Reklama

BETEL - Zakupy z sercem - Deribie Mekanene

Włoski dziennikarz wspomina dramaty „swojej” Polski

2017-10-11 11:11

Z Luigim Geninazzim rozmawia Włodzimierz Rędzioch
Niedziela Ogólnopolska 42/2017, str. 12-14

Archiwum Luigiego Geninazziego
Jan Paweł II i Luigi Geninazzi, sierpień 1983 r.

W latach 70. ubiegłego wieku włoski rynek tygodników był zdominowany przez dwa czasopisma: „L’Espresso” i „Panorama”, które w żaden sposób nie reprezentowały katolickiej części włoskiego społeczeństwa. Z tego powodu grupa dynamicznych dziennikarzy należących do założonego przez ks. Luigiego Giussaniego ruchu „Komunia i Wyzwolenie” postanowiła założyć pismo, które w takich kwestiach, jak polityka, społeczeństwo, kultura, religia, byłoby inspirowane katolicką wizją świata. I tak w 1977 r. powstał tygodnik „Il Sabato” (Sobota), a jego pierwszy numer ukazał się 27 maja 1978 r., kilka miesięcy przed wyborem Karola Wojtyły na biskupa Rzymu. Jana Pawła II i ruch „Komunia i Wyzwolenie” od samego początku łączyły szczególne więzi, przede wszystkim dlatego, że Papież z Polski w swojej misji odnowy Kościoła bardzo liczył na świeckich, szczególnie na młodych. Członkowie KW aktywnie wspierali jego batalie teologiczne, kulturowe i społeczne, a także prowadzili różne kampanie na rzecz poszanowania praw człowieka na świecie. Publikowali m.in. pisma sowieckich dysydentów, takich jak Sołżenicyn i Sacharow, ale przede wszystkim wspierali polski związek zawodowy Solidarność. Sprawami polskimi zajmował się głównie młody dziennikarz Luigi Geninazzi. Jego przygoda z Polską zaczęła się od reportaży o strajkach w Stoczni Gdańskiej w 1980 r. i trwała ponad 30 lat – Geninazzi odbył ponad 107 podróży do Polski i zrelacjonował najważniejsze wydarzenia w naszym kraju. Gdy „Il Sabato” zamknięto w 1993 r., zaczął pisać do innych gazet, począwszy od dziennika „Avvenire”. Jego kompetentna i błyskotliwa praca dziennikarska została doceniona nie tylko we Włoszech, ale także w Polsce – Geninazzi otrzymał Krzyż Oficerski Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej, najwyższe polskie odznaczenie, które może otrzymać cudzoziemiec.
Spotkałem się z Luigim Geninazzim z okazji rocznicy porwania i męczeńskiej śmierci ks. Jerzego Popiełuszki, którego włoski dziennikarz poznał osobiście. Nasza rozmowa o Polsce dramatycznych lat 80. skoncentrowała się na postaci tego kapłana męczennika, beatyfikowanego przez Kościół w 2010 r., i ukazuje, jak ówczesna tragedia Polski była postrzegana przez zagraniczne media.
W. R.

WŁODZIMIERZ RĘDZIOCH: – Co robiłeś w 1978 r., gdy kard. Karol Wojtyła został wybrany na Papieża?

LUIGI GENINAZZI: – Kiedy kard. Wojtyła został wybrany na Papieża, nie byłem dziennikarzem, ale już pracowałem w piśmie „Il Sabato”. Latem 1980 r., gdy w stoczni Gdańskiej wybuchł strajk, studiowałem w Wiedniu język niemiecki. Ponieważ w redakcji „Il Sabato” nie było nikogo, kto by pojechał do Polski (wszyscy byli na wakacjach), poproszono mnie, abym udał się do Gdańska. Na początku nie chciałem, bo nigdy nie pracowałem jako reporter, ale redakcja nalegała, więc pojechałem. I dzięki Polsce stałem się dziennikarzem – przez wiele lat byłem korespondentem z Warszawy dla „Il Sabato”, a potem dla dziennika „Avvenire”, aż do lat 90. (później przeniesiono mnie do Moskwy). Polska zmieniła moje życie, a praca w tym kraju była dla mnie ważnym doświadczeniem zawodowym, ale przede wszystkim ludzkim.

– Czy często podróżowałeś do Polski?

– Podróżowałem do Polski bardzo często – były to krótkie podróże, a czasami długie, trwające tygodniami pobyty. Z tego powodu kraj Jana Pawła II stał się moją drugą ojczyzną. Jestem też dumny, że dostałem od prezydenta Lecha Wałęsy najwyższe odznaczenie, które może dostać cudzoziemiec: Krzyż Oficerski Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej.

– Aby pisać o Polsce, której na początku nie znałeś, musiałeś mieć odpowiednie kontakty. Kto był Twoim „punktem odniesienia” w zrozumieniu polskich spraw?

– Miałem wiele kontaktów, które wskazano mi w Watykanie. Pierwszym i najważniejszym był bp Bronisław Dąbrowski, sekretarz Episkopatu, któremu leżały na sercu losy Solidarności. Hierarcha ten był dla mnie bardzo cennym źródłem informacji. Poza tym byłem w kontakcie z ludźmi ze związku Solidarność, a zwłaszcza z doradcami Wałęsy.

– Jak to się stało, że poznałeś przywódców Solidarności i zdobyłeś ich zaufanie?

– Kiedy po raz pierwszy pojechałem do Gdańska, byłem trochę przestraszony napiętą sytuacją. Dlatego zamiast pójść do hotelu zatrzymałem się w domu książy pallotynów, a przez czysty zbieg okoliczności w tym samym domu mieszkali doradcy Wałęsy, z którymi codziennie jadłem śniadanie i kolację. Byli to m.in. Mazowiecki, Cywiński, Wielowieyski i Geremek. Wszyscy zagraniczni dziennikarze poszukiwali kontaktów z nimi, a ja miałem ich w domu. Byli dla mnie wyjątkowym źródłem wiadomości, których nikt inny nie miał. Co więcej, stałem się ich przyjacielem.

- Kiedy po raz pierwszy usłyszałeś o ks. Jerzym Popiełuszce?

– O ks. Popiełuszce usłyszałem po raz pierwszy pod koniec 1982 r. – mówiło się o tym księdzu, ponieważ zaczął odprawiać w parafii pw. św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu Msze św. za Ojczyznę. Dla zagranicznych dziennikarzy były to wydarzenia niespotykane i ciekawe. Ja, gdy tylko byłem w Polsce w ostatnią niedzielę miesiąca, jeździłem na Żoliborz. Na początku w tych Mszach św. uczestniczyli tylko parafianie, ale z czasem były już tysiące, dziesiątki tysięcy ludzi z całej Polski. Byłem pod wrażeniem tego młodego księdza. Jego piękne i poruszające Msze św. były bardzo długie – to były prawdziwe „epopeje” z pieśniami i wierszami. Ludzie nie chcieli opuszczać kościoła. Pamiętam jednego z moich kolegów dziennikarzy, który nigdy nie chodził do kościoła, ale kiedy był w Polsce, „zmuszony” był pójść na Msze św. za Ojczyznę odprawiane przez ks. Jerzego, powiedział mi, że w swoim życiu nigdy nie uczestniczył w tylu Mszach św. co w Polsce.

– W jakich okolicznościach poznałeś osobiście ks. Jerzego?

– Latem 1984 r. poprosiłem go o wywiad – było to kilka miesięcy przed jego śmiercią. Pewnego ranka poszedłem do kościoła pw. św. Stanisława Kostki i czekałem na niego po Mszy św. Przyszło mi wtedy do głowy, by powiedzieć mu, że jesteśmy rówieśnikami – ja też urodziłem się w 1947 r. Ale on był zamknięty w sobie i mało co mówił. Potem zdałem sobie sprawę, że już wtedy był pod wielką presją, został przesłuchany przez milicję i miał trudną rozmowę z prymasem Glempem (dowiedziałem się o tym później). Kiedy wyjaśniłem, że chciałbym się dowiedzieć, co sądzi o sytuacji Kościoła i Polski, odpowiedział, że on jest tylko kapłanem, a wszystko to, co ma do powiedzenia, mówi w homiliach. I dodał: „Przyjdź na moją Mszę”. Kiedy odpowiedziałem, że chodzę regularnie na jego Msze św. za Ojczyznę, powiedział: „To dobrze, przychodź w dalszym ciągu”, i pożegnał się ze mną. Jednym słowem – nie udało mi się zrobić z nim wywiadu, ale ks. Popiełuszko pozostał w moim sercu, zwłaszcza po męczeńskiej śmierci.

– Czy spodziewałeś się, że komunistyczny reżim w walce z Kościołem posunie się aż do mordu na tym kapłanie?

– Nie, nie spodziewałem się tego, więc byłem zszokowany tym morderstwem, zwłaszcza brutalnością, z jaką ks. Jerzy został zabity. My, zagraniczni dziennikarze, traktowaliśmy reżim komunistyczny w Polsce jako bardzo twardy, czego dowodzi stan wojenny, ale nie tak krwawy jak inne reżimy komunistyczne, które dopuszczały się zbrodni na setkach tysięcy ludzi. Jaruzelski był dyktatorem komunistycznym, ale zdawał sobie sprawę, że ma przeciwko sobie naród, więc wiedział, jak „dozować” przemoc, aby nie sprowokować reakcji ludu.

– Czy nie sądzisz, że to on jest zleceniodawcą morderstwa ks. Popiełuszki?

– Moim zdaniem, nie. Oczywiście, rozkaz zabójstwa nie pochodził od Piotrowskiego czy płk. Pietruszki, decyzję podjął ktoś na wyższym szczeblu, ktoś, kto chciał starcia z Kościołem, i w ten sposób postawił Jaruzelskiego w bardzo trudnej sytuacji.

– A zatem, według Ciebie, zabójstwo ks. Jerzego było rezultatem starcia na szczycie reżimu?

– Chciałbym coś opowiedzieć. Kiedy w 1985 r. w Toruniu rozpoczął się proces morderców ks. Jerzego, udało mi się przeprowadzić rozmowę z szefem Urzędu ds. Wyznań Adamem Łopatką. W tym wywiadzie wymsknęło mu się stwierdzenie: „Ach, Popiełuszko, to była trochę «gorąca głowa». Zrobiliśmy duży błąd. Powinniśmy go wsadzić do więzienia, toby go nie zabili”. Napisałem wtedy artykuł, w którym umieściłem to zdanie jako tytuł – był on cytowany przez całą światową prasę. Za ten wywiad Łopatka był bardzo krytykowany przez Jaruzelskiego, ale faktem pozostaje, że to powiedział.

– „Il Sabato” to pierwsza włoska gazeta, która opublikowała zdjęcie zmasakrowanego ciała ks. Popiełuszki, zamordowanego w tak barbarzyński sposób. Jak Ci się udało dostać te zdjęcia?

– Przywiózł mi je z Polski ktoś ze środowiska z Żoliborza, ale nie pamiętam kto. Rozmawialiśmy w redakcji, czy je publikować, czy nie, bo to były naprawdę wstrząsające zdjęcia. W końcu je opublikowaliśmy. Gdy patrzyłem na te fotografie, przypomniałem sobie proces toruński i zeznania Piotrowskiego, który z cynizmem mordercy opowiadał o makabrycznych szczegółach tortur zadanych ks. Popiełuszce.

– Jak media we Włoszech zareagowały na tę kolejną zbrodnię komunizmu – nie zapominajmy, że we włoskich mediach, podobnie jak i w środowiskach intelektualnych, jest wielu komunistów?

– Zabójstwo ks. Popiełuszki było przedstawione przez włoskie media jako działanie przeciwko Jaruzelskiemu. Ja też co prawda napisałem, że Jaruzelski prawdopodobnie nie był zleceniodawcą tej zbrodni, ale wyjaśniałem, że była to przede wszystkim zbrodnia wymierzona przeciwko Kościołowi polskiemu, jak również przeciwko Solidarności i narodowi polskiemu. A o tym media nie mówiły.

– To nie tajemnica, że dziennikarze „Il Sabato” mieli kontakt z Janem Pawłem II. Miałeś okazję rozmawiać z Papieżem?

– To prawda, że mieliśmy kontakty z Papieżem, ale częściej rozmawialiśmy z jego sekretarzem, Don Stanislao – tak nazywano ks. Dziwisza. Ja osobiście miałem okazję porozmawiać z Papieżem 3 razy – szczególnie długa była rozmowa po jego drugiej podróży do Ojczyzny, w 1983 r.

– Czy odwiedzasz grób ks. Jerzego?

– Tak, byłem na grobie już w 1984 r. i idę tam za każdym razem, gdy jestem w Warszawie. W moim wieku wspomnienia są ważne. I za każdym razem, gdy idę, aby pomodlić się przy prostym grobowcu ks. Jerzego, jestem wzruszony, bo przypominam sobie te chwile, kiedy stałem obok niego, gdy wychodził z kościoła. Nie myślałem wtedy, że zostanie zamordowany i że będzie beatyfikowany. Widziałem jakiś tajemniczy zbieg okoliczności między tragedią smoleńską a beatyfikacją ks. Popiełuszki, która miała miejsce dwa miesiące później. Po śmierci prezydenta Kaczyńskiego i wielu innych polskich osobistości społeczeństwo było wstrząśnięte i podzielone, a beatyfikacja ks. Jerzego stała się okazją do narodowego pojednania. Dzisiaj cierpię, gdy widzę, że Polska ponownie się dzieli, a ten podział wykracza poza konfrontację i dialektykę polityczną. Cierpię tym bardziej, że zdaję sobie sprawę, iż podziały dotyczą również osób pochodzących z Solidarności. Mam więc nadzieję, że kanonizacja ks. Popiełuszki może ponownie przyczynić się do pojednania narodu polskiego, bo ks. Jerzy nie jest męczennikiem tylko jednej ze stron. Ks. Jerzy Popiełuszko, święty, może być patronem pogodzonej Polski.

Urodził się jako święty

2018-06-06 10:32

Rozmawia Lidia Dudkiewicz
Niedziela Ogólnopolska 23/2018, str. 12-14

Archiwum
Ks. Dolindo Ruotolo zostawił nam orędzie o bliskości Chrystusa i sile zaufania: „Jezu, Ty się tym zajmij!”

LIDIA DUDKIEWICZ: – Wydaje się, że zaczyna do nas docierać głos św. Jana Pawła II, który uważał, iż święci uratują świat. Dziś coraz bardziej zaludnia się kontynent cyfrowy – ludzie przenoszą się do przestrzeni wirtualnej – świat się laicyzuje, a jednocześnie biografia nieznanego wcześniej kapłana z Neapolu błyskawicznie staje się bestsellerem. Jak to wytłumaczyć? Skąd, zdaniem Księdza Profesora, bierze się dziś nadzwyczajna popularność ks. Dolindo Ruotolo?

KS. PROF. ROBERT SKRZYPCZAK: – Zaraz po Soborze Watykańskim II powstało poczucie ogromnego kryzysu chrześcijaństwa na Zachodzie. Było to związane z podziałami, które nastąpiły w Kościele. Z jednej strony stanęli wówczas zwolennicy szybkich zmian, podążania za postępem, dostosowania Kościoła do zmieniającego się świata, z drugiej – zwolennicy włączenia biegu wstecznego, powrotu do tradycji. A przy tym wszystkim mieliśmy pustoszejące kościoły, seminaria, zakony, kryzys zainteresowania modlitwą, kryzys spowiedzi – w związku z tym również odczuwania grzechu – kontestację nauczania Kościoła, wszystko, co przyniosła rewolucja seksualna w 1968 r. To naprawdę przerażało wielu obserwatorów, pasterzy i teologów zamiast dostarczać radość nowej wiosny Kościoła. Kard. Joseph Ratzinger w swojej głośnej książce „Raport o stanie wiary” napisał, że jeśli w Kościele nie pojawią się owoce świętości, to odbije on w sobie cały kryzys pokolenia. Tylko święci mogą ratować Kościół. I gdy przypatrujemy się historii chrześcijaństwa, widzimy, że kiedy dochodziło do zamętu, braku jedności, pesymizmu, Bóg budził wybitne jednostki – świętych, którzy ratowali Kościół. W wiekach średnich, gdy rozkwitały herezje, był to m.in. św. Dominik. Spójrzmy na ogromny wysyp świętych po Soborze Trydenckim – od mistyków hiszpańskich przez Ignacego Loyolę, Karola Boromeusza po Andrzeja Bobolę. Tak samo jest po Soborze Watykańskim II. Bóg wychodzi naprzeciw – a czasami uprzedza znaki kryzysu, wzbudzając świętych. W Polsce jesteśmy szczęściarzami – w zlaicyzowanym świecie wciąż stanowimy wyspę żywej wiary. Wciąż są u nas ludzie, którzy chętnie przychodzą do kościoła, biorą udział w pielgrzymkach, w rekolekcjach i w nabożeństwach, przystępują do sakramentów i chcą się nawracać.

– Z czego to wynika?

– Przez długi czas przeżywaliśmy ucisk wiary, prześladowanie, a poza tym jesteśmy pokoleniem dotkniętym zasiewem świętości, o którym wspomniałem. Jesteśmy pokoleniem, które miało wielkiego świętego – Jana Pawła II. I myślę, że duchowo to odczuwamy – nawet jeśli ktoś się zagubi, odłączy od praktykowanej wiary, gdzieś w głębi duszy ten posiew zostaje. Polacy są także bardzo wrażliwi na św. Faustynę, na św. Szarbela i podobnie teraz bardzo dobrze zareagowali na postać świętego kapłana z Neapolu.

– Czy mógłby Ksiądz Profesor przybliżyć duchową sylwetkę ks. Dolindo? Jego najbliższa żyjąca krewna twierdzi, że urodził się już jako święty.

– Myślę, że ks. Dolindo przemawia do nas bardzo mocno swoją postawą wewnętrznej radości w przeciwnościach. Oznacza to, że znalazł on prawdziwe oparcie w życiu. To bardzo ważne – dziś wielu ludzi nie ma na co ani na kogo liczyć. W związku z tym liczą na samych siebie i wpadają w przewlekły stres czy przerażenie, mówiąc: wszystko jest na mojej głowie, nikt mi nie pomaga. Tymczasem ks. Dolindo jest świadkiem szukania oparcia w miłości Boga, w Chrystusie. Nawet jeśli ktoś jeszcze nie poznał samej postaci kapłana z Neapolu, to zapewne słyszał wcześniej o modlitwie „Jezu, Ty się tym zajmij!”. To jest kwintesencja takiej postawy zaufania. Oczywiście, wymaga ona wyjaśnienia, nie wszyscy właściwie ją rozumieją. Łatwo można pomyśleć, że jest to pewien rodzaj spychologii, że przez ten akt zawierzenia wyznacza się Chrystusowi powinności, którymi sam nie mam ochoty się zająć. Nie o to chodzi. „Jezu, Ty się tym zajmij!” to akt radykalnego zaufania. Ks. Dolindo często mówił, że ludzie nie widzą Boga właśnie dlatego, że Mu nie ufają. Tymczasem Boga możesz zobaczyć, kiedy obdarzysz Go zaufaniem. Wywodzi się to wprost z Ewangelii – gdy ludzie przychodzili do Chrystusa ze swoimi sprawami, prosili Go o zdrowie dla siebie lub dla kogoś bliskiego, o uwolnienie od demona, Jezus często zaczynał od pytania o wiarę. Uzależniał spotkanie z Jego mocą od wiary człowieka, który do Niego przychodził. I nie chodziło o wiarę jako światopogląd religijny, ale o osobiste otwarcie, często wbrew oczywistym, namacalnym faktom.

– Jak realizowało się to w życiu ks. Dolindo?

– Została po nim potężna autobiografia pt. „Dolindo znaczy ból”. Opisuje on tam swoje życie – i rzeczywiście, jest to prawdziwe pasmo bólu i nieszczęść, które rozpoczęły się już w dzieciństwie. Jego rodzice się rozwiedli. Wcześniej jego ojciec, Rafaele, sadystycznie wychowywał swoje dzieci. Mały Dolindo nieraz był bity, za drobne przewinienia trafiał na długie godziny do komórki ze szczurami. Wtedy klękał i modlił się za tatę. W tak strasznych warunkach budziły się w nim miłość i zaufanie do Chrystusa! Później, jako chłopak, przeżywał niepowodzenia w szkole – co z pewnością było efektem wieloletniego udręczenia i zamknięcia. Został wysłany do prestiżowego liceum w Neapolu – był z niego dwukrotnie wyrzucony, następnie wstąpił do mniejszego seminarium duchownego – dostawał same dwóje, jedna po drugiej... Aż do momentu, kiedy pewnego dnia zwrócił się ze łzami do Matki Bożej: Maryjo, jeśli chcesz, żebym został księdzem, pomóż mi, żebym nie był takim kretynem – on tak często o sobie mówił... Sam nie mógł nic zrobić, oddał się w ręce Maryi i prosił o wstawiennictwo – i to był moment zaufania. Zerwał się nagły podmuch wiatru, aż obrazek, który stał na półce, niespodziewanie znalazł się na jego czole. I ten symboliczny moment go odblokował. Okazało się, że w chłopcu drzemie ogromny intelekt. Już jako młody kapłan rozpoczął coś, co dzisiaj moglibyśmy nazwać duszpasterstwem akademickim, ówcześnie zupełnie nieznanym. Ponieważ cechowała go ogromna miłość do Pisma Świętego, zaczął studiować język hebrajski, dużo czytał i modlił się. Szybko stał się słynny z powodu swoich biblijnych katechez, które głosił w kościołach i w domach – a to gromadziło wokół niego wielu studentów, młodych ludzi. Znajdowali oni w ks. Dolindo niezwykłego ewangelizatora, spowiednika i ojca duchowego. To, oczywiście, budziło w wielu ludziach coś odwrotnego: zazdrość, zawiść, pomówienia, próby wplątania go w lokalne afery... Jak wiemy, te doprowadziły ks. Dolindo do postawienia go przed Świętym Oficjum, oskarżenia o herezję i, ostatecznie, do lat suspensy. Ks. Dolindo cierpiał, ale nigdy nie odpłacił złem za zło. Nie słyszano, żeby kiedykolwiek narzekał, pomstował czy kogoś krytykował. Nie pozwalał także innym ludziom na szemranie przeciwko Kościołowi czy pasterzom. Zawsze powtarzał, że Kościół to Jezus. To była jego ulubiona definicja. Jednocześnie jest to serce Dobrej Nowiny: w Kościele pośród ludzkich grzechów i mimo ludzkiej słabości działa Chrystus – nieskończenie potężniejszy od nas. Ks. Dolindo doskonale to rozumiał i wiedział, że trzeba przede wszystkim ufać Jezusowi.

– Biografia ks. Dolindo cieszy się wielkim zainteresowaniem zwłaszcza wśród księży. Świadectwo jego życia dla wielu z nich stanowi umocnienie w powołaniu... Dlaczego? Co kapłani odkrywają w życiu księdza z Neapolu?

– Często spotykam się z kapłanami, którzy chętnie rozmawiają na temat ks. Dolindo, pytają o niego, czasem piszą do mnie z prośbą o więcej jego pism w języku polskim. Wiem, że także niektórzy księża biskupi są poruszeni postacią kapłana z Neapolu. Ostatnio zostałem nawet poproszony, by w jednej z diecezji poprowadzić dzień formacyjny dla kapłanów właśnie na temat ks. Dolindo. Słyszę świadectwa, że ks. Dolindo uratował już niektórych kapłanów z sytuacji kryzysowych, wątpliwości, cierpień, które zamieniały się w zniechęcenie. Są także kapłani, którzy w tej intencji pojechali do Neapolu – modlić się przy grobie ks. Dolindo, by powierzać tam swoje kapłaństwo... Ks. Dolindo rzeczywiście jest dużym wsparciem w tym powołaniu. Dlaczego? Myślę, że wszyscy jesteśmy w kruchym momencie zaburzenia tożsamości i jest to generalny powód duchowego cierpienia wielu ludzi. Coraz mniej oczywista staje się odpowiedź na pytanie, co to znaczy być kobietą, mężczyzną, matką, ojcem, małżonkiem... To dotyka również kapłanów, którzy często tracą z oczu jednolity model bycia pasterzem, wpadają w myślenie, że bycie dobrym księdzem oznacza bycie menadżerem, organizatorem pielgrzymek, turniejów sportowych, bycie dobrym psychologiem czy budowniczym... Wtedy pomija się to, co dla każdego księdza powinno być najbardziej smakowite – głoszenie ludziom Ewangelii i dawanie Chrystusa w sakramentach. Z tego płyną miłość, pokora, prostota – to jest jako pierwsze kojarzone z byciem człowiekiem Boga i tego przede wszystkim oczekują od nas wierni. Właśnie taki model kapłaństwa pokazuje ks. Dolindo. Wystarczy dzisiaj pojechać do Neapolu i spytać tamtejszych mieszkańców o „padre Dolindo” – natychmiast się ożywiają i zaczynają opowiadać o jego dobroci. Tymczasem dzisiaj księża starają się być profesjonalistami w konkretnych świeckich dziedzinach, a to często jest przyczyną wewnętrznego znerwicowania i w konsekwencji prowadzi do kryzysów. Ks. Dolindo wiedział, że chodzi o to, by mieć w sobie dobroć samego Chrystusa.

– „Nic, co wyszło spod pióra ks. Dolindo, ani jedno słowo, nie może być zaprzepaszczone. Święty to kapłan” – powiedział św. Ojciec Pio. Ksiądz Profesor sprawił, że Polacy otrzymali porcję dzieł ks. Dolindo pt. „W twej duszy jest niebo. Konferencje i świadectwa”. Co znajdziemy w tej książce?

– Bardzo się cieszę, że ta książka mogła się ukazać w Polsce. To zaledwie pierwsza próbka dzieł ks. Dolindo. Jego dziedzictwo jest naprawdę imponujące, bo zostawił on m.in. 33 tomy komentarzy do Pisma Świętego, autobiografię, która liczy ponad 2 tys. stron, ogromną liczbę listów do kapłanów... Moim marzeniem jest, by móc je udostępnić polskim księżom. Osobiście jestem już 20 lat po święceniach i dość trudno mnie zaskoczyć, ale kiedy czytałem listy ks. Dolindo do kapłanów, nieraz miałem gęsią skórkę. Poza tym jest wiele jego prac teologicznych o życiu Jezusa, o Duchu Świętym, są teksty na temat Matki Bożej. Swoją ostatnią książkę poświęcił właśnie Jej – żył z Nią w dużej bliskości, przez większość życia odczuwał Jej obecność, towarzyszyła mu we wszystkich trudnych momentach aż do ostatnich lat – ciężkiej choroby, udaru i jego skutków. Właśnie w takiej sytuacji podjął się napisania wielkiego dzieła o Maryi, w którym, jak mówi, Ona sama przekazywała mu rzeczy, które powinien był napisać. Doznawał przy tym ogromnych ataków ze strony złego ducha, demon bardzo nie chciał, by ta książka powstała. Chciałbym, by te wszystkie prace dotarły do jak najszerszego grona. Było to zresztą także życzenie ks. Dolindo, które wyraził w swoim testamencie. Proszę czytelników o modlitwę, by to było możliwe. Sama książka „W twej duszy jest niebo” zawiera natomiast bezcenne świadectwo Enziny Cervo, jednej z duchowych córek ks. Dolindo, kobiety, która opiekowała się nim w ostatnim okresie życia. Druga część to próbka zakosztowania konferencji na temat Bożej miłości, które ks. Dolindo wygłaszał w różnych częściach Neapolu – czasem nawet po osiem razy dziennie – w kościołach i w domach... Czytelnik wreszcie może posmakować słów ks. Dolindo i odkryć, co było pociągające w jego sposobie głoszenia.

– A skąd tytuł książki?

– Tytuł jest diagnozą, którą św. Ojciec Pio postawił ks. Dolindo. Ojciec Pio znał ks. Dolindo, odsyłał nawet do niego swoich penitentów. Gdy nieraz do San Giovanni Rotondo przyjeżdżali neapolitańczycy, pytał ich: – Dlaczego przyjeżdżacie do mnie? Macie świętego u siebie! Do spotkania tych dwóch mistyków doszło w 1958 r. – 10 lat przed śmiercią Ojca Pio. Ks. Dolindo pojechał do niego razem z biskupem pomocniczym Neapolu. Gdy przyjechali do San Giovanni Rotondo i udało im się spotkać z Ojcem Pio, a ks. Dolindo poprosił go o spowiedź, ten spojrzał na niego i powiedział: – Chcesz się wyspowiadać? Przecież ty cały jesteś błogosławiony! Kiedy potem się żegnali, Ojciec Pio powiedział do ks. Dolindo właśnie te słowa: – W twej duszy jest niebo. Wszystkich to bardzo poruszyło, pytali potem ks. Dolindo, co to znaczy. Pomyślałem, że to diagnoza, którą stawiają sobie nawzajem święci, by dodać odwagi, umocnić się, dać świadectwo, które płynie od samego Ducha Świętego. Myślę, że to był właśnie taki moment, dotyczący identyfikacji tego świętego kapłana. Jaka nauka płynie z tego dla nas? Ludzie nieraz szukają nieba w zaświatach, w wyobraźni, myślą o tym, że niebo będzie po śmierci... A można je nosić w sobie.

– Ks. Dolindo jeszcze nie został oficjalnie wyniesiony na ołtarze. Jak wygląda jego proces beatyfikacyjny? Czy prawdziwa jest opinia, że ostatnio Polacy wpłynęli na przyspieszenie procesu?

– Ks. Dolindo zmarł 19 listopada 1970 r. i został pochowany na cmentarzu parafialnym. Po dwóch latach na prośbę wielu wiernych, którzy nieustannie gromadzili się tam na modlitwie, dokonano ekshumacji jego ciała. Został przeniesiony do kościoła pw. Matki Bożej z Lourdes i św. Józefa przy Via Salvatore Tommasi w Neapolu, gdzie służył za życia. Proces beatyfikacyjny – zbieranie materiałów, świadectw, dokumentacji – rozpoczął się bardzo szybko, zaraz po śmierci ks. Dolindo. Niestety, pierwszy postulator zmarł, a drugi, który zajmował się tą sprawą, w pewnym momencie ze względu na trudną sytuację zgromadzenia zakonnego, do którego należy, został zablokowany. Siłą rzeczy sam proces również zablokowano. Jest on na poziomie uznania heroiczności cnót ks. Dolindo – co oznacza, że ks. Dolindo ma tytuł sługi Bożego. Rzeczywiście – pod wpływem licznie przyjeżdżających pielgrzymów z Polski proboszcz parafii, w której spoczywa ks. Dolindo, postanowił napisać świadectwo do kardynała Neapolu. W odpowiedzi neapolitańska Kuria podjęła decyzję o reaktywacji procesu beatyfikacyjnego. Na nowo jesteśmy proszeni o zbieranie świadectw dotyczących pomocy ks. Dolindo, czekamy na świadectwa cudów fizycznych, uzdrowień, które dokonały się za jego wstawiennictwem. Kiedy usłyszeliśmy tę odpowiedź kardynała Neapolu zawartą w liście przeczytanym podczas Mszy św. odprawionej w rocznicę śmierci ks. Dolindo w ubiegłym roku, bardzo wzruszona Grazia, jego bratanica, powiedziała: „Wy, Polacy, doprowadzicie ten proces do końca”. Dzięki temu, że ks. Dolindo został zaprezentowany, doświadczamy w Polsce przebudzenia, otwarcia się na jego przesłanie. Mam nadzieję, że jeśli uda się przetłumaczyć publikacje na inne języki, duchowość tego kapłana zacznie dotykać serca ludzi na całym świecie. Osobiście jestem przekonany, że Bóg w tym pokoleniu postanowił zapalić dwa wielkie reflektory. Jednym jest to, co zostało przekazane światu dzięki ubogiej i pokornej zakonnicy z Polski – s. Faustynie Kowalskiej. To pokolenie bardzo potrzebowało przesłania o Bożym Miłosierdziu, odkrycia na nowo tego, zapomnianego nieco, aspektu Dobrej Nowiny. Przyjęli je ludzie, którzy zostali zmasakrowani przemocą, bestialstwem, okropnością grzechu i podłości, które pojawiły się w postaci wojen, totalitaryzmów, nazizmu i komunizmu, tego ogromnego zła i cierpienia. Natomiast drugi reflektor, moim zdaniem, Bóg zapalił w Neapolu. To jest inny aspekt Ewangelii – przesłanie o obdarzeniu Chrystusa całkowitym zaufaniem i objawienie się Boga poprzez zewnętrzne doświadczenie Jego czułości. Ks. Dolindo szczególnie przemawia do ludzi w dzisiejszych czasach: zmęczonych, zagubionych, będących w nieustannej gonitwie... Trafia do ludzi, którzy nie dają rady pogodzić wszystkich obowiązków, do tych, którzy są nieustannie przytłoczeni życiowymi okolicznościami, świadomością wziętych kredytów i koniecznością ich spłaty, do ludzi, którzy są zmuszani do całkowitej dyspozycyjności w wielkich korporacjach... Niestety, nieraz za cenę oddalenia się od modlitwy, sakramentów, Kościoła – to jest haracz, który postnowocześni ludzie składają bożkowi cywilizacji. W związku z tym odczuwają wewnętrzne wyjałowienie, duchowy głód. Ks. Dolindo udziela odpowiedzi, na którą od dawna czekali – możliwości zaznania dotyku Boga, Jego miłości i czułości, a także ogromnej siły, która płynie z wiary. Jezu, Ty się tym zajmij!

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Biskup zainaugurował Rok Jubileuszowy

2018-06-21 18:03

Kamil Krasowski

Bp Tadeusz Lityński ogłosił w całej diecezji zielonogórsko-gorzowskiej Maryjny Rok Jubileuszowy. Jest on związany z przypadającą w przyszłym roku 350. rocznicą umieszczenia w kościele parafialnym w Rokitnie obrazu Matki Bożej nazwanej później rokitniańską i potrwa do 18 czerwca 2019 r.

Karolina Krasowska
Bp Tadeusz Lityński zainaugurował w diecezji zielonogórsko-gorzowskiej Maryjny Rok Jubileuszowy

Rok Jubileuszowy został zainaugurowany 18 czerwca w uroczystość Patronki diecezji w czasie Mszy św. w rokitniańskiej Bazylice. Liturgię zakończyło papieskie błogosławieństwo, do którego papież Franciszek upoważnił biskupa zielonogórsko-gorzowskiego w dniu rozpoczęcia i zakończenia Maryjnego Roku Jubileuszowego. – Na rozpoczęcie tego Roku jest udzielone specjalne papieskie błogosławieństwo, tak jakby Ojciec Święty Franciszek był tutaj w Rokitnie i rozpoczynał ten Rok Jubileuszowy.

Łączą się z tym specjalne łaski, które otrzymują wszyscy, którzy uczestniczą dzisiaj w tym wydarzeniu czy to bezpośrednio w Rokitnie czy przez transmisję w mediach – powiedział ksiądz biskup. Pasterz diecezji zwrócił uwagę na bogactwo odpustu, który można uzyskać pod zwykłymi warunkami. – To jest ten wielki, nieprzebrany skarb, który otrzymujemy tutaj, dla tego miejsca, co się łączy także z drogą nawrócenia, z pewnym wysiłkiem duchowym, który jest potrzebny do podjęcia. Wydaje się, że jest to też taka wielka naprawa naszej wspólnoty Kościoła diecezjalnego, bo ta świętość wchodzi mocniej w nasze życie przez wstawienniczą modlitwę Maryi, ale także przez to, co jest przypisane dzięki tym przywilejom, które otrzymaliśmy od Ojca Świętego – dodał bp. Lityński.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem