Reklama

BETEL - Zakupy z sercem - Deribie Mekanene

„Byłem sparaliżowany przez 10 miesięcy”

2017-09-27 10:10

Z o. Markiem Krupą OFMConv rozmawia Krzysztof Tadej, dziennikarz TVP
Niedziela Ogólnopolska 40/2017, str. 22-23

Krzysztof Tadej
O. Marek Krupa OFMConv z mamą

Krzysztof Tadej: – Dramat zaczął się 16 maja 2011 r.

O. Marek Krupa OFMConv: – To był 22. rok mojej pracy misyjnej w Boliwii. W tym dniu trafiłem do szpitala w Santa Cruz z wysoką gorączką, silnymi bólami głowy, mięśni i stawów. Kilka dni wcześniej poczułem się bardzo źle. Pojawiły się jakieś dziwne zmiany w organizmie. Nie miałem np. ochoty, żeby cokolwiek zjeść. W szpitalu lekarze stwierdzili, że jestem chory na dengę – wirusową chorobę tropikalną przenoszoną przez komary. Może ona powodować gwałtowny spadek odporności organizmu – uaktywniają się wtedy inne choroby. Tak było w moim przypadku.

– Nastąpiło to bardzo szybko, już 2 dni później...

– Symboliczna data – 18 maja, czyli dzień urodzin Jana Pawła II – ale to uświadomiłem sobie dopiero później... W tym dniu przewróciłem się na korytarzu w szpitalu. I od tego momentu już nie mogłem chodzić. W moim organizmie rozwinęła się inna choroba – zespół Guillaina-Barrégo.

– Choroba atakująca układ nerwowy, która nieraz prowadzi do śmierci.

– Zaczęło się od paraliżu nóg. Jeszcze w tym dniu, na wózku, pojechałem do szpitalnej kaplicy odprawić Mszę św. Później paraliż zaczął obejmować całe ciało. Stopniowo, każdego dnia. W końcu miałem sparaliżowane niemal wszystkie mięśnie – rąk, nóg, twarzy. Miałem nawet sparaliżowane powieki.

– Powieki?!

– Tak, nie mogłem zamknąć powiek przez 3 miesiące. Patrzyłem w jeden punkt. Po jakimś czasie lekarze zaczęli mi na noc zakładać czarną opaskę na oczy. Całe szczęście, że normalnie pracowały serce, płuca i mózg. Byłem świadomy tego, co się dzieje.

– Wtedy życie Ojca zmieniło się całkowicie...

– Radykalnie, nagle. Z pozycji stojącej na leżącą. Byłem zupełnie sparaliżowany przez 10 miesięcy. Leżałem na łóżku i czułem się jak więzień w swoim ciele. Nie mogłem zrobić nic, nie mogłem samodzielnie jeść. Zresztą przez pierwsze miesiące dostawałem tylko kroplówki. Bardzo chudłem. Przed chorobą ważyłem 89 kg, a później w którymś momencie – zaledwie 42 kg. Gdy spojrzałem na swoje ręce, zobaczyłem, że były to tylko skóra i kości.

– Czas w szpitalu jakby się zatrzymał.

– Dobre określenie. Nigdzie już nie musiałem się spieszyć, bo nie mogłem. A zanim tam trafiłem, byłem przecież proboszczem dużej parafii. Na jej terenie mieszka 60 tys. ludzi, jest kilka kaplic w promieniu 30 km. Prowadziłem takie życie, jakie prowadzi się w placówkach misyjnych, czyli ciągle w biegu. Nie było czasu na odpoczynek. Wstawało się bardzo wcześnie rano, a padało ze zmęczenia w nocy. W ciągu dnia odprawiałem kilka Mszy św. Spowiadałem, prowadziłem katechezy, grupy modlitewne – do dzisiaj mamy ich bardzo dużo: Rycerstwo Niepokalanej, Legiony Maryi, grupy franciszkańskie, Żywy Różaniec, grupa modlitewna niepełnosprawnych... Kończyłem jedno zadanie i natychmiast zaczynałem następne. W ciągu dnia przychodzili też ludzie ze swoimi problemami, chcieli porozmawiać, poradzić się. Posiłki jadłem „w locie”, bo w parafii ciągle coś się działo.

– Gdy nastąpił całkowity paraliż ciała, był Ojciec załamany?

– Nie, bo od początku miałem pomoc duchową. Każdego dnia do szpitala przychodzili kapłani i odprawiali Mszę św. Kładli stułę na łóżku, na którym leżałem, i łączyłem się z nimi w koncelebrze. Na początku prawie nie mogłem mówić. Nie mogłem też spożywać pokarmów, więc dawali mi prawie niewidoczny okruszek Komunii św. Po każdej Mszy św. dostawałem jakiejś niesamowitej siły. Nieraz mówię, że to była najlepsza „kroplówka”. Niezwykle ważny był również malutki obrazek od sióstr sercanek, ze zdjęciem Jana Pawła II i relikwią – kropelką krwi. Siostry dostały go w Krakowie od kard. Stanisława Dziwisza. Patrzyłem w ciągu dnia na ten obrazek, a jak przychodził jeden ze współbraci, to odmawialiśmy modlitwę do Jana Pawła II, która znajdowała się na odwrocie obrazka. Wtedy uświadomiłem sobie, że paraliż nastapił 18 maja, czyli w dzień urodzin Papieża. Dlatego modliłem się o pomoc za jego wstawiennictwem. Myślę, że dzięki Mszy św. i modlitwom nigdy nie nastąpiło u mnie całkowite załamanie psychiczne. To mnie uratowało, bo przecież nie ma tak mocnych ludzi na świecie, którzy spokojnie wytrzymaliby taką sytuację.

– Bał się Ojciec śmierci?

– Wiedziałem, że niektórzy chorzy mający zespół Guillaina-Barrégo umierają, inni zostawali do końca życia na wózku. Ja podchodziłem do tego ze spokojem. Gdy rozmawiałem ze współbraćmi, mówiłem, żeby pozałatwiali wszystkie sprawy związane z moim odejściem. A oni odpowiadali krótko: „Musisz przeżyć i wrócić!”.

– Czy pojawiły się pytania: „Dlaczego ja? Dlaczego mnie to spotkało?”...

– Tak nie pytałem, ale gdy się modliłem, mówiłem do Boga: „Niech się dzieje, co Ty chcesz. Jeżeli mam odejść, to przygotuj mnie do tego momentu, a jeżeli mam wrócić, to daj mi cierpliwość”. Oddałem się w ręce Jezusa Miłosiernego. Nie wiedziałem, czy będę żył, a jeśli tak – czy będę sprawny, czy nie. Nikt z lekarzy nie potrafił powiedzieć, jak to się skończy. Gdybym nie był cierpliwy, to pojawiłaby się złość wobec świata i ludzi.

– Podobno przed szpitalem ustawiały się ogromne kolejki ludzi, bo każdy chciał Ojca odwiedzić?

– Lekarze musieli ograniczyć czas tych wizyt do godziny, bo tak wielu było parafian! Ludzie chcieli się pomodlić ze mną, niektórzy opowiadali o swoich problemach, inni przychodzili z ciekawości. Najbardziej wzruszające były wizyty dzieci. Kiedyś przyniosły zawiniątko. Powiedziały, że to dla mnie na leki, bo chcą, żebym wyzdrowiał. Po ich wyjściu zobaczyłem, że są tam drobne pieniążki – w przeliczeniu 20, 50 groszy. I to był najpiękniejszy prezent. Dzieci zrezygnowały ze swoich oszczędności, które dostawały od rodziców na ciastko czy coś do picia, i oddały je mnie. Podczas odwiedzin zauważyłem, jak bardzo wyostrzyły się moje zmysły. Szczególnie słuch i węch. Byłem w stanie usłyszeć to, co ktoś mówił 50 m dalej. Nieraz lekarze wychodzili z mojego pokoju i szli na koniec korytarza. Drzwi nie były domknięte i słyszałem, jak o mnie rozmawiali. Mówili na początku, że nie wiedzą, jaka to choroba i czy z tego wyjdę. A przez węch omal się nie udusiłem. Jak ktoś przychodził, a wcześniej używał dość mocnych perfum, to nie mogłem oddychać. Inni, stojący obok takiej osoby, prawie nic nie czuli, a ja miałem te zapachy spotęgowane. Moja choroba to historia pięknych gestów solidarności. Znajomi dowiedzieli się o mojej chorobie w różnych częściach świata i zaczęli organizować koncerty charytatywne, np. w rodzinnym Przeworsku koncert „Zagrajmy dla Marka”. Te działania pomogły mi przetrwać. Wiedziałem, że nie jestem sam.

– Przez 10 miesięcy był Ojciec sparaliżowany, a później nastąpił powrót do zdrowia. Przez kolejnych 6 miesięcy poruszał się Ojciec na wózku, a przez następne pół roku o kulach.

– Kiedy poczułem się lepiej, rozpoczęła się walka. Każdego dnia. Na początku starałem się wykonywać małe ruchy palcami, ręką. Potem próbowałem siadać, ale wytrzymywałem zaledwie 5 minut. Uczyłem się też wymawiać poszczególne słowa.

– Po roku przyjechał Ojciec do Polski.

– Wróciłem na wózku akurat w Wielki Czwartek. Po Wielkim Tygodniu ponownie zaczęła się rehabilitacja. Stopniowo powracałem do zdrowia. Śladem po chorobie jest mniej sprawna prawa noga. Ale innych dolegliwości nie odczuwam.

– Jak ta choroba zmieniła Ojca? Jak wpłynęła na myślenie o życiu, ludziach?

– Myślę, że inaczej patrzę na ludzi. Jak jestem z kimś, to zapominam o innych rzeczach. Chcę poświęcać czas tylko konkretnej osobie, z którą rozmawiam, a nie myśleć, jakich dziesięć następnych spraw muszę załatwić. Zrozumiałem, że przyjście kogoś do zakrystii to może być jedyna szansa, żeby porozmawiać z tą osobą o Bogu czy pomóc jej rozwiązać jakiś problem. Zawsze znajduję na to czas, bo przecież ten człowiek może już więcej nie wrócić. Mam inne podejście do chorych. Wielu ludzi nie rozumie potrzeb osób ciężko chorych. Nie wiedzą, jak z nimi postępować. Boją się okazywać emocje i dotykać chorych. Poza przypadkami chorób zakaźnych wiem, że nie należy się bać. Ten chory i cierpiący na łóżku człowiek reaguje na bodźce tak jak my. Czeka na każde dobro, które możemy wyrazić na różne sposoby. Często rozmawiam z chorymi. Pytają: Jak mam znieść cierpienie, ten krzyż w moim życiu?

– Co Ojciec wtedy odpowiada?

– Mówię, że potrzebna jest głęboka relacja z Panem Bogiem. Otwarcie się na Niego i zgoda na Jego plan w naszym życiu. Zachęcam do modlitwy. Ona dodaje sił i wzbudza nadzieję. Bez tej nadziei można się załamać. Często też opowiadam o swoich przeżyciach. W najbardziej krytycznym momencie, gdy byłem najbardziej sparaliżowany, odczuwałem, że nie jestem sam. Czułem się, jakbym był w rękach Boga. Ważne są oczywiście lekarstwa, proces leczenia, ale gdy wykorzystujemy sferę duchową, to – moim zdaniem – wznosimy się na inny poziom. Ten okres chorowania był dla mnie również jakimś oczyszczeniem – z zaniedbań, grzechów, podejścia do życia. Gdy leżałem, godzinami myślałem o ludziach, których spotkałem, o wszystkich sytuacjach, o tym, co zrobiłem źle. Patrzyłem też na to, co dzieje się wokół mnie. I na nikim się nie zawiodłem. Zobaczyłem, jak ludzie potrafią być dobrzy i pomocni. Jedna z osób – Boliwijczyk James Oliveira od razu zgłosił się, żeby być moim opiekunem. Miał ponad 60 lat, był bardzo biedny, żył w skrajnie trudnych warunkach. Był mi bardzo pomocny, ponieważ po 3 miesiącach pobytu w szpitalu zostałem przeniesiony do celi w klasztorze. Lekarze i pielęgniarki przychodzili na wizyty, ale przecież nie mogli być ze mną przez cały czas. A on pozostawał i bardzo mi pomagał. Bezinteresownie. Nigdy nie wziął żadnych pieniędzy. Pytany, dlaczego to robi, odpowiadał: „Misjonarz ofiarował swoje życie, przyjeżdżając do nas, to ja chcę ofiarować mój czas, gdy on tego potrzebuje”.

– Jakie są teraz jego losy?

– Namówiłem go, żeby rozpoczął studia i został u nas diakonem stałym. Okazało się, że nie ma matury, ale poradził sobie z tym, ucząc się zaocznie. I rozpoczął studia, mając ponad 60 lat!

– Gdy Ojciec w Polsce całkowicie wyzdrowiał, to zaskoczył wszystkich swoją decyzją. Powiedział: Teraz wracam do Boliwii.

– Wróciłem do tej samej parafii w Santa Cruz. Tam, gdzie byłem proboszczem przed chorobą. Teraz jestem wikarym. Oprócz mnie jest tylko 2 kapłanów, Boliwijczyków, a parafia liczy już ponad 60 tys. ludzi! Dlaczego wróciłem? Jestem związany z Boliwią. Mam 55 lat i połowę życia spędziłem w tym kraju. To, co przeżyłem, pogłębiło moje relacje z ludźmi. Wiele razy dziękowałem Bogu za odzyskane zdrowie, ale też za wiernych, którzy nie opuścili mnie w najtrudniejszych momentach. Jak mógłbym do nich nie wrócić?!

Jeśli ktoś chciałby pomóc w działalności duszpasterskiej o. Marka Krupy OFMConv w Boliwii, może to zrobić, kontaktując się z franciszkańską Fundacją Brat Słońce, ul. Hetmana Żółkiewskiego 14, 31-539 Kraków, tel./fax +48 12 423 18 98 (od poniedziałku do piątku w godzinach 8.00-16.00). Tam można znaleźć nr konta dla fundacji (z dopiskiem: o. Marek Krupa – Boliwia).

Tagi:
świadectwo uzdrowienie

Dziękuje za cud uzdrowienia

2018-01-31 13:07

o. Stanisław Tomoń/BPJG / mn

Na Jasną Górę przyjeżdża co roku, w dniu uzdrowienia lub w pobliżu tej pamiętnej daty – podziękować za otrzymany cud. Janina Lach została uzdrowiona 28 stycznia 1979 roku. Miała wtedy 27 lat, chorowała na stwardnienie rozsiane, które spowodowało całkowity bezwład obydwu nóg.

Biuro Prasowe Jasnej Góry
Janina Lach

Jak wspomina, przyjechała tamtego dnia na Jasną Górę, bo przyśniła jej się Matka Najświętsza. Nigdy wcześniej nie była na Jasnej Górze i nawet nie wiedziała, gdzie dokładnie znajduje się to miejsce. W czasie modlitwy przed Cudownym Obrazem w Kaplicy Matki Bożej Janina Lach upuściła kule i stanęła na własnych nogach. Zdarzenie jest potwierdzone licznymi świadectwami lekarzy, a także świadków tego uzdrowienia.

„To już 39. raz dziękuję Matce Najświętszej – mówi Janina Lach – Bez łaski Bożej nie poradziłabym sobie, ponieważ mam tutaj przy boku męża z miażdżycą i syna z zanikiem mózgu, trudno by powiedzieć, że nie mam z nimi problemów” – wyznaje.

„Przyjechałam z nimi podziękować i prosić o dalszą opiekę, ponieważ sama bym sobie nie poradziła w tym życiu. Fajnie się żyje, nawet z problemami, ale przytulonym do Pana Boga, bo inaczej to ani, ani” – podkreśla.

Wracając pamięcią do cudownego uzdrowienia pani Janina opowiada: „To był ’79 rok, 28 stycznia, zima okrutna, mróz, śnieg. Chorowałam na stwardnienie rozsiane, w jednej chwili stanęłam na własnych nogach, a nie chodziłam 10 lat. I poczułam, że stoję na nogach i jestem zdrowa. Była tu s. Rafaela Marek, dzięki niej weszłam do zakrystii, bo tak to bym wstała z klęczek i sobie poszła”.

Wtedy Mszę św. odprawiał o. Jerzy Tomziński, on także poczuł, że coś szczególnego wydarzyło się w tym czasie, że jakby Ktoś był na ołtarzu. „Matka Boża tak podziałała łaską na nas wszystkich – stwierdza Janina Lach – I od tej pory chodzę na nogi, nie mam już stwardnienia rozsianego”.

Zdarzenie to odnotował o. Melchior Królik w „Księdze jasnogórskich cudów i łask”. Jako dokumentujący niezwykłe wydarzenia o. Królik potwierdza, że w ciągu ponad 600 lat istnienia Jasnej Góry wielu ludzi doznało za przyczyną Matki Bożej łask, wśród których szczególnymi są uzdrowienia na ciele.

W niedzielę, 28 stycznia, w 39. rocznicę uzdrowienia pani Janina uczestniczyła we Mszy św. przed Cudownym Obrazem Matki Bożej dziękując za otrzymane łaski. Eucharystii przewodniczył o. Dariusz Szuba.

Janina Lach doświadczyła również drugiego uzdrowienia na Jasnej Górze – odzyskała wzrok, który straciła po wypadku w 2005 roku. Doznała wtedy wstrząśnienia z obtłuczeniem mózgu i miała przerwany nerw wzrokowy. I choć widzi, dla okulistów jest nadal osobą niewidomą, gdyż nie potrafią oni naukowo wyjaśnić tego faktu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Zmarł ponad 100-letni żebrak - dobroczyńca kościołów

2018-02-15 18:32

kg (KAI/dveri) / Sofia

W wieku ponad 103 lat zmarł 13 lutego w Sofii Dobri Dobrew – żebrzący dobroczyńca szeregu świątyń w Bułgarii. Żył bardzo skromnie i dużą część swego długiego życia spędził przed wejściem do narodowego soboru bułgarskiego św. Aleksandra Newskiego w stolicy i tam zasłynął z tego, że wszystkie pieniądze, jakie w tym czasie zebrał, przekazywał na potrzeby zarówno tej świątyni, jak i innych cerkwi i klasztorów, a także innych ubogich.

wikipedia.eu
Dobri Dobrew

Dobrew, którego ze względu na podeszły wiek i długą siwą brodę, ludzie nazywali „Diado”, czyli „Dziadunio”, urodził się w niewielkiej podsofijskiej wiosce Bajłowo, z którą był związany do końca życia, nawet wtedy, gdy dojeżdżał do stolicy. Jego ojciec zginął na froncie w czasie I wojny światowej i wychowywała go matka. On sam założył później rodzinę i miał czworo dzieci, z których przeżyło dwoje. W czasie nalotów na Sofię w latach II wojny światowej jeden z pocisków wybuchł koło niego, powodując w nim niemal całkowitą utratę słuchu. Później częściowo go odzyskał, ale pozostał pod tym względem w dużym stopniu niepełnosprawny. Gdy owdowiał i został sam, zaczął żebrać u wejścia do największego soboru bułgarskiego, a czasami także przed innymi stołecznymi cerkwiami.

Wszystkie uzyskane w ten sposób pieniądze przeznaczał na potrzeby cerkwi, m.in. wspomnianej katedry św. Aleksandra Newskiego, ale również cerkwi św. Cyryla i Metodego w swej wiosce rodzinnej i szeregu innych świątyń. Dość szybko ten jego niecodzienny sposób bycia stał się znany nie tylko w stolicy, ale w całym kraju, a nawet poza jego granicami, co zyskało mu wielką popularność i sympatię. Ludzie nie tylko dawali mu pieniądze, ale często prosili o błogosławieństwo i modlitwę.

Łącznie zebrał i podarował ponad 80 tys. lewów (ok. 40 tys. euro): wspomnianej cerkwi w Bajłowie, klasztorowi w Elesznici koło Sofii, świątyni w Kałoferze i innym. W 2009 Dobrew ofiarował soborowi św. Aleksandra Newskiego 35 tys. lewów i jest to największa darowizna, jaką kiedykolwiek obiekt ten otrzymał od osoby prywatnej.

Mieszkał na terenie cerkwi św. Cyryla i Metodego w Bajłowie, skąd codziennie dojeżdżał 20 km do stolicy. Jego postać, popularna także w sieciach społecznościowych, została uwieczniona na graffiti na murze jednego z 10-piętrowych domów sofijskich.

Nieoczekiwana sława, jaką zyskał w całym kraju, bardzo mu ciążyła, prowadził bowiem surowy, wręcz ascetyczny tryb życia i unikał rozgłosu. W 2013 stołeczna agencja prasowa Sofia News Agency przyznała mu nagrodę Człowieka Roku, uzasadniając to następująco: „Jest jeszcze miejsce na miłosierdzie i dobre dzieła”. Bezinteresowna i altruistyczna postawa „Diado” Dobrego była szczególnie znamienna w kraju, w którym korupcja jest zjawiskiem powszechnym i ma głębokie korzenie.

Zmarł w klasztorze w podstołecznych Kremikowcach, skąd jego zwłoki przewieziono do Bajłowa i tam w miejscowej cerkwi zostały wystawione do oddania mu ostatniego hołdu; tam też odbędzie się dzisiaj jego pogrzeb. Wiele osób, które znały Dobrego „Diado”, uważają, że powinien on zostać kanonizowany.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Ks. Mendonҫa: Pragnienie Jezusa musi być bardziej obecne w pulsującym sercu Kościoła

2018-02-18 09:26

RV, st, kg (KAI) / Watykan

Najpilniejszym wyzwaniem współczesnego Kościoła jest, aby zawsze od Chrystusa rozpoczynał i na Chrystusie kończył. On jest siłą, centrum. Kiedy o tym zapominamy, wpadamy w pustkę. Zapominamy o naszym pragnieniu. Pragnienie Jezusa musi być bardziej obecne w pulsującym sercu Kościoła – stwierdził ks. José Tolentino de Mendonça. Ten portugalski kapłan i wicerektor Uniwersytetu Katolickiego w Lizbonie został poproszony o wygłoszenie rekolekcji dla Papieża i Kurii rzymskiej, które w niedzielę 18 lutego br. rozpoczną się w domu rekolekcyjnym paulistów w Aricci pod Rzymem i potrwają do 23 bm.

Graziako

W wywiadzie dla Radia Watykańskiego odpowiedział on na pytanie, dlaczego głównym punktem swoich rozważań uczynił pragnienie. Temat rekolekcji brzmi bowiem: „Pochwała i pragnienie”.

„Cóż mamy innego oprócz pragnienia? To jest podstawowe pytanie. Jesteśmy stworzeniami, które pragną. Nie mamy tylko potrzeb, chcemy się wznieść ponad nie. Z pragnienia rodzi się tęsknota. Musimy wsłuchiwać się w głęboki głos pragnienia ludzkiego, które jest śladem obecności Boga w naszym sercu. Mamy pragnienie, które jest podobne do tego, jakie miał Jezus na krzyżu. Jezus nie prosił o nic, nie mówił: «jest mi źle, nie wyrządzajcie mi tyle cierpienia», powiedział tylko: «pragnę». W tym słowie zawiera się wszystko, co dotyczy Jego ludzkiego oblicza. W pragnieniu mamy możliwość odnalezienia człowieczeństwa takiego, jakim widzi je Bóg” – mówił ks. Mendonҫa.

Portugalski kapłan dodał także, że pragnienie jest formą poznania. Przytoczył słowa amerykańskiej poetki Emily Dickinson, która mówiła, że pragnienie uczy nas drogi wody, a te słowa – zaznaczył, bardzo go przekonują. Przyznał, że w swoich rozważaniach będzie odwoływał się również do innych poetów i pisarzy. Wymienił m.in. Clarice Lispector, Antoine de Saint-Exypéryego, czy włoskiego poetę Tonino Guerrę.

Tegoroczny rekolekcjonista papieski zdradził także, iż w medytacji wprowadzającej skupi się m.in. na temacie zadziwienia. Wybrał to zagadnienie, gdyż, jego zdaniem, współczesny świat nie słucha słowa Bożego, szczególnie tego, co Pan powiedział Abrahamowi. Wyjdź stąd, opuść to miejsce, nie patrz więcej na swoje buty, ale patrz na gwiazdy, daleko. „A to właśnie jest zadziwieniem: iść przekraczając samych siebie. Ono wprowadza w tajemniczą obecność Boga” - zaznaczył ks. Mendonça.

Portugalski kapłan wskazał także na temat peryferii. Stwierdził, że poruszył go w dwóch ujęciach: z jednej strony sam Chrystus był na peryferiach, w swoich czasach nie był znaną osobistością. A z drugiej dzisiejsi chrześcijanie to w większości obywatele peryferii. Oblicze chrześcijaństwa nie jest już czymś głównym, centralnym, zachodnim. Jego obliczem są peryferie – uważa ks. Mendonҫa.

Ks. José Tolentino de Mendonça urodził się 15 grudnia 1965 roku w Machico na Maderze. W 1982 roku podjął studia teologiczno-filozoficzne i w 1990 roku przyjął święcenia kapłańskie. Ukończył biblijne studia specjalistyczne w Rzymie. Po powrocie do ojczyzny podjął pracę na Uniwersytecie Katolickim w Lizbonie. Jest uznanym poetą. Od 2011 jest konsultorem Papieskiej Rady ds. Kultury.

W okresie papieskich rekolekcji są jak zwykle zawieszone wszelkie audiencje, w tym środowa audiencja ogólna 21 lutego.

Tradycję rekolekcji w Watykanie wprowadził w 1929 roku Pius XI, z tym że do czasu Pawła VI odbywały się one w pierwszym tygodniu Adwentu, a nie Wielkiego Postu. Papież Montini zaczął też jako pierwszy zapraszać do głoszenia nauk hierarchów i teologów spoza Kurii Rzymskiej, a nawet spoza Włoch. Na przykład w 1976 (5-12 marca) zadanie to powierzył metropolicie krakowskiemu kard. Karolowi Wojtyle, który później jako papież Jan Paweł II bardzo rozszerzył tę praktykę.

W 1979 rekolekcjonistą był włoski franciszkanin o. Faustino Ossanna, ale od następnego roku Ojciec Święty zapraszał już kardynałów, biskupów, księży i zakonników z całego świata.

Byli to kolejno (stopnie w hierarchii i funkcje, jakie pełnili w owym czasie, bez ewentualnych późniejszych zmian):

24 II-1 III 1980 - abp Lucas Moreira Neves OP (Brazylijczyk), sekretarz Kongregacji Biskupów,

8-14 III 1981 - bp Jerzy Ablewicz z Tarnowa (Polak),

28 II-5 III 1982 - o. Stanislas Lyonnet SI (Francuz), prof. Uniwersytetu Gregoriańskiego,

20-26 II 1983 - kard. Joseph Ratzinger, prefekt Kongregacji Nauki Wiary

11-17 III 1984 - kard. Alexandre do Nascimento (Angolańczyk), arcybiskup Lubango,

24 II-2 III 1985 - abp Achille Glorieux (Francuz), nuncjusz apostolski,

16-22 II 1986 - o. Egidio Viganò SDB (Włoch), rektor najwyższy (generał) salezjanów,

8-14 III 1987 - o. Peter-Hans Kolvenbach SI (Holender), generał jezuitów,

21-27 II 1988 - abp James Aloysius Hickey (USA), arcybiskup Waszyngtonu

12-18 II 1989 - kard. Giacomo Biffi (Włoch), arcybiskup Bolonii,

4-10 III 1990 - o. George Marie Martin Cottier OP (Szwajcar), teolog Domu Papieskiego,

17-23 II 1991 - abp Ersilio Tonini (Włoch), emerytowany arcybiskup Rawenny,

8-14 III 1992 - kard. Ugo Poletti (Włoch), archiprezbiter bazyliki patriarszej św. Matki Boskiej Większej w Rzymie,

28 II-5 III 1993 - bp Jorge Arturo A. Medina Estévez (Chilijczyk), biskup Rancagua (Chile),

20-26 II 1994 - kard. Giovanni Saldarini (Włoch), arcybiskup Turynu,

5-11 III 1995 - o. Tomáš Špidlík SI (Czech), z Papieskiego Instytutu Wschodniego,

25 II-2 III 1996 - abp Christoph Schönborn OP (Austriak), arcybiskup Wiednia,

16-22 II 1997 - kard. Roger Etchegaray (Francuz), przewodniczący Papieskiej Rady "Iustitia et Pax" i Głównego Komitetu Wielkiego Jubileuszu Roku 2000,

1-7 III 1998 - kard. Ján Chryzostom Korec SI (Słowak), biskup Nitry,

21-27 II 1999 - bp André-Mutien Léonard (Belg), biskup Namur,

12-18 III 2000 - kard. François Xavier Nguyễn Văn Thuận (Wietnamczyk), przew. Papieskiej Rady "Iustitia et Pax",

4-10 III 2001 – kard. Francis Eugene George OMI (Amerykanin), arcybiskup Chicago,

17-23 II 2002 – kard. Cláudio Hummes (Brazylijczyk), arcybiskup São Paulo,

9-15 III 2003 – abp Angelo Comastri (Włoch), prałat sanktuarium maryjnego w Loreto,

29 II-6 III 2004 – prał. Bruno Forte (Włoch), członek Międzynarodowej Komisji Teologicznej,

13-19 II 2005 – bp Renato Corti (Włoch), biskup Novary.

Od 2006 rekolekcjonistów z zewnątrz zapraszał Benedykt XVI. Byli nimi:

5-11 III 2006 – kard. Marco Cè (Włoch), em. patriarcha Wenecji

25 II-3 III 2007 – kard. Giacomo Biffi (Włoch), em. abp Bolonii

10-16 II 2008 – kard. Albert Vanhoye SI (Francuz), em. sekr. Papieskiej Komisji Biblijnej

1-7 III 2009 – kard. Francis Arinze (Nigeryjczyk), em. prefekt Kongregacji Biskupów

21-27 II 2010 – ks. Enrico dal Covolo SDB (Włoch), członek m.in. Papieskiej Komisji Archeologii Sakralnej,

13-19 III 2011 – o. François-Marie Léthel OCD (Francuz), prof. Papieskiego Wydziału Teologicznego «Teresianum» w Rzymie

26 II-3 III 2012 – kard. Laurent Monsengwo Pasinya (Kongijczyk), abp Kinszasy

17-23 II 2013 – kard. Gianfranco Ravasi (Włoch), przewodniczący Papieskiej Rady Kultury

Od 2014 rekolekcjonistów zaprasza Franciszek.

9-14 III 2014 (w Casa Divin Maestro w Ariccia) – ks. Angelo De Donatis, proboszcz rzymskiej parafii św. Marka Ewangelisty [al Campidoglio]

22-27 II 2015 (Ariccia) – o. Bruno Secondin OCD (Włochy), temat „Słudzy i prorocy Boga żywego”

6-12 III 2016 (Ariccia) - o. Ermes Maria Ronchi OSM (Włochy)

5-10 III 2017 (Ariccia) – o. Giulio Michelini OFM (Włochy)

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem