Reklama

Biały Kruk 1

Blask dobra

2017-10-11 11:11

Rozmawia Krzysztof Tadej
Niedziela Ogólnopolska 42/2017, str. 27-29

Krzysztof Tadej
Genowefa Chrapek – mama bp. Jana Chrapka

KRZYSZTO TADEJ: – Tragedia wydarzyła się 18 października 2001 r. W tym dniu zginął Pani syn, bp Jan Chrapek.

GENOWEFA CHRAPEK: – Dowiedziałam się wieczorem. Przyjechał brat synowej i powiedział, że Janek miał wypadek samochodowy, nie żyje... Tego nie da się zapomnieć ani o tym opowiedzieć. O niewyobrażalnym bólu. Gdy matka usłyszy, że jej dziecko nie żyje, to co może być gorszego? Ale co mogłam zrobić? Zgodziłam się z wolą Bożą.

– Pan stawiał sobie pytanie: Dlaczego? Dlaczego odszedł człowiek, który czynił tak wiele dobra?

MAREK CHRAPEK: – Pojawiało się pytanie: Dlaczego tak się stało? Brat miał zaledwie 53 lata. Był w pełni życia. I tyle miał jeszcze do zrobienia. Był biskupem radomskim przez 2 lata, ale ciągle miał mnóstwo pomysłów. Opowiadał, że chce założyć kolejne jadłodajnie dla biednych, domy samotnej matki, otworzyć drukarnię, kupić mammobus do wykrywania nowotworów u kobiet. Chciał zorganizować zajęcia artystyczne dla ubogich dzieci.

– Wiele osób wspomina bp. Jana Chrapka, podkreśla, że był wyjątkowy. Czy tę wyjątkowość zaobserwowała Pani, gdy był dzieckiem?

G. Ch.: – Janek urodził się w 7. miesiącu ciąży. W niedzielę nad ranem. Był bardzo mały, taki mizerny. Zaraz go ochrzciliśmy. Na początku nie dawał znaków życia, ale jakoś pomału przeżył.

M. Ch.: – W tym czasie był to wielki wyczyn tego malutkiego organizmu. Nie było przecież inkubatorów. Urodził się tutaj, na wsi, w Skolankowskiej Woli, która kiedyś nosiła nazwę Józefin.

G. Ch.: – Jako dziecko bardzo dobrze się uczył. Lubił czytać książki. Od maleńkiego był bardzo grzeczny. Pamiętam, jak kiedyś przyszedł do naszego domu ksiądz po kolędzie. Janek nie chodził jeszcze do szkoły. Ksiądz spytał go, czy potrafi się przeżegnać i odmówić pacierz. Syn stanął i pięknie wszystko powiedział. Ksiądz zostawił katechizm. Mówił, żebym przysłała Janka na naukę religii i że on go przygotuje do przyjęcia Pierwszej Komunii św. „Przecież jest jeszcze za młody, ma zaledwie 7 lat” – powiedziałam. Ale ksiądz odpowiedział, że trzeba wpierw myśleć o Panu Bogu, a nie o świecie, i że taki wiek nie przeszkadza. Minęło trochę czasu i ksiądz przepytał go z tego katechizmu, bardzo szczegółowo. Janek odpowiedział na wszystkie pytania. Ksiądz był zadziwiony. Tylko wyszeptał: „Idź jeszcze, mały Chrapeczku, do kościoła i pomódl się”. Potem Janek został ministrantem. Stale chodził do kościoła na Msze św. Od początku był bardzo pobożny, zresztą tak jak wszystkie moje dzieci. Nigdy nie miałam z nimi problemów. Marysia i Zosia są siostrami zakonnymi w zakonie michalitek. Kazik, niestety, zmarł 2 lata temu. Najmłodszy Marek jest dzisiaj moim opiekunem. Bardzo dobrym.

– Bp Chrapek nieraz podkreślał w wywiadach, że pochodzi z bardzo pobożnego domu.

G. Ch.: – Oczywiście, wszyscy chodziliśmy na niedzielne Msze św. W zimie czytaliśmy dużo książek, w tym wiele życiorysów świętych. A każdego dnia wieczorem klękaliśmy i razem odmawialiśmy modlitwy.

– Nikt się nie buntował?

G. Ch.: – Wie Pan, tak jak dzieci. Żartują, że trudniej było wstawać rano w sobotę na Godzinki.

– Jak się wtedy żyło?

G. Ch.: – Po II wojnie światowej było bardzo ciężko. Kiedy pobraliśmy się z mężem, nie mieliśmy dosłownie nic. Tylko zdrowie i te ręce. Sami postawiliśmy dom. A potem mieszkaliśmy w kuchni przez 2 czy 3 lata, bo nie mieliśmy pieniędzy na wykończenie pozostałych pomieszczeń. Gospodarstwo miało prawie 7 hektarów. Mąż poważnie zachorował. Trzeba było pracować w polu, dzieci wychowywać, gospodarzyć. Nie było maszyn, tylko konie. Nie mogliśmy nikogo nająć do pracy, bo nie było z czego zapłacić. Janek był najstarszym dzieckiem. I musiał pomagać. W żniwa jeździł w pole, snopki zwoził. Wszystko robił. Nie miał lekkiego dzieciństwa. Było bardzo biednie.

– Jak dowiedziała się Pani, że syn chce zostać księdzem?

G. Ch.: – W naszym kościele odbywały się misje. W niedzielę moi chłopcy poszli rano na Mszę św., a ja później na Sumę. W kościele misjonarz powiedział, że uczeń z siódmej klasy złożył prośbę do Matki Najświętszej, że chce zostać misjonarzem. Wróciłam do domu i to opowiedziałam. A Janek z nieśmiałością przyznał się: „Mamusiu, to moja prośba”. Rozpłakałam się. „Pójdziesz do seminarium, a ja zostanę sama?” – pytałam. To były dla mnie trudne, dramatyczne chwile. Bardzo chciałam, żeby najstarszy syn został i zajmował się gospodarstwem. On wtedy z płaczem powiedział: „Mamusiu, ja będę przyjeżdżał na wakacje i wszystko zrobię”.

– Dlaczego wybrał zakon michalitów?

G. Ch.: – Kiedy Janek mówił, że chce zostać pustelnikiem lub misjonarzem, to napisałam o tym do męża, który był w sanatorium w Iwoniczu-Zdroju. Odpisał, że jeśli chce zostać księdzem, to niech tak będzie. Mąż mi napisał, że jeśli poradzi sobie z chorobą i będzie dalej żył, to jakoś sobie damy radę, a jeśli umrze, to, niestety, będę musiała przetrwać w biedzie. Napisał również, że niedaleko Iwonicza znajduje się dom macierzysty Zgromadzenia św. Michała Archanioła i żeby Janek zobaczył ten zakon. I tak się stało. Syn pojechał po raz pierwszy do Miejsca Piastowego w wieku zaledwie 14 lat. Na karteczce zapisał sobie nazwę miejscowości, gdzie musi się przesiąść na inny autobus, i pojechał. Bałam się, przeżywałam, bo przecież nigdy tak daleko nie wyjeżdżał. Ale co mogłam zrobić? Dzieci były bardzo małe, trzeba było zająć się gospodarstwem, a nie miał mnie kto zastąpić. Wszystko się jednak udało. Wrócił zachwycony.

– Pogodziła się Pani wtedy, że syn zostanie księdzem?

G. Ch.: – Tak, i byłam bardzo zadowolona. Zrozumiałam, że całe swoje życie chce poświęcić Panu Bogu. Czy może być coś piękniejszego? Później 2 razy odwiedziłam go w Miejscu Piastowym. Raz, gdy przysłano zaproszenie, że zakonnicy wystawią misteria Męki Pańskiej. Drugi – gdy była wywiadówka. Wszyscy mówili, że Janek bardzo dobrze się uczy i są z niego zadowoleni. Ucieszyłam się tym.

– 3 maja 1975 r. Jan Chrapek otrzymał święcenia kapłańskie z rąk bp. Ignacego Tokarczuka. Potem skończył studia specjalistyczne na KUL-u, w następnych latach uzyskał tytuł doktora. Został mianowany prefektem w krakowskim seminarium księży michalitów.

M. Ch.: – Jak został księdzem, to od razu mocno zaangażował się w ruch oazowy. Księża michalici już przed nim się tym zajmowali, a on rozszerzył tę działalność. Do dzisiaj spotykam ludzi, którzy mówią, że byli na oazach organizowanych przez brata. A trzeba pamiętać, że były to zupełnie inne czasy. Ksiądz nie mógł sobie dowolnie wyjeżdżać z młodzieżą. Władze chciały to kontrolować, sprawdzać, kto uczestniczy w oazach. Część młodzieży bała się jechać. Brat, żeby jej nie narażać, chodził po cmentarzu i spisywał imiona i nazwiska. Potem rejestrował wyjazd z tymi danymi. Tak było na oazach w Krośnie, Jasieniu czy Dukli. Młodzi uczyli się nieznanych nazwisk, bo mogli być w każdym momencie skontrolowani. Dzięki temu ich prawdziwe pozostawały nieznane i nie można było wyciągnąć wobec nich konsekwencji, że wyjechali. Władze komunistyczne ciągle prześladowały brata. Wzywali go na milicję, kilka razy przesłuchiwali. Śledzili. Pilnowali, kto wchodzi do kościoła...

– Kolejny ważny etap życia ks. Jana Chrapka zaczął się w 1981 r. Został wtedy rektorem słynnego Papieskiego Sanktuarium Maryjnego w Castel Sant’ Elia k. Rzymu. To wyjątkowe miejsce, w którym już w IV wieku osiedlali się pustelnicy.

M. Ch.: – Kiedy michalici dostali nową placówkę pod Rzymem, duża jej część była w ruinie. Brat opowiadał, że narkomani i pijacy urządzali tam sobie schadzki. Odnowienie i uporządkowanie wszystkiego wymagało dużo pracy. Pojechałem do tego miasteczka w 2006 r. Burmistrz pamiętał mojego brata. Podkreślił, że był zszokowany, bo w tak krótkim czasie zakonnikom udało się odbudować to miejsce pod względem nie tylko materialnym, ale przede wszystkim duchowym. Ludzie zaczęli przychodzić do sanktuarium i stało się ono ponownie miejscem kultu.

– Później o. Jan Chrapek został generałem zakonu michalitów, biskupem pomocniczym diecezji drohiczyńskiej, następnie toruńskiej i w 1999 r. biskupem ordynariuszem diecezji radomskiej.

G. Ch.: – Byłam bardzo szczęśliwa, gdy został biskupem. Choć wiedziałam, że będzie miał jeszcze mniej czasu. Był ciągle zajęty, zawsze coś robił. Niektórzy pytali, skąd ma tyle sił. Myślę, że od Pana Boga. Sam z siebie przecież tego wszystkiego by nie zrobił.

M. Ch.: – Dla mnie był idolem. Różnica wieku między nami była bardzo duża, bo byłem młodszy o 17 lat. Był dla mnie kimś, kto wyrwał się z tej wsi, jak kiedyś mówiłem – „z tej dziury”. Teraz zmieniłem zdanie o mojej rodzinnej miejscowości, ale wtedy tak myślałem. Byłem dumny, że udało mu się skończyć studia, poznać 5 języków; bywał we Włoszech, Francji, w Niemczech i Wielkiej Brytanii. Widziałem też, jak wielkim szacunkiem cieszy się wśród ludzi. Ale miałem też pretensje.

– Pretensje?

M. Ch.: – Mówiłem, że za mało czasu poświęca rodzinie, że jak przyjeżdża, to powinien dłużej pobyć w domu, odpocząć. Teraz myślę inaczej. Wiem, że jak podejmuje się jakąś misję, trzeba się do końca poświęcić i całkowicie zaangażować. On tak właśnie robił. Pamiętam też ważne słowa, które wypowiedział do niego tatuś, gdy brat został generałem zakonu. To było tylko jedno zdanie: „Im, dziecko, wyżej wychodzisz, tym niżej głowę noś”. Proste stwierdzenie, ale ile w nim mądrości.

G. Ch.: – Przyjeżdżał rzeczywiście na krótko. Był 3-4 godziny, ale co to jest? Nigdy nie miał czasu. Ostatni raz był we wrześniu 2001 r. Pytałam: „Czy przyjedziesz na Wszystkich Świętych?”. „Przyjadę, mamusiu” – odpowiedział. Ale już nigdy nie przyjechał...
Kiedy z nim rozmawiałam, nigdy nie powiedział o nikim złe słowa. Nigdy. Według mnie, każdy powinien taki być. Potrafił dostrzec dobro w ludziach. Pomagał potrzebującym. Mówiłam mu, że dla mnie wszyscy są dobrzy. Może jeden znajdzie się zły na tysiąc. Ale to wyjątek.
M. Ch.: – Kiedyś przyjechał i zaczęliśmy rozmawiać o sprawach bieżących. W pewnym momencie mówię: „Wiesz, niektórzy uważają, że naciągają cię różni ludzie; że jesteś za bardzo otwarty, naiwny. Proszą cię o pomoc finansową i o inne wsparcie, a wielu to zwykli naciągacze”. Pamiętam jego odpowiedź: „Wolę, żeby mnie dziewięciu na dziesięciu naciągnęło, ale żebym nie pominął tego jednego, który naprawdę potrzebuje pomocy”. Mówił też, jak wiele jest osób potrzebujących. Nie chodzi tylko o rzeczy materialne, ale również o wysłuchanie i bycie z kimś w trudnych momentach. To, uważał, jest nieraz o wiele ważniejsze niż sprawy materialne. On potrafił słuchać ludzi. Jak się z kimś spotykał, to czas przeznaczał wyłącznie dla konkretnego człowieka. I cały był z nim. Bardzo często nie mieścił się w ramach czasowych. Rozmawiał z kimś, a potem ktoś jeszcze przychodził i chciał być wysłuchany. Jego otoczenie przypominało mu, że musi już jechać, że nie zdąży na uroczystości, spotkanie, a on dalej słuchał ludzi.
– Kiedy przyjeżdżał do domu, opowiadał o osobach, które poznał – np. o Matce Teresie czy Janie Pawle II, którego obserwował w czasie papieskich pielgrzymek? M. Ch.: – Raczej przekazywał krótkie informacje. Gdzie był, kogo spotkał. Ale raz rzeczywiście opowiadał o Ojcu Świętym. To było po pielgrzymce, podczas której Papież się przewrócił i skaleczył w czoło. Brat mówił, że pomimo zmęczenia Jan Paweł II po całym dniu poszedł do kaplicy i modlił się w nocy. Najpierw widział Papieża, jak siedział, a potem – jak 2 godziny modlił się na klęczniku. Tej nocy Ojciec Święty spał zaledwie 3 godziny. To zrobiło na moim bracie niesamowite wrażenie.

– Czy mówił o trudnościach, o kłopotach, które go spotykały?

G. Ch.: – Kiedy ogłosili, że będzie biskupem radomskim, to jakoś bał się tego Radomia. Nie wiem dlaczego.

M. Ch.: – Chciał poznać Radom. Często wychodził z kimś i odwiedzał różne dzielnice. A czasami było tam naprawdę niebezpiecznie. Kiedy objął biskupstwo w Radomiu, to miasto nie było bogate. Padł przemysł, było ogromne bezrobocie. To była młoda diecezja z ogromnymi wyzwaniami. Na początku miał ciężko. Ale ludzie szybko zobaczyli, jak bardzo angażuje się w różne inicjatywy, jak próbuje pomóc biednym.

– O Radomiu mówił: „To moje piękne miasto”.

M. Ch.: – Szybko zjednał sobie ludzi, bo zobaczyli, że to, co robi, jest szczere, że bardzo chce zmienić diecezję na lepsze. Zauważyli to nie tylko mieszkańcy Radomia. Kiedy pracowałem w Warszawie, opowiadali mi artyści, że na pierwszy koncert „Verba Sacra” w Radomiu nikt nie chciał przyjechać. Ale już na następne z niecierpliwością czekali, czy brat zadzwoni i ich zaprosi.
Umiał też dostrzec potrzebujących. Jak przyszedł do Radomia, to od razu się zastanawiał, jakie są najpilniejsze potrzeby ludzi. I szybko działał. Sądzę, że to wyniósł przede wszystkim z domu. A potem został dobrze ukształtowany przez opiekunów w zakonie.

– Co chcieliby Państwo, żeby ludzie szczególnie zapamiętali z życia bp. Jana Chrapka?

M. Ch.: – Dla mnie ważne jest to, że był normalnym, zwyczajnym człowiekiem dla każdego. Nie biskupem, nie naukowcem, ale pozostał wrażliwym duszpasterzem. Pokazał, że trzeba spalać się jak świeca, to znaczy, że tak jak świeca można dawać światło i ciepło innym. Mówił, że trzeba próbować zrozumieć drugiego człowieka. Nie pouczać, ale być z nim w trudnych chwilach.
Myślę, że pozostawił po sobie wiele dobra. Bardzo się cieszymy z każdego śladu pamięci. Są szkoły jego imienia, nagrody, tak jak np. „Viventi Caritate”, czyli nagroda dla ludzi, którzy „przeżywają swoje życie z pasją wiary”. Wiele osób o nim pamięta. To, że dzisiaj Pan do nas przyjechał, a jest uczniem mojego brata, to przecież też znak tej pamięci. W różnych miejscach, w różnych okolicznościach nieraz spotykają mnie ludzie i pytają, czy jestem kuzynem bp. Chrapka. Mówią, że jestem do niego podobny. Odpowiadam, że to mój brat. I zaczynają się opowieści. Komuś powiedział coś ważnego w życiu, komuś pomógł. To znaczy, że zostawił po sobie wiele dobra.

G. Ch.: – Ja stale odczuwam jego obecność. Chciałabym, żeby ludzie zapamiętali, jaki był. A był dobry. Mówiłam zawsze, że nie można nikomu robić krzywdy i trzeba żyć tak, jak Pan Bóg przykazał. I myślę, że Janek tak właśnie żył. Bo w życiu bardzo ważne jest to, żebyśmy czynili dobro. Jak coś dobrego się zrobi, to człowiek jakoś inaczej się czuje. Może wyjść o każdej porze i z każdym miło porozmawiać. Serdecznie, życzliwie. A jak się zrobi coś złego, to ma się wyrzuty sumienia i nie można z tym czekać, bo życie jest bardzo krótkie.
Nieraz wydaje mi się, że jeszcze niedawno stawałam na palcach, żeby na stole zobaczyć łyżkę. A teraz? Mam już 88 lat. Prawie nie chodzę i z każdą chwilą odczuwam, że trzeba będzie odejść z tego świata. Codziennie myślę o śmierci. Wiem, że jest już bardzo blisko. Ale odchodzę ze spokojem. Gdybym komuś coś złego zrobiła, to miałabym wyrzuty sumienia i bałabym się śmierci. A tak nie jest. Myślę, że dobrze wykorzystałam życie. Mam spokojne sumienie.

– Niektórzy mówią o bp. Janie Chrapku: „To było święte życie”.

G. Ch.: – A to niech Pan Bóg osądzi. Wielu opowiada o jego skutecznej interwencji w ich trudnych sprawach u Boga.

– Bardzo dziękuję za rozmowę.

Tagi:
rozmowa bp Jan Chrapek

To moja służba Polsce

2018-07-04 11:07

Rozmawia Maria Fortuna-Sudor
Niedziela Ogólnopolska 27/2018, str. 28-29

W roku świętowania stulecia odzyskania niepodległości naszej ojczyzny do Kapituły Orderu Orła Białego został powołany Adam Bujak – polski artysta fotografik, laureat wielu prestiżowych wyróżnień, w tym m.in.: Orderu Wielkiego św. Zygmunta, nagrody Totus, medalu „Per Artem ad Deum” (Przez sztukę do Boga), Feniksa Maltańskiego i Orderu Orła Białego. Artysta uwiecznił w kadrze życie aktywność duszpasterską Karola Wojtyły – biskupa i kardynała oraz papieża Jana Pawła II. Jest także znanym i uznanym dokumentalistą polskiej historii, tradycji, zwyczajów i architektury oraz autorem albumów upamiętniających obrzędy i rytuały religijne chrześcijan nie tylko w Polsce.

Jakub Szymczuk/KPRP
Prezydent RP Andrzej Duda wręcza Adamowi Bujakowi nominację na członka Kapituły Orderu Orła Białego

MARIA FORTUNA-SUDOR: – Panie Adamie, gratuluję nowej roli! Proszę powiedzieć, czy spodziewał się Pan takiego wyróżnienia?

ADAM BUJAK: – W życiu bym sobie nie pomyślał, że będę współdecydował o tym, komu przyznać najważniejsze odznaczenie naszej Rzeczypospolitej, że będę, obok Prezydenta RP, w pięcioosobowej kapitule, która opiniuje kandydatury do Orderu Orła Białego.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Po pierwsze miłość

2018-07-10 12:29

Ks. Paweł Borowski
Niedziela Ogólnopolska 28/2018, str. 16-17

Wiesław Ochotny

KS. PAWEŁ BOROWSKI: – Gdy Ksiądz Biskup rozpoczynał swoją posługę w diecezji toruńskiej, podkreślał konieczność otoczenia troską małżeństw i rodzin. Często także nawiązuje Ksiądz Biskup do swojego rodzinnego domu. Jaki to był dom?

BP WIESŁAW ŚMIGIEL: – W rozmowach i nauczaniu często odwołuję się do doświadczeń domu rodzinnego, ponieważ był on dla mnie środowiskiem wzrostu. Jestem przekonany, że miałem rodzinę jak wielu z nas – tradycyjną, zbudowaną na fundamencie wiary katolickiej, wzajemnej miłości i szacunku dla drugiego człowieka. Dom rodzinny to dla mnie wspomnienie bezpieczeństwa, miłości, przywiązania do Kościoła, szkoła odpowiedzialności i pracy. Tata zmarł, kiedy miałem 12 lat, więc wcześnie musiałem uczyć się samodzielności, choć moja mama starała się wypełniać swoje zadania oraz zastępować ojca, stawiając jasne wymagania. Warto wspomnieć, że moja mama była zaangażowana w działalność parafialnej Caritas, a ja byłem ministrantem i lektorem. Zaangażowanie w życie parafii pozwoliło mi doświadczyć wspólnoty oraz bardzo pomogło w rozwoju osobistym.

– Podczas toruńskiego Marszu dla Życia i Rodziny Ksiądz Biskup wskazał, że do misji Kościoła należy poszukiwanie człowieka, który jest zagubiony. Jakie działania należy podejmować względem rodzin będących ofiarami emigracji zarobkowej, przemocy, plagi rozwodów?

– Zagrożeń dla małżeństwa i rodziny jest sporo, ale najważniejsze, by Kościół był gościnnym domem dla każdej rodziny, która chce w nim szukać bezpieczeństwa i rozwoju. Ponadto jest coraz więcej związków, małżeństw i rodzin, które oddaliły się od Boga. One wymagają poszukiwania, przyjęcia i włączenia do żywej wspólnoty wiary. Palącą potrzebą jest także zapewnienie małżonkom fachowej pomocy (duszpasterskiej i psychologicznej), by ograniczyć plagę rozwodów, które niosą sporo cierpienia dla całej rodziny, a są szczególnie bolesne dla dzieci.

– Europa doświadcza kryzysu podstawowych wartości, w tym kryzysu małżeństwa i rodziny. Jakie wyzwania stoją dziś przed Kościołem w tej kwestii?

– Laicyzacja dotyka różnych aspektów życia, w tym również rodziny. Potrzeba nie tylko zatrzymania tych procesów, ale też ewangelizacji, która przywróci Europie zaufanie do Ewangelii. W duszpasterstwie rodzin ważne jest ukazanie tradycyjnego modelu małżeństwa i rodziny jako wartości, bez której Europie grozi zapaść. Małżeństwa bazujące na miłości kobiety i mężczyzny oraz otwarte na życie, wzmocnione sakramentem małżeństwa, to przyszłość Kościoła i każdego narodu. Wyzwaniem jest wychowanie młodego pokolenia do życia w małżeństwie i rodzinie. Zadaniem Kościoła jest również rozwijanie duszpasterstwa rodzin, aby każde małżeństwo i rodzina miały wsparcie Kościoła. Problemy, które powinien podjąć Kościół, zarysował papież Franciszek w adhortacji „Amoris laetitia”. Już w pierwszym zdaniu adhortacji zapisał, że pomimo licznych oznak kryzysu pragnienie rodziny jest stale żywe, a chrześcijańskie orędzie dotyczące rodziny to dobra nowina dla świata (por. AL 1).

– Jak w tym kontekście powinna wyglądać formacja narzeczonych, małżeństw, rodzin?

– Przede wszystkim winna to być formacja permanentna, a nie okazjonalna. Duszpasterstwo i ewangelizacja, jeśli mają być skuteczne, to powinny być ustawione w kluczu rodziny. Duszpasterstwo dzieci, młodzieży i dorosłych to okazja do ewangelizacji całej rodziny. Sakramenty przyjmujemy w rodzinie naturalnej i rodzinie parafialnej i wszyscy są odpowiedzialni za tych, którzy otwierają się na łaskę sakramentów. Problemem jest traktowanie parafii jak punktu usługowego lub urzędu, co z kolei prowokuje do postawy roszczeniowej. Tymczasem parafia to wspólnota wiary, nadziei i miłości. W takiej wspólnocie odbywa się formacja narzeczonych, małżonków i rodzin. Jednak to nie zwalnia z solidnego i fachowego przygotowania do przyjęcia sakramentu małżeństwa – dalszego, bliskiego i bezpośredniego. Małżeństwa wymagają natomiast nieustannego wsparcia, np. przez katolickie poradnie małżeńskie i rodzinne oraz rozwój wspólnot rodzinnych. W Polsce pomocą w formacji rodzin są Kościół Domowy, rodzinna gałąź Ruchu Światło-Życie, Spotkania Małżeńskie, Stowarzyszenie Rodzin Katolickich oraz wiele innych. Zadaniem duszpasterstwa rodzin jest je wspierać i rozwijać.

– Episkopat Polski opracował wytyczne pastoralne dotyczące adhortacji „Amoris laetitia”. Jakie główne kierunki posługi względem małżeństwa i rodziny wskazują księża biskupi?

– Konferencja Episkopatu Polski od dawna stara się wspierać i rozwijać duszpasterstwo rodzin. Szczególnie sakrament małżeństwa oraz bliższe i bezpośrednie przygotowanie do tej formy wspólnotowego życia znajdują się w centrum działań pasterzy Kościoła. Dlatego biskupi z wdzięcznością przyjęli posynodalną adhortację apostolską Franciszka „Amoris laetitia”, która jest wyrazem troski o rozwój miłości małżeńskiej w rodzinie. To inspirująca aktualizacja „Ewangelii rodziny”, którą Kościół głosi i realizuje. „Wytyczne” najpierw wskazują na zasadnicze akcenty nauczania Ojca Świętego, następnie akcentują radość miłości w małżeństwie i rodzinie oraz wskazują na nowe impulsy duszpasterskie. Ostatni punkt „Wytycznych” dotyczy natomiast pastoralnego rozeznania i logiki integracji w świetle VIII rozdziału „Amoris laetitia”. Dokument wskazuje na uniwersalne kryteria duszpasterskie wobec małżeństw i rodzin. Są nimi przyjęcie, towarzyszenie, rozeznawanie i integracja. Można w uproszczeniu przyjąć, że to ramy programu duszpasterstwa rodzin. Każde z tych kryteriów jest ważne i wymaga oddzielnego opracowania, jednak wszystkie one są komplementarne i dopiero razem tworzą posługę pastoralną, do której wzywa nas Franciszek.

– Na czym ma polegać w Kościele integracja małżeństw niesakramentalnych?

– Najpierw warto przypomnieć, że w Polsce od lat istnieje i rozwija się duszpasterstwo związków niesakramentalnych. Biskupi zabiegają, aby w diecezjach osoby żyjące w związkach niesakramentalnych miały możliwość uczestniczenia w życiu parafii i diecezji. Chodzi nie tylko o struktury duszpasterstwa związków niesakramentalnych, ale też o klimat pełen pastoralnej troski o rodziny, które tworzą i w których wychowują dzieci. Jednak w ostatnim czasie narracja medialna sprowadziła problem integracji do odpowiedzi na pytanie, które przeczytałem na jednym z portali internetowych: Czy rozwodnicy mogą przyjąć Komunię św.? Tymczasem sedno problemu dotyczy wiary i dojrzałości, a integracja to długi proces, który wymyka się rozwiązaniom wyłącznie prawnym, ale odwołuje się do towarzyszenia i indywidualnego rozeznania. Nie można tego dokonać w kontakcie jednorazowym i okazjonalnym, ale wymaga to wspólnego rozeznawania osób w związku niesakramentalnym i duszpasterza, a wszystko winno się odbywać nie w klimacie roszczeń, żądań i złych emocji, ale w atmosferze zaufania Bogu i Kościołowi. Taką logikę proponuje Papież, szczególnie w adhortacji „Amoris laetitia”. Zasada ogólna wynikająca z nauczania Kościoła i tradycji pozostaje niezmienna, ale optyka miłosierdzia zachęca do spojrzenia w serce i życie konkretnego człowieka. Sytuacja poszczególnych związków nieregularnych jest bardzo różna, dlatego najpierw potrzeba indywidualnego potraktowania człowieka i poziomu jego wiary. Niektóre związki nie posiadają przeszkody kanonicznej i można je doprowadzić do sakramentu małżeństwa – wówczas towarzyszenie winno zmierzać w tym kierunku. Jednak jeśli sytuacja po ludzku jest nie do pokonania, potrzeba pomocy Boga, który potrafi uzdrawiać nawet to, co wydaje się nie do uzdrowienia. Rozeznawanie powinno najpierw prowadzić do udzielenia na drodze kościelnego procesu sądowego odpowiedzi na pytanie, czy można stwierdzić nieważność pierwszego związku małżeńskiego. Jednak gdy prawomocnym wyrokiem zostanie orzeczone, że nieważność nie może zostać stwierdzona, należy kontynuować rozeznanie pastoralne. Proces towarzyszenia i rozeznawania winien prowadzić ludzi do spotkania z Bogiem i do integracji ze wspólnotą wierzących.

– Czy owa integracja ma jakieś granice?

– Granice integracji wyznaczają indywidualna sytuacja, wiara oraz dojrzałość ludzi będących w takich związkach. Pomocą jest towarzyszenie i rozeznawanie ze strony dobrze przygotowanego i odpowiedzialnego duszpasterza. Podkreślam konieczność formacji duszpasterzy, którzy będą w stanie podjąć się takiego zadania! Rozeznawanie w przypadku konkretnej osoby żyjącej w sytuacji nieregularnej winno prowadzić do ewangelicznej, obiektywnej (na miarę ludzkich możliwości) i miłosiernej oceny własnej sytuacji. Miłosierne spojrzenie to nie relatywizm, letniość czy uznanie nieregularnej sytuacji za dobro, ale raczej wezwanie do nawrócenia serca, zaufania i głębokiej wiary pomimo bolesnego grzechu. Ludzie żyjący z związkach nieregularnych u duszpasterzy nie zawsze znajdą „potwierdzenie swoich własnych idei i pragnień, ale na pewno otrzymają światło, które im pozwoli lepiej zrozumieć to, co się dzieje, i będą mogli odkryć drogę dojrzewania osobistego” (AL 312). Spojrzenie z troską na osoby żyjące w związkach nieregularnych to zadanie dla całej wspólnoty wierzących; wymaga to zmiany naszej mentalności – z wyłącznie prawnej na pastoralną, która prawa nie neguje, a zawsze potrafi dostrzec twarz człowieka, grzesznego i poranionego, ale pokornie, cierpliwie i wytrwale szukającego kontaktu z Bogiem. Papież przypomniał, że „pasterze proponujący wiernym pełny ideał Ewangelii i nauczania Kościoła muszą im także pomagać w przyjęciu logiki współczucia dla słabych i unikania prześladowania lub osądów zbyt surowych czy niecierpliwych. Ta sama Ewangelia wzywa nas, byśmy nie osądzali i nie potępiali” (AL 308).

– W obliczu współczesnych wyzwań stojących przed Kościołem jakie cele stawia sobie Ksiądz Biskup jako przewodniczący Rady ds. Rodziny?

– Rada ds. Rodziny, jak sama nazwa wskazuje, jest organem doradczym w stosunku do Konferencji Episkopatu Polski. Zadaniami rady są szeroko pojęta troska o małżeństwo i rodzinę, promocja godności rodziny i kobiety, troska o dzieci, obrona życia poczętego oraz związane z tym sprawy. Moim zdaniem, ważne jest, by widzieć problemy małżeństwa i rodziny całościowo i troszczyć się o rozwój duszpasterstwa rodzin we wszystkich jego aspektach. Nie można przewartościowywać jednego z elementów, ale też szkodliwe byłoby pomijanie np. troski o związki niesakramentalne. Ważne są wychowanie oraz przygotowanie do małżeństwa i rodziny, troska o małżeństwa sakramentalne, pomoc rodzinom przeżywającym różne trudności oraz towarzyszenie związkom niesakramentalnym. Franciszek zachęca nas do cierpliwego i pełnego miłości pastoralnej towarzyszenia rodzinie, by odkryła radość Ewangelii. Nie działamy pod wpływem impulsów medialnych, ale systematycznie i konsekwentnie rozwijamy duszpasterstwo rodzin w Polsce. „Wytyczne” zobowiązały nas do wypracowania nowego Dyrektorium Duszpasterstwa Rodzin dla Kościoła w Polsce, a to bardzo konkretne i wymagające zadanie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Bydgoszcz: Monstrancja Fatimska podczas pielgrzymki na Jasną Górę

2018-07-17 21:22

jm / Bydgoszcz (KAI)

Akademicka grupa „Przezroczysta” przy parafii MB Królowej Męczenników w Bydgoszczy zaprasza do wspólnej modlitwy podczas Diecezjalnej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę w towarzystwie Monstrancji Fatimskiej „Niewiasta Eucharystii”, która wyruszy z pątnikami na szlak.

Aleksandra Wojdyło

Monstrancja - a w niej przede wszystkim Eucharystyczny Pan Jezus - staje się dla pielgrzymów wielkim darem w przygotowaniu do peregrynacji kopii cudownego Obrazu Matki Boskiej Jasnogórskiej, której wizytę przeżywać będziemy w parafiach diecezji bydgoskiej od września. - Chcemy adorować Pana Jezusa poprzez Jego Matkę Maryję i od Tej, która jest „Pełna Łaski”, uczyć się wymawiać nasze codzienne „fiat” - powiedział ks. Piotr Wachowski.

Kapłan dodał, że adoracja Najświętszego Sakramentu podczas pielgrzymki staje się na dziś najważniejszą intencją dla diecezji. - Chcemy modlić się za młodzież w cieniu zbliżającego się synodu biskupów na temat ich wiary i rozeznania powołania, by wyraźnie odczytywała swoją życiową misję i odpowiadała na nią ochoczo - jednym słowem: by nie zabrakło naszej diecezji kapłanów i sióstr zakonnych. Tego roku intensywnej modlitwy o powołania nie możemy zmarnować i jest to zadanie każdego z nas - dodał.

Pierwsza Adoracja będzie miała miejsce podczas wieczoru uwielbienia „Pełna łaski” w Bazylice kolegiackiej św. Piotra i Pawła w Kruszwicy 22 lipca o godz. 20.

Monstrancje powstała w renomowanej pracowni Drapikowski Studio. Przedstawia Maryję - Niewiastę obleczoną w słońce, u której stóp znajduje się księżyc. W centrum, w sercu Niewiasty Eucharystii, znajduje się miejsce, w którym umieszczany jest Najświętszy Sakrament. Niepokalane Serce Maryi to Dom Jezusa Chrystusa, Księcia Pokoju. Symboliczną wartość monstrancji podkreśla 12 fragmentów meteorytu, rozmieszczonych w aureoli oraz fragment skały księżycowej, wtopiony pod stopami Maryi. Każdy z tych dodatkowych elementów posiada certyfikat NASA.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 5/6 2018

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem