Reklama

Dałem radę

2017-09-21 09:32

Oprac. KK i AS
Edycja wrocławska 39/2017, str. 6-7

Agnieszka Bugała
Abp Marian Gołębiewski

Z arcybiskupem seniorem archidiecezji wrocławskiej Marianem Gołębiewskim z okazji 80. rocznicy urodzin rozmawia Adrianna Sierocińska

ADRIANNA SIEROCIŃSKA: – Spotykamy się w przeddzień 80. rocznicy urodzin Księdza Arcybiskupa. Czy te lata szybko minęły?

ABP MARIAN GOŁĘBIEWSKI: – Z jednej strony wydaje się, że szybko, ale jak zastanawiam się głębiej, to jednak to trwało trochę. 80 lat to jednak jest spory kawał czasu.

– Powspominajmy trochę i powróćmy do domu rodzinnego, do pierwszych lat życia Księdza Arcybiskupa. Jak Ksiądz wspomina ten czas?

– Zawsze dzieciństwo jest pięknym czasem w życiu człowieka i właściwie całe życie odnosi się do tego okresu. W moim wypadku to była sytuacja dosyć dziwna, bo urodziłem się 2 lata przed wojną. Początku wojny nie pamiętam, ale jej końcówkę bardzo świadomie. Nie był to okres korzystny dla rozwoju dziecka, tym bardziej, że moje strony rodzinne należały do tzw. Warthegau, czyli Okręgu Warty, a więc był to teren przyłączony do Rzeszy, gdzie Polacy byli traktowani w sposób bardzo surowo przez prawo niemieckie. Właściwie to żadnych praw nie mieli, musieli tylko ciężko pracować, życie było bardzo skromne, bardzo wymagające, także od strony społecznej i politycznej. To był okres trudny, ale zawsze było to dzieciństwo, było więc ciepło domu rodzinnego, miłość rodziców, wspólnota rodzinna, bo nas było pięcioro w domu. Ja byłem najmłodszy. I to wszystko stanowi to, co nazywamy dzieciństwem. Jest tam więc również i radość, i piękno, i wspomnienia radosne, pomimo koszmaru wojny.

– Jak Ksiądz Arcybiskup odkrywał swoje powołanie?

– Powiedziałbym, że w jakimś sensie wpływał na mnie miejscowy ksiądz proboszcz Karol Mendera. Gdy przyjechał po wojnie do parafii, to jeszcze chodził w habicie paulińskim, a potem już przywdział sutannę. Miał charyzmat, jeśli chodzi o nauczanie religii w szkole, dał mi do zrozumienia w sposób dyskretny, że mógłbym w przyszłości zostać księdzem. I to zaczęło kiełkować i w ten sposób coraz bardziej dojrzewało w postaci powołania.

– Wspomniał Ksiądz Arcybiskup, że pochodzi z rodziny wielodzietnej. Jakie były reakcje na to powołanie w rodzinie?

– Mój ojciec raczej nie był przeciwny, ale wolał, abym wybrał jakiś zawód praktyczny, żebym szybko zaczął zarabiać na siebie, bo takie były wówczas realia. Moja matka, oczywiście była za i pewnie wymodliła to powołanie. Ale ostatecznie rodzice byli za tym, żeby pójść do seminarium i w tym kierunku się kształcić.

– A czas przygotowania do święceń kapłańskich, czas seminarium i pierwsze lata kapłaństwa? Jaki był?

– Do święceń kapłańskich przygotowuje się człowiek długo, bo wyższe seminarium trwa sześć lat, w moim przypadku chodziło o Wyższe Seminarium Duchowne we Włocławku. Przechodzi się formację bardzo gruntowną: 2 lata filozofii i 4 lata teologii. Teologii uczyliśmy się jeszcze z podręczników łacińskich. Wtedy łacina była na takim poziomie, że spokojnie można było studiować i nie sprawiało większych trudności, np. przeczytanie tekstu z łaciny, jego zrozumienie i przetłumaczenie na polski. Była to solidna formacja i przygotowanie w duchu jeszcze przedsoborowym. Święcenia otrzymałem 24 czerwca 1962 r. w katedrze wrocławskiej. A w październiku zaczął się II Sobór Watykański i uważam to za wielkie szczęście, że wtedy właśnie – jako młody ksiądz – mogłem obserwować z wielkim entuzjazmem to, co dzieje się w Kościele. Może zbytni był ten entuzjazm, ponieważ realia są trudniejsze i proces zmian będzie jeszcze trwał długo. W „Tygodniku Powszechnym” ukazywała się wówczas rubryka, którą redagował Jerzy Turowicz, ówczesny redaktor naczelny pisma, a która nosiła tytuł „Jerzy Turowicz telefonuje z Rzymu”. Drugą gazetą, raczej prosystemową było „Słowo powszechne” wydawane przez ówczesny PAX, tam też były przemycane pewne informacje z Soboru. Poza tym jeśli chwyciło się np. Wolną Europę, to trochę więcej tych informacji się nazbierało, bo wiadomości o Soborze w mediach informacyjnych było bardzo mało.

– Skąd wzięły się zainteresowania biblijne Księdza Arcybiskupa?

– Była to droga pewnego przypadku. W pierwszych rozmowach, które prowadził ze mną śp. bp Antoni Pawłowski, biskup naszych święceń, była to propozycja studium łaciny, pod kątem pracy kurialnej, bo wtedy wszystkie dokumenty i pisma do Rzymu były redagowane po łacinie i ktoś musiał znać styl, którym posługiwała się Kuria Rzymska. Przyjąłem to dosyć chętnie, bo miałem dobrze opanowaną łacinę. Ale – jak przed chwilą wspomniałem – zaczynał się Sobór. Na skutek postanowień Soboru stosunek Kościoła do łaciny zmienił się, dopuszczono język narodowy w liturgii, więc sprawa moich studiów stała się trochę nieaktualna. Po jakimś czasie znowu zostałem wyzwany do kurii we Włocławku, gdzie bp Pawłowski powiedział, żebym podjął studia biblijne. Byłem zaskoczony, bo miały to być studia łacińskie, a nagle wyszły biblijne: bardzo trudne, długie, wymagające zwłaszcza znajomości języków biblijnych. Trochę się przestraszyłem. Poprosiłem o chwilę namysłu. Poszedłem do wikariusza generalnego, którym był wówczas ks. prałat Kazimierz Małecki i przedstawiłem mu sprawę prosząc o radę. A on, praktyk kurialny i duszpasterski, powiedział: „Nie oglądaj się, bierz, co dadzą. Jak pojedziesz do Rzymu, to się rozpatrzysz i zadecydujesz. A jak wiatry się odwrócą, to nic z tego nie będzie”. Wróciłem do biskupa i zgodziłem się.

– Pierwsza diecezja koszalińsko-kołobrzeska. Jak Ksiądz Arcybiskup wspomina ten czas?

– Pierwsza parafia to pierwsza miłość, pierwsza diecezja to także pierwsza miłość. Wspominam ją bardo mile, aczkolwiek była duża różnica pod względem potencjału materialnego w stosunku do Wrocławia. Na tych terenach było prawie 80% PGR-ów, które upadły i ówczesne ekipy rządowe były bezradne wobec tego problemu. Tam wszystko się rozwiązało, rozleciały się te PGR-y, ludzie zostali „na lodzie”. Jeździłem po diecezji, patrzyłem na te obiekty, które zaczęły niszczeć, tylko wiatr poruszał wrotami u stodół. Pod tym względem był to nieciekawy obraz. Od strony duszpasterskiej musiałem pochylać się nad ludźmi, którzy pracowali w tych PGR-ch, żeby im pomóc, bo byli też tacy, którzy sobie nie radzili. Byli rozbrajająco szczerzy, mówili w ten sposób: „Nie było tak źle. Pensja była nie za wysoka, ale resztę się dokradło”. Pod względem etnicznym to obszar podobny do archidiecezji wrocławskiej. Ludzie są tam bardzo otwarci, ale musieli znaleźć się w tym nowym kontekście i zbudować sobie nowy dom i ojczyznę. Poza tym jest tam piękny krajobraz, wiele jezior. Na wiosnę to wszystko wygląda jak raj. Pod tym względem diecezja ta zostawiła we mnie miłe wspomnienia.

– A jakie wyzwania przed Księdzem Arcybiskupem stawiała archidiecezja wrocławska?

– To była diametralnie różna sytuacja. Choć spektrum etnograficzne było podobne, to z drugiej strony wymagania były o wiele większe, bo na Dolnym Śląsku jest np. wiele uczelni wyższych. Wrocław, którzy od 1990 roku rzeczywiście się odbudowywał, z każdym dniem robił się coraz piękniejszy. W mieście dużo się działo: imprezy, inauguracje roku akademickiego, a także dużo innych kulturalnych sympozjów itd. Byłem proszony na te spotkania i zawsze trzeba było kilka słów powiedzieć, a słuchacze są tu wymagający. Poza tym nowe parafie, prężne, dynamicznie się rozwijające, nowe zjawiska w parafiach, to wszytko wymagało coraz większego zaangażowania, większej pracy, refleksji.

– Od kilku lat jest Ksiądz Arcybiskup seniorem. Czy to jest czas odpoczynku?

– Piszę dzienniki, w tej chwili opisuję okres mojej posługi we Wrocławiu. I sam się dziwię, jak ja dałem radę. W ciągu dnia trzy posługi w trzech różnych miejscach i wszędzie trzeba było być przygotowanym. Okres emerytury jest zdecydowanie spokojniejszy. Jeżdżę na bierzmowania, włączam się w różne posługi diecezjalne, bardzo często jestem na pogrzebach księży. Mam więcej czasu na lekturę i modlitwę. Wcześniej nie mogłem zdążyć przeczytać prasy, a co dopiero wziąć do ręki książki, która wymaga cierpliwości i wytrwałości. Ale w tej chwili mogę sobie na to pozwolić.

– Bardzo dziękuję za rozmowę, a z okazji tego pięknego jubileuszu życzymy Księdzu Arcybiskupowi Bożego błogosławieństwa i wielu lat życia w zdrowiu.

– Dziękuję bardzo Pani Redaktor i Współpracownikom i życzę wielu sukcesów.

Tagi:
jubileusz

Ks. dr Leon Czaja: Bycie tutaj to łaska

2018-02-16 17:21

Agnieszka Bugała

Dziś świętujemy 60. rocznicę święceń kapłańskich ks. dr. Leona Czai, wikariusza generalnego, wieloletniego kanclerza Kurii. Z tej okazji przypominamy rozmowę, którą dokładnie 10 lat temu, z okazji złotego jubileuszu kapłaństwa przeprowadziliśmy z Księdzem Jubilatem.

Ks. Rafał Kowalski

Tym, którzy przychodzą do wrocławskiej Kurii, wydaje się, że jest tam od zawsze. W ciszy pełni swe codzienne obowiązki. Ci, którzy go znają, mówią o poczuciu humoru, niezwykłej pamięci do anegdot, drobnych zdarzeń. Minęło 50 lat od chwili, gdy bp Andrzej Wronka wyświęcił go na kapłana. Z ks. dr. Leonem Czają, kanclerzem wrocławskiej Kurii, rozmawia Agnieszka Bugała

Ks. Rafał Kowalski

AGNIESZKA BUGAŁA: - Księże Kanclerzu, dzień święceń to nie był majowy, upalny dzień, ale środek lutego...

KS. DR LEON CZAJA: - Gdy kończyłem studia razem z moim kursem, w maju 1956 r., miałem zaledwie 21 lat i 4 miesiące. Byłem za młody nawet do diakonatu, mogłem go przyjąć dopiero w 1957 r., czyli blisko rok po studiach. Na kapłaństwo musiałem czekać do 1958 r. Przełożeni ustalili, że w najbliższą niedzielę po urodzinach, czyli po 10 lutego, przyjmę święcenia. Po prymicjach w mojej rodzinnej parafii, przy pięknej, surowej zimie, jechałem sankami 20 km do Bochni, aby wsiąść do pociągu i wrócić na wtorkową katechezę. Jako diakon uczyłem, nie mówiąc o tym, że nie jestem kapłanem. Kiedy spytano mnie w szkole jak spędziłem ostatki, powiedziałem, że zupełnie wyjątkowo, bo przyjąłem święcenia kapłańskie. Wywołało to konsternację w nauczycielskim gronie.

- Ale po święceniach nie było dekretu kierującego na parafię...

- Były studia rzymskie w czasie niezwykłym, bo podczas trwania soboru. Gdy wróciłem w 1967 r., zostałem wikariuszem w katedrze do 1970, a potem wszedłem w mury wrocławskiej kurii i jestem tu do dziś, czyli już 38 lat. To zdecydowanie ponad połowa życia. A jeśli do 75 roku życia tu dotrwam, to będę miał 40 lat kurii jak Izraelici pustyni.

- Duchowi mistrzowie?

- Wzrastałem u boku samych mistrzów. Najpierw był kard. Kominek, potem krótko bp Urban, przez 27 lat kard. Gulbinowicz. Bycie tutaj traktuję jako wyjątkową łaskę Pana Boga. Stawiane przez nich wymagania budzą wciąż nową energię, nowe siły.

- Gdzie widzi Ksiądz przekonanie, że kapłaństwo jest tą jedyną drogą?

- Wiele razy o tym myślałem, ale nie znajduję takiego punktu. Jak daleko sięgam w przeszłość, to właściwie nigdy nie wyobrażałem sobie innej drogi, jak tylko taką. Dziecięce, wiejskie zabawy, wielodzietna rodzina - nie chciałem inaczej. Gdy w 1951 r. przyszła matura, a był to rok szczególny, bo zetknęły się wtedy w gimnazjach dwie grupy: ostatni rok przedwojenny i pierwsze owoce powojennej jedenastolatki, w gimnazjum, do którego chodziłem w Bochni przystąpiło 230 osób. Po maturze zgłosiłem się do seminarium w Tarnowie. Przyjechałem, przedstawiłem się, ale okazało się, że rektor nie może mnie przyjąć, bo liczba kandydatów jest zbyt duża. Pozostały dwa wyjścia: albo Łódź, albo Wrocław. W 1951 r. o ziemiach zachodnich mówiło się w kategoriach dzikiego zachodu. Zgłosiłem się pisemnie do obu miast. Po czterech dniach przyszła odpowiedź z Wrocławia: proszę przyjechać. I tak to się rozpoczęło. Rektor Marcinkowski, Litwin, Wilnianin, był moim pierwszym, seminaryjnym mistrzem, a czas był szczególny, bo nie mieliśmy biskupa, aż do 1956 r. doświadczaliśmy głodu pasterza. Na wszystkie święcenia przyjeżdżali biskupi zapraszani z innych diecezji. Wiedzieliśmy, że tego nie przeskoczymy, zresztą, to nie było trwanie w próżni, przełożeni to wszystko dobrze nam tłumaczyli. Kiedy przyszedł kard. Kominek wszystko zaczęło się porządkować. To był czas, kiedy ubecja próbowała kler dzielić, niektórych udało się skaptować do pionu księży patriotów. Kard. Kominek podszedł do nich zupełnie inaczej. Na jednym ze spotkań powiedział: ja wam daję szansę na rehabilitację, znam waszą przeszłość, ale rozpoczynamy nowy odcinek.

- Ekstremalne warunki kapłańskiej formacji...

- Bojowe, ale w sumie nam, ludziom tamtego czasu, tamtego środowiska, było trochę łatwiej stanąć wobec aktualnego dzisiaj problemu lustracji. Kiedy przed dwoma laty „rzucono” się na lustrowanie duchowieństwa, to dla nas było jasne, że ten czy inny nie wytrzymał próby czasu, próby dziejów i trzeba podjąć próbę ukształtowania sobie postawy wobec tego, że wyłamał się z jedności. Tej specyficznej nauki udzielił nam kard. Kominek właśnie wtedy.

- Największy wpływ na kształtowanie kapłaństwa?

- Ludzie niezłomni. Do 1956 r. władze wygrały wszystko, co można było na tym terenie wygrać wobec Stolicy Apostolskiej. Zmusiły wikariusza kapitulnego wrocławskiego ks. Lagosza, żeby duchowieństwo poparło protest do Stolicy Apostolskiej. Większość z przełożonych i wykładowców seminaryjnych odmówiło udziału w proteście. W konsekwencji zostali zwolnieni z pracy i przeniesieni na parafie. Ale ci, którzy zajęli ich miejsce, byli ludźmi bez reszty oddanymi Kościołowi oraz nam, alumnom. Tworzyli klimat szczególny, wyjątkowy, podtrzymujący w nas entuzjazm i zapał. Mój rocznik był tym, który całą formację przeszedł w czasach ks. Lagosza. I przez następne lata nikt z tego rocznika nie wykruszył się z kapłańskiego stanu. To wydaje się niemożliwe, bo rzeczywistość naprawdę była trudna. Kiedy jechaliśmy do parafii naszego pochodzenia, księża przecież orientowali się, kto kieruje Kościołem we Wrocławiu. Byliśmy dyskredytowani z natury rzeczy. Mówiono, że pracujemy na medale dla swego ordynariusza, ks. Lagosza.

- W tym trudnym czasie przychodzili kapłani tacy, jak ks. Zienkiewicz...

- Ks. Zienkiewicz przyszedł na stanowisko rektora na fali czystek, kiedy rektor Marcinowski nie podpisał kolejnego protestu. Korzystałem z jego duchowego kierownictwa aż do momentu święceń, bo przecież jeszcze w 1958 r. ks. Zienkiewicz był rektorem seminarium.

Gdy wróciłem ze studiów, on był duszpasterzem akademickim, spotykałem go codziennie w stołówce. To był człowiek niebywałej prawości, niebywałej kultury ducha. Umiał nas podtrzymać w sytuacjach napiętych. Nie wygłaszał słów pustych, wszystkie płynęły z najgłębszych pokładów jego duszy. Człowiek modlitwy. Pod pewnym względem widziałbym analogię między Zienkiewiczem a późniejszym Janem Pawłem II.

- A spotkania z Janem Pawłem II?

- Najbardziej utkwiło mi to pierwsze, zresztą była to pierwsza jego wizyta we Wrocławiu, niedługo po tym, jak został krakowskim sufraganem. Bp Kominek zaprosił go na rekolekcje dla kapłanów. Informacje poszły w teren, zgłosiło się ponad 180 kapłanów, więc seminarium było wypełnione całkowicie. Ja byłem przydzielony bp Latuskowi do pomocy, stąd moja tam obecność. Wieczorem przychodzi Kominek do seminarium i mówi: Ja rozpocznę rekolekcje, bo Wojtyła się spóźnia i pewnie dziś też się spóźni. Rekolekcje się zaczęły. Przychodzi na portiernię młody człowiek, odziany w pelerynę z materiału imitującego koc i mówi: Przyjechałem na rekolekcje. Czy ksiądz jest zgłoszony? - pytam. Nie, ja się nie zgłosiłem. To będzie problem, bo seminarium mamy w stu procentach zajęte. A co się stało? - pyta zdziwiony. Bp Wojtyła ma prowadzić rekolekcje i przyjechało ponad 180 księży. A cóż to takiego Wojtyła? - mówi. Nie znam, odpowiadam, ale tak wygląda sytuacja. To mamy wrócić do domu? - pyta. A z daleka ksiądz przyjechał? Tak wyglądała nasza rozmowa. I oczywiście przy prośbie o podanie imienia i nazwiska usłyszałem Karol Wojtyła. To było pierwsze spotkanie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

#AdopcjaJestOK – odpowiedź internautów na okładkę „Wysokich Obcasów”

2018-02-20 17:25

pgo / Warszawa (KAI)

Kobiecie, która stoi pod ścianą, której wydaje się - bo tak mówi ojciec dziecka albo sytuacja życiowa - że jest sama i ma tylko jedno wyjście, chcemy powiedzieć przez tę inicjatywę, że ma wybór i nie jest sama - powiedziała KAI Natalia Białobrzeska z „Drużyny B”. Wraz z męże zainicjowała ona akcję #AdopcjaJestOK. To odpowiedź na okładkę weekendowego dodatku do "Gazety Wyborczej" „Wysokie Obcasy”.

Tomsickova/fotolia.com

W zeszły weekend na okładce „Wysokich Obcasów” pojawiły się 3 kobiety na różowym tle w koszulkach z napisem „Aborcja jest ok” oraz podpisem „Aborcyjny Dream Team”. Na okładce napisano również „Nie jesteś sama. 1 z 3 twoich znajomych miała aborcję”.

Odpowiedzią internautów jest inicjatywa #AdopcjaJestOK zainicjowana przez Natalię i Macieja Białobrzeskich z „Drużyny B”. Hasztag promuje zdjęcie przypominające okładkę „Wysokich Obcasów”, na którym na różowym tle znajduje się kobieta w koszulce z napisem „Adopcja jest ok”. Towarzyszy mu hasło „Oddając swoje dziecko do adopcji, dajesz mu życie po raz drugi”.

Białobrzeska zwraca również uwagę na to, że na koszulce WO dymek z hasłem „aborcja jest OK” wychodzi z krzyczących ust, umiejscowionych na brzuchu. - Nasz dymek z hasłem „adopcja jest OK” wychodzi z serca. To bardzo mocno ukierunkowuje nasze intencje i adresatów – podkreśla.

- Nie chcieliśmy robić z tej grafiki, ani aktualnie mówić o niej, jak o jakiejś zorganizowanej „akcji”. To nasza odpowiedź, na naszym fanpage'u „Drużyna B” – mówi w rozmowie z KAI Białobrzeska. Strona prowadzona jest przez małżeństwo z trójką dzieci – jednym w drodze.

- Mieliśmy - jak się okazało - dobre przeczucie, że zmiana dwój liter w wyrazie „aBoRcja”, zmieni kontekst dyskusji. Że zwróci uwagę na pozytywne wspieranie kobiet, którego tak bardzo brakuje nam w Polsce. Na inną retorykę. Na przesunięcie akcentów. Nie chcieliśmy wchodzić w przepychanki na argumenty z okładką WO. Takich odpowiedzi jest cała masa w internecie. Mamy nieco inną wrażliwość – zaznacza Białobrzeska.

Jak podkreśliła, podjęcie decyzji o donoszeniu ciąży, urodzeniu i powierzeniu swojego dziecka innej rodzinie, wcale nie jest łatwe. – To niewyobrażalnie trudna decyzja. Bo procedury, bo niedomagania w funkcjonowaniu instytucji, które taką mamę powinny objąć całkowitą opieką – prawną, psychologiczną, medyczną, materialną - na czas ciąży i po niej, bo emocje, bo rodzina, z którą trzeba się skonfrontować i społeczeństwo, które stygmatyzuje. Ale mimo to: nadal jest to jedna z najbezpieczniejszych dróg, dla niej i dla tego nowego istnienia. Wybór, w którym nie ma niczego poza miłością – podkreśla.

Aby wesprzeć inicjatywę można m.in. udostępnić zdjęcie w mediach społecznościowych z hasztagiem #AdopcjaJestOK. – Można również dodać swój komentarz ze słowem wsparcia dla tych kobiet, którym dzisiaj świat zwalił się na głowę. Bo mają naście lat i „wpadły”, bo dowiedziały się, że ich nienarodzone dziecko jest chore, a one ledwo wiążą koniec z końcem – mówi Białobrzeska.

Białobrzeska zaznacza, że chodzi o realne osoby, z realnymi problemami, którym realnie możemy pomóc. - Możemy podlinkować w opisie stronę fundacji, która pomaga młodym mamom, adres, pod którym zjadą pomoc, możemy zaoferować własne wsparcie. Czasami wystarczy napisać: „jeśli mnie czytasz i czujesz się samotna, napisz do mnie”. Ludzie potrzebują ludzi. Kiedy nie są sami odzyskują wiarę w siebie i siły i nadzieję. A przecież tego potrzeba mamom, które bardziej czują się brzemienne, niż błogosławione – dodaje.

- Kobiecie, która stoi pod ścianą, której wydaje się - bo tak mówi ojciec dziecka albo sytuacja życiowa - że jest sama i ma tylko jedno wyjście, chcemy powiedzieć przez tę inicjatywę, że ma wybór i nie jest sama – podkreśla Białobrzeska.

Adopcję jako alternatywę dla aborcji wskazało również Prezydium Konferencji Episkopatu Polski 8 listopada 2017 roku w apelu w sprawie ochrony prawa do życia od poczęcia do naturalnej śmierci.

„Kościół katolicki w Polsce stale wspiera rodziny w trudnych sytuacjach życiowych. Jeśli rodzice – pomimo dostępnej pomocy psychologicznej, medycznej i materialnej – nie zdecydują się na wychowywanie dziecka, zawsze mogą przekazać je do adopcji, tym bardziej, że tak wiele rodzin jest gotowych z otwartym sercem przyjąć je i otoczyć swoją opieką. Zabijanie dzieci nigdy nie powinno mieć miejsca. Zamiast aborcji – adopcja!” – czytamy w apelu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Felicjanki wspaniałe

2018-02-21 22:06

Ks. Robert Nęcek

Życie Sióstr Felicjanek doskonale wpisuje się w służbę społeczeństwu polskiemu, a realizacja papieskiego przesłania o miłości społecznej wyraża się w trosce o maluczkich. W ten sposób „miłość – według Franciszka – jest miarą wiary, a wiara jest duszą miłości”. Ich pracę wyznaczają: dom dla bezdomnych, rodzinne domy dla seniorów, zaangażowanie w ochronę porzuconych dzieci i troska o dzieci chore.

Arch.

Dom dla bezdomnych przy ul. Smoleńsk w Krakowie

Niezwykle ważnym wydarzeniem w działalności Sióstr Felicjanek było podjęcie współpracy z Ojcami Kapucynami i uruchomienie w roku 2013 ośrodka pomocy bezdomnym przy ul. Smoleńsk. Dzieło to staje się istotnym wkładem w pomoc biednym i bezdomnym. Szacuje się, że w Krakowie przebywa rocznie od 2 do 3 tysięcy bezdomnych. W nowym budynku osoby ubogie i bezdomne mogą skorzystać z kompleksowej pomocy, między innymi z łaźni, jadłodajni, ambulatorium medycznego, doradztwa psychologicznego i zawodowego. Nowoczesny budynek ma 2,5 tys. m2. Całkowity koszt budowy i wyposażenia Dzieła to ponad 15 mln zł, które w całości zostało sfinansowane z wpływów z 1% podatku. Obydwie redakcje podkreślają fakt, że nowoczesny obiekt przy ul. Smoleńsk znajduje się na działce należącej do Sióstr Felicjanek. W piwnicy budynku znajduje się łaźnia dla bezdomnych, samoobsługowa pralnia i magazyn odzieży. W łaźni jest pięć kabin prysznicowych, w tym jedna przystosowana dla potrzeb osób niepełnosprawnych, brodziki do mycia nóg i umywalki z lustrami. Każda osoba korzystająca z łaźni dostaje ręcznik, zestaw środków do mycia i czyste ubranie. Na parterze umieszczona została jadłodajnia z nowoczesnym zapleczem kuchennym. Ciepły posiłek będzie mogło tu zjeść codziennie ponad 300 osób. To kontynuacja działalności Kuchni Społecznej siostry Samueli, którą od 140 lat prowadzi Zgromadzenie Sióstr Felicjanek. Opisany przez prasę fakt otwarcia ośrodka dla bezdomnych nie tylko zyskał uznanie w świecie medialnym i w społeczeństwie, ale nade wszystko jest promocją chrześcijańskiej antropologii, doskonale wpisuje się w nauczanie społeczne papieża Franciszka i jest wyraźnym otwarciem się na peryferie ludzkiego życia.

Sposób życia sióstr jest stylem zapraszającym, a zaproszenie – według Franciszka – posiada trzy cechy: bezinteresowność, rozmach i powszechność. Dlatego zaproszeni to „ludzie zwykli, ubodzy, opuszczeni i pozbawieni środków do życia, a nawet dobrzy i źli – również źli są zaproszeni – bez różnicy. I sale zapełniają «wykluczeni». Ewangelia odrzucona przez kogoś znajduje nieoczekiwane przyjęcie w wielu innych sercach”.

Rodzinne domy dla seniorów

Papież Franciszek, zachęcając do angażowania się w pomoc bliźnim, podkreślił, że „Ewangelia nie jest workiem ołowiu, który trzeba mozolnie wlec, lecz źródłem radości, która napełnia Bogiem serce i skłania je do służenia braciom!”. To właśnie w tym duchu Siostry Felicjanki podjęły dzieło tworzenia kameralnych domów pomocy społecznej.

Pierwszy dom rodzinny dla seniorów prowadzony przez felicjanki powstał w 2008 r. przy ul. Dziewiarzy. Niby wszystko jest takie proste, ale w tej prostocie panuje solidarność i radość. Cztery kobiety mieszkają w dwuosobowych pokojach. Siostry sprzątają, piorą, pomagają w załatwianiu spraw urzędowych, robią zakupy odzieży i leków, a także gotują dla swoich podopiecznych zgodnie z zaleceniami lekarza. Tego typu domy stanowią coraz mocniejszą alternatywę dla wielkich placówek. Fachowcy są pewni, że jest to o wiele lepsza forma opieki nad samotnymi emerytami. Taki sposób posługiwania jest stylem Ewangelii. W tym duchu właśnie Franciszek zauważył, że „trzeba doceniać zalety, być blisko i uczestniczyć w cierpieniach ostatnich i najbardziej potrzebujących; wyrażać wdzięczność wszystkim”.

Zaangażowanie w ochronę porzuconych dzieci i troska o dzieci chore

Papież Franciszek opiekę nad dziećmi porzuconymi i niepełnosprawnymi nazwał charyzmatem. Na audiencji generalnej zapytał zgromadzone wspólnoty chrześcijańskie o ten charyzmat – „czy żyję nim wielkodusznie, wykorzystując go w służbie wszystkich, czy też go zaniedbuję i o nim zapominam?”. Na papieskie pytanie Siostry Felicjanki już dawno odpowiedziały, co więcej w Szczecinie, 14 stycznia 2009 r. w kościele św. Krzyża w zamożnej dzielnicy Pogodno zaopiekowały się porzuconym na klęczniku konfesjonału niemowlakiem, a 30 marca 2009 r. w Nowym Sączu otworzyły przy ul. Długosza 53 „okno życia” imieniem bł. s. Marii Angeli Truszkowskiej. Siostra Irenea – zaznaczyła, że dziecko było cieplutkie i zadbane, ale na wszelki wypadek zostało również ochrzczone. Imię Piotr nadał mu sam proboszcz, a chrzestnymi zostali wyruszający w pierwszy patrol: policjantka i policjant. Dziełem Sióstr jest „okno życia” będące miejscem, w którym z różnych przyczyn można zostawić nowonarodzone dziecko. Głównym pomysłodawcą „okna” w Polsce jest kardynał Stanisław Dziwisz. To właśnie metropolita krakowski przypomniał, że „okno życia” jest wyraźną aktualizacją „tu i teraz miłości, której człowiek potrzebuje”. Jednocześnie nie jest ono szczytem duszpasterskich marzeń, gdyż trudno porzucanie dzieci nazwać wiosną chrześcijaństwa. Dodatkowo idea „okna” uświadamia, że kobieta nigdy nie posunęłaby się do takich kroków, gdyby swój egzamin z ojcostwa zdał mężczyzna. Okno” nie jest więc rozwiązaniem sprawy, lecz zwróceniem uwagi na problem dzieci niechcianych i porzucanych w XXI wieku.

Warto również zauważyć pozytywny obraz pracy Felicjanek w Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym w Krakowie. Należy podkreślić, że jest to jedyny w Polsce od ponad 50 lat sztab specjalistów, zajmujący się terapią zaburzeń mowy u dzieci z afazją. Afazja jest całkowitą lub częściową utratą zdolności posługiwania się językiem, a wynika z uszkodzenia niektórych struktur mózgowia i śródmózgowia. Jakże pięknie brzmi w tej perspektywie zdanie wypowiedziane przez bł. Marię Angelę Truszkowską – „pragnę mieć tę miłość bezwyjątkową, ogólną, bo szczególnie na mnie robią wrażenia te słowa św. Pawła, że był wszystkim dla wszystkich”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem