą własną działalność, czy mogą komuś pomóc. Ale nawet Polacy niechętnie zatrudniają tych, których nie znają, bo mają złe doświadczenia. Sam pamiętam, jak kiedyś jeden z Polaków zapewniał, że wszystko potrafi zrobić. Dostał materiał, ale nie wykonał tego, do czego się zobowiązał. Zniszczył materiał i jeszcze domagał się zapłaty. Innym razem prosiłem panią, żeby przyjęła Polaków do domu na nocleg. Zrobiła to po naszej rekomendacji. Gdy poszła do pracy, nasi rodacy wynieśli jej wszystko z mieszkania... Tu spotykamy – jak w każdym miejscu świata – dobro i zło. Są bardzo dobrzy Polacy, uczciwi, fachowcy – spotykam ich w kościele. To wspaniali, szlachetni i bardzo wierzący ludzie. Niestety, są też tacy, którzy niszczą tę dobrą opinię. Inną kwestią są nadmierne oczekiwania. Przyjechał kiedyś mężczyzna, który domagał się ode mnie pomocy. Mówił, że w Polsce za 2 tys. zł nie opłaca mu się pracować. Byłem zdumiony. Wyjaśniałem mu, że w Szwecji mieszkają nie tylko bogaci. Są tu np. emeryci, którzy mają bardzo niskie świadczenia i z trudem radzą sobie, by przeżyć do pierwszego. Porównując koszty życia w Polsce i Szwecji, mają zdecydowanie mniej niż suma, którą wymienił.

– W Sztokholmie zajmuje się Ksiądz również opieką duchową nad Polakami, którzy znajdują sięw więzieniu.

– Kiedy Polacy w więzieniu chcą tego, to idę ich odwiedzić, odprawić Mszę św., pomodlić się z nimi. Kiedyś były to regularne odwiedziny, ale po wejściu w życie jednej z ustaw odsyła się do Polski tych, którzy nie mają obywatelstwa szwedzkiego lub dokumentów o pobycie stałym. Podczas tych odwiedzin wiele się nauczyłem. Przede wszystkim tego, że nie należy szybko oceniać ludzi. Bardzo łatwo jest kogoś osądzić, ale przecież nie znamy jego historii, przeżyć, doświadczeń, nie wiemy, w jakim środowisku ktoś się wychował i w jakich był sytuacjach. Pamiętam chłopaka, który został skazany za kradzież. Mówił, że w dzieciństwie bił go ojciec za to, że nic nie przyniósł do domu, że nic nie ukradł. I on, żeby uniknąć kary, tak właśnie czynił, i uważał, że dobrze robi, bo omija go cierpienie. W więzieniu widziałem, że nastąpiła w nim wielka przemiana. Stało się to wtedy, gdy przyniosłem tam słynny drewniany papieski krzyż...

– Krzyż, który podczas ostatniej Drogi Krzyżowej w 2005 r. trzymał w swoich rękach Jan Paweł II.

– Ten krzyż został sprowadzony po staraniach p. Bogusi Zaniewicz-Dybeck, która jest przewodniczącą Towarzystwa Przyjaciół Fundacji Jana Pawła II w Sztokholmie. Krzyż był u nas w kościele, a potem zabrałem go na Mszę św. do więzienia. Uczestniczyli w niej polscy więźniowie i polska strażniczka, p. Grażynka. Podczas kazania opowiedziałem o krzyżu i pokazałem zdjęcia z Janem Pawłem II. I nagle zorientowałem się, że panuje niesamowita cisza, a wszyscy są wpatrzeni w krzyż jak w najpiękniejszy obraz. Po Komunii św. powiedziałem, że można już usiąść, jednak nikt mnie nie posłuchał, wszyscy dalej klęczeli i patrzyli jak zahipnotyzowani na krzyż. Na koniec pobłogosławiłem krzyżem i powiedziałem, że jeśli ktoś chce oddać hołd krzyżowi, może do niego podejść. I ten chłopak, którego ojciec bił w dzieciństwie, gdy nie przynosił do domu nic ukradzionego, spytał, czy może się do krzyża przytulić. Kiedy część osób przeszła do sąsiedniego pomieszczenia, w którym spotkaliśmy się po Mszy św., kątem oka zobaczyłem, jak długo tulił się do tego krzyża. Tego widoku nie zapomnę do końca życia. Po miesiącu przyszedł do mnie i poprosił, żebym przygotował go do bierzmowania. Po jakimś czasie wyspowiadał się i otrzymał w więzieniu sakrament bierzmowania z rąk wikariusza biskupa ks. Mirosława Dudka. Świadkami byli inni więźniowie. Mówił, że zwrot w jego życiu nastąpił właśnie wtedy, gdy zobaczył papieski krzyż. Uważam, że ta przemiana, nawrócenie to był cud Jana Pawła II...
Poprzednią rozmowę z ks. Ryszardem Flakiewiczem zamieściliśmy w nr. 37/2017. I

Tagi:
Kościół emigracja

Kraków: duchowni i politycy debatują o perspektywach rozwoju Unii Europejskiej

2018-10-05 17:23

led / Kraków (KAI)

O perspektywach rozwoju Unii Europejskiej, praworządności i jej tożsamości rozmawiają uczestnicy XVIII Międzynarodowej Konferencji z cyklu "Rola Kościoła katolickiego w procesie integracji europejskiej", która rozpoczęła się dziś w Krakowie. Spotkanie odbywa się pod hasłem: Perspektywy rozwoju Unii Europejskiej".

AR

W dwudniowych obradach uczestniczą przedstawiciele Kościoła, świata polityki i nauki oraz instytucji europejskich. Wśród omawianych tematów są: perspektywy rozwoju Unii Europejskiej, praworządność jako gwarancja silnej Europy oraz o narodowość i tożsamość w UE.

- Dzieje świata nie zawsze się toczą według ludzkich kalkulacji i trzeba mieć nadzieję, że będziemy w stanie podjąć wysiłek zjednoczenia Europy dla dobra nas samych i tego dziedzictwa, którym jest Europa w takiej skali, na jaką dzisiaj nie jesteśmy jeszcze gotowi - mówił bp Tadeusz Pieronek, przewodniczący Komitetu Organizacyjnego konferencji.

Jego zdaniem istotne dla rozwoju i przyszłości Unii Europejskiej jest wprowadzenie przez państwa członkowskie wspólnej waluty EURO, która byłaby społecznym, politycznym i gospodarczym spoiwem Unii, utrzymanie zasady otwartych granic ustalonej w Schengen, zabezpieczenie zewnętrznych granic Unii, a także praworządność w członkowskich państwach prawa, będącą wewnętrznym spoiwem silnej Unii. Jak dodał ważne też, aby odpowiedzieć dziś na pytanie „Patriotyzmy czy nacjonalizmy w Europie?”

„Wiemy czego Europejczycy nie lubią: nie lubią natrętnych regulacji, które pouczają ich, jak mają żyć, wtrącają się w życie codzienne Europejczyków - mówił Janusz Lewandowski, poseł do Parlamentu Europejskiego, Współprzewodniczący Polskiej Delegacji PO-PSL w PE. - Ale ta batalia o europejskie dusze rozegra się na arenie szeroko pojętego bezpieczeństwa. To jest dziś największy deficyt w UE” - powiedział Lewandowski.

Podkreślił, że Arabska Wiosna pokazała, że dla wielu mieszkańców krajów, które w niej uczestniczyły dobre życie to nie jest ich własny kraj tylko Europa. „Problem polega na tym, że chcą brać to dobre życie nie respektując zasad i wartości, które sprawiły, że to dobre życie jest możliwe” – mówił Lewandowski.

„Europa to jest kontynent większy niż geografia. To jest kontynent z duszą” - podkreślił polityk. Dodał, że spoiwem Europy jest wspólna tradycja i historia, dziedzictwo Greków i Rzymian, historia, chrześcijaństwo, renesans i oświecenie oraz lekcje z wojen i totalitaryzmów XX wieku.

Z kolei prof. dr Thomas Sternberg, Członek Zarządu Fundacji Konrada Adenauera, Prezydent Komitetu Centralnego Katolików Niemieckich mówił, że proces integracji europejskiej i rola Kościoła katolickiego to tematy ciągle aktualne. Jak dodał, to miłość Ojczyzny w Niemczech zjednoczyła kraj, tak jak miłość ojczyzny zapewniła wolną Polskę. W jego ocenie zagrożeniem dla wspólnoty europejskiej jest "trucizna nacjonalizmu", która zagraża coraz mocniej.

Wśród uczestników spotkania był także bp Rimantas Norvila, Przewodniczący Komisji COMECE ds. Współpracy Międzynarodowej UE, biskup diecezji wyłkowskiej. - Jesteśmy zobowiązani i nadal będziemy rozwijać europejski projekt pokojowy i otwarty, sensowny dialog z instytucjami europejskimi dotyczący przyszłości Europy - mówił biskup.

- Nasz przekaz to nadzieja. Z pewnością i zaufaniem patrzymy w przyszłość. Stoimy przed wieloma wyzwaniami, ale one są szansą. Trzeba "przemyśleć" Europę i podjąć odważne decyzje w sprawie przyszłego rozwoju - podkreślił prelegent.

Cytując słowa papieża Franciszka, bp Norvila zwracał uwagę na to, że "Europa to nie tylko instytucje, dane statystyczne. Europa składa się z ludzi". Według niego Europa powinna skupiać się na człowieku i wspólnocie oraz na tym w jaki sposób kształtować polityki, aby służyły ludziom, zwłaszcza ubogim i aby szanowane były interesy mniejszych. W jego ocenie ważne jest także bezpieczeństwo, które nie podważa zasad praworządności.

W trakcie konferencji wyemitowano przemówienie Antoniego Tajaniego, Przewodniczącego Parlamentu Europejskiego. - Kraków, miasto wyjątkowe, miasto Jana Pawła II gości dziś Europejczyków, zatroskanych o los Europy - mówił do uczestników konferencji. - Historia Unii Europejskiej to opowieść o odwadze i kreatywności, o tolerancji. A także opowieść o demokracji zakorzenionej w rządach prawa, o wolności słowa, o zburzonych murach, granicach otwartych dla ludzi, dóbr, kapitału - powiedział Tajani.

Przewodniczący Parlamentu Europejskiego podkreślił, że aby budować wspólny projekt europejski, "Unia bardziej niż kiedykolwiek potrzebuje Polski jako państwa współtworzącego naszą przyszłość". Jak dodał, Polska jest jednym z filarów europejskiej gospodarki, a Europa potrzebuje Polski i Polaków, z których 86% popiera europejski projekt. - Życzę Polsce, aby ponownie była w centrum integracji europejskiej i podejmowania decyzji, kształtując w ten sposób naszą wspólną przyszłość - powiedział Tajani.

Konferencja organizowana jest przez Uniwersytet Papieski Jana Pawła II w Krakowie, Fundację Konrada Adenauera w Polsce i Fundację Roberta Schumana w Luksemburgu.

Krakowskie konferencje z cyklu „Rola Kościoła Katolickiego w procesie integracji europejskiej zapoczątkowane zostały w 2000 r. i odgrywają ważną rolę w dialogu między duchownymi oraz politykami i przedstawicielami mediów. Inicjatorem tych spotkań jest bp Tadeusz Pieronek.

Jednym z patronów medialnych konferencji jest Katolicka Agencja Informacyjna.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Papież, który nie umiera

2018-10-10 11:16

Z kard. Stanisławem Dziwiszem rozmawia Krzysztof Tadej dziennikarz TVP
Niedziela Ogólnopolska 41/2018, str. 10-14

40 lat temu – 16 października 1978 r. kard. Karol Wojtyła został papieżem. Pierwszym po 455 latach następcą św. Piotra, który nie pochodził z Włoch (od czasów Hadriana VI, Holendra, którego pontyfikat trwał w latach 1522-23). Kard. Stanisław Dziwisz, były metropolita krakowski i osobisty sekretarz Jana Pawła II, opowiada o tych wyjątkowych, historycznych chwilach

Adam Bujak, Arturo Mari/Biały Kruk

KRZYSZTOF TADEJ: – 16 października 1978 r., wieczorem, kiedy pojawił się biały dym...

KARD. STANISŁAW DZIWISZ: – Stałem wśród nieprzebranych tłumów ludzi na Placu św. Piotra, po lewej stronie, koło fontanny.

– Dokładnie o godz. 18.44 na centralnym balkonie Bazyliki św. Piotra pojawił się kard. Pericle Felici.

– Kard. Felici zaczął ogłaszać: „Annuntio vobis gaudium magnum – habemus papam...” (Zwiastuję wam radość wielką – mamy papieża... – przyp. K. T.). Gdy padło imię „Carolum”, zadrżało mi serce. Po chwili kardynał powiedział: „Wojtyla”, a ja pomyślałem: „Stało się!”.

– A nie np.: „Jak cudownie! Jak wspaniale!”?

– Radości, której wówczas doświadczyłem, nie da się opisać żadnymi słowami. Ale byłem też rozdarty między poczuciem dumy i szczęścia a świadomością, że od tej chwili zmienia się wszystko. To rodziło pewną nostalgię. Poza tym miałem świadomość, jak wielka odpowiedzialność została złożona w ręce kard. Wojtyły. Kościół i świat znajdowały się w szczególnym momencie dziejów. Polskiego Papieża czekało wiele ciężkiej pracy.

– Jak reagowali ludzie stojący obok Księdza Kardynała?

– Entuzjazm tłumów był porywający. Wielu jeszcze nie wiedziało, kim jest nowy papież. Dopytywali, skąd pochodzi. Plac szybko się zapełniał, bo na wieść o pozytywnym wyniku konklawe rzymianie zostawiali swoje zajęcia i biegli pod Bazylikę św. Piotra, by zobaczyć Ojca Świętego. Kiedy Jan Paweł II ukazał się na balkonie, zapanowała nieprawdopodobna euforia. Krzykom, oklaskom, radości nie było końca. Wiedziałem, że Papież z dalekiego kraju natychmiast podbił serca mieszkańców Wiecznego Miasta. Kard. Stefan Wyszyński wyznał mi później, że bardzo się bał tego momentu. Zastanawiał się, jak lud rzymski przyjmie nowego papieża. Czy go zaakceptuje? Ale reakcja na przemówienie nowego Ojca Świętego powiedziała nam wszystko: świat od razu pokochał Jana Pawła II.

– Kard. Wyszyński chciał, żeby nowym papieżem został Włoch. Czy to prawda?

– Przed wyjazdem z Polski nie dopuszczał innej możliwości. Uważał, że jeszcze nie czas na papieża z innego kraju. Z takim przeświadczeniem wchodził na pierwsze konklawe po śmierci Pawła VI, a potem na drugie. Ale czas konklawe dał mu do myślenia. Zrozumiał, że Duch Święty chce inaczej. Zmienił zdanie, a po wyborze stanął przy Papieżu, by dodać mu odwagi i przekazać wyrazy przyjaźni i serdeczności. Kiedyś Ojciec Święty wspominał o tym, co się działo w czasie konklawe. Mówił, że w decydującym momencie, gdy szala głosów przechylała się w jego stronę, Prymas Tysiąclecia podszedł do niego i powiedział, że nie wolno mu odmówić, że musi przyjąć ten wybór. On również zasugerował imię dla nowego papieża: Jan Paweł II.

– Czy przed konklawe kard. Wojtyła przewidywał, że może zostać wybrany?

– Nigdy o tym nie mówił. Ten temat nie był przez niego poruszany w żadnej rozmowie, a gdy ktoś z otoczenia zaczynał snuć domysły, ucinał je krótkim zdaniem: „Duch Święty wskaże”.

– Gdy czyta się wspomnienia o Karolu Wojtyle, można odnieść wrażenie, że wiele osób przepowiedziało ten wybór.

– Trochę jestem tym zdziwiony, bo przecież nie było powszechnego przekonania, że wyjedzie na konklawe i już nie wróci. Nic takiego nie miało miejsca. Owszem, zdarzały się osoby, zwłaszcza w Krakowie, które powtarzały: „To święty duszpasterz, święty biskup”. Niektórzy dodawali, że nadawałby się na papieża. Znałem nawet siostrę z Międzyzakonnego Wyższego Instytutu Katechetycznego, która często podkreślała, że gdyby kard. Wojtyła został papieżem, to byłaby ogromna szkoda, bo Kraków straci wybitnego człowieka. Po śmierci Jana Pawła I takich głosów było nieco więcej. Docierały wiadomości, że nasz kardynał był brany pod uwagę podczas poprzedniego konklawe. Ale pamiętajmy, że były to pojedyncze opinie. Później sprawy przybrały inny obrót, bo zaraz po ogłoszeniu nowego papieża na Placu św. Piotra rozdawano dziennik watykański z dossier na temat kard. Wojtyły. To przygotowanie watykańskiej prasy oznaczało, że był poważnym kandydatem.

– A Ksiądz Kardynał? Nigdy nie pomyślał, że tak się stanie?

– Od początku miałem świadomość, komu służę. Widziałem wielkość Karola Wojtyły. Mimo stosunkowo młodego wieku należał do najwybitniejszych postaci Kościoła. Uczestniczył w synodach z udziałem kardynałów, arcybiskupów i biskupów z całego świata. Tylko raz nie pojechał na synod do Rzymu. Władze nie wypuściły z kraju kard. Wyszyńskiego i na znak solidarności z Prymasem nie pojechał również kard. Wojtyła. Trzeba powiedzieć, że wyróżniał się w tych gremiach. Jego przemówienia nie pozostawały bez echa. Poza tym łączyła go przyjaźń z papieżem Pawłem VI. Ojciec Święty przyjmował go na prywatnych audiencjach zawsze, ilekroć kard. Wojtyła był w Rzymie. Powierzył mu także wygłoszenie rekolekcji dla niego i całej Kurii Rzymskiej, co było dowodem papieskiego uznania i szacunku dla polskiego hierarchy. Kard. Wojtyła był znany w Kościele i liczono się z jego głosem. Był oceniany jako wybitny myśliciel i duszpasterz. Interesowały się nim środki społecznego przekazu w Rzymie. Wspominałem już, że watykańskie media przygotowywały się na możliwość jego wyboru. Dziennik „L’Osservatore Romano” opracował sylwetki dziesięciu najważniejszych kandydatów i wśród nich był Karol Wojtyła. Przed konklawe konsultowali ze mną jego życiorys. Ale również inne poważne czasopisma wymieniały go jako kandydata na następcę św. Piotra.

– Nie było żadnych innych znaków, że zostanie wybrany? Kiedyś Ksiądz Kardynał opowiadał mi o dziwnej sytuacji po śmierci Pawła VI.

– Rzeczywiście, to było niezwykłe. Na początku sierpnia 1978 r. Karol Wojtyła wyjechał w Bieszczady z przyjaciółmi. Tam się dowiedział, że zmarł Paweł VI. Następnego dnia pojechałem po niego. Schodzili z gór przy pięknej pogodzie. W którymś momencie musieli przejść przez San. Zdjęli buty i boso, po kamieniach, przedostali się na drugi brzeg. I wtedy jakiś piorun strzelił obok. Jeden raz, z jasnego nieba. Pomyślałem, że to znak.

– Czyli wybór kard. Wojtyły na papieża nie był dla Księdza Kardynała czymś zaskakującym?

– Nie byłem zszokowany, choć to był szok dla świata. Zrozumiały, bo przecież od wieków papieżami zostawali Włosi. Dzisiaj, z perspektywy czasu, widzę, że Opatrzność Boża przygotowała Karola Wojtyłę do wielkich zadań. Był człowiekiem wielu talentów: myśliciel, filozof, aktor, poeta. Imponował znajomością języków obcych, którymi się posługiwał z niesłychaną swobodą. Mimo wielu obowiązków sam przygotowywał projekty swoich wystąpień. Współpraca z kurią układała się bardzo dobrze, ale zasadniczymi kwestiami metropolita krakowski zajmował się osobiście.

– Powróćmy do chwili, gdy Jan Paweł II pojawił się pierwszy raz na balkonie Bazyliki św. Piotra. Po przemówieniu i błogosławieństwie zniknął we wnętrzu bazyliki. A Ksiądz Kardynał? Od razu poszedł do Papieża?

– Nie było to takie proste, bo przecież konklawe wciąż trwało. Papież jednak chciał mnie zobaczyć i zostałem komisyjnie wprowadzony do refektarza, w którym kardynałowie wraz z Ojcem Świętym spożywali kolację. Do Jana Pawła II podprowadził mnie sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej kard. Jean-Marie Villot. Ojciec Święty wstał i serdecznie się ze mną przywitał.

– Nic nie mówił?

– Powiedział: „Ale dali szkołę!”.

– ?

– Tak zażartował. Już później, choć nie pamiętam dokładnie kiedy, dodał: „Skończyły się wyjazdy na narty!”.

– Co się działo dalej?

– Po kolacji Ojciec Święty poszedł do swojego pokoju i zaczął przygotowywać przemówienie do Kolegium Kardynalskiego, które miał wygłosić następnego dnia rano w Kaplicy Sykstyńskiej. Chciał, abym został, ale ja tego wieczoru pojechałem do Kolegium Polskiego przy Piazza Remuria, gdzie mieszkaliśmy przed konklawe. Chciałem dzielić wielkie chwile z polskimi księżmi, którzy świętowali wybór nowego papieża. Euforia, radość, oklaski – słowami nie da się opisać tego, co tam się działo! Natychmiast też wzrosło zainteresowanie Polską. Pojawiło się wielu dziennikarzy. Pytali o kraj, który dał światu następcę św. Piotra. Wyczuwało się też, że wszyscy czekali na coś nowego, na jakieś nowe otwarcie dla Kościoła i świata. Nowy papież dawał nadzieję na zmiany.

– Następnego dnia wrócił Ksiądz Kardynał do Watykanu i...

– Pałac Apostolski, czyli dom papieża, był po śmierci Jana Pawła I zamknięty. Kard. Villot otwierał przy Ojcu Świętym drzwi apartamentów. Gdy to zrobił, przekazał mi klucze. Ogromny, ciężki pęk kluczy. W tej chwili zaczęła się moja troska o porządek w Pałacu Apostolskim.

– Początki były dla Księdza Kardynała ciężkie?

– Nie miałem doświadczenia. Byłem lekko przerażony, gdy dwa razy dziennie docierała ze wszystkich kongregacji poczta do Ojca Świętego. Dokumenty, pisma, prośby. To były stosy papierów, które trzeba było uporządkować i przedstawić Ojcu Świętemu. Pracy było tyle, że to przerażenie szybko mi przeszło. Nie było na nie czasu (śmiech).

– Czy w tych pierwszych dniach zajmował się Ksiądz Kardynał tak przyziemnymi sprawami, jak np. zorganizowanie przewozu rzeczy kard. Wojtyły z Krakowa do Watykanu?

– Akurat z tym nie było żadnego problemu. Papież praktycznie nic nie posiadał. Żył jak św. Franciszek z Asyżu. W Krakowie nie pobierał pensji, a wszystkie honoraria z książek i innych publikacji przeznaczał dla ubogich studentów i profesorów. Nie rozgłaszał tego. Pomagał tak, żeby poza zainteresowanymi nikt o tym nie wiedział. Nie lubił też, gdy kupowano mu coś nowego. Miał w Polsce stary płaszcz z podpinką. Zimą zakładał podpinkę do płaszcza i to było całe jego bogactwo.

– A jak się Papież zachowywał po wyborze? Czy jakoś się zmienił?

– Do końca pontyfikatu pozostał sobą. Tym zaskakiwał kapłanów w Watykanie od pierwszych chwil, od pierwszego wyjścia na balkon Bazyliki św. Piotra. Ceremoniarz, ks. Virgilio Noe, wskazywał, że według tradycji nowy papież nie przemawia, tylko błogosławi ludzi zebranych na Placu św. Piotra. Ale Ojciec Święty na widok wiwatujących tłumów nie mógł przecież nic nie powiedzieć! W Watykanie szybko zrozumieli, że nowy papież jest człowiekiem niezależnym. Od pierwszego dnia zachowywał spokój, nie targały nim emocje, które przecież byłyby zrozumiałe wobec tak przełomowego wydarzenia w życiu. Był w nim głęboki spokój, który udzielał się innym. Widziałem ludzi, którzy przed spotkaniem z Ojcem Świętym byli zdenerwowani, przychodzili z jakimś wewnętrznym napięciem. Wychodzili od niego uspokojeni, uśmiechnięci. Źródłem tego spokoju były modlitwa i zawierzenie Opatrzności Bożej. Papież nie musiał się niepotrzebnie martwić, bo wiedział, że jest z nim Bóg, który wszystko widzi i go wspiera. Jan Paweł II był człowiekiem ogromnej modlitwy. Wszystkie trudności, decyzje, które trzeba było podjąć, najpierw powierzał Bogu. Przed każdym spotkaniem szedł do kaplicy i się modlił. Przed Najświętszym Sakramentem przygotowywał wszystko, co chciał przekazać w przemówieniach i homiliach. Jego wizja duszpasterska, kierunki działań dla Kościoła i świata powstawały na klęczkach, w ufnym zawierzeniu wszystkiego Panu dziejów. Miał jasne, precyzyjne widzenie spraw. Opowiadał mi kiedyś jeden z kardynałów, że poszedł do Papieża z pewnym problemem i wyznał mu, że nie widzi rozwiązania. Papież odpowiedział, że za mało się modli, i poprosił, żeby szukali światła podczas wspólnej modlitwy. I rzeczywiście problem został dzięki temu rozstrzygnięty. Kiedyś grupa kardynałów spierała się w jakiejś sprawie. Nie potrafili dojść do porozumienia. Papież zadał proste pytanie: „Co zrobiłby nasz Pan, Jezus Chrystus, w tej konkretnej sytuacji?”. Wszyscy po chwili zastanowienia wiedzieli, co mają robić dalej.

– Papież zaskoczył wszystkich również wtedy, gdy dzień po wyborze wyjechał poza Watykan.

– Jeszcze przed konklawe wielki, wspaniały przyjaciel kard. Wojtyły – bp Andrzej Deskur nagle zachorował. Doznał wylewu i trafił nieprzytomny do szpitala. W dniu rozpoczęcia konklawe kard. Wojtyła postanowił go odwiedzić. Myślę, że cierpienie przyjaciela było dla niego znakiem wielkich zmian, ale także ogromnym duchowym kapitałem. Tak zresztą je po latach interpretował. Nie byłem zaskoczony, gdy 17 października Jan Paweł II zdecydował, że chce ponownie odwiedzić bp. Deskura. Protestował prefekt Domu Papieskiego. Dla niego było to niemożliwe, bo nigdy wcześniej żaden papież nie wyjeżdżał z Watykanu.

– Jak wyglądało spotkanie z bp. Deskurem?

– W poliklinice Gemellego czekały tłumy. Wszyscy chorzy chcieli zobaczyć nowego papieża. Jan Paweł II długo się modlił przy nieprzytomnym przyjacielu i udzielił mu błogosławieństwa. Bp Deskur był w ciężkim stanie i dopiero po jakimś czasie, po kilku dniach, odzyskał przytomność. Wrócił do swoich obowiązków, choć nigdy nie odzyskał dawnej sprawności i do końca życia dźwigał krzyż cierpienia. Ojciec Święty zapraszał go w każdą niedzielę na obiad. Pozostał wierny tej przyjaźni do końca.

– Ksiądz Kardynał wspominał, że Jan Paweł II czuł się w Pałacu Apostolskim tak, jakby był tam od lat.

– Sam mi to powiedział: „Dziwię się sam sobie, bo czuję, jakbym tu zawsze był”. Bez problemów szedł od zadania do zadania. Od początku dawał z siebie wszystko i wykorzystywał czas do maksimum. Pierwsze dni upłynęły pod znakiem przygotowań do Mszy św. inaugurującej pontyfikat. Kuria zaproponowała projekt homilii. Papież odłożył go na bok i zaczął pisać swoją. Pisał ręcznie, po polsku. Sam przygotowywał swoje homilie i wystąpienia. Pisał, a w ostatnich latach dyktował ich treść. Przychodziło mu to z wielką łatwością. Nie potrzebował książek naukowych, pomocy, słowników. Przygotowanie długiego przemówienia wymagało od niego poświęcenia dwóch godzin. By przygotować krótsze przemówienie, wystarczyła godzina. Po tym czasie tekst nie wymagał żadnych poprawek. W dniu inauguracji pontyfikatu padły słowa, które zrobiły wielkie wrażenie na wszystkich. Papież powiedział: „Nie bójcie się przygarnąć Chrystusa i przyjąć Jego władzę, pomóżcie Papieżowi i wszystkim tym, którzy pragną służyć Chrystusowi, służyć człowiekowi i całej ludzkości. Nie bójcie się! Otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi. Dla Jego zbawczej władzy otwórzcie granice państw, systemów ekonomicznych i politycznych, szerokie dziedziny kultury, cywilizacji, rozwoju! Nie bójcie się!”. Uważam, że dzisiaj te słowa są nadal aktualne.

– W czasie tej Mszy św. Jan Paweł II zrobił też coś niekonwencjonalnego. Wszedł w tłum ludzi.

– Zobaczył chorych i postanowił do nich zejść. Ks. Noe, papieski ceremoniarz, znów protestował. „Nie można! Nie można!” – wołał. A Ojciec Święty tylko na niego spojrzał i poszedł do ludzi. Po raz kolejny pokazał swoją niezależność. Robił to, co nakazywało mu serce, i nie wahał się wtedy przełamywać utartych zwyczajów.

– Od pierwszych dni Jan Paweł II odprawiał Msze św. w swojej prywatnej kaplicy z udziałem wiernych?

– Kilka razy samotnie odprawił Mszę św. w prywatnej kaplicy, ale to było dla niego trudne. Potrzebował poczucia więzi z innymi, bo Eucharystia ma przecież charakter wspólnotowy. Postanowił zapraszać zgromadzenia zakonne. Wziąłem więc książkę telefoniczną i zacząłem dzwonić do sióstr. Ale to nie było łatwe, bo siostry podejrzewały, że stroję sobie żarty. Nie wierzyły mi i sprawdzały w Sekretariacie Stanu, czy coś takiego jest możliwe, bo wcześniej w Watykanie nic takiego się nie zdarzało. Ale po kilku Mszach św. z Papieżem zgromadzenia zakonne same zaczęły się zgłaszać. Potem o możliwość uczestnictwa W Eucharystii z Papieżem prosiły różne instytucje i osoby prywatne.

– Czy Jan Paweł II myślał o pielgrzymce do Polski od pierwszych dni pontyfikatu?

– Na początku była podróż do Meksyku, na Dominikanę i Bahamy. Konferencja Episkopatu Ameryki Łacińskiej zaprosiła na swoje obrady Pawła VI. On jednak nie zdecydował się pojechać. Kolejny papież szybko zmarł. Jan Paweł II się nie zawahał, zwłaszcza że trzeba było rozstrzygnąć ważne problemy dotyczące teologii wyzwolenia. Na Konferencję Episkopatów mieli przyjechać delegaci wszystkich państw Ameryki Łacińskiej. W niektórych krajach pojawiły się pomysły, że wprowadzenie marksizmu i komunizmu jest drogą do wyzwolenia z nędzy. Papież przestrzegał, że to „lekarstwo” jest gorsze od choroby. Mówił o solidarności, współpracy i wrażliwości społecznej na krzywdy innych. Na spotkanie z Ojcem Świętym przychodziły rzesze ludzi. Pamiętam, że po wylądowaniu w Meksyku nie mogliśmy pokonać krótkiego odcinka z lotniska do mieszkania, bo na drodze były niezliczone tłumy wiwatujących ludzi. Dla Papieża pielgrzymka do Meksyku była otwarciem drogi do Polski. Meksyk miał wówczas chyba najbardziej antykościelną konstytucję. Tamtejszy Kościół był bardzo prześladowany. Jeśli tak antykościelne władze Meksyku przyjmują Ojca Świętego, to dlaczego miałaby odmówić Polska? Okazało się jednak, że to nie było takie proste. Papież chciał przyjechać do Polski na jubileuszowe obchody 900-lecia śmierci św. Stanisława w 1979 r. Władze powiedziały „nie” i zaczęły się negocjacje. Szczęśliwie pozwolono na pielgrzymkę w czerwcu.

– Gdy Ksiądz Kardynał wspomina dzisiaj te historyczne dni, to czy nie ma poczucia, że życie szybko mija i to, co wydaje się, że działo się tak niedawno, dla wielu jest jakimś odległym wydarzeniem?

– Nie, ponieważ wciąż spotykam ludzi z różnych krajów świata, którzy żyją nauczaniem Jana Pawła II. Interesują się wydarzeniami pontyfikatu i są zafascynowani świętym, wielkim Papieżem. Jego nauczanie dla wielu kapłanów stanowi źródło wiedzy. Spodobało mi się zdanie, które ktoś wypowiedział, że to jest „Papież, który nie umiera”. Powstają kościoły pod wezwaniem Jana Pawła II. Różne instytucje i szkoły obierają go sobie za patrona. W wielu krajach odbywają się sesje naukowe dotyczące Jana Pawła II. Mogę potwierdzić z przekonaniem, że to Papież, który nie umiera. Pozostał w sercach ludzi. Przekonuję się o tym każdego dnia.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kalendarz pielgrzyma 2019

Polskiej nauce życzę nowego oddechu

2018-10-16 09:38

Antoni Szymański Senator RP

pixabay.com

Dobiega końca okres inauguracji roku akademickiego 2018/19 na uczelniach wyższych. W wielu z nich wziąłem udział osobiście. Sądzę, że światu akademickiemu należy się dziś sporo ciepłych słów.

Przede wszystkim cieszy mnie, że rusza pieczołowicie przygotowywana reforma szkolnictwa wyższego. Po długiej i niełatwej debacie wchodzi w życie regulacja prawna, która ma szansę przyczynić się do fundamentalnych zmian w życiu akademickim. Ustawa Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce, w artykule 2 stanowi: „Misją systemu szkolnictwa wyższego i nauki jest prowadzenie najwyższej jakości kształcenia oraz działalności naukowej, kształtowanie postaw obywatelskich, a także uczestnictwo w rozwoju społecznym oraz tworzeniu gospodarki opartej na innowacjach”. To stwierdzenie wyznacza zasadnicze obszary odpowiedzialności świata nauki.

Pierwszy z owych obszarów to realizowanie kształcenia nacechowanego najwyższą jakością. Jest to niezwykle pilne wyzwanie w dobie globalnego społeczeństwa, kiedy to młodzi ludzie mogą w coraz swobodniejszy sposób wybierać miejsce zdobywania wiedzy naukowej. Nie są już ograniczeni językiem ani odległością od miejsca zamieszkania. W sposób niemalże dowolny decydują się nie tylko na konkretną alma mater, ale także kraj czy kontynent na którym chcą studiować. Tych ludzi trzeba przekonać, że w Polsce warto studiować i trzeba to uczynić radykalnie podnosząc jakość kształcenia. Tylko w ten sposób zabezpieczymy kraj przed odpływem talentów za granicę i drenażem mózgów.

Drugim wymiarem misji szkolnictwa wyższego, nakreślonym w ustawie, jest prowadzenie wysokiej jakości działalności naukowej. Oznacza to nie tylko szacunek dla reżymu metodologicznego, ale również eksplorowanie nowych, często „dziewiczych” obszarów badawczych oraz dbałość o potencjał wdrożeniowy podejmowanych badań. Pora odejść od nieraz bezmyślnej pogoni za zdobywaniem punktów, a skupić się na dokonywaniu realnego postępu w naukowych dociekaniach, który ma szansę przełożyć się na rozwój kraju. Kluczową wartością jest tu innowacyjność, która biorąc swój początek z oryginalnych i inteligentnych odkryć naukowych, znajdzie przełożenie na gospodarkę, a także jakość życia społecznego.

I wreszcie element misji szkolnictwa wyższego z którego cieszę się szczególnie jako osoba zajmująca się polityką społeczną. Chodzi mianowicie o wyraźnie zaznaczone w cytowanym tekście kształtowanie postaw obywatelskich. Dobrze, że ustawa nie pomija wychowawczej roli uczelni wyższych. Nie sposób bowiem wiedzy przedmiotowej odrywać od podłoża etycznego. Nie jest prawdą, że osiągnięcie pełnoletniości (co ma miejsce w przypadku studentów) równa się dojrzałości obywatelskiej. Odwrotnie – jest to okres w którym młody człowiek szczególnie silnie szuka inspiracji i łaknie autorytetu. Potrzebuje mistrza, który pomoże mu odkryć jego własny żywioł i misję w społeczności. Uczelnie kształtują postawy obywatelskie poprzez przykład płynący od profesorów, a także czynią to wspierając samorządność studencką i zdolność młodych ludzi do odpowiedzialnego samoorganizowania.

Realizacja wymiarów odpowiedzialności świata nauki i szkolnictwa wyższego jest trudnym ale i pasjonującym zadaniem. Jest to proces żmudny i domagający się myślenia strategicznego, a także polityki ponad podziałami. Mam nadzieję, że rozpoczynający się rok akademicki będzie „nowym oddechem” dla szkolnictwa wyższego i pozwoli zapoczątkować długo oczekiwany przełom. Tego właśnie z całego serca wszystkim członkom świata nauki, studentom oraz wspierającym ich pracownikom administracji życzę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem