Reklama

Sklep sakralny

Siła argumentów

2017-10-18 11:03

Agnieszka Porzezińska
Niedziela Ogólnopolska 43/2017, str. 24-25

Bożena Sztajner/Niedziela

Kto postępuje niezgodnie z Dekalogiem, ten szuka „argumentów”, by jakoś usprawiedliwić to, że chowa się przed Bogiem. Najczęściej powołuje się wtedy na słabości Kościoła, a zwłaszcza księży. W ten sposób odbiera sobie szansę na nawrócenie i korzystanie z pomocy Boga wtedy, gdy tej pomocy najbardziej potrzebuje

Niniejszym rozpoczynam cykl, którego celem jest dostarczenie argumentów tym, którzy chcą pomagać ludziom błądzącym, by zrozumieli, że ich potrzeba dostrzegania w Kościele wyłącznie słabości nie jest czymś przypadkowym oraz by sami czuli się pewniej we wszelkich dyskusjach światopoglądowych.

Po co Kościół pcha się do polityki?

Kościół „pcha się” wszędzie tam, gdzie żyje człowiek i gdzie rozstrzyga się jego los – doczesny i wieczny. Polityka to troska o dobro wspólne. Jeśli politycy o to dobro wspólne się troszczą, to Kościół ich w tym wspiera. Jeśli troszczą się natomiast wyłącznie o siebie i swój prywatny interes kosztem społeczeństwa, to wtedy Kościół ma obowiązek takich polityków demaskować i wzywać do nawrócenia. Jeśli jakiś ksiądz widzi, że któryś z jego parafian dręczy żonę i dzieci, a mimo to nie reaguje i nie broni pokrzywdzonych, nie jest wierny swojemu powołaniu, bo nie kocha. Jeśli tenże ksiądz widzi, że jakiś polityk jest skorumpowany i opływa w luksusy kosztem tysięcy ludzi uczciwie pracujących, a mimo to milczy – staje się współwinny wielkiemu złu społecznemu. Jeśli politycy wprowadzają niemoralne prawo i pozwalają legalnie zabijać dzieci w fazie rozwoju prenatalnego, a duchowni nie występują stanowczo w obronie ludzkiego życia, są winni. Duchowni są powołani do tego, by chronić człowieka przed jego własnymi słabościami, a także przed krzywdzicielami. Kościół w Polsce wyróżnia się tym, że duchowni potrafili upominać także władców, jeśli ci łamali prawo Boże i działali na szkodę społeczeństwa. Ani księża, ani świeccy katolicy nie mogą milczeć, gdy ci, którzy dążą do władzy czy ją sprawują, podejmują niemoralne decyzje i czynią zło.

Nie trzeba chodzić do kościoła, żeby spotkać Boga To prawda, ale prawdą jest także, że to Jezus, a nie duchowni, założył Kościół i to Jezus dał Apostołom władzę uzdrawiania ludzkiego ducha i ludzkiego ciała. Ludzie niewierzący i szydzący z Boga oraz z godności człowieka stanowią niewielki odsetek społeczeństwa, a mimo to sprawiają wrażenie, jakby byli potężną siłą społeczną. Dzieje się tak dlatego, że są świetnie zorganizowani i wzajemnie się wspierają. Jezus uczy nas realizmu. On wie, że szukając Boga w pojedynkę, łatwo nie tylko zatracić więź z Nim, lecz także stać się ofiarą tych, którzy wciągają w zło w sposób systematyczny i świetnie zaplanowany. Doświadczenie potwierdza, że najłatwiej trwać przy Bogu tym, którzy wspólnie się modlą, korzystają z Eucharystii i sakramentów. Ci, którzy postępują zgodnie z Dekalogiem, są wyrzutem sumienia dla błądzących. To nie przypadek, że to właśnie chrześcijaństwo, które uczy kochać każdego człowieka, jest najbardziej prześladowaną religią na świecie. Kto szuka Boga poza Kościołem, ten staje się łatwą ofiarą ludzi świetnie zorganizowanych w imperium zła.

Reklama

Jestem wierzący, ale niepraktykujący

Tego typu rozumowanie jest tak absurdalne, że można by je było wręcz ośmieszyć, choćby takim ironicznym stwierdzeniem: a ja jestem zagorzałym wegetarianinem, lecz także niepraktykującym. Wierzyć i nie praktykować to jak niby żyć, lecz nie oddychać lub jak niby kochać, ale nie czynić niczego dobrego.

Księża nie powinni radzić w kwestiach seksualności i rodziny, bo nie mają w tych tematach doświadczenia

Tego typu twierdzenie nie respektuje oczywistych faktów. Po pierwsze – także księża wzrastają w rodzinach. Z własnego zatem doświadczenia wiedzą, jakie relacje w rodzinie budują szczęście, a jakie prowadzą do kryzysów i cierpienia. Także księża mają ciało i mierzą się z własną seksualnością. Z własnego więc doświadczenia wiedzą, jakie zachowania prowadzą do czystości, a jakie do nieczystości, do uzależnień i międzyludzkich dramatów. Po drugie – to do księży najczęściej zwracają się małżonkowie i rodzice, gdy czują się bezradni wobec poważnych trudności swoich i swoich bliskich, w tym także trudności seksualnych. Każdy z księży, który okazuje trochę serca parafianom, ma zwykle kolejki osób proszących o rozmowę i pomoc. Dodatkowym atutem kapłanów jest to, że w sprawach małżeńskich i rodzicielskich nie muszą być sędziami we własnej sprawie. To ułatwia im widzenie spraw bardziej realistycznie i obiektywnie niż małżonkom i rodzicom, przeżywającym poważne konflikty. Jeden ze znajomych duchownych powiedział mi, że pyta świeckich o to, co to znaczy być dobrym księdzem, bo wie, że ich podpowiedzi będą trafne, bo są to podpowiedzi kogoś, kto obserwuje kapłanów z zewnątrz. Podobnie my, świeccy, zachowujemy się racjonalnie wtedy, gdy w trudnych sytuacjach szukamy porady u kogoś, kto obserwuje nas i nasze postępowanie z większą dozą obiektywizmu.

Bóg nie może być dobry, skoro nie powstrzymał Holokaustu

Taki „argument” jest przewrotny, bo oznacza zrzucanie winy na Boga za to, że ktoś Boga nie słucha. Wielu niemieckich księży zostało zabitych czy było dręczonych w Dachau i innych obozach koncentracyjnych, bo przypominało rządzącym, że nie mają prawa nikogo mordować. Podobnie dręczonych było wielu świeckich za to, że sprzeciwiali się ludobójcom: Leninowi, Stalinowi czy Hitlerowi. Tacy duchowni i świeccy byli i są świadkami Boga, który uczy nas wzajemnej miłości i który nie odbiera nam wolności nawet wtedy, gdy Jego samego przybijamy do krzyża. Holokaust i inne ludobójstwa są dowodem na to, jak bestialski potrafi być człowiek, który stawia siebie w miejsce Boga.

Bóg nie może być dobry, skoro niewinne dzieci umierają na raka

Bóg pragnie, żebyśmy byli szczęśliwi. Jezus wyraża to pragnienie Boga jeszcze mocniej: „To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna” (J 15, 11). Jeśli ktoś z nas cierpi, to nigdy nie jest to wola Boga. Bóg zrobił aż za dużo, byśmy nie cierpieli. Zgodził się na bycie przybitym do krzyża, bo chciał być ostatnim ukrzyżowanym. Chciał, byśmy odtąd – zdumieni Jego miłością – już tylko jedni drugich kochali. Wtedy znikają cierpienia. Bóg nie zsyła cierpienia ani go nie dopuszcza. Niewinne cierpienie jednych ludzi wynika zwykle z winy innych ludzi. Cierpienia czy choroby niewinnych dzieci wynikają zwykle z braku miłości czy z okrucieństwa dorosłych. W 40. numerze „Niedzieli” pisałam o syndromie FAS, czyli o wielkim cierpieniu dzieci skrzywdzonych przez własne matki, które sięgały po alkohol w czasie ciąży. Za każdym razem, gdy ktoś z ludzi krzywdzi bliźniego, łatwiej jest obarczyć winą niewinnego Boga niż rzeczywistego winowajcę.

Bóg jest tworem psychiki ludzi słabych

Oczywiście, że niektórzy ludzie, zwłaszcza bardzo niedojrzali, błądzący czy poranieni, wymyślają sobie jakiegoś „boga”. Wytwory ich wyobraźni są równie niedojrzałe jak oni sami. Wymyślają sobie bowiem „boga” na swój obraz i podobieństwo albo na obraz i podobieństwo ich zaburzonych potrzeb psychicznych. To dlatego ich „bóg” jest – w zależności od ich wyłącznych oczekiwań – albo okrutnym sędzią, albo też naiwnym i magicznie ratującym czarodziejem. Nikt z ludzi nie byłby w stanie wymyślić Boga prawdziwego, który objawia się nam w pełni w Chrystusie. Nikt z nas nie byłby w stanie wymyślić Boga, który kocha nas do tego stopnia, że pozwala potraktować siebie jak złoczyńcę i przybić do krzyża, Boga, który im większego doświadcza cierpienia, tym bardziej kocha.

Agnieszka Porzezińska, Dziennikarka, scenarzystka, w TVP ABC prowadzi program „Moda na rodzinę”

Tagi:
duchowość wiara Dekalog

Na Mont Blanc z Dekalogiem

2018-08-14 11:02

Anna Przewoźnik
Niedziela Ogólnopolska 33/2018, str. 10-11

Głosić Dziesięć przykazań Bożych z Dachu Europy? Dlaczego nie? Kilka osób związanych z ideą projektu Dekalog wniosło na Mont Blanc tablice z Dekalogiem, by w ten sposób przypomnieć o najważniejszych przykazaniach, które Bóg dał przez Mojżesza wszystkim ludziom, a o których coraz mniej Europejczyków pamięta.

Aleksandra Malejonek
Na Mont Blanc z Dekalogiem i flagą Ruchu „Europa Christi”

Darek Malejonek, Karol Cierpica, ks. Krzysztof Ciebień, Radek Grabowski, Piotr Grabowski, Łukasz Pędzimąż – to niektórzy członkowie niezwykłej ekipy, która na przełomie lipca i sierpnia 2018 r. wyruszyła na najwyższy szczyt Europy – Mont Blanc, zwany Dachem Europy.

Zaczęło się od muzyki

Wyprawa była kontynuacją projektu Dekalog, w ramach którego tablice w inne miejsca świata zanosił m.in. Marek Kamiński. Podróżnik zaczął od Giewontu, gdzie wniósł je w dniu rozpoczęcia pielgrzymki papieża Franciszka do Polski, potem trafiły one również na biblijną górę Synaj w Ziemi Świętej. Wyprawy związane z zanoszeniem tablic Dekalogu są częścią projektu Dekalog. A wszystko zaczęło się od muzyki. Dziesięć przykazań Bożych miała przypomnieć płyta „Decalogue/Dekalog”, której utwory – różnych wykonawców i kompozytorów – nawiązują do kolejnych przykazań. Zagrali na niej m.in.: Michał Lorenc, Michael Patrick Kelly, Marcin Pospieszalski, Luxtorpeda, Levi Sakala, „Maleo” (szerzej o albumie pisaliśmy w kilku wydaniach „Niedzieli” z lat 2016-18). Ta płyta zainspirowała twórców i wydawców do pójścia dalej, czego efektem było wniesienie tablic na Giewont, Synaj, a teraz na Mont Blanc.

Tablice

Tablice Dekalogu zostały wykonane przez artystę Kamila Drapikowskiego. Na co dzień są przechowywane w monasterze w Grabowcu (powiat wejherowski), należącym do małych sióstr od Betlejem, od Wniebowzięcia Najświętszej Dziewicy Maryi i od św. Brunona – to jedyne miejsce tej wspólnoty zakonnej w Polsce. W macierzystym klasztorze wspólnoty, który mieści się w sercu ziemi kartuzów w Grand-Chartreuse k. Grenoble we Francji, podróżnicy znaleźli miejsce na nocleg.

Modlitwa za Europę

Ekipa, która wyruszyła na Mont Blanc z tablicami Dziesięciu Przykazań, tam, na najwyższym szczycie Alp, powierzała Bogu w modlitwie Europę, prosząc, żeby wróciła do Dekalogu, odkryła jego głęboki sens i mądrość. To przypomnienie znaczenia Bożych przykazań w życiu człowieka. Każdej z takich wypraw towarzyszą konkretna intencja, gorliwa modlitwa, a także cel. W tym roku projekt Dekalog wpisuje się w obchody 100-lecia niepodległości Polski. Projekt wspiera też działania Papieskiego Stowarzyszenia Pomoc Kościołowi w Potrzebie, które m.in. pomaga chrześcijanom żyjącym w najbardziej zapalnych rejonach świata. Obecny na wyprawie ks. Waldemar Cisło – dyrektor sekcji stowarzyszenia i pozostała część ekipy, która nie podjęła wspinaczki, modlili się w klasztorze u małych sióstr od Betlejem, od Wniebowzięcia Najświętszej Dziewicy Maryi i od św. Brunona. Odkrywali pobliskie szlaki górskie. Kilka osób skorzystało z wjazdu z Chamonix kolejką na wysokość 3880 m n.p.m. pod Mont Blanc.

Radek Grabowski, inicjator płyty i wypraw, zwraca uwagę na okładkę płyty „Decalogue/Dekalog”, którą przygotował Damian Styrna. – Nawiązuje ona do podróży, które próbujemy realizować – mówi. – Wcześniej Giewont, góra Synaj, teraz Mont Blanc. Zdobywamy szczyty nie tylko w sensie fizycznym, ale przede wszystkim w sensie duchowym. Dla mnie mobilizacją i inspiracją jest życie innych ludzi, m.in. takich jak Karol – weteran z Afganistanu czy „Maleo”. W dzisiejszym świecie trzeba bardzo mocno przypominać o wartościach chrześcijańskich. Grupa zrzeszona w projekcie Dekalog znalazła na to sposób. Wszyscy jesteśmy potrzebni Panu Bogu w Jego planach. Każdy z nas może dołożyć swoją „cegiełkę”, żeby zmieniać świat – przekonuje.

Jezus był tam z nami

– Przeżywaliśmy Eucharystię i adorację na samej grani, pod Mont Blanc. Szczyt był za naszymi plecami, może kilkaset metrów – coś niezwykłego! – z ekscytacją opowiada kolejny uczestnik wyprawy Karol Cierpica. – Modliliśmy się za Europę. Zanieśliśmy wszystkie nasze intencje. Bogu dziękowałem za ocalenie mi życia, modliliśmy się za Michaela oraz za wszystkich 44 polskich żołnierzy, którzy zginęli w Afganistanie (Karolowi w czasie misji w Afganistanie życie uratował amerykański żołnierz Michael Oflis, który sam zginął podczas tej akcji). – To była manifestacja wiary, ewangelizacja. Tam, na szczycie Dachu Europy, byliśmy szczególnymi świadkami. Wspinanie się na tę górę to przypomnienie, że w życiu, każdego dnia, winniśmy się „wspinać” z Dekalogiem. Piękna pogoda, słońce, śnieg. Tam mocno poczułem, że Dekalog to jest właśnie to! Nie łam Bożych zasad, zmieniaj świat w inny sposób. Kochaj swoją rodzinę. Mów o Bogu w Twoim życiu. Przechodzące grupy wspinaczy, turyści obserwowali nas, dziwiła ich sprawowana w tym miejscu Eucharystia. Ks. Krzysztof Ciebień, kapłan alpinista, odprawił Mszę św. w intencji odnowy wiary w Europie. Podczas homilii przypomniał, że nie jest istotne wniesienie na szczyt tablic z wyrytym Dekalogiem, ale ważne jest, by te prawa zdobyć w swoim sercu i w codziennym życiu. Żeby Dekalog i Boże zasady były na pierwszym miejscu, bo wtedy, kiedy On jest na pierwszym miejscu, wszystko jest na miejscu właściwym.

Darek „Maleo” Malejonek przyznaje, że pierwszy raz był w tak wysokich górach. – Jak się idzie ścieżką na szerokość nóg, gdzie z jednej i z drugiej strony jest przepaść, a śnieg jest tak miałki, że się topi i nie masz oparcia, to jest moment, kiedy musisz przełamać strach i zawierzyć – opowiada. – Szliśmy w 9 osób na jednej linie! Był cel: odprawić na grani Eucharystię, żeby zawierzyć Europę Panu Bogu, dać świadectwo tego, że Dekalog jest ciągle aktualny, że jest mapą drogową człowieka, instrukcją obsługi życia. Dziś widać, że Europa nie radzi sobie ze złem. Ma dwie drogi: albo zło pokonać, idąc za Jezusem Chrystusem, zawierzając się Jemu, albo zaprzeczyć Prawdzie. Wyprawa była dla wszystkich dużym wysiłkiem. W drodze towarzyszyły mi w głowie słowa piosenki: „(...) nie poddawaj się, nigdy nie mów nie (...) to się nie ma prawa udać” czy „Alibi”. Tak naprawdę my mieliśmy alibi na to szaleństwo... Dekalog jest jak termometr, pokazuje nam, jaki jest stan naszego duchowego organizmu, w jakiej jesteśmy kondycji jako ludzie. Tymczasem Europa zbiła ten termometr i nie wie, jak mocno jest chora, dlatego na jej najwyższym szczycie modliliśmy się za nasz kontynent. Z góry bardziej widać szczodrość Pana Boga, który stworzył tak piękny świat dla nas. Patrząc na niego, doświadczasz Bożej miłości. Miałem tam radość dziecka, to nieprawdopodobne uczucie – dzieli się Darek Malejonek.

Przykład pociąga

Kolejny uczestnik wyprawy to Jacek Urbanowicz. Z Radkiem Grabowskim łączy go praca zawodowa, kocha góry, więc wyprawa w Alpy to takie kolejne wyzwanie. – To zrządzenie losu, że mogłem wziąć udział w tym wydarzeniu. Msza św. na grani i zdobycie tego szczytu w dużej grupie to niesamowite doświadczenie. Już sama wysokość sprawiła, że byliśmy trochę bliżej niebios – opowiada Jacek.

Aleksandra Malejonek to jedyna kobieta w ekipie. – Nie wspinałam się nigdy wcześniej – opowiada. – Było dużo lęku, ta przepaść z jednej i z drugiej strony, mocny start. Tata powiedział mi o tym projekcie, a ja odpowiedziałam: idę. Wspaniały był cel – przypomnienie o Dekalogu. To była niesamowita lekcja pokory wobec natury i walka ze strachem i zmęczeniem. Byłam bliżej Boga niż kiedykolwiek wcześniej. Podczas Eucharystii tam, na górze, modliłam się za młodych, żeby Bóg na nowo rozpalał w ich sercach pragnienie zbliżenia się do Niego. Myślę, że jeszcze tam wrócę, silniejsza o te doświadczenia. Po tej Eucharystii, kiedy zawierzyliśmy Bogu całą Europę, nie było już takiego lęku jak przy wchodzeniu. Totalnie zawierzyliśmy też Bogu swoje życie.

Pod okiem profesjonalisty

Opiekunem wyprawy był alpinista, taternik Łukasz Pędzimąż. Pierwszy raz pilotażowo zdobył szczyt Mont Blanc w październiku ub.r. – Nie odbieram tej wyprawy jako zrealizowany cel. Każde wyjście w góry jest inne i daje szczęście, niezależnie od tego, czy wejdziesz na szczyt, czy nie. Droga zawsze czegoś uczy, zawsze coś odkrywasz. Odkrywasz siebie, górę, swoje słabości, ale i swoje mocne strony. Tym razem było coś jeszcze – tablice Dekalogu. To niesamowite doświadczenie – spotkanie księdza na szczycie góry, podczas Eucharystii, księdza, który wcześniej wędrował z nami! Wszyscy czuliśmy się braćmi. Jeśli patrzeć na skalę trudności, wejście było łatwe. Jednak dla osób, które robiły to po raz pierwszy, to był wyczyn. To był ich prawdziwy Everest. Po raz pierwszy byli w rakach, używali czekanów, byli na asekuracji. Musieli ze sobą iść połączeni w jedno ogniwo, jedną liną. To też łączy. Poświęcili blisko rok na przygotowanie się do tej wyprawy.

Inspiracje

Projekt Dekalog, dzięki Radkowi, przyciąga niesamowitych ludzi i rozpala w nich pragnienie tworzenia kolejnych inicjatyw promujących Boże przykazania. Jednym z takich wydarzeń był wernisaż „Dekalog w obrazach”, odbywający się w Muzeum Monet i Medali Jana Pawła II w Częstochowie.

Niedługo, bo 16 października br., w Rzeszowie z okazji 40.  rocznicy wyboru kard. Karola Wojtyły na papieża – z inicjatywy Papieskiego Stowarzyszenia Pomoc Kościołowi w Potrzebie, Ruchu „Europa Christi” i Tygodnika Katolickiego „Niedziela” – odbędzie się koncert „Dekalog”, na który już teraz zapraszamy.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kalendarz pielgrzyma 2019

Chopin w ciele kobiety

2018-09-18 12:06

Agata Iwanek

Miała 25 lat, kiedy opuściła Wrocław i wyjechała do Włoch. Dziś coraz częściej wraca do Polski, bo właśnie tutaj chce promować niezwykłą płytę, na której nagrała zapomniane pieśni Chopina. O miłości do Polski i muzyki w rozmowie z Agatą Iwanek opowiada światowej sławy sopranistka Dominika Zamara.


Agata Iwanek i Dominika Zamara we wrocławskiej redakcji Niedzieli

Skąd miłość do muzyki?

Śpiewałam od zawsze. Mój dziadziuś grał na organach i od małego inspirował mnie do sztuki. Inspirował mnie także kościół. Śpiewałam w Kościele Świętego Krzyża, pamiętam pierwsze schole, w których byłam solistką

Jak Dominika Zamara stała się gwiazdą opery?

Byłam dobrą studentką wrocławskiej Akademii Muzycznej na wydziale wokalnym. Od drugiego roku zawsze miałam stypendium naukowe, już wtedy koncertowałam. W końcu moja pani profesor, Barbara Ewa Werner, powiedziała, że jest możliwość wygrania stypendium do Włoch. Zupełnie w to nie wierzyłam, ale wzięłam udział w konkursie. Po miesiącu dostałam telefon, że się udało! To było marzenie mojego życia i faktycznie całkiem je odmieniło. Miałam 25 lat, kiedy wyjechałam. We Włoszech nauczyłam się bel canto – śpiewu wybitnych mistrzów opery, który do dzisiaj jest moją pracą.

Czy polskie realia odbiegały od włoskiej rzeczywistości?

Śpiewu uczył mnie maestro Enrico De Mori, niezwykły dyrygent, pianista Marii Callas. To on odkrył biedną studentkę z Polski. Realia były na początku bardzo ciężkie. Miałam stypendium, ale to były niewielkie pieniądze, a mistrz tak uwierzył we mnie, że udzielał mi lekcji za darmo. Uczył mnie oper i całej techniki śpiewu włoskiego, której używa się w Teatro alla Scala, czyli najważniejszych teatrach na świecie. W ramach odpracowania lekcji koncertowałam z jego orkiestrą. To była moja zapłata, a tak naprawdę wspaniała szkoła i prestiż. Pod mistrzowską batutą mogłam śpiewać w Weronie, czy Mediolanie. Zadebiutowałam w roli Mimi w operze Pucciniego pt. „Cyganeria”. W ten sposób nauczyłam się, jak pracować nad operą profesjonalnie. Wokalnie, interpretacyjnie i z włoską wymową.

Co ze znajomością języka?

Na wrocławskiej Akademii Muzycznej mieliśmy bardzo dobry poziom języka włoskiego. Szkoliła nas pani Tołłoczko, która była bardzo wymagająca. Mimo że ktoś doskonale śpiewał, mógł „wylecieć” z wokalistyki przez włoski! Wiele jej zawdzięczam. Nieustannie przepytywała, krzyczała, ale była świetna. Dzięki niej, gdy wyjeżdżałam z Polski, znałam praktycznie całą włoską gramatykę. Jak ktoś z mojego roku nie zrobił kariery wokalnej, to miał szansę mieć drugi zawód, ponieważ szedł na italianistykę.  

Ulubione miejsce we Wrocławiu?

Ostrów Tumski. To jest takie metafizyczne, duchowe miejsce, które inspiruje. Serce Wrocławia. Mieszkam dwa kroki stąd na ulicy św. Marcina przy siostrach zakonnych i kiedy jestem w Polsce, odbywam tu długie, nocne spacery. Mój ulubiony Kościół, to Kościół Matki Boskiej na Piasku. Za każdym razem, gdy się tam modlę, czuję niesamowitą duchową więź.

 A muzycznie?

Oczywiście Narodowe Forum Muzyki. Pan profesor Kosendiak organizuje tam wiele godnych uwagi wydarzeń. Jest też opera, a koneserom sztuki lżejszej polecam Capitol jako połączenie teatru i śpiewu.

Jeżeli jesteśmy przy łączeniu śpiewu z teatrem – opera to też teatr?

Tak, oczywiście. Właśnie to kocham w operze – to nie jest zwykłe śpiewanie, tylko interpretacja, wejście w postać. Tam jest bardzo dużo teatru. Utożsamiam się z postacią, którą gram. Czasem muszę się nauczyć na pamięć 300 stron, ale to szukanie klucza interpretacji jest niezwykłe. Postaci opery są z reguły bardzo dramatyczne. Moim debiutem była postać Mimi z Cyganerii. Mieszkałam w Veronie tak jak ona, też w mieszkaniu artystycznym. Ona na koniec umiera i właśnie jak wystawiałam tę operę, to czułam, jakby część mnie też umarła na chwilę. To takie mocne utożsamianie się. Powiem szczerze, że wpływa to na psychikę, ale w muzyce lubię bardziej dramatyzm, niż komizm.

Opera to wyjątkowe stroje, makijaż i uczesanie, czy w życiu osobistym także wyraża Pani siebie w ten sposób?

Oczywiście! Na scenie jest to pewna charakteryzacja, ale w życiu codziennym także bardzo lubię się wyróżniać. Nie ukrywam, my artyści lubimy być inni, ale nie celowo, pozersko, to wynika z podświadomości. Lubimy być jacyś, nie lubimy być szarzy. Ja to lubię.

Dlaczego Polacy nie słuchają opery?

Po pierwsze bariera językowa. W Polsce stawia się na tekst. Opery są pisane głównie w języku włoskim, który jest najbardziej śpiewny i teatralny. Mimo że mamy libretto w ręku, bądź tekst jest wyświetlany, to trzeba mieć tę podzielność uwagi, a i tak nie zawsze wszystko się rozumie, ponieważ język opery, to język metafor. Szukanie tego klucza jest bardzo ciekawe, ale trudne. Poza tym media nie promują tak bardzo opery, jest to dla nich sztuka niezrozumiała. U nas w Polsce tylko elita intelektualna uczęszcza do opery. We Włoszech jest to sztuka popularna, nawet takie proste rodziny słuchają arii operowych i znają je całe na pamięć.

Skąd pomysł na nagranie płyty z utworami Chopina?

To mój ukochany polski kompozytor. Mało kto zna twórczość wokalną Chopina, mało kto wie, że kochał operę. Nigdy sam jej nie napisał, ale stworzył piękne pieśni. Postanowiłam je zaśpiewać i wydać na płycie. Pomysł zrodził się głównie z sentymentu i nostalgii za Polską. Chopin też wyemigrował. Też po to, żeby zrobić karierę. Poza tym lubię promować kulturę polską. Często przemycam pieśni Chopina, Moniuszki, Paderewskiego, czy Szymanowskiego na światowe sceny. Płyta cieszy się już dużą popularnością. Jest przetłumaczona na trzy języki: polski, angielski i włoski.

Czy Chopin za życia był w Polsce doceniany?

Na początku nie, wcześnie wyemigrował. Sytuacja była tutaj bardzo ciężka. Po nieudanych próbach zaistnienia w Wiedniu wyjechał na szczęście do Paryża, gdzie spotkał węgierskiego kompozytora Ferenca Liszta, wirtuoza fortepianu. Dzięki niemu został zauważony.

Wyjazd z kraju, kariera międzynarodowa, odkrycie przez mistrza… Wiele analogii. Czy niedocenienie w ojczyźnie też się do nich zalicza?

Dobre pytanie. Nie wiem jak na nie odpowiedzieć. To stypendium było moim wyborem i przeznaczeniem. Dzięki niemu mogłam rozwinąć karierę międzynarodową, a w Polsce nie miałabym takiej możliwości, jednak z perspektywy czasu bardzo tęsknię za ojczyzną – stąd ten ukłon i wydanie płyty z utworami Chopina. Teraz widzę, że jestem coraz częściej zapraszana do Polski, polskich filharmonii. Jestem tu coraz bardziej doceniana.

Czy możemy dowiedzieć się więcej o współpracy z Watykanem?

Od lat nieoficjalnie współpracowałam z Watykanem. To najważniejszy mecenat kultury we Włoszech. Księża, kardynałowie, sam papież, to wspaniali ludzie wspierający kulturę i kochający ją, szczególnie muzykę sakralną. W tym roku zadzwonił do mnie kardynał Jean Marie Gervais i zaprosił mnie do Watykanu. Tam zaproponował mi stałą współpracę. To ogromne wyróżnienie.

Gdzie rodacy mogą Panią usłyszeć?

Płytę można kupić internetowo, mam też zaplanowane koncerty w Polsce. 21 września będę po sąsiedzku w Czechach, 27 września w jeleniogórskiej Filharmonii, a 5 października w Warszawie. Serdecznie zapraszam.








CZYTAJ DALEJ

Reklama

XVII Dni Długoszowskie

2018-09-21 22:33

Sławomir Błaut

W kościele św. Marcina w Kłobucku 21 września metropolita częstochowski abp Wacław Depo przewodniczył Mszy św. odprawionej w ramach XVII Dni Długoszowskich.

Magda Nowak/Niedziela

Modlitwa zanoszona podczas Dni Długoszowskich, jak przypomniał w homilii abp Wacław Depo jest okazją, aby po raz kolejny wyrazić Panu Bogu wdzięczność za osobę i dzieło arcybiskupa nominata Jana Długosza.

Przypomniał m.in., że najwybitniejszy kronikarz w dziejach polskiego średniowiecza tworzył w krakowskim domu przy ul. Kanoniczej, na którym do dziś wyryta jest łacińska sentencja: „Nil est in homine bona mente melius”, co oznacza „Nic nie ma lepszego w człowieku ponad rozum” lub „Nic nie ma lepszego w człowieku nad dobrą myśl”. Te słowa doskonale podsumowują jego życie i twórczość.


Po zakończeniu Mszy św., w pobliżu świątyni odsłonięto kamienny obelisk, na którym umieszczona jest tablica ozdobiona polskim orłem z wpisanym w niego wizerunkiem Matki Bożej. Obelisk poświęcony przez abp Wacława Depo powstał w celu upamiętnienia 100. rocznicy odzyskania niepodległości przez Polskę. Inicjatywa ta została objęta niezwykle prestiżowym patronatem Prezydenta RP Andrzeja Dudy.

Obchodzona w naszej Ojczyźnie wyjątkowa rocznica znalazła swoje odbicie również w innych wydarzeniach XVII Dni Długoszowskich, których jednym z patronów medialnych jest Tygodnik Katolicki „Niedziela”. 20 września w siedzibie Miejskiego Ośrodka Kultury w Kłobucku miała miejsce seria bardzo ciekawych wykładów związanych ze 100-leciem odzyskania przez Polskę niepodległości. Prelegentami byli znakomici naukowcy: prof. dr hab. Andrzej Chwalba oraz prof. dr hab. Antoni Jackowski – obaj z Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, a także pani rektor Uniwersytetu Humanistyczno-Przyrodniczego im. Jana Długosza w Częstochowie – prof. dr hab. Anna Wypych-Gawrońska.

XVII Dni Długoszowskie, ubogacone programem zarówno o charakterze sportowym, rekreacyjnym, jak i doskonałą strawą dla ducha, zakończą się w niedzielę 23 września.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem