Reklama

„Byłem sparaliżowany przez 10 miesięcy”

2017-09-27 10:10

Z o. Markiem Krupą OFMConv rozmawia Krzysztof Tadej, dziennikarz TVP
Niedziela Ogólnopolska 40/2017, str. 22-23

Krzysztof Tadej
O. Marek Krupa OFMConv z mamą

Krzysztof Tadej: – Dramat zaczął się 16 maja 2011 r.

O. Marek Krupa OFMConv: – To był 22. rok mojej pracy misyjnej w Boliwii. W tym dniu trafiłem do szpitala w Santa Cruz z wysoką gorączką, silnymi bólami głowy, mięśni i stawów. Kilka dni wcześniej poczułem się bardzo źle. Pojawiły się jakieś dziwne zmiany w organizmie. Nie miałem np. ochoty, żeby cokolwiek zjeść. W szpitalu lekarze stwierdzili, że jestem chory na dengę – wirusową chorobę tropikalną przenoszoną przez komary. Może ona powodować gwałtowny spadek odporności organizmu – uaktywniają się wtedy inne choroby. Tak było w moim przypadku.

– Nastąpiło to bardzo szybko, już 2 dni później...

– Symboliczna data – 18 maja, czyli dzień urodzin Jana Pawła II – ale to uświadomiłem sobie dopiero później... W tym dniu przewróciłem się na korytarzu w szpitalu. I od tego momentu już nie mogłem chodzić. W moim organizmie rozwinęła się inna choroba – zespół Guillaina-Barrégo.

– Choroba atakująca układ nerwowy, która nieraz prowadzi do śmierci.

– Zaczęło się od paraliżu nóg. Jeszcze w tym dniu, na wózku, pojechałem do szpitalnej kaplicy odprawić Mszę św. Później paraliż zaczął obejmować całe ciało. Stopniowo, każdego dnia. W końcu miałem sparaliżowane niemal wszystkie mięśnie – rąk, nóg, twarzy. Miałem nawet sparaliżowane powieki.

– Powieki?!

– Tak, nie mogłem zamknąć powiek przez 3 miesiące. Patrzyłem w jeden punkt. Po jakimś czasie lekarze zaczęli mi na noc zakładać czarną opaskę na oczy. Całe szczęście, że normalnie pracowały serce, płuca i mózg. Byłem świadomy tego, co się dzieje.

– Wtedy życie Ojca zmieniło się całkowicie...

– Radykalnie, nagle. Z pozycji stojącej na leżącą. Byłem zupełnie sparaliżowany przez 10 miesięcy. Leżałem na łóżku i czułem się jak więzień w swoim ciele. Nie mogłem zrobić nic, nie mogłem samodzielnie jeść. Zresztą przez pierwsze miesiące dostawałem tylko kroplówki. Bardzo chudłem. Przed chorobą ważyłem 89 kg, a później w którymś momencie – zaledwie 42 kg. Gdy spojrzałem na swoje ręce, zobaczyłem, że były to tylko skóra i kości.

– Czas w szpitalu jakby się zatrzymał.

– Dobre określenie. Nigdzie już nie musiałem się spieszyć, bo nie mogłem. A zanim tam trafiłem, byłem przecież proboszczem dużej parafii. Na jej terenie mieszka 60 tys. ludzi, jest kilka kaplic w promieniu 30 km. Prowadziłem takie życie, jakie prowadzi się w placówkach misyjnych, czyli ciągle w biegu. Nie było czasu na odpoczynek. Wstawało się bardzo wcześnie rano, a padało ze zmęczenia w nocy. W ciągu dnia odprawiałem kilka Mszy św. Spowiadałem, prowadziłem katechezy, grupy modlitewne – do dzisiaj mamy ich bardzo dużo: Rycerstwo Niepokalanej, Legiony Maryi, grupy franciszkańskie, Żywy Różaniec, grupa modlitewna niepełnosprawnych... Kończyłem jedno zadanie i natychmiast zaczynałem następne. W ciągu dnia przychodzili też ludzie ze swoimi problemami, chcieli porozmawiać, poradzić się. Posiłki jadłem „w locie”, bo w parafii ciągle coś się działo.

– Gdy nastąpił całkowity paraliż ciała, był Ojciec załamany?

– Nie, bo od początku miałem pomoc duchową. Każdego dnia do szpitala przychodzili kapłani i odprawiali Mszę św. Kładli stułę na łóżku, na którym leżałem, i łączyłem się z nimi w koncelebrze. Na początku prawie nie mogłem mówić. Nie mogłem też spożywać pokarmów, więc dawali mi prawie niewidoczny okruszek Komunii św. Po każdej Mszy św. dostawałem jakiejś niesamowitej siły. Nieraz mówię, że to była najlepsza „kroplówka”. Niezwykle ważny był również malutki obrazek od sióstr sercanek, ze zdjęciem Jana Pawła II i relikwią – kropelką krwi. Siostry dostały go w Krakowie od kard. Stanisława Dziwisza. Patrzyłem w ciągu dnia na ten obrazek, a jak przychodził jeden ze współbraci, to odmawialiśmy modlitwę do Jana Pawła II, która znajdowała się na odwrocie obrazka. Wtedy uświadomiłem sobie, że paraliż nastapił 18 maja, czyli w dzień urodzin Papieża. Dlatego modliłem się o pomoc za jego wstawiennictwem. Myślę, że dzięki Mszy św. i modlitwom nigdy nie nastąpiło u mnie całkowite załamanie psychiczne. To mnie uratowało, bo przecież nie ma tak mocnych ludzi na świecie, którzy spokojnie wytrzymaliby taką sytuację.

– Bał się Ojciec śmierci?

– Wiedziałem, że niektórzy chorzy mający zespół Guillaina-Barrégo umierają, inni zostawali do końca życia na wózku. Ja podchodziłem do tego ze spokojem. Gdy rozmawiałem ze współbraćmi, mówiłem, żeby pozałatwiali wszystkie sprawy związane z moim odejściem. A oni odpowiadali krótko: „Musisz przeżyć i wrócić!”.

– Czy pojawiły się pytania: „Dlaczego ja? Dlaczego mnie to spotkało?”...

– Tak nie pytałem, ale gdy się modliłem, mówiłem do Boga: „Niech się dzieje, co Ty chcesz. Jeżeli mam odejść, to przygotuj mnie do tego momentu, a jeżeli mam wrócić, to daj mi cierpliwość”. Oddałem się w ręce Jezusa Miłosiernego. Nie wiedziałem, czy będę żył, a jeśli tak – czy będę sprawny, czy nie. Nikt z lekarzy nie potrafił powiedzieć, jak to się skończy. Gdybym nie był cierpliwy, to pojawiłaby się złość wobec świata i ludzi.

– Podobno przed szpitalem ustawiały się ogromne kolejki ludzi, bo każdy chciał Ojca odwiedzić?

– Lekarze musieli ograniczyć czas tych wizyt do godziny, bo tak wielu było parafian! Ludzie chcieli się pomodlić ze mną, niektórzy opowiadali o swoich problemach, inni przychodzili z ciekawości. Najbardziej wzruszające były wizyty dzieci. Kiedyś przyniosły zawiniątko. Powiedziały, że to dla mnie na leki, bo chcą, żebym wyzdrowiał. Po ich wyjściu zobaczyłem, że są tam drobne pieniążki – w przeliczeniu 20, 50 groszy. I to był najpiękniejszy prezent. Dzieci zrezygnowały ze swoich oszczędności, które dostawały od rodziców na ciastko czy coś do picia, i oddały je mnie. Podczas odwiedzin zauważyłem, jak bardzo wyostrzyły się moje zmysły. Szczególnie słuch i węch. Byłem w stanie usłyszeć to, co ktoś mówił 50 m dalej. Nieraz lekarze wychodzili z mojego pokoju i szli na koniec korytarza. Drzwi nie były domknięte i słyszałem, jak o mnie rozmawiali. Mówili na początku, że nie wiedzą, jaka to choroba i czy z tego wyjdę. A przez węch omal się nie udusiłem. Jak ktoś przychodził, a wcześniej używał dość mocnych perfum, to nie mogłem oddychać. Inni, stojący obok takiej osoby, prawie nic nie czuli, a ja miałem te zapachy spotęgowane. Moja choroba to historia pięknych gestów solidarności. Znajomi dowiedzieli się o mojej chorobie w różnych częściach świata i zaczęli organizować koncerty charytatywne, np. w rodzinnym Przeworsku koncert „Zagrajmy dla Marka”. Te działania pomogły mi przetrwać. Wiedziałem, że nie jestem sam.

– Przez 10 miesięcy był Ojciec sparaliżowany, a później nastąpił powrót do zdrowia. Przez kolejnych 6 miesięcy poruszał się Ojciec na wózku, a przez następne pół roku o kulach.

– Kiedy poczułem się lepiej, rozpoczęła się walka. Każdego dnia. Na początku starałem się wykonywać małe ruchy palcami, ręką. Potem próbowałem siadać, ale wytrzymywałem zaledwie 5 minut. Uczyłem się też wymawiać poszczególne słowa.

– Po roku przyjechał Ojciec do Polski.

– Wróciłem na wózku akurat w Wielki Czwartek. Po Wielkim Tygodniu ponownie zaczęła się rehabilitacja. Stopniowo powracałem do zdrowia. Śladem po chorobie jest mniej sprawna prawa noga. Ale innych dolegliwości nie odczuwam.

– Jak ta choroba zmieniła Ojca? Jak wpłynęła na myślenie o życiu, ludziach?

– Myślę, że inaczej patrzę na ludzi. Jak jestem z kimś, to zapominam o innych rzeczach. Chcę poświęcać czas tylko konkretnej osobie, z którą rozmawiam, a nie myśleć, jakich dziesięć następnych spraw muszę załatwić. Zrozumiałem, że przyjście kogoś do zakrystii to może być jedyna szansa, żeby porozmawiać z tą osobą o Bogu czy pomóc jej rozwiązać jakiś problem. Zawsze znajduję na to czas, bo przecież ten człowiek może już więcej nie wrócić. Mam inne podejście do chorych. Wielu ludzi nie rozumie potrzeb osób ciężko chorych. Nie wiedzą, jak z nimi postępować. Boją się okazywać emocje i dotykać chorych. Poza przypadkami chorób zakaźnych wiem, że nie należy się bać. Ten chory i cierpiący na łóżku człowiek reaguje na bodźce tak jak my. Czeka na każde dobro, które możemy wyrazić na różne sposoby. Często rozmawiam z chorymi. Pytają: Jak mam znieść cierpienie, ten krzyż w moim życiu?

– Co Ojciec wtedy odpowiada?

– Mówię, że potrzebna jest głęboka relacja z Panem Bogiem. Otwarcie się na Niego i zgoda na Jego plan w naszym życiu. Zachęcam do modlitwy. Ona dodaje sił i wzbudza nadzieję. Bez tej nadziei można się załamać. Często też opowiadam o swoich przeżyciach. W najbardziej krytycznym momencie, gdy byłem najbardziej sparaliżowany, odczuwałem, że nie jestem sam. Czułem się, jakbym był w rękach Boga. Ważne są oczywiście lekarstwa, proces leczenia, ale gdy wykorzystujemy sferę duchową, to – moim zdaniem – wznosimy się na inny poziom. Ten okres chorowania był dla mnie również jakimś oczyszczeniem – z zaniedbań, grzechów, podejścia do życia. Gdy leżałem, godzinami myślałem o ludziach, których spotkałem, o wszystkich sytuacjach, o tym, co zrobiłem źle. Patrzyłem też na to, co dzieje się wokół mnie. I na nikim się nie zawiodłem. Zobaczyłem, jak ludzie potrafią być dobrzy i pomocni. Jedna z osób – Boliwijczyk James Oliveira od razu zgłosił się, żeby być moim opiekunem. Miał ponad 60 lat, był bardzo biedny, żył w skrajnie trudnych warunkach. Był mi bardzo pomocny, ponieważ po 3 miesiącach pobytu w szpitalu zostałem przeniesiony do celi w klasztorze. Lekarze i pielęgniarki przychodzili na wizyty, ale przecież nie mogli być ze mną przez cały czas. A on pozostawał i bardzo mi pomagał. Bezinteresownie. Nigdy nie wziął żadnych pieniędzy. Pytany, dlaczego to robi, odpowiadał: „Misjonarz ofiarował swoje życie, przyjeżdżając do nas, to ja chcę ofiarować mój czas, gdy on tego potrzebuje”.

– Jakie są teraz jego losy?

– Namówiłem go, żeby rozpoczął studia i został u nas diakonem stałym. Okazało się, że nie ma matury, ale poradził sobie z tym, ucząc się zaocznie. I rozpoczął studia, mając ponad 60 lat!

– Gdy Ojciec w Polsce całkowicie wyzdrowiał, to zaskoczył wszystkich swoją decyzją. Powiedział: Teraz wracam do Boliwii.

– Wróciłem do tej samej parafii w Santa Cruz. Tam, gdzie byłem proboszczem przed chorobą. Teraz jestem wikarym. Oprócz mnie jest tylko 2 kapłanów, Boliwijczyków, a parafia liczy już ponad 60 tys. ludzi! Dlaczego wróciłem? Jestem związany z Boliwią. Mam 55 lat i połowę życia spędziłem w tym kraju. To, co przeżyłem, pogłębiło moje relacje z ludźmi. Wiele razy dziękowałem Bogu za odzyskane zdrowie, ale też za wiernych, którzy nie opuścili mnie w najtrudniejszych momentach. Jak mógłbym do nich nie wrócić?!

Jeśli ktoś chciałby pomóc w działalności duszpasterskiej o. Marka Krupy OFMConv w Boliwii, może to zrobić, kontaktując się z franciszkańską Fundacją Brat Słońce, ul. Hetmana Żółkiewskiego 14, 31-539 Kraków, tel./fax +48 12 423 18 98 (od poniedziałku do piątku w godzinach 8.00-16.00). Tam można znaleźć nr konta dla fundacji (z dopiskiem: o. Marek Krupa – Boliwia).

Tagi:
świadectwo uzdrowienie

Mocarz Pokory postscriptum

2018-03-14 11:06

Z Moniką i Marianem Iglarowiczami oraz Mariolą i Marianem Kopackimi rozmawia ks. Zbigniew Suchy
Edycja przemyska 11/2018, str. I

Moje postscriptum zrodziło się z potrzeby Czytelników „Mocarza Pokory”. Tę książkę, która opowiada o życiu bł. ks. Jana Balickiego, rozpocząłem od swoistego aktu wiary mamy i cioci Moniki. Kiedy ogłaszano dekret o heroiczności cnót ks. Balickiego, obie pomyślały o zawierzeniu w jego opiekę chorej dziewczynki. 15 marca minęło 70 lat od śmierci Błogosławionego i z okazji tej rocznicy postanowiłem wrócić do tamtych czasów, by porozmawiać z tą dziewczynką, o której dalsze losy pytają Czytelnicy, oraz z jej bliskimi. Dzisiaj Monika jest już dorosłą kobietą, mężatką i mamą dwójki dzieci. Na rozmowę o tym trudnym, ale niezwykłym czasie dla rodziny zgodzili się ze mną spotkać Mariola i Marian Kopaccy oraz Monika i Piotr Iglarowiczowie.

Archiwum rodzinne
Życie z cudem jest cudowne – Monika i Piotr Iglarowiczowie

Ks. Zbigniew Suchy: – Opowiedzcie, jak zaczęła się Wasza przyjaźń z ks. Balickim. Wiem, że był to dla Was czas trudny.

Mariola Kopacka: – Monika urodziła się z wadą wrodzoną. Bardzo dużo chorowała. Kiedy miała roczek, była w stanie krytycznym. Jeździliśmy po różnych klinikach, lekarzach. Pewnej niedzieli, kiedy został ogłoszony dekret o heroiczności cnót ks. Balickiego, byłyśmy ze szwagierką na Mszy św. w różnych kościołach. Później okazało się, że obie pomyślałyśmy wtedy o tym, żeby Monikę oddać w opiekę ks. Balickiego. Tak się zaczęła nasza codzienna modlitwa do niego, która trwa po dziś dzień.

– Jak długo trwała ta walka o zdrowie Moniki?

– Przez dwa lata. Monika cierpiała na zwężenie dróg żółciowych. Dopiero kiedy miała trzy lata, można było przeprowadzić konieczną operację. Trwała ona bardzo długo, ale przebiegła pomyślnie. Pani doktor, do której poszłam z kwiatami, żeby jej podziękować za trud operacji, powiedziała, żeby te kwiaty zanieść do kościoła, bo ona zrobiła co mogła, a reszta jest w rękach Boga. Po tym zabiegu wszystko się trochę wyciszyło, ale dolegliwości dalej trwały. Kiedy Monika miała 12 lat, pojawiła się u niej torbiel w okolicy trzustki. Modliliśmy się wtedy podczas Mszy św. za wstawiennictwem ks. Balickiego o zdrowie dla niej. Ksiądz, który udzielił jej wtedy sakramentu chorych, zadał jej pytanie, czego ona by chciała najbardziej. Odpowiedziała: „Już nigdy więcej nie leżeć w szpitalu”.

– Sama jesteś pielęgniarką. Czy miałaś takie przekonanie, że tym najbardziej skutecznym „chirurgiem” okaże się ks. Balicki?

– Były chwile zwątpień, ale nigdy nie wypuściłam nadziei z jego ręki. Monika miała wyznaczony kolejny zabieg. Wszystko było już przygotowane, wyznaczony był termin operacji. Monika czekała na przyjęcie do szpitala. Wtedy otrzymaliśmy telefon, że nie mogą ją przyjąć w oznaczonym terminie, bo na oddziale nie ma miejsc. Czekając na kolejny termin, zrobiliśmy dodatkowo kolejne badania. Kiedy po raz kolejny pojechaliśmy do szpitala, pokazałam lekarzowi wyniki tych badań. Stwierdził, że możemy wracać do domu, bo zabieg nie jest potrzebny. Bo torbiel zniknęła, po prostu jej nie ma. Wszystko się cofnęło i teraz jest zupełnie zdrowa. Od tego czasu Monika była w szpitalu tylko dwa razy, kiedy przychodziły na świat jej dzieci – Paweł i Mateusz.

– Marianie, jak Ty to wszystko przeżywałeś? Mężczyźni mają chyba w sobie trochę więcej nieufności i sceptycyzmu. Jak przyjąłeś tę informację, że trzeba zacząć się zaprzyjaźniać z tym szczególnym lekarzem?

Marian Kopacki: – Przyjąłem to od początku z wiarą w Bożą Opatrzność. Kiedy uczestniczyłem we Mszy św. w intencji Moniki, wierzyłem, że wszystko będzie dobrze, a badania potwierdziły, że tak właśnie się stało.

– Moniko, kiedy jako dwunastoletnia dziewczynka przygotowywałaś się do operacji, były to dla Ciebie z pewnością ciężkie chwile.

Monika Iglarowicz: – Tak, byłam już wtedy całkiem świadoma sytuacji. Dzięki rodzicom zaczęłam się modlić do ks. Balickiego. Co roku byliśmy na jego grobie i tak jest do dzisiaj.

– Piotrze, nie każdy mężczyzna ma szczęście przebywać na co dzień z żyjącym cudem. Jaki wpływ mają te wydarzenia sprzed lat na Wasze życie dzisiaj?

Piotr Iglarowicz: – Monika jest pełna wiary, a codzienna modlitwa ją umacnia i myślę, że umacnia nas wszystkich. Ja także opieram się na wstawiennictwie bł. ks. Balickiego. Wiara Moniki w jego opiekę, w to, że jemu zawdzięcza zdrowie i życie, daje mi pewność, że tak rzeczywiście jest i że on będzie przy nas zawsze.

– Ks. Balicki jest w pewnym sensie Waszym domownikiem. Czy odczuwacie to na co dzień? Czy zwracacie się do niego w trudnych momentach?

– Tak. Czujemy, że on jest obecny z nami cały czas.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Trudności ateistów z podejściem do Całunu Turyńskiego

2018-07-19 08:45

(KAI/vaticannews) / Liverpool/Turyn

Specjaliści od medycyny sądowej z Liverpoolu stwierdzili, że na Całunie Turyńskim jest za dużo śladów krwi. Zdaniem znawców zagadnienia są to słabe argumenty, tym bardziej że nie analizowano samych śladów, lecz przeprowadzono jedynie symulacje na manekinach. Problem z tym niezwykłym kawałkiem płótna mają przede wszystkim niewierzący i krzewiciele ateizmu, a nie katolicy, dla których prawdziwość bądź fałszywość tej relikwii w niczym nie zmieni ich wiary. Ale jeśli Całun jest autentyczny, to trudno podważyć prawdziwość historycznych wydarzeń dotyczących Jezusa z Nazaretu, łącznie z Jego zmartwychwstaniem.

Graziako
Wizerunek Jezusa z Całunu Turyńskiego

W ten sposób włoska badaczka prof. Emanuela Marinelli, cytując kard. Giacomo Biffiego (1928-2015), skomentowała w Radiu Watykańskim kolejne sensacje na temat Całunu Turyńskiego. Jej zdaniem, tylko w ten sposób można wytłumaczyć łatwowierność i otwarcie niektórych środowisk na wszystko, co mogłoby podważyć autentyczność Całunu.

Uczona podkreśliła, że przedstawione 16 lipca dowody liverpoolskich specjalistów medycyny sądowej są bardzo słabe. Twierdzą oni bowiem, że na Całunie jest za dużo śladów krwi. Przyznają, że niektóre znajdują się na właściwym miejscu, inne zaś nie, w związku z czym wysuwają wniosek, że musiały zostać domalowane. Prof. Marinelli zaznaczyła, że dobrze zna te badania, bo przedstawiono je już przed 4 laty, ale dopiero teraz udało się je opublikować.

Według naukowców angielskich, przykładem śladów nieprawdziwych jest plama odpowiadająca ranie w boku Jezusa – powiedziała prof. Marinelli, dodając, że chodzi o wielką plamę krwi na Całunie w miejscu, gdzie Jezus został przebity włócznią. Tymczasem specjaliści z Liverpoolu nie nawiązują do poważnych badań, przeprowadzonych 40 lat temu, gdy prowadzono doświadczenia na ciałach ludzi, którzy - podobnie jak Jezus - zmarli na zawał serca. "Oni wzięli plastykowy manekin, taki jak w sklepie z odzieżą, nadziali na kij gąbkę z krwią i patrzyli, jak rozchodzi się krew po uderzeniu w bok manekina. Stwierdzili, że spływa ona inaczej niż na Całunie, stąd wysunęli wniosek o fałszywości Całunu. Przecież to niepoważne. To nie są poważne badania naukowe. Te zdjęcia z manekinem budzą tylko śmiech” - stwierdziła z mocą włoska uczona.

Przypomniała, że od kilkudziesięciu lat czynione są wielkie starania, by podważyć autentyczność Całunu. Inwestuje się w to wielkie pieniądze. Poważnym skandalem pozostaje też do dzisiaj sposób, w jaki przeprowadzono badania na datowanie płótna metodą radiowęglową, gdyż nie zachowano podstawowych kryteriów badań archeologicznych. Rozmówczyni rozgłośni papieskiej zwróciła uwagę, że próbkę do analizy pobrano z miejsca, najbardziej wystawionego na kontakt ze światem zewnętrznym, co - jak dobrze wiadomo - mogło wpłynąć na wynik badań.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 5/6 2018

"Ślub pełen miłości" – nowy projekt Szlachetnej Paczki

2018-07-19 21:06

led / Kraków (KAI)

„Ślub pełen miłości” to nowy projekt, w ramach którego państwo młodzi wspierają działalność i rozwój Szlachetnej Paczki i Akademii Przyszłości. W ramach tej inicjatywy mogą też liczyć na pomoc opiekuna, który pomoże im zorganizować ślubną kwestę.

jill111/pixabay.com

- Sakrament małżeństwa to dzieło łaski, a moment jego zawarcia – zarówno dla narzeczonych jak i ich rodzin – jedna z najważniejszych chwil w życiu. Coraz więcej par dba o to, by podkreślić to nie tylko przez wystawną ceremonię, ale przez nadanie jej dodatkowego, szlachetnego wymiaru. To z myślą o nich powstała ta wyjątkowa inicjatywa - podkreśla Maria Szajny ze Stowarzyszenia Wiosna.

- „Ślub pełen miłości” jest to ogólnopolska akcja ślubna, w której państwo młodzi proszą gości o przyniesienie zamiast kwiatów datków na wsparcie działalności Szlachetnej Paczki i Akademii Przyszłości. Dzięki niej pieniądze zebrane podczas ślubu mogą wesprzeć szczytny cel – dodaje.

Pary, które zdecydują się wziąć udział w projekcie, otrzymują pełne wsparcie opiekuna w tym, by zorganizować ślubną kwestę. - Przed ślubem narzeczeni dostają specjalnie przygotowane skarbonki w wersji eleganckiej lub nieco bardziej „szalonej”, komiksowej oraz bileciki dla gości informujące o przedsięwzięciu, które można dołączyć do ślubnych zaproszeń – zaznacza Maria Szajny.

Aby zgłosić się do projektu należy wypełnić formularz na stronie www.slubpelenmilosci.pl i poczekać na kontakt opiekuna. Pieniądze zebrane podczas Ślubu Pełnego Miłości wesprą działalność i rozwój Szlachetnej Paczki i Akademii Przyszłości.

Akcję Szlachetna Paczka organizuje od 2001 roku krakowskie Stowarzyszenie Wiosna. W pierwszej edycji projektu grupa studentów z duszpasterstwa akademickiego w Krakowie kierowana przez ks. Jacka Stryczka obdarowała 30 ubogich rodzin. Obecnie jest już wydarzeniem o zasięgu ogólnopolskim. Projekt ten inspiruje społeczeństwo do pomocy potrzebującym. Akcja co roku łączy tysiące osób potrzebujących pomocy oraz darczyńców i wolontariuszy.

W pomoc co roku angażują się ludzie świata polityki i kultury. W tym roku wśród darczyńców znaleźli się m.in. Para Prezydencka. W pomoc włączyli się również piłkarze reprezentacji Polski, narodowa drużyna skoczków narciarskich oraz złoci medaliści olimpijscy, a także policjanci, strażacy, wojsko, szkoły i uniwersytety. W ramach tegorocznego finału akcji wolontariusze przekazali pomoc do ponad 20 tys. rodzin, a łączna wartość pomocy wyniosła prawie 54 mln zł.

Z kolei Akademia Przyszłości pomaga dzieciom z trudnościami w nauce, często z niezamożnych rodzin. W roku szkolnym 2017/18 odbyła się już XV edycja projektu, a udział w niej wzięło ponad 2200 dzieci z całej Polski.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem