Reklama

„Byłem sparaliżowany przez 10 miesięcy”

2017-09-27 10:10

Z o. Markiem Krupą OFMConv rozmawia Krzysztof Tadej, dziennikarz TVP
Niedziela Ogólnopolska 40/2017, str. 22-23

Krzysztof Tadej
O. Marek Krupa OFMConv z mamą

Krzysztof Tadej: – Dramat zaczął się 16 maja 2011 r.

O. Marek Krupa OFMConv: – To był 22. rok mojej pracy misyjnej w Boliwii. W tym dniu trafiłem do szpitala w Santa Cruz z wysoką gorączką, silnymi bólami głowy, mięśni i stawów. Kilka dni wcześniej poczułem się bardzo źle. Pojawiły się jakieś dziwne zmiany w organizmie. Nie miałem np. ochoty, żeby cokolwiek zjeść. W szpitalu lekarze stwierdzili, że jestem chory na dengę – wirusową chorobę tropikalną przenoszoną przez komary. Może ona powodować gwałtowny spadek odporności organizmu – uaktywniają się wtedy inne choroby. Tak było w moim przypadku.

– Nastąpiło to bardzo szybko, już 2 dni później...

– Symboliczna data – 18 maja, czyli dzień urodzin Jana Pawła II – ale to uświadomiłem sobie dopiero później... W tym dniu przewróciłem się na korytarzu w szpitalu. I od tego momentu już nie mogłem chodzić. W moim organizmie rozwinęła się inna choroba – zespół Guillaina-Barrégo.

– Choroba atakująca układ nerwowy, która nieraz prowadzi do śmierci.

– Zaczęło się od paraliżu nóg. Jeszcze w tym dniu, na wózku, pojechałem do szpitalnej kaplicy odprawić Mszę św. Później paraliż zaczął obejmować całe ciało. Stopniowo, każdego dnia. W końcu miałem sparaliżowane niemal wszystkie mięśnie – rąk, nóg, twarzy. Miałem nawet sparaliżowane powieki.

– Powieki?!

– Tak, nie mogłem zamknąć powiek przez 3 miesiące. Patrzyłem w jeden punkt. Po jakimś czasie lekarze zaczęli mi na noc zakładać czarną opaskę na oczy. Całe szczęście, że normalnie pracowały serce, płuca i mózg. Byłem świadomy tego, co się dzieje.

– Wtedy życie Ojca zmieniło się całkowicie...

– Radykalnie, nagle. Z pozycji stojącej na leżącą. Byłem zupełnie sparaliżowany przez 10 miesięcy. Leżałem na łóżku i czułem się jak więzień w swoim ciele. Nie mogłem zrobić nic, nie mogłem samodzielnie jeść. Zresztą przez pierwsze miesiące dostawałem tylko kroplówki. Bardzo chudłem. Przed chorobą ważyłem 89 kg, a później w którymś momencie – zaledwie 42 kg. Gdy spojrzałem na swoje ręce, zobaczyłem, że były to tylko skóra i kości.

– Czas w szpitalu jakby się zatrzymał.

– Dobre określenie. Nigdzie już nie musiałem się spieszyć, bo nie mogłem. A zanim tam trafiłem, byłem przecież proboszczem dużej parafii. Na jej terenie mieszka 60 tys. ludzi, jest kilka kaplic w promieniu 30 km. Prowadziłem takie życie, jakie prowadzi się w placówkach misyjnych, czyli ciągle w biegu. Nie było czasu na odpoczynek. Wstawało się bardzo wcześnie rano, a padało ze zmęczenia w nocy. W ciągu dnia odprawiałem kilka Mszy św. Spowiadałem, prowadziłem katechezy, grupy modlitewne – do dzisiaj mamy ich bardzo dużo: Rycerstwo Niepokalanej, Legiony Maryi, grupy franciszkańskie, Żywy Różaniec, grupa modlitewna niepełnosprawnych... Kończyłem jedno zadanie i natychmiast zaczynałem następne. W ciągu dnia przychodzili też ludzie ze swoimi problemami, chcieli porozmawiać, poradzić się. Posiłki jadłem „w locie”, bo w parafii ciągle coś się działo.

– Gdy nastąpił całkowity paraliż ciała, był Ojciec załamany?

– Nie, bo od początku miałem pomoc duchową. Każdego dnia do szpitala przychodzili kapłani i odprawiali Mszę św. Kładli stułę na łóżku, na którym leżałem, i łączyłem się z nimi w koncelebrze. Na początku prawie nie mogłem mówić. Nie mogłem też spożywać pokarmów, więc dawali mi prawie niewidoczny okruszek Komunii św. Po każdej Mszy św. dostawałem jakiejś niesamowitej siły. Nieraz mówię, że to była najlepsza „kroplówka”. Niezwykle ważny był również malutki obrazek od sióstr sercanek, ze zdjęciem Jana Pawła II i relikwią – kropelką krwi. Siostry dostały go w Krakowie od kard. Stanisława Dziwisza. Patrzyłem w ciągu dnia na ten obrazek, a jak przychodził jeden ze współbraci, to odmawialiśmy modlitwę do Jana Pawła II, która znajdowała się na odwrocie obrazka. Wtedy uświadomiłem sobie, że paraliż nastapił 18 maja, czyli w dzień urodzin Papieża. Dlatego modliłem się o pomoc za jego wstawiennictwem. Myślę, że dzięki Mszy św. i modlitwom nigdy nie nastąpiło u mnie całkowite załamanie psychiczne. To mnie uratowało, bo przecież nie ma tak mocnych ludzi na świecie, którzy spokojnie wytrzymaliby taką sytuację.

– Bał się Ojciec śmierci?

– Wiedziałem, że niektórzy chorzy mający zespół Guillaina-Barrégo umierają, inni zostawali do końca życia na wózku. Ja podchodziłem do tego ze spokojem. Gdy rozmawiałem ze współbraćmi, mówiłem, żeby pozałatwiali wszystkie sprawy związane z moim odejściem. A oni odpowiadali krótko: „Musisz przeżyć i wrócić!”.

– Czy pojawiły się pytania: „Dlaczego ja? Dlaczego mnie to spotkało?”...

– Tak nie pytałem, ale gdy się modliłem, mówiłem do Boga: „Niech się dzieje, co Ty chcesz. Jeżeli mam odejść, to przygotuj mnie do tego momentu, a jeżeli mam wrócić, to daj mi cierpliwość”. Oddałem się w ręce Jezusa Miłosiernego. Nie wiedziałem, czy będę żył, a jeśli tak – czy będę sprawny, czy nie. Nikt z lekarzy nie potrafił powiedzieć, jak to się skończy. Gdybym nie był cierpliwy, to pojawiłaby się złość wobec świata i ludzi.

– Podobno przed szpitalem ustawiały się ogromne kolejki ludzi, bo każdy chciał Ojca odwiedzić?

– Lekarze musieli ograniczyć czas tych wizyt do godziny, bo tak wielu było parafian! Ludzie chcieli się pomodlić ze mną, niektórzy opowiadali o swoich problemach, inni przychodzili z ciekawości. Najbardziej wzruszające były wizyty dzieci. Kiedyś przyniosły zawiniątko. Powiedziały, że to dla mnie na leki, bo chcą, żebym wyzdrowiał. Po ich wyjściu zobaczyłem, że są tam drobne pieniążki – w przeliczeniu 20, 50 groszy. I to był najpiękniejszy prezent. Dzieci zrezygnowały ze swoich oszczędności, które dostawały od rodziców na ciastko czy coś do picia, i oddały je mnie. Podczas odwiedzin zauważyłem, jak bardzo wyostrzyły się moje zmysły. Szczególnie słuch i węch. Byłem w stanie usłyszeć to, co ktoś mówił 50 m dalej. Nieraz lekarze wychodzili z mojego pokoju i szli na koniec korytarza. Drzwi nie były domknięte i słyszałem, jak o mnie rozmawiali. Mówili na początku, że nie wiedzą, jaka to choroba i czy z tego wyjdę. A przez węch omal się nie udusiłem. Jak ktoś przychodził, a wcześniej używał dość mocnych perfum, to nie mogłem oddychać. Inni, stojący obok takiej osoby, prawie nic nie czuli, a ja miałem te zapachy spotęgowane. Moja choroba to historia pięknych gestów solidarności. Znajomi dowiedzieli się o mojej chorobie w różnych częściach świata i zaczęli organizować koncerty charytatywne, np. w rodzinnym Przeworsku koncert „Zagrajmy dla Marka”. Te działania pomogły mi przetrwać. Wiedziałem, że nie jestem sam.

– Przez 10 miesięcy był Ojciec sparaliżowany, a później nastąpił powrót do zdrowia. Przez kolejnych 6 miesięcy poruszał się Ojciec na wózku, a przez następne pół roku o kulach.

– Kiedy poczułem się lepiej, rozpoczęła się walka. Każdego dnia. Na początku starałem się wykonywać małe ruchy palcami, ręką. Potem próbowałem siadać, ale wytrzymywałem zaledwie 5 minut. Uczyłem się też wymawiać poszczególne słowa.

– Po roku przyjechał Ojciec do Polski.

– Wróciłem na wózku akurat w Wielki Czwartek. Po Wielkim Tygodniu ponownie zaczęła się rehabilitacja. Stopniowo powracałem do zdrowia. Śladem po chorobie jest mniej sprawna prawa noga. Ale innych dolegliwości nie odczuwam.

– Jak ta choroba zmieniła Ojca? Jak wpłynęła na myślenie o życiu, ludziach?

– Myślę, że inaczej patrzę na ludzi. Jak jestem z kimś, to zapominam o innych rzeczach. Chcę poświęcać czas tylko konkretnej osobie, z którą rozmawiam, a nie myśleć, jakich dziesięć następnych spraw muszę załatwić. Zrozumiałem, że przyjście kogoś do zakrystii to może być jedyna szansa, żeby porozmawiać z tą osobą o Bogu czy pomóc jej rozwiązać jakiś problem. Zawsze znajduję na to czas, bo przecież ten człowiek może już więcej nie wrócić. Mam inne podejście do chorych. Wielu ludzi nie rozumie potrzeb osób ciężko chorych. Nie wiedzą, jak z nimi postępować. Boją się okazywać emocje i dotykać chorych. Poza przypadkami chorób zakaźnych wiem, że nie należy się bać. Ten chory i cierpiący na łóżku człowiek reaguje na bodźce tak jak my. Czeka na każde dobro, które możemy wyrazić na różne sposoby. Często rozmawiam z chorymi. Pytają: Jak mam znieść cierpienie, ten krzyż w moim życiu?

– Co Ojciec wtedy odpowiada?

– Mówię, że potrzebna jest głęboka relacja z Panem Bogiem. Otwarcie się na Niego i zgoda na Jego plan w naszym życiu. Zachęcam do modlitwy. Ona dodaje sił i wzbudza nadzieję. Bez tej nadziei można się załamać. Często też opowiadam o swoich przeżyciach. W najbardziej krytycznym momencie, gdy byłem najbardziej sparaliżowany, odczuwałem, że nie jestem sam. Czułem się, jakbym był w rękach Boga. Ważne są oczywiście lekarstwa, proces leczenia, ale gdy wykorzystujemy sferę duchową, to – moim zdaniem – wznosimy się na inny poziom. Ten okres chorowania był dla mnie również jakimś oczyszczeniem – z zaniedbań, grzechów, podejścia do życia. Gdy leżałem, godzinami myślałem o ludziach, których spotkałem, o wszystkich sytuacjach, o tym, co zrobiłem źle. Patrzyłem też na to, co dzieje się wokół mnie. I na nikim się nie zawiodłem. Zobaczyłem, jak ludzie potrafią być dobrzy i pomocni. Jedna z osób – Boliwijczyk James Oliveira od razu zgłosił się, żeby być moim opiekunem. Miał ponad 60 lat, był bardzo biedny, żył w skrajnie trudnych warunkach. Był mi bardzo pomocny, ponieważ po 3 miesiącach pobytu w szpitalu zostałem przeniesiony do celi w klasztorze. Lekarze i pielęgniarki przychodzili na wizyty, ale przecież nie mogli być ze mną przez cały czas. A on pozostawał i bardzo mi pomagał. Bezinteresownie. Nigdy nie wziął żadnych pieniędzy. Pytany, dlaczego to robi, odpowiadał: „Misjonarz ofiarował swoje życie, przyjeżdżając do nas, to ja chcę ofiarować mój czas, gdy on tego potrzebuje”.

– Jakie są teraz jego losy?

– Namówiłem go, żeby rozpoczął studia i został u nas diakonem stałym. Okazało się, że nie ma matury, ale poradził sobie z tym, ucząc się zaocznie. I rozpoczął studia, mając ponad 60 lat!

– Gdy Ojciec w Polsce całkowicie wyzdrowiał, to zaskoczył wszystkich swoją decyzją. Powiedział: Teraz wracam do Boliwii.

– Wróciłem do tej samej parafii w Santa Cruz. Tam, gdzie byłem proboszczem przed chorobą. Teraz jestem wikarym. Oprócz mnie jest tylko 2 kapłanów, Boliwijczyków, a parafia liczy już ponad 60 tys. ludzi! Dlaczego wróciłem? Jestem związany z Boliwią. Mam 55 lat i połowę życia spędziłem w tym kraju. To, co przeżyłem, pogłębiło moje relacje z ludźmi. Wiele razy dziękowałem Bogu za odzyskane zdrowie, ale też za wiernych, którzy nie opuścili mnie w najtrudniejszych momentach. Jak mógłbym do nich nie wrócić?!

Jeśli ktoś chciałby pomóc w działalności duszpasterskiej o. Marka Krupy OFMConv w Boliwii, może to zrobić, kontaktując się z franciszkańską Fundacją Brat Słońce, ul. Hetmana Żółkiewskiego 14, 31-539 Kraków, tel./fax +48 12 423 18 98 (od poniedziałku do piątku w godzinach 8.00-16.00). Tam można znaleźć nr konta dla fundacji (z dopiskiem: o. Marek Krupa – Boliwia).

Tagi:
świadectwo uzdrowienie

Bp Czaja wyjaśnia: nie ma czegoś takiego jak „Msza z modlitwą o uzdrowienie”

2019-04-10 18:22

tk, mp, bp kep / Warszawa (KAI)

Nie ma czegoś takiego jak Msza św. z modlitwą o uzdrowienie – stwierdził w rozmowie z KAI bp Andrzej Czaja. Przewodniczący Komisji Nauki Wiary KEP był gościem obrad wyższych przełożonych żeńskich zgromadzeń zakonnych, która obraduje w Warszawie. Biskup opolski mówił m.in. o pozytywnych i negatywnych wpływach tzw. pentekostalizacji na życie Kościoła w Polsce.

Eliza Bartkiewicz/episkopat.pl

Hierarcha zapowiedział wydanie dokumentu poświęconego kryteriom eklezjalności wspólnot w Kościele.

Już w ub. roku bp Czaja wyjaśniał w jednym z wywiadów, że pentekostalizmem nazywa się ruch religijny, który zrodził się na początku XX wieku w Stanach Zjednoczonych, w nurcie ewangelikalnego protestantyzmu. Ruch ten przyznaje centralne miejsce wydarzeniu Pięćdziesiątnicy, tajemnicy wylania Ducha Świętego na apostołów zgromadzonych w Jerozolimie. Stąd nazwa: „ruch zielonoświątkowy” – tłumaczył biskup opolski.

Dziś o zjawisku pentekostalizacji bp Czaja mówił w Warszawie podczas Konferencji Wyższych Przełożonych Żeńskich Zgromadzeń Zakonnych. W rozmowie z KAI wyjaśniał, że zjawisko to w świecie teologii zachodniej oznacza bardziej dzieło odnowy życia duchowego w Kościele na bazie nowego doświadczenia obecności i działania Ducha Świętego.

Biskup opolski zaznaczył, że pentekostalizacja może mieć także dobry wpływ na Kościół katolicki. Wspomniał tu o mocnym akcentowaniu osobistej relacji z Jezusem, otwarcia na działanie Ducha Świętego czy nacisk na teologię słowa Bożego.

Natomiast obawy co do wpływów ruchów pentakostalnych wynikają z obecnego tam przesadnego akcentowania doświadczenia religijnego konkretnego lidera prowadzącego grupę. Jest to niekiedy źródłem przedmiotowego potraktowania słowa Bożego. „Czasami używa się słowa Bożego dla potwierdzenia prawdziwości mojego przeżycia religijnego, a z tego przeżycia robi się normę postępowania własnego lub całej wspólnoty” – wyjaśniał biskup.

Zdaniem bp. Czai, kładąc akcent na doświadczenie osobiste, ruchy pentakostalne lekceważą tradycję i refleksję teologiczną na rzecz tego, co się przeżywa, a więc emocji. To z kolei powoduje wyłączenie zdrowego rozsądku i refleksji nad przeżywaniem swojej wiary. „W konsekwencji mamy takie różne zjawiska jak tarzanie się po podłodze czy inne dziwne zachowania” – wskazuje biskup, przywołując zjawisko określane jako „Toronto Blessing” [„Błogosławieństwo z Toronto” – nabożeństwa, które pojawiło się na początku 1994 r. w jednym ze zborów zielonoświątkowych w Kanadzie. W trakcie modlitwy uczestnicy tracili przytomność, padali na ziemię, wpadali w euforyczne stany itp. – przyp. KAI]. Bp Czaja zapowiedział, że kierowana przezeń Komisja wyda notę na ten temat.

Próbując wyjaśnić popularność ruchów pentakostalnych bp Czaja ocenił, że zachęcają one ofertą szczęścia, przebaczenia, zdrowia. Z tego właśnie wynika, jego zdaniem, popularność modlitw o uzdrowienie, uwolnienie itd. „To, co mnie niepokoi, to próby wplatania w liturgię Mszy św. - której kształt Kościół dokładnie określa – jakichś dodatkowych modlitw czy rytuałów. Tak, jakby sama Msza św. nie wystarczała – zwraca uwagę bp Czaja. – W ten sposób deprecjonuje się wartość sakramentów, a jednocześnie podważa skuteczność ich działania, a wprowadza się jakieś „sakramentalia” czy różne inne ryty - dodaje, wspominając także zakazaną przez episkopat tzw. „spowiedź furtkową”.

Pytany o ocenę tzw. Mszy św. z modlitwą o uzdrowienie z punktu widzenia nauki wiary bp Czaja stwierdził, że praktyki różnych tego rodzaju nabożeństw a nawet Mszy są niepokojące. Przypomniał, że w 2000 r. Kongregacja Nauki Wiary wydała instrukcję na temat modlitwy o uzdrowienie pt. "Ardens felicitatis desiderium", która te sprawy porządkuje.

„Nie ma czegoś takiego jak Msza św. z modlitwa o uzdrowienie. Każda Msza jest bowiem więcej niż uzdrowieniem – jest zbawcza, jest zbawieniem. Elementem zbawienia jest uzdrowienie – oczywiście wszystko według woli Bożej” – tłumaczy bp Czaja. Precyzuje następnie, że dopuszczalne są nabożeństwa – które także mają określona strukturę – czy modlitwa o uzdrowienie po Mszy św. „Natomiast psychomanipulacją jest ogłaszanie podczas Mszy czy nabożeństw o uzdrowienie, że oto w tej chwili Pan Bóg uzdrawia tego czy innego, konkretnego uczestnika takiej modlitwy” – podkreślił biskup opolski dodając, że „ogłasza się uzdrowienia, a nikt tego nie weryfikuje”.

Zdaniem hierarchy u podstaw, czy w tle tego typu działań, widać niebezpieczną tendencję do „robienia” chrześcijaństwa i sprowadzania go na poziom terapii, albo zaspokajania podstawowych ludzkich pragnień i potrzeb: zdrowia, szczęścia, przebaczenia.

Bp Czaja zapowiedział, że Komisja Nauki Wiary, we współpracy z Zespołem ds. Nowej Ewangelizacji, opracuje dokument poświęcony kryteriom eklezjalności wspólnot w Kościele.

Trzydniowe spotkanie Konferencji Wyższych Przełożonych Żeńskich Zgromadzeń w Polsce rozpoczęło się w Warszawie wczoraj. Mszy św. inaugurującej obrady przewodniczył abp. Salvatore Pennacchio, nuncjusz apostolski w Polsce.

Pierwszego dnia siostry spotkały się z bp. Arturem Mizińskim, sekretarzem generalnym Konferencji Episkopatu Polski, który przedstawił aktualne sprawy Kościoła w Polsce. W środę zaś siostry wysłuchały bp. Andrzeja Czai, przewodniczącego Komisji Nauki Wiary KEP, który mówił m.in. o pentekostalizacji.

Jutro siostry wysłuchają wykładu bp. Jacka Kicińskiego, przewodniczącego Komisji KEP ds. Życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń Życia Apostolskiego. Będzie on mówił o nadziejach i wyzwaniach życia konsekrowanego. Zaplanowano też wystąpienie ks. Piotra Kroczka, Kościelnego Inspektora Danych Osobowych.

Obradom przewodniczy matka Maksymilla Pliszka, służebniczka BDNP, przewodnicząca Konferencji.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Papieskie orędzie „Urbi et orbi”: bądźmy budowniczymi mostów, a nie murów

2019-04-21 13:00

tł. st (KAI) / Watykan

Bądźmy budowniczymi mostów, a nie murów - zaapelował papież Franciszek w wielkanocnym orędziu „Urbi et orbi”. Wygłosił je w południe ze środkowego balkonu bazyliki św. Piotra w Watykanie.

AP

Drodzy bracia i siostry, dobrych Świąt Paschalnych!

Dzisiaj Kościół ponawia przepowiadanie pierwszych uczniów: „Jezus zmartwychwstał!”. I z ust do ust, z serca do serca rozbrzmiewa zachęta do uwielbienia: „Alleluja! ... Alleluja!”. W ten poranek wielkanocny będący odwieczną młodością Kościoła i całej ludzkości, pragnę przekazać każdemu z was pierwsze słowa niedawnej adhortacji apostolskiej poświęconej w szczególności młodzieży:

„Chrystus żyje. On jest naszą nadzieją, jest najpiękniejszą młodością tego świata. Wszystko, czego dotknie, staje się młode, staje się nowe, napełnia się życiem. Tak więc pierwsze słowa, które pragnę skierować do każdego z młodych chrześcijan, brzmią: On żyje i chce, abyś żył! On jest w tobie, jest z tobą i nigdy cię nie opuszcza. Niezależnie od tego, jak bardzo byś się oddalił, Zmartwychwstały jest obok ciebie, wzywa cię i czeka na ciebie, abyś zaczął od nowa. Kiedy czujesz się stary z powodu smutku, urazów, lęków, wątpliwości lub porażek, On będzie przy tobie, aby na nowo dać ci siłę i nadzieję” („Christus vivit”, 1-2).

Drodzy bracia i siostry, to orędzie jest skierowane zarówno do każdej osoby, jak i do świata. Zmartwychwstanie Chrystusa jest początkiem nowego życia dla każdego mężczyzny i każdej kobiety, ponieważ prawdziwa odnowa zawsze zaczyna się od serca, od sumienia. Ale Wielkanoc jest także początkiem nowego świata, wyzwolonego z niewoli grzechu i śmierci: świata ostatecznie otwartego na królestwo Boże, królestwo miłości, pokoju i braterstwa.

Chrystus żyje i trwa z nami. Ukazuje On światło swojego oblicza Zmartwychwstałego i nie opuszcza tych, którzy przeżywają trudne doświadczenia, cierpienie i żałobę. Niech On, Żyjący będzie nadzieją dla umiłowanego narodu syryjskiego, ofiary przeciągającego się konfliktu, grożącego nam, że będziemy coraz bardziej zrezygnowani, a nawet obojętni. Nadeszła natomiast chwila, by ponowić starania o rozwiązanie polityczne, które odpowiadałoby słusznym dążeniom do wolności, pokoju i sprawiedliwości, które zmierzyło by się z kryzysem humanitarnym i sprzyjało bezpiecznemu powrotowi osób wysiedlonych, a także tych, które schroniły się w krajach sąsiadujących, zwłaszcza w Libanie i w Jordanii.

Wielkanoc prowadzi nas do skierowania spojrzenia na Bliski Wschód, rozdarty nieustannymi podziałami i napięciami. Niech chrześcijanie w tym regionie nie przestają być z cierpliwą wytrwałością świadkami zmartwychwstałego Pana i zwycięstwa życia nad śmiercią. Szczególną myśl kieruję do mieszkańców Jemenu, a zwłaszcza do dzieci, wyczerpanych głodem i wojną. Niech światło wielkanocne oświeci wszystkich rządzących oraz narody Bliskiego Wschodu, począwszy od Izraelczyków i Palestyńczyków, i pobudzi ich do ulżenia wielu cierpieniom oraz dążenia ku przyszłości pokoju i stabilności.

Niech broń przestanie zraszać krwią Libię, gdzie w minionych tygodniach ponownie umierają bezbronne osoby, a wiele rodzin jest zmuszonych do opuszczenia swoich domów. Zachęcam zaangażowane strony, by wybrały dialog, a nie prześladowanie, unikając ponownego otwarcia ran dekady konfliktów i niestabilności politycznej.

Niech żyjący Chrystus obdarza swoim pokojem cały umiłowany kontynent afrykański, w którym wciąż powszechne są napięcia społeczne, konflikty a niekiedy brutalne ekstremizmy, pozostawiające niepewność, zniszczenie i śmierć, zwłaszcza w Burkina Faso, Mali, Nigrze, Nigerii i Kamerunie. Moje myśli biegną także ku Sudanowi, który przeżywa niepewną sytuację polityczną. Życzę, aby wszystkie zaangażowane strony mogły tam się wypowiedzieć, a każda podjęła starania, by kraj mógł odnaleźć wolność, rozwój i dobrobyt, do którego dąży od dawna.

Niech Zmartwychwstały Pan prowadzi wysiłki władz cywilnych i religijnych Sudanu Południowego, wsparte owocami rekolekcji, które odbyły się kilka dni temu w Watykanie. Niech w historii kraju otworzy się nowa karta, w której wszystkie siły polityczne, społeczne i religijne aktywnie zaangażują się na rzecz dobra wspólnego i pojednania narodu.

Niech w tę Wielkanoc znajdą pocieszenie mieszkańcy wschodnich regionów Ukrainy, którzy nadal cierpią z powodu ciągle trwającego konfliktu. Niech Pan zachęca do inicjatyw humanitarnych i mających na celu osiągnięcie trwałego pokoju.

Niech radość Zmartwychwstania napełni serca osób na kontynencie amerykańskim, cierpiących z powodu następstw trudnej sytuacji politycznej i gospodarczej. Myślę szczególnie o narodzie wenezuelskim: o wielu ludziach pozbawionych minimalnych warunków niezbędnych do godnego i bezpiecznego życia z powodu kryzysu, który trwa i się pogłębia. Niech Pan da tym, którzy niosą odpowiedzialność polityczną, by starali się o położenie kresu niesprawiedliwościom społecznym, nadużyciom i przemocy oraz podjęli konkretne kroki umożliwiające usunięcie podziałów i zaoferowanie mieszkańcom potrzebnej pomocy.

Niech Zmartwychwstały Pan oświeci wysiłki podejmowane w Nikaragui, aby jak najszybciej znaleźć pokojowe i wynegocjowane porozumienia z korzyścią dla wszystkich Nikaraguańczyków.

Niech w obliczu wielu cierpień naszych czasów Pan życia nie zastanie nas zimnych i obojętnych. Niech nas uczyni budowniczymi mostów, a nie murów. Niech On, który obdarza nas swoim pokojem powstrzyma szczęk broni, zarówno w sytuacjach wojny, jak i w naszych miastach i natchnie przywódców narodów do pracy na rzecz zakończenia wyścigu zbrojeń i niepokojącego rozprzestrzeniania broni, zwłaszcza w krajach najbardziej zaawansowanych gospodarczo. Niech Zmartwychwstały, który otworzył na oścież bramy grobu, otwiera nasze serca na potrzeby cierpiących biedę, bezbronnych, ubogich, bezrobotnych, usuniętych na margines, osób pukających do naszych drzwi w poszukiwaniu chleba, schronienia i uznania swej godności.

Drodzy bracia i siostry, Chrystus żyje! On jest nadzieją i młodością dla każdego z nas i dla całego świata. Pozwólmy się odnowić przez Niego! Dobrych Świąt Paschalnych!

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Fotografia Zmartwychwstałego

2019-04-21 22:17

Agnieszka Bugała

Manoppello, 2014 r. Stoję przed kryształową szybą osłaniającą chustę z wizerunkiem męskiej Twarzy. Srebrny relikwiarz obudowuje tkaninę o wymiarach 17 na 24 cm. Mężczyzna ma brodę, wąski nos ze śladem złamania, spuchnięte policzki, wąskie usta i otwarte oczy. Na szybę pada światło z okna, które mam za plecami a Oblicze przepuszcza światło na wylot. Patrzę na nie i widzę drzwi na końcu kościoła i ludzi w ławkach. Jest widoczny i przeźroczysty jednocześnie, widoczny i znikający, jest i nie jest… Patrzę.

Krzysztof Dudek

„Kiedy się dokładniej przyjrzeć, widać, że skóra wokół ust na policzkach i czole ma intensywnie różowy odcień świeżo zadanych ran. Z szeroko otwartych oczu emanuje niewytłumaczalny spokój. W czarnych punkcikach źrenic włókna wydają się osmolone, jakby wysoka temperatura przypaliła nici” – czytałam u autora „Boskiego Oblicza”. W 1963 r. św. o. Pio powiedział, że „Volto Santo w Manoppello to największy cud, jaki posiadamy”. Wg niemieckich badaczy, s. Blandiny Schlömer oraz o. Heinricha Pfeiffera, Wizerunek z Manoppello i Całun Turyński zapisują oblicze tego samego Człowieka, tyle, że w całunowe płótno owinięto całe ciało Zmarłego, a chusta z Manoppello miała leżeć na głowie Pana, gdy złożono Go w grobie.

A więc stojąc przed szybą mam przed oczami fotografię twarzy Zmartwychwstałego… Nie ma śladu farb, pędzla czy ołówka. Materiał, na której jest odbita Twarz to najdroższa tkanina starożytnego świata, bisior, zwany „złotem morza”. Jego delikatne włókna pochodzą z wnętrza małży, pozwala się farbować, ale nie da się na nim niczego namalować. Jeśli wierzyć badaczom powstał w chwili…powstawania z martwych! Obraz zatrzymał chwilę otwartych już oczu. Kogo widzą?

Wtedy, w Manoppello nie miałam odwagi wyjąć aparatu fotograficznego. Stałam przed Nim zalana łzami. Prześwietlił mnie na wylot i zostawił ślad niepojętej czułości… Od tamtej pory nie rozstaję się Jego Wizerunkiem. Staję przed Nim każdego poranka i każdego wieczoru, przytulam, gdy wali mi się świat, albo nie mam siły na niesienie codziennych krzyży. Jestem pewna, że te Oczy spojrzą na mnie w ostatniej chwili życia po tej stronie. I że rozpoznam Oblicze Wielkanocnego Pana.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem